Ten

Teraźniejszość

            Upiłam łyk kawy, niemalże się nią parząc. Po porannym ataku już nie mogłam usnąć, a moją głowę przepełniały różnego rodzaju myśli, lecz wszystkie sprowadzały się do jednej osoby. Max. Max był obecny w każdej chwili odkąd odebrałam od niego telefon. A jeśli ktoś by w to wątpił, to od momentu, gdy spotkałam go pod domem, nie przestawałam o nim myśleć. I nie byłam przekonana czy to aby na pewno dobrze. Analizowałam kawałek po kawałku, całe nasze przeszłe życie. Każdy popełniony błąd oraz każdą sytuację, która wzniosła nas na wyżyny. Zastanawiałam się, co mogliśmy zrobić, aby nie doprowadzić do tamtej sytuacji. Odpowiedzi było zbyt wiele.
            Podniosłam się z krzesła z przeciągłym westchnieniem. Nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Nie w momencie, gdy wszystko co znałam, zaczęło się zmieniać i to tak szybko, iż nie potrafiłam za tym nadążyć. Oblizałam wargi, przeczesując palcami rude włosy. Wszystko szło nie tak, jak iść powinno i nie miałam bladego pojęcia, dlaczego to wszystko zaczęło się sypać. Chyba to przerażało mnie najbardziej. Niepewność i nie wiedza. Brak kontroli nad własnym życiem, które tam, w Nowym Jorku, próbowałam uporządkować jak najbardziej się dało. To doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
            Wsunęłam stopy w buty i opatuliłam się puchową kurtką, wcześniej zakładając równie ciepły sweter. Nie mogłam siedzieć bezczynnie w miejscu, ponieważ to wykańczało mnie jeszcze bardziej. Wrzuciłam klucze do torby i łapiąc w ręce worki śmieci, ruszyłam schodami w dół. Najciężej poszło z drzwiami, ponieważ naciskanie na klamkę łokciem, albo pośladkiem zdecydowanie nie było moją specjalnością. Ale w końcu się udało i to było najważniejsze. Rozejrzałam się dookoła i nie zauważając nikogo, ani niczego podejrzanego, weszłam do śmietnika, wrzucając do niego worki.
            Następnie wszystko wydarzyło się w zawrotnym tempie. Gdzieś usłyszałam zamykające się drzwi samochodowe, w tym samym momencie, w którym worek uderzył o dno kontenera. Odwróciłam się, wycierają dłonie w dresowe spodnie i gdy chciałam wyjść z ceglanego budyneczku, czułam czyjąś silną dłoń, która objęła mnie w tali, przyciskając do swojego ciała, a druga dłoń zasłoniła mi usta, tłumiąc tym samym jęk oraz krzyk, który zaczął formować się na końcu mojego gardła.
            - Tylko nie krzycz - usłyszałam ciepły szept przy uchu, na co moje ciało zareagowało niemalże natychmiastowym rozluźnieniem.
            Jego dłoń rozgrzewała moje podbrzusze niemalże do wrzenia, a mały palec, który zsunął się trochę niżej, sprawił iż oddech momentalnie przyspieszył. Oblizałam wargi, zaciskając palce na końcu swojej kurtki, aby zapanować nad sobą. Powinnam dojść w tym już do perfekcji. Nie raz dawałam sobie z tym radę. I niemalże nigdy, jeśli w grę wchodził on. Miał w sobie coś takiego, co burzyło wszelkie moje bariery, czy mury, którymi próbowałam się odgrodzić. Chyba to miał na myśli pisarz, gdy mówił o tym, iż miłość ograbia nas ze wszystkiego. Zawsze czułam się naga, choć nigdy takiej mnie nie widział.
            - Nie będziesz krzyczała? - spytał równie cicho, na co powoli pokiwałam głową.
            Zsunął dłoń z moich ust, lecz nie zmienił pozycji. Nadal czułam ciepło bijące z jego ciała, które rozgrzewało mnie do czerwoności. Było to tak nieodpowiednie, lecz jednocześnie niemalże boleśnie przyjemne. Jego oddech rozwiewał moje zwichrzone, rude włosy, a serce prawie obijało się o moje plecy. Wzięłam głęboki oddech, a jego dłoń zareagowała niemalże w tym samym momencie, przyciskając mnie mocniej do siebie, zupełnie tak, jakbym chciała uciec. Być może chciałam.
            Zsunęłam swoje palce na jego, delikatnie rozluźniając uścisk, po czym bardzo powoli odwróciłam się w stronę mężczyzny, jednakże bojąc się spojrzeć mu w oczy. Oblizałam nerwowo wargi, a gdy jego ramiona przytuliły mnie do siebie, pozwoliłam sobie unieść głowę, czując tak dobrze znane mi ciepło. Od intensywności jego spojrzenia, zaczęło kręcić mi się w głowie. Karmel był tak płynny i ciepły, a jednocześnie pełen niepewności, że rozdzierał mi serce na miliony drobnych kawałeczków.
            - Nie powinno cię tu być - szepnęłam cicho, próbując uspokoić rozszalałe serce, lecz na próżno.
            Widziałam w jego spojrzeniu smutek. Zdecydowanie nie było tam tej radości, która towarzyszyła mu tuż przed moim wyjazdem. Nie był tym samym, roześmianym mężczyzną, którego pokochałam i którego zostawiłam, aby mógł sobie ułożyć życie na nowo i być w pełni szczęśliwym. Nawet, jeśli to szczęście oznaczało jej towarzystwo w życiu mężczyzny, który był dla mnie wszystkim. Jeśli kogoś kochasz, jego szczęście przekładasz ponad własnym. Nieważne ile by to miało cię kosztować.
            - Nie powinnaś była wyjeżdżać - odszepnął równie cicho, a ja zadrżałam, czując wzbierające pod powiekami łzy.
            Spróbowałam go odepchnąć, lecz szybko mnie do siebie przyciągnął, chowając w swoich ramionach. Wiedziałam, że nie mogłam sobie pozwolić na płacz. Nie mogłam pokazać słabości, ponieważ to by oznaczało, że przyznałabym mu rację. A doskonale wiedziałam, dlaczego to zrobiłam i wiedziałam, że właśnie tak należałoby postąpić. I wiedziałam, że on zrobiłby dokładnie to samo na moim miejscu, gdyby znalazł się w sytuacji podbramkowej, z której nie było żadnego sensownego wyjścia.
            - Przestań uciekać i porozmawiaj ze mną - powiedział zaciskając ramiona dookoła mnie jeszcze mocniej, przez co wydałam z siebie stłumiony jęk.
            - Nie mamy ze sobą o czym rozmawiać - warknęłam oschle i zatoczyłam się do tyłu, jednakże nie zbyt wiele, ponieważ już po chwili zatrzymałam się na jego silnych, czujnych dłoniach.
            - Mam inne zdanie w tej sprawie i nie odejdę stąd, dopóki tego nie wyjaśnimy - odparł równie chłodno, jednakże przez cały czas wpatrując się w moje oczy.
            I wtedy jeden z tych nielicznych razy, spuściłam wzrok, przegrywając pierwszą potyczkę. Nie raz się z nim kłóciłam i widziałam różne jego postacie. Wkurzony Max. Zirytowany Max. Rozgniewany Max. Sfrustrowany Max. Niszczyciel Max. Ale nigdy, ani razu w ciągu całego naszego związku, ani razu nie potrafiłam znieść widoku zranionego Maxa. Nie potrafiłam znieść jego pogrążonych w żalu i bezradności oczu, zaciśniętych mocno warg, aby nie widać było ich drżenia oraz sposobu, w jaki przymykał powieki, zupełnie tak, jakby czuł się pokonany. Nie potrafiłam znieść tej postaci Maxa, jaka wtedy jawiła się moim oczom.
            - Nie masz o niczym zielonego pojęcia – szepnęłam, uderzając dłońmi w jego przedramiona, aż w końcu ustąpiły i stałam o własnych siłach, nie wspierając się na nim. Nagle zrobiło mi się nieprzyjemnie zimno.
            - Sądzę, że wiem więcej niż ci się wydaje - odparł spokojnie, głosem cierpliwego nauczyciela, nie spuszczając ze mnie swoich oczu. Przełknęłam zdecydowanie zbyt głośno ślinę.
            Westchnęłam i odwróciłam się, tupiąc niczym małe dziecko. Jeśli chodziło o upór oboje mieliśmy go tak samo dużo i byłam pewna, że Max nie dałby za wygraną, choćby go wołami odciągali. Dlatego też nie było sensu z nim walczyć i nawet gdybym chciała, po prostu nie miałam siły ciągle stawać okoniem. Otworzyłam drzwi i nawet na niego nie czekając, weszłam na górę, przeskakując po dwa stopnie, lecz nawet przy tym, czułam jego oddech na swojej skórze.
            Gdy weszłam do mieszkania, nie obracając się za siebie, zaczęłam ściągać z siebie kurtkę. Raptem kilkanaście sekund później drzwi otworzyły się szerzej, niemalże mnie uderzając i pojawiła się najpierw brązowowłosa głowa, a dopiero za nią reszta ciała. Musiałam się mocno pilnować, aby zachować chociaż jakiekolwiek pozory samokontroli.
            - Wyrzuć to - powiedziałam wskazując na stos desek i połamanych nóg stolika.
            - No chyba sobie kpisz, Eve - odparował, patrząc na mnie jak na idiotkę.
            Nie trudno było mi, wyobrazić sobie to, co w tamtej chwili myślał. Z pewnością przeszło mu przez głowę, że szukam tylko okazji, aby zamknąć drzwi, gdy wyjdzie z mieszkania. A oboje bardzo dobrze wiedzieliśmy, że byłabym w stanie to zrobić. Możliwe, że pomyślał o tym, że to ostatni raz, gdy mnie widział, albo że nigdy niedane nam było tak naprawdę się pożegnać i że również wtedy odmawiałam mu tej formy zaznania spokoju.
            - Jeśli chcesz ze mną porozmawiać i wypić tę pieprzoną kawę, wynieś ten stolik - warknęłam, opierając dłonie na swoich biodrach.
            - Nie jestem głupi, Eve. Poza tym nie powiedziałem, że chcę kawy - odparł spokojnie, jednakże widziałam jego zwężające się źrenice. Zaczynał być zirytowany.
            - Oboje wiemy, jak cholernie potrzebujesz i chcesz tej kawy, więc wynieś ten durny stolik! - syknęłam wciskając mu do ręki pęk swoich kluczy, aby miał pewność, że niczego nie wywinę, po czym zniknęłam w kuchni, chcąc uniknąć dalszej kłótni.
            Efekt był taki, jakiego się spodziewałam. Już po chwili usłyszałam zamykające się drzwi, a gdy się wychyliłam zza rogu, po deskach nie było ani śladu. Wstawiłam wodę do czajnika, po czym wyciągnęłam dwa kubki drżącymi palcami. Przez dwa lata robiłam wszystko, aby jednocześnie zatrzymać go w swoim sercu oraz pozwolić mu być szczęśliwym, nawet kosztem swojego szczęścia. A w tamtej chwili, gdy w końcu się pojawił, tak bardzo niespodziewanie, nie potrafiłam zrobić niczego z rzeczy, o których wcześniej mogłam tylko marzyć.
            Przytrzymałam się blatu, przymykając powieki i załkałam tak cicho, jak tylko potrafiłam, po czym pozwoliłam mięśniom się na chwilę rozluźnić. Do tamtej pory, nie miałam pojęcia, jak wiele wymagało ode mnie zachowanie dystansu do Maxa. Niemalże całe moje ciało ciągnęło w jego stronę, stęsknione jego dotyku, ciepła oraz bliskości, z drugiej zaś strony nie potrafiłam zburzyć muru podejrzeń, niepewności oraz przeświadczenia, że to, co robiłam było dobre. Było dobre dla niego, a to, co było dobre dla niego, siłą rzeczy musiało być dobre także i dla mnie.
            A do tego był jeszcze ten przeklęty list.
            Gdy usłyszałam szczęk zamku, starłam z policzków łzy i zalałam kawę wodą, starając się przy tym przybrać jak najbardziej obojętną postawę. Przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki oddech, za wszelką cenę próbując uspokoić swoje ciało, po czym dodałam odpowiednią ilość cukru i mleka do obu kubków. Po tym, jak zaniosłam je do salonu, postawiłam na stole, nie martwiąc się podstawkami, których swoją drogą i tak nie posiadałam. A z pewnością już nie dwa, nigdy nie miałam gości w Nowym Jorku.
            - Nie jesteś szczęśliwa - usłyszałam cichy szept, gdy ujął moje dłonie, a ja mimowolnie uniosłam głowę do góry, wpatrując się w jego oczy.
            Nie widziałam delikatnych zmarszczek dookoła jego oczu, które pojawiały się gdy śmiał, co było naprawdę urocze. Nie miał tego swojego zniewalającego uśmiechu, a oczy straciły swój naturalny blask, zupełnie jak moje. Widziałam Maxa, który wyglądał na zdecydowanie więcej lat, niż miał ich w rzeczywistości. Nawet włosy nieznacznie wyblakły, choć nadal były przeplatane jaśniejszymi pasemkami. Z daleka nie zauważyłam tego, jak bardzo się zmienił.
            - Ty też nie jesteś okazem radości - odpowiedziałam równie cicho, co on.
            Przez jakiś czas po prostu się w siebie wpatrywaliśmy. On trzymał moje dłonie w swoich, a ja ich nie zabrałam, choć wiedziałam, iż powinnam. Co jakiś czas musiałam przymknąć powieki, aby się uspokoić i nie rozkleić jak dziecko, na co pozwalałam sobie przez wiele miesięcy, gdy byłam sama. Jednakże, gdy je otwierałam, natrafiałam na te same, karmelowe oczy, równie mocno zmęczone jak moje i tak samo potrzebujące bliskości. Jakby czegoś szukał, choć sam nie wiedział czego.
            - Od kiedy pamiętasz? - szepnęłam cicho, chcąc jakoś przerwać to milczenie. Nie mogłam pozwolić naszej więzi na odbudowanie się, ponieważ wtedy rozstanie byłoby jeszcze boleśniejsze.
            A rozstać się musieliśmy. On wracał do Daly City, ja miałam swoje życie w Nowym Jorku, jeśli można było to nazwać życiem. Nasze drogi się rozeszły, tak, jak powinno być. Uczniowie kończą szkoły i idą w swoją stronę, nie bacząc na to, co dzieje się z ich nauczycielami. Ich drogi rozchodzą się w dniu zakończeniu roku szkolnego. I tak samo powinno być z nami. Chociaż uciekłam przed zakończeniem roku. Gdybym została chociaż tyle, może wszystko potoczyłoby się inaczej.
            - Jakiś czas... - szepnął niepewnie, oblizując swoje wargi. Był zmieszany.
            - Jak długo? - spytałam chłodniej, wysuwając dłonie, mimo jego pełnej frustracji twarzy.
            - Jakiś czas, Eve...
            - Jak. Długo? - powtórzyłam pytanie wolniej i dokładniej. Zupełnie tak, jakby nie zrozumiał go za pierwszym razem, choć byłam pewna, że zrozumiał je zbyt dobrze.
            - Pół roku, oficjalnie - westchnął patrząc na czubki swoich butów.
            Cofnęłam się do tyłu, czując niezrozumiałą, wewnętrzną pustkę. Od kilku miesięcy wiedział, kim byłam, oraz... kim dla niego byłam. A mimo to odezwał się dopiero po pół roku. Po pół roku zdecydował się mnie odnaleźć. Wcześniej nie wiedział czy warto. Wcześniej byłam dla niego przegrana, przekreślił mnie, mając przy sobie ją. Ona mu wystarczała, ona mu mnie zastępowała. Byłam tego niemalże pewna. Zacisnęłam wargi, aby się nie rozpłakać i skinęłam głową. Jednakże w głowie cały czas dźwięczało mi jedno słowo.
            Oficjalnie.
            - A nieoficjalnie? - spytałam słabo.
            - Od roku miałem różne prześwity - szepnął po chwili.
            Od roku. Poczułam zimne dreszcze i musiałam złapać się ściany. Nie wiedziałam, czego się spodziewałam. Że przypomniałby sobie mnie wcześniej? Po tym wszystkim co przeszliśmy? Albo, że od razu, gdyby sobie mnie przypomniał, rzuciłby się w wir poszukiwań? Zniknęłam, zacierając za sobą wszelkie ślady, paląc wszystkie mosty. Nikt nie mógł chcieć mnie szukać, tym bardziej facet, którego skrzywdziła dziewczyna, która deklarowała mu swoją młodzieńczą miłość.
            Uniosłam dłoń, widząc, że chciał do mnie podejść. To zdecydowanie nie byłoby mądre. Skończyłoby się na wybuchu płaczu, krzyczeniu i wyrzucaniu sobie wszystkiego, co zrobiliśmy w przeszłości, a o czym teraz mogliśmy porozmawiać. Mogłam zapytać go o list. O tę jedną, pieprzoną rzecz, która przesądziła o moim wyjeździe z miasta. Ale z jakiś niezrozumiałych przyczyn, nie potrafiłam tego zrobić. Tak samo, jak nie potrafiłam już spojrzeć mu w oczy.
            - Sądzę, że powinieneś już iść – szepnęłam, drżąc i wzięłam głęboki oddech.
            Podeszłam szybkim krokiem do stołu, zabierając jeden z kubków, po czym wróciłam do kuchni i przelałam ją do termo kubka, aby nie traciła tak szybko temperatury. Kątem oka widziałam, że podszedł i oparł się o framugę kuchennych drzwi, lecz nie potrafiłam mu pomóc. Cholera jasna, nie potrafiłam uleczyć samej siebie, więc jak mogłam uleczyć kogoś innego? Abyśmy byli w pełni zdrowi, oboje musielibyśmy zaznać spokoju, a do tego zdecydowanie było nam daleko.
            - Eve... - szepnął, gdy spojrzałam mu w oczy, lecz tylko potrząsnęłam głową, aby się uciszył.
            - Dla mnie to za dużo, Max. Pojawiasz się nagle i oczekujesz, że będzie wszystko dobrze. Że ze mną będzie dobrze. Ale nie jest, Max. Nie jest dobrze i nie jestem gotowa, aby wrócić do tego, co było wtedy, gdy żyliśmy jak w bajce - powiedziałam spokojnie, czując wilgotne łzy. Podałam mu termo kubek, biorąc głęboki oddech. - Przyjdź jutro, może będę w stanie. Albo wyjedź i zostaw mnie w spokoju. To, co było, spłonęło w tamtym wypadku. Rozkopując to, możemy się nie tylko poparzyć, ale także ponownie przeżywać stratę, widząc, że już nic nie pozostało - dodałam, patrząc na niego i widziałam w jego oczach taki sam ból, jaki przeżywałam sama. Nie potrafiłam się poddać, ale nie miałam już siły walczyć.
            Podążyłam za jego wzrokiem na spód spranej koszulki, która wystawała spod swetra i nie zatrzymałam jego rąk, kiedy ściągały mi go przez głowę. Zacisnęłam usta, widząc jego drżącą wargę, gdy wodził wzrokiem po czarnym materiale z wyblakłym napisem. Wiedziałam, że ją poznawał i że doskonale pamiętał, jakiemu wydarzeniu towarzyszyła. Zacisnęłam dłonie w pięści, bo bokach, czując zimną falę rozchodzącą się po moim ciele. Jedynie jego ciepło mogło dać mi ukojenie, lecz nie potrafiłam sobie tego zapewnić.
            - Nawet jeśli to spłonęło, zbudujemy to od nowa, Eve. Ty nie zapomniałaś. Ja pamiętam. Zawsze jest nadzieja – powiedział, delikatnie przykładając dłoń do mojego policzka.

            - Niektóre budowle są skazane na porażkę - odparłam cicho, przykładając dłoń do jego dłoni. - Nie zapomnij przynieść mi jutro kubka - dodałam cicho, wymijając go w progu.

2 komentarze:

  1. Jak ja tej.. ugh... nie lubię. ;c Wkurza mnie. xd / Esia.

    OdpowiedzUsuń
  2. i co dalej? eeeej, nie rób z nich takich skazanych na nieszczęście :c

    OdpowiedzUsuń