Six

Przeszłość


            Nie mogłam doczekać się tego dnia, przez całe poprzednie popołudnie i wieczór. Podczas obiadu kręciłam się na krześle, jakbym miała owsiki, co oczywiście nie uszło uwagi mamy. Spojrzała na mnie, próbując ukryć zaciekawiony uśmiech za maską zdegustowania i zgorszenia. Jej spojrzenie mogłoby sprawić, iż nie jedna osoba zapadłaby się pod ziemię zestresowana, lecz nie ja. Ja ją znałam tak, że czasem nawet tata czuł się zakłopotany, nie wiedząc tego wszystkiego.
            - Jeśli musisz iść do łazienki, droga wolna, skarbie - powiedziała spokojnie, po czym włożyła do ust kawałek ziemniaka, aby się nie roześmiać.
            Czasem miałam wrażenie, że nikt nie widzi tych drżących kącików ust, gdy mama próbowała zachować powagę wbrew wszystkiemu, co się wewnątrz niej kotłowało. Nie widzieli błysku w jej oczach, który był tak ciepły, że mógłby stopić Antarktydę i Grenlandię naraz. Delikatnego wibrowania jej ciała, gdy wstrzymywała śmiech, ani nie widzieli subtelnych rumieńców, które okalały jej policzki. Zauważałam to tak szybko, iż dziwiłam się, że inni nie byli w stanie tego zrobić.
            - Nie, dziękuję - odparłam rozbawiona i wpakowałam sobie do buzi fasolkę szparagową.
            - A jak tam ten nauczyciel z psychologii? Tak się obawiałaś, że nie będzie znał się na swojej robocie - dodała, a ja niemalże wyplułam to, co miałam w ustach, krztusząc się niemiłosiernie.
            - Margaret! - usłyszałam wesoły głos ojca, który próbował być poważny i delikatnie poklepywał przy tym moje plecy.
            - Joshua! - odparowała matka, przez co zaczęłam krztusić się jeszcze bardziej ze śmiechu.
            Tata nie znosił, gdy ktoś tak do niego mówił. Josh było jedyną akceptowalną przez niego formą własnego imienia i nikt nie miał prawa używać ani pełnego zwrotu, ani żadnych zdrobnień. Ledwie w pracy wytrzymywał, gdy po prostu musiał. Dlatego też i mama nie używała go podczas kłótni, czy zwykłych rozmów. Jedynie podczas droczenia się, czy w urzędach, przy czym to ostatnie męczyło również i ją samą.
            Gdy fasolka bezpiecznie dotarła do żołądka, starłam łzy, dziękując za obiad i zamknęłam się w swoim pokoju. Może to, co się wydarzyło nie było zbyt mądre, ale dzięki temu uniknęłam krępującej rozmowy o swoim cholernie seksownym, nowym nauczycielu psychologii, a nie sądziłam aby rodzice byli ciekawi tego ile razy pomyślałam o nim w sposób, o którym myśleć nie powinnam o nikim. Ich zdaniem nawet nie powinnam była znać tego sposobu, co było już zupełnie inną kwestią.
            A jeśli chodziło o profesjonalizm szanownego pana Maximiliana - cóż mogłam o nim powiedzieć? Jedyne co byłam w stanie wyłapać z lekcji to sposób, w jaki wypowiadał moje imię, gracja z jaką się poruszał oraz te cholernie miękkie wargi, które układały się tak, jakby były niemym zaproszeniem do pozwolenia im na działanie. Poczułam rozchodzące się po ciele przyjemne dreszcze i doszłam do wniosku, że zdecydowanie nie chcieliby o tym słuchać.
            Lecz mimo to wiedziałam, że mama zaczęła się czegoś domyślać. Nie było osoby, która znałaby mnie lepiej od niej.
            Biedna Cath.
           
* * *
           
            Potrząsnęłam głową, pozwalając włosom rozsypać się dookoła. Przechyliłam głowę w jeden bok, a następnie w drugi, próbując ocenić efekt kilkugodzinnych starać, jednakże nic nie mogło mnie stuprocentowo zadowolić. Przez całe liceum nie miałam problemu z wyszykowaniem się w sposób, który by mnie satysfakcjonował. Gdy miałam być seksowna - byłam w takim stopniu, że dziewczyny mordowały mnie samym wzrokiem, a facetom nagle kurczyły się spodnie. Gdy miałam być urocza i niewinna - policjanci unieważniali mandaty, a ludzie płacili za mnie w sklepach. Gdy miałam być elegancka - ogłaszali mnie królową balu oraz porywano do tańca.
            A z jakiegoś cholernego powodu nie wiedziałam jak miałam ubrać się na zwykłe spotkanie z nauczycielem. Nagle wszystko wydawało mi się niewłaściwe. Biała koszula z czarną spódnicą - zbyt elegancko, szkolnie, ponętnie. Zwiewna sukienka? Aluzja do tego, aby się jej łatwo pozbyć? Krótkie spodenki i sportowa bluzka? Zbyt na luzie, niemalże mówiące "nie jesteś nikim ważnym, pokażę ci w czym będę spać w twoim łóżku".
            Jęknęłam sfrustrowana, widząc gołe półki. Usiadłam wśród rozrzuconych ubrań, tłumacząc swoje niezdecydowanie spóźniającym się okresem. Dla nikogo nie musiałam stroić się dłużej niż godzinę. NIKOGO! Ubiór dobierałam ot tak, najwięcej pracy wkładałam w makijaż i włosy. A w tym wypadku od dwóch godzin krytykowałam swoje ubrania. Nigdy nie uważałam, że miałam ich za mało, ale w tamtym momencie dosłownie nie miałam się w co ubrać.
            To miało być przecież zwykłe spotkanie. Zwykłe spotkanie z nauczycielem.
            Spojrzałam na otwierające się drzwi, w których już po chwili stanęła mama. Ona wyglądała jak zwykle przepięknie. Biała, jedwabna sukienka, sięgała połowy jej łydek, podkreślając przy tym jej szczupłą talię oraz odpowiednich rozmiarów biust. Nie wyglądała na swój wiek, a w tej sukience nie miała problemu, aby wyobrazić sobie ślub moich rodziców.
            Uśmiechnęłam się do niej, czując lśniące w oczach łzy. Moi rodzice byli parą niemalże jak z bajki. Prawie nigdy się nie kłócili i robili wiele rzeczy razem. Ciągle się wygłupiali i rozumieli się niemalże bez słów. Miłość doskonała, powtarzałam nie raz. Od dziecka chciałam znaleźć chłopaka, który byłby dla mnie, jak tata dla mamy. I choć nie raz myślałam, że to właśnie ten, zawsze się zawodziłam. Miłość i młodość mają swoje prawa, powtarzała mi mama przy nie jednej przepłakanej w poduszkę nocy. Miałam nadzieję, że choć kilka tych praw pokrywało się ze sobą.
            - Wyglądasz pięknie, mamo - odparłam, nie podnosząc się z podłogi.
            Zobaczyłam uśmiech, który rozjaśnił jej twarz, po czym wykonała taki sam obrót, jaki ja wykonywałam, chcąc zaprezentować się w sukience, słysząc komplementy, po czym wybuchła przyjemnym śmiechem, przy czym do niej dołączyłam. Przygryzłam dolną wargę, patrząc na nią czule. Nie raz zastanawiałam się, czy nie zniszczyłam im życia. Moja mama była bardzo młoda, gdy pojawiłam się na świecie, a gdy pojawiła się Tess, była jeszcze młodsza.
            Poczułam ukłucie na wspomnienie o siostrze, lecz spróbowałam je zdusić w sobie.
            - Wychodzisz? - spytała kucając obok mnie, a jedwab ułożył się faliście u jej stóp.
            Z westchnieniem skinęłam głową i buntowniczym gestem odrzuciłam od siebie stos ubrań, pokazując, że totalnie nie mam w co się ubrać, po czym odrzuciłam głowę do tyłu. Byłam tak cholernie w dupie, jeśli chodziło o tego faceta. Nawet go nie znałam, a doprowadzał mnie do totalnego rozbicia.
            Okres. Tak, to zdecydowanie o to chodziło.
            - Chciałabym coś niezobowiązującego. Coś, co wiesz, mówi "nie jestem taką zdzirą, za jaką mnie uważasz" - powiedziałam, patrząc na mamę z miną zbitego szczeniaka, w związku z czym ona jedynie zachichotała.
            - Po pierwsze, nie jesteś zdzirą, skarbie i nigdy, przenigdy tak o sobie nie mów - szepnęła ogarniając zbłąkany kosmyk z mojego policzka, zaczesując go za ucho i posłała mi jeden ze swoich matczynych uśmiechów. - Po drugie, jesteś piękna właśnie taka, jaka jesteś. Jeśli czujesz się w czymś dobrze, inni będą postrzegali cię dobrze. Musisz być pewna siebie i nikt ci niczego nie zarzuci.
            Spróbowałam się do niej uśmiechnąć, lecz wyszło mi jedynie ciche prychnięcie. Problem polegał na tym, że w tamtej chwili nie miałam zielonego pojęcia co się ze mną dzieje, ani kim jestem. A zdecydowanie nie wiedziałam kim chcę być, ani co chcę zrobić z tym całym otaczającym mnie syfem.
            To tylko kolejny nauczyciel na zastępstwie. Powinien zniknąć, gdy wróci Doyle, a wtedy moje życie wróciłoby do normy. Ale nie byłam pewna, czy chciałam wracać do normy.
            Widocznie widząc moją niepewność, mama podniosła się do góry i ujmując moją dłoń, pociągnęła mnie za sobą. W milczeniu poszłam za nią do sypialni i przez przesuwane drzwi zniknęłam z nią w garderobie. Gdy puściła moją dłoń, objęłam się ramionami, czując nieprzyjemny ucisk w żołądku. Czas uciekał nieubłaganie. Spojrzałam na mamę, która grzebała w szafce, co jakiś czas nerwowo spoglądając na zegarek. Coraz mniej czasu.
            Po chwili wyszła z garderoby, a ja wyszłam za nią, nieświadomie gryząc paznokieć kciuka. Nauczyłam się to robić, jednocześnie nie przegryzając go, czym chroniłam lakier. Zdecydowanie nie miałam czasu odmalowanie paznokci, gdyby nadeszła taka konieczność. Mama położyła na łóżku ubrania i gdy wszedł tata, widocznie chcąc ją pośpieszyć, spojrzała na niego z czułością tak intymną, że wiedziałam iż powinnam odwrócić wzrok. A jednak nie potrafiłam.
            Podeszła do niego i delikatnie musnęła jego policzek, układając dłonie na jego torsie, tata zaś objął ją w tali. Wyglądali jak pary z filmów, albo zdjęć u fotografa. Wiecznie młode i szczęśliwe. Wróciłam do przygryzania kciuka, a oczy zaszkliły się bez uprzedniego ostrzeżenia.
            - Kolację zjemy po spektaklu. Chciałabym pomóc w czymś Veronice - powiedziała to z takim uśmiechem iż tata nie mógłby odmówić, nawet, gdyby chciał.
            A wiedziałam, że nie chciał. Większość rodziców swoich niemalże dorosłych dzieci uważała iż mają swoje życie i nie powinni się z nimi cackać. Moi rodzice wprawdzie się ze mną nie cackali, ale miałam w nich przyjaciół, co wielu osobom wydawało się dziwne, bądź chore. Lecz oni byli niemalże... idealni. I tak jak przyjaciel, gdy cię potrzebuje, nie musisz nic mówić, a on ci pomoże. I moi rodzice doskonale to rozumieli, dlatego też tata posłał mi czuły uśmiech i schował się za drzwiami, a gdy tylko to zrobił, zabrałam rzeczy, które przygotowała mama i się przebrałam.
            Szczerze? Wiedziałam iż moja mama miała dobry gust (i dzięki Bogu ten sam rozmiar co ja) ale to, co zobaczyłam całkowicie mnie zaskoczyło. Nigdy nie widziałam aby nosiła ona na sobie coś takiego. Spojrzałam w dół na swoje nogi. Spodenki były dopasowane i zdecydowanie dłuższe niż te, które znajdowały się w mojej szafie, gdyż sięgały aż połowy ud, natomiast bluzka była naprawdę niecodzienna. Miała krótki rękaw, a na barkach i ramionach były dwie łezki przedzielone jedynie cienkimi wstążkami, przez co pokazywały trochę nagiej skóry. Materiał był delikatny, perłowo biały, z niewielkim dekoltem, który nawet nie ukazywał przedziałka między piersiami. Chociaż to było coś zupełnie innego, niż to, co nosiłam na co dzień, podobało mi się.
            Makijaż zrobiła mi delikatny, choć widoczny, a włosom pomogła się pokręcić, za pomocą lokówki. Nie wyglądałam dzięki temu tak, jakbym szła na randkę, ale też nie tak, jak gdybym wstała z łóżka. Ładnie i niezobowiązująco. Uśmiechnęłam się do naszych odbić w lustrze, gdy mama trzymała dłonie na moich ramionach.
            - Jesteś piękna, skarbie - szepnęła z czułością i wręcz słyszalne było drżenie jej głosu, przez co i mi zaczęły się zbierać łzy.
            - Po mamusi - szepnęłam i położyłam swoją dłoń, na jej.
            Chwilę później wszyscy wyszliśmy z domu.
            Rodzice do teatru, a ja do biblioteki.

* * *

            Wchodząc po schodach, czułam delikatne zawroty głowy i suchość w ustach. Zaczęłam się zastanawiać, czy wzięłam swoje leki przeciwbólowe, lecz szybko doszłam do wniosku, że zostały na komodzie. Miałam nadzieję, że nie dostanę okresu, ponieważ źle by się to skończyło. Przełykając gulę, która utworzyła się w moim gardle, pchnęłam drzwi prowadzące do biblioteki i przeczesałam wzrokiem pomieszczenie. Nie było zbyt wielu osób, lecz jego też nie widziałam.
            Dwoje dzieciaków, którzy zapalczywie się czegoś uczyli albo wręcz namiętnie starali się tego uniknąć. Starszy dziadek studiujący gazetę. Kilkoro podlotków, spędzający swój wolny czas na komputerach (serio? o kafejkach internetowych wie cały świat, halo!) oraz mężczyzna ukrywający się za sporą książką, której tytułu z tej odległości nie mogłam odczytać. Westchnęłam i oblizując wargi spojrzałam na zegarek. Spóźniłam się raptem dziesięć minut, czyżby nie poczekał tyle?
            I wtedy go zobaczyłam. Gdy delikatnie zsunął książkę, aby przewrócić stronę, zobaczyłam jego brązowe włosy, poprzeplatane promieniami słońca. Nie wiedziałam dlaczego, ale moje serce wywinęło koziołka i niemalże wywróciło się, rozbijając o ziemię. Przeszłam na palcach, aby nie stukać obcasami o podłogę, po czym zajęłam miejsce, siadając naprzeciw niego. Uniosłam brew w wyrazie rozbawienia, czekając aż zwróci na mnie swoją uwagę, czego nie czynił przez dłuższy czas, więc w końcu odchrząknęłam.
            Leniwie przeciągnął książkę w dół, chcąc sprawdzić kto mu przeszkadza. Gdy spotkały się nasze oczy, musiałam powstrzymać się, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku, choć jęk sam cisnął mi się na usta. Karmel jego oczu był tak intensywny, że poczułam jak fala gorąca zalewała mnie od czubka głowy, po same koniuszki palców u stóp.
            - Długo się szykowałaś? - spytał zamiast jakiegokolwiek "cześć", "dzień dobry", czy też "jak się czujesz?"
            - Czy długo się przebierałam po szkole? Och tak, całe 10 sekund - skłamałam, starając się przy tym brzmieć jak najbardziej lekceważąco, dlatego też dla podkreślenia słów, westchnęłam niby znudzona.
            - Szybka jesteś.
            - Nie wyobrażaj sobie za wiele - rzuciłam z rozbawieniem igrającym w kąciku ust, po czym dorzuciłam - profesorze.
            Widziałam uśmiech czający się na jego wargach, lecz nie pozwolił mu całkiem się pojawić (cholera, te usta!). Zamiast tego podniósł się i nie odzywając więcej ni słowem, ruszył między rzędami książek. Prychnęłam urażona i ruszyłam za Smerfem Marudą z cholernie seksownym tyłkiem, nie powstrzymując się przed stukaniem obcasami. Nie zamierzałam być milsza niż on wobec mnie. Doszliśmy w końcu do stolika, po drugiej stronie biblioteki, gdzie nie było aktualnie nikogo, więc mieliśmy całkowity spokój. Usiadłam na jedynym krześle, które tam było, przez co on musiał sobie przyciągnąć inne.
            Gdy położył przede mną kartkę papieru, patrzyłam na nią jak oniemiała. Kilka razy wędrowałam wzrokiem od niej, do niego i z powrotem. To były jakieś żarty chyba. Jeszcze raz spojrzałam na kartkę, odwracając ją z dwóch stron i to samo zrobiłam z kilkoma innymi, które były do niej podpięte.
            - Żartujesz sobie? Test? Na 4 kartki? - spytałam zaciskając wargi w wąską linię, widząc jego rozbawienie daną sytuacją. Wyciągnęłam z torebki długopis i nie mówiąc nic więcej, zabrałam się za uzupełnianie go. Same zadania otwarte. Cudownie.
            1) Z jakiego języka pochodzi słowo psychologia i co oznacza?
            Termin 'psychologia' pochodzi z języka greckiego i oznacza naukę o duszy; psyche - dusza, logos - słowo, nauka.
            2) Jak rozwijała się psychologia?
            Do końca XIX wieku psychologia rozwijała się jako jedna z gałęzi filozofii. W 1897r. Wilhelm Wundt otworzył w Lipsku pierwsze laboratorium psychologiczne. Od tej pory psychologia stała się samodzielną nauką.
            Pytania były łatwe. Zdecydowania za łatwe. Spojrzałam na Maximiliana i zacisnęłam wargi, widząc jak czytał Cień Wiatru. To była moja książka i mój pisarz. Warknęłam w myślach na niego. Przynajmniej miał dobry gust. Co wcale nie uniewinniało go z tego, że traktował mnie tak, jakby wcale mnie tam nie było. Ciekawa byłam, czy zauważyłby, gdybym wyciągnęła telefon i zaczęła ściągać. Przewróciłam kilka kartek, idąc do ostatnich pytań i zaklęłam pod nosem.
            44) Czym są emocje? Wymień 5 czynników składowych.
            Wiedziałam czym są emocje, oczywiście, przecież każdy to wie. Ale jak to logicznie wyjaśnić komuś innemu? Jak można rozbić emocje, proces tak złożony i oczywisty za razem na czynniki pierwsze?
            45) Podpisz dane definicje:
                        Operowanie symbolami reprezentującymi elementy środowiska.
                        Odzwierciedlenie wielu własności przedmiotu, odnosi się do całego układu cech.
                        Powstaje w wyniku odzwierciedlania pojedynczej właściwości danego przedmiotu
            - Słyszałem to - powiedział spokojnie, a gdy podniosłam na niego wzrok, zobaczyłam uśmiech błąkający się po jego twarzy.
            Przygryzłam dolną wargę i wróciłam do wypełniania testu, znowu zaczynając od tych łatwiejszych zadań. Po kilkunastu minutach miałam tego serdecznie dość i wszystko zaczęło mi się mieszać w głowie. R. Spitz, K. Wolf, L. Gardner i kim do cholery był Maslow?! Potarłam skronie zmęczona, a przy kolejnym oblizaniu warg wiedziałam, że zlizałam cały błyszczyk, który miałam na nich. A chwilę później to poczułam.
            Ostry ból, który zrodził się w podbrzuszu zaatakował tak nagle, że zgięłam się w bólu, zduszając potrzebę jęku. Widocznie pomyliłam się co do uwagi nauczyciela, ponieważ niemalże od razu znalazł się przy mnie, delikatnie masując plecy.
            - Coś się stało? - Słyszałam przejęcie w jego głosie i zrobiło mi się głupio.
            Albo raczej zrobiłoby mi się głupio, gdyby choć na chwilę przestało tak strasznie boleć. Zaklęłam w myślach, że nie spakowałam tych cholernych tabletek do torebki. Przecież wiedziałam, że prędzej czy później to się stanie i miałam pełną świadomość, że może to być właśnie tego dnia. Albo przynajmniej powinnam była mieć to przeświadczenie. Zacisnęłam palce na swoich udach, próbując zatrzymać ból w sobie i pozwolić łzom spływać po policzkach. Wtedy nie byłoby odwrotu, a kontrolę utraciłabym nad sobą na kilkadziesiąt minut.
            Ostatecznie potrząsnęłam głową. Wymamrotałam pod nosem coś na zasadzie, że powinnam iść, lecz nie byłam tego pewna, ponieważ niczego nie słyszałam. Miałam dziwne wrażenie, że się poruszył, lecz następne co poczułam to upadek. Jednakże wylądowałam na czymś miękkim. Usłyszałam nad sobą przytłumione dźwięki, lecz moje myśli krążyły tylko wokół jednego celu. Nie dać się bólowi. Poczułam jak stopy oderwały się od ziemi, choć się przemieszczałam do przodu. Skuliłam się mocno, czując chwilową ulgę.
            Spojrzałam do góry i widziałam zatroskaną twarz Maximiliana. Z bliska wyglądał niemalże jak grecki bóg.
            - Mogę iść sama - szepnęłam słabo i skrzywiłam się, czując kolejną falę bólu, lecz stłumiłam ją, mocniej przyciskając nogi go piersi.
            - Mhm, widziałem przed chwilą. Jedziemy do szpitala - odpowiedział stanowczo i zbiegł ze mną po schodach z taką lekkością iż uznałam to za niemal niemożliwe.
            Dopiero po chwili dotarł do mnie sens jego słów. Szpital. Badaliby mnie i dotykali. Patrzyli jak na narkomankę, albo sprawdzali czy może nie mam raka. Zdecydowanie nie podobała mi się ta wizja i chciałam potrząsnąć głowę, lecz wtedy ta rozbolała jeszcze mocniej, wyrywając z mojej piersi słaby jęk.
            - W domu mam leki, zawieź mnie... - szepnęłam, gdy wsadzał mnie na miejsce pasażera.
            Widziałam jego pełen wątpliwości wzrok i niemalże mogłam usłyszeć pytania kotłujące się w jego głowie. Chciałam mu wyjaśnić iż nikogo tam nie było i miało nie być jeszcze przez wiele godzin, lecz musiałam skupić się na miarowym oddychaniu i próbie nie rozklejenia się w samochodzie nauczyciela. Musiał zauważyć jak jest źle i że nie było czasu na dyskusję, więc jedynie zapytał gdzie mieszkam i ruszył przed siebie.
            Nie chciałam go martwić, naprawdę ostatnią rzeczą, którą chciałam zrobić, to wyjść na schorowaną beksę przed tym kolesiem. A gdyby się dowiedział, że to tylko okres, chyba zabiłby mnie wzrokiem. Przechodziłam przez to co miesiąc, co miesiąc miałam takie bóle iż ledwo mogłam wysiedzieć w miejscu, a mimo to nadal zapominałam nosić ze sobą tabletek. Lecz na swoje usprawiedliwienie mogłam dorzucić, że były one na receptę, a nie wypisywali mi jej tak wielkiej, abym w każdej torebce miała po opakowaniu.
            Dojechaliśmy do domu tak szybko iż pewna byłam, że profesor Bradly złamał co najmniej kilka przepisów drogowych. Wysiadłam z jego samochodu chwiejnie, lecz niemalże od razu zjawił się u mojego boku, pomagając mi dojść do drzwi. Opierając się o jego ciało, wyciągnęłam z kieszeni klucze, po czym za trzecim razem trafiłam do zamka, zamroczona bólem. Dobre było chyba jedynie to, że przezornie założyłam podpaskę, dzięki czemu nie zabrudziłam mamie jeansowych spodenek.
            - Jest ktoś? – spytał, delikatnie obejmując mnie w pasie i swoimi stopami ściągnął z moich buty, nieznacznie mnie przy tym unosząc.
            Potrząsnęłam głową i jęknęłam, przez co znowu wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu, który znalazł po kilku pomyłkowych wejściach. Ułożył mnie na kanapie, przykrywając kocem, po czym zniknął za drzwiami. Miałam wrażenie, że odkąd powiedziałam mu iż nikogo nie ma, poczuł się lepiej, bardziej swobodnie. Po kilku (a może kilkunastu) minutach wrócił z kubkiem parującej herbaty, szklanką wody oraz paczką naproxenu.
            - Bardziej apteczki to się nie dało ukryć, huh? – westchnął, siadając obok mnie, gdy podniosłam się, aby połknąć leki.
            Oczy mężczyzny się rozszerzyły, gdy zobaczył, że biorę dwie tabletki, lecz nie skomentował tego. Usiadł na miejscu mojej poduszki, więc siłą rzeczy, chcąc się położyć, musiałam położyć głowę na jego udzie, a on nie miał z tym większych problemów.
            Dlaczego do cholery nie miał z tym problemów?!
            Spojrzałam zaskoczona pod koc, gdy poczułam coś ciepłego na swoim brzuchu. Zmarszczyłam brwi widząc ścierkę, po czym spojrzałam na twarz swojej tymczasowej poduszki pytająco. Ten oblizał wargi, wciągając je następnie i lekko zaciskając. Widocznie był poddenerwowany i niepewny sytuacji, co w pewnym stopniu wzbudziło we mnie pewien rodzaj czułości względem niego.
            - Nie mogłem znaleźć termoforu - odparł po chwili, na co skinęłam głową rozbawiona.
            Nie wiedziałam, w której chwili usnęłam. Może z bólu, a może zmęczona jego wstrzymywaniem. Jedyne co pamiętałam to to, że w pewnym momencie poprosiłam, aby mówił do mnie Evelyn.

            Oraz jego dłoń na moich włosach.

2 komentarze:

  1. Ona ma siostrę? Czemu nic mi o tym nie wiadomo? ;> Uroczy profesorek, taki niby chłodny, ale jaki okazał się przytulny i opiekuńczy xD

    OdpowiedzUsuń
  2. NO DOBRA, ZAPOMNIAŁAM - fajne ma relacje z rodzicami, miło, że ma takie oparcie, szkoda, że ich zostawiła :/ Gdyby taka para rodziców częściej istniała to świat byłby lepszy xd

    OdpowiedzUsuń