Five

Teraźniejszość.


            Następnego dnia bałam się iść do pracy. Przez te dwa lata sądziłam, że te ponad 4 i pół tysiąca kilometrów, które dzieliło Nowy Jork i moje rodzinne Daly City wystarczą, aby ukryć się przed przeszłością. Jak widać, jednak i to było za mało. Mogłam wyjechać do Rosji. Nie, nie mogłam, nie znałam języka. Albo chociaż do Wielkiej Brytanii, tam język wiele się nie różni. Mogłam zrobić wiele rzeczy, a jednak postanowiłam pozostać w Stanach, naiwnie licząc, że to się nigdy nie wyda. Naiwność. To była moja największa wada. I właśnie przez nią musiałam uciec z miasta, ze stanu, na drugi koniec kraju i cały czas żyć w obawie, że coś się może stać.
            I stało się, lecz było już za późno.
            Nic się nie stało, panikujesz - napomniałam siebie w myślach.
            Faktycznie, nic się nie stało. Może to był po prostu niepewny siebie artysta, a poleciła mu mnie osoba, nad której pracami miałam pieczę? Thomarson, albo może Santana. Albo ktoś z poprzedniego roku, na kim wywarłam dość dobre wrażenie. Możliwości było wiele i wcale nie musiał być najgorszy scenariusz jaki zakładałam. Lecz mimo to, przez cały czas od rozmowy z Andreasem, czułam na karku oddech przeszłości, co powoli zaczęło mnie wykańczać nerwowo. A minęło raptem kilkanaście godzin. To było totalnie do chrzanu.
            Bębniąc palcami w kierownicę zastanawiałam się czy wejść do budynku wydawnictwa. Może Andreasa tego dnia nie było w pracy i nie zauważyłby mojej nie obecności? Może to był taki jednorazowy wybryk z jego strony, aby sprawdzić jak radzimy sobie sami, podczas jego nieobecności, a po tej kontroli wrócił do swojego świata sziszy i jednorożców. Może. Lecz jeśli był, pewnie wkurzyłby się, albo bardziej zmartwił, tym bardziej po tym, jaką szopkę odstawiłam dnia poprzedniego. Nie chodziło o to, że czułam się winna, przez to, co zrobiłam, ponieważ w ogóle tak nie było. Po prostu przez to musiałam pokazać, że wszystko jest okej i że nie jestem taką wariatką, za jaką wszyscy mnie mają. Po prostu kobieca duma, czy jakoś tak.
            Poza tym to może faktycznie był po prostu jeden z początkujących artystów, a ja mogłabym mu zatrzasnąć przed nosem drzwi do kariery, a tego z pewnością nie chciałam zrobić. Celem naszego małego wydawnictwa było dać ludziom to, czego nie potrafiły wielkie korporacje - możliwość na spełnienie się. I może nie mogliśmy zaoferować wielkiej sławy, wybicia się, ale dla wielu z tych ludzi nawet wydanie kilkudziesięciu egzemplarzy było spełnieniem marzeń. A jeśli książka/tomik się przyjmował/a to cały mechanizm szedł do przodu i można było liczyć na coraz lepsze efekty.
            Dlatego też tamtego ranka podniosłam się z siedzenia ściskając w dłoni swój kubek z kawą i weszłam do budynku. Spojrzałam na Monicę i chyba po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, podeszłam do niej nie tylko po listę.
            - Andreas u siebie? - spytałam niezobowiązująco, biorąc swój przydział zadań. Kiedy nie uzyskałam żadnej odpowiedzi, uniosłam wzrok i zobaczyłam oniemiałą twarz dziewczyny. Chyba nikt nie sądził iż byłam niemową, prawda? - Dzwonił ktoś do mnie? - spytałam po chwili, mając nadzieję, że może tym pytaniem jakoś ją przełamię, lecz nadal patrzyła na mnie zaszokowana.
            Cóż, jeden kamień do kolekcji. Może powinnam była zostać tą starożytną dziewczyną z wężami na głowie, a jej spojrzenie zamieniało ludzi w kamień. Meduza chyba, czy jakoś tak. Upijając łyk kawy, zaczęłam wchodzić po schodach na piętro, gdzie mieściły się nasze biura, upijając przy tym solidny łyk gorącej kawy.
            - Nie ma go, ale dzwonił do ciebie pewien mężczyzna. Powiedział, że jeszcze da znać, za jakieś... pół godziny – odparła, zerkając na zegarek.
            Odwróciłam się w jej stronę i uśmiechnęłam delikatnie, kiwając głową w wyrazie podzięki, po czym popchnęłam drzwi, wchodząc do sali. Już po atmosferze, która tam panowała, wiedziałam iż Andreasa nie ma. Wszystko wróciło do normy. Współpracownicy przekrzykujący się raz za razem, co chwilę wybuchający śmiechem. Rozmowy dosłownie o wszystkim i o niczym. Latające w powietrzu papierowe samolociki (serio, ile oni mieli lat?! 5?!)  i to poczucie jedności, o którym jedynie można było pomarzyć przy wizytach przełożonego.
            - Hej Marco. Hej Lils. Hej An. Hej Henry - mówiłam po kolei, mijając swoich współpracowników, dostając w odpowiedzi chóralne "Hej Nikkie".
            Siadając za swoim biurkiem, poczułam się dziwie ociężała. Wolałabym mieć już tę rozmowę za sobą i przynajmniej wiedzieć, czego się spodziewać. I przez tę całą sprawę nie mogłam skupić się na pracy. Przejrzałam swój kalendarz i zauważyłam, że w przyszłym tygodniu miałam lukę, podczas której mogłabym się zobaczyć z tym artystą. Choć jeśli był to mężczyzna to może powinnam zabrać ze sobą Marco albo Henry'ego i delikatnie go przekazać któremuś z nich. A biorąc stosunek i nieznajomego i Marco do swojej osoby, chyba jednak powinnam była zabrać ze sobą Henry'ego.
            On ufa TOBIE.
            Coraz bardziej nienawidziłam tego wewnętrznego głosu. Szkoda, że nie było go 2 lata temu jak ważyły się losy mojego życia. Ten dziwny głos wtedy milczał, pozwalając mi przegrać siebie, a w takim momencie jakby nigdy nic zaczął mi radzić i grać dobrą wróżkę, która jest wszystko wiedząca. A guzik! Skoro to był facet, to facet powinien się nim był zająć. Może to był seryjny morderca, który brał natchnienie ze swoich zbrodni? Albo gwałciciel?
            Albo koleś, w którym się zakochasz.
            O nie, ta wizja przerażała mnie jeszcze bardziej niż gwałciciel i morderca w jednym. Nie mogłam się w nikim zakochać z trzech prostych powodów. Po pierwsze nie byłam na to gotowa, po drugie zdecydowanie na to nie zasługiwałam, a po trzecie... to byłoby całkowicie nie uczciwe wobec niego. I nie chodziło wcale o to, że chciałby aby tak było. Pewnie szczerze mnie nienawidził i ostatnie czego chciał to powrotu do czegoś, co spieprzyło mu życie. O ile w ogóle pamiętał. Po prostu czułam jakąś taką wewnętrzną blokadę, barierę. Poza tym to, że on zapomniał nie znaczyło, że ja także.
            Potrząsnęłam głową, starając się odgonić myśli, lecz marnie mi to wychodziło. W życiu w Nowym Jorku nigdy nie miałam niespodzianek. Nie, przepraszam, trzy razy. Pierwszy raz to impreza, którą przygotowali mi współpracownicy na przywitanie. Drugi raz był wtedy, gdy przez chwilę miałam anonimowego adoratora (który wystraszył mnie na śmierć przypominając o przeszłości) oraz trzeci, gdy nawet po tym jak dowiedziałam się iż to był Marco i dałam mu kosza, on nadal starał się ze mną umówić.
            Tak, to miasto wbrew pozorom było popaprane. Ale mimo to próbowałam się wmieszać, zatrzeć za sobą wszelkie ślady, aby nie można było mnie znaleźć. Nawet zmieniłam imię, którym się posługiwałam na to, za którym nigdy nie przepadałam. Wszystko tylko po to, aby ułatwić życie wszystkim, tylko nie sobie. A może przede wszystkim sobie? Aby móc w końcu zacząć żyć bez strachu i nie musieć oglądać się za siebie? Nawet jeśli, to słabo mi wyszło.
            Na telefon nie musiałam długo czekać. Od momentu aż usiadłam za biurkiem minęło dwadzieścia siedem długich, męczących minut, w ciągu których zdążyłam opróżnić niemalże cały kubek kawy, który normalnie wystarczał mi na cały dzień. Do tego przejrzałam swój kalendarz ponad trzy razy, jakby chcąc wyuczyć się terminów na pamięć, aby nie musieć go kartkować podczas rozmowy z nieznajomym. Stresowałam się tak, jak za czasów, gdy byłam w liceum. To robiło się naprawdę żenujące.
            Podskoczyłam na krześle jak oparzona, gdy rozległ się dzwonek telefonu i wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni, lecz jedynie zbyłam ich zakłopotanym uśmiechem. Spojrzałam na wyświetlacz i przełknęłam ślinę czując wzrastające w żołądku nieprzyjemne uczucie. Numer kierunkowy - 415, a to był numer pewnego miasta o mieszkańcach przekraczających ponad 100 tysięcy oraz położonym w Kalifornii. Bardzo dobrze znałam to miasteczko.
            Przełknęłam ślinę, przez jakiś czas wahając się przez jakiś czas. Widocznie było to na tyle długo, że spojrzenia współpracowników znowu na mnie spoczęły pytająco, więc postanowiłam podnieść słuchawkę. Wszystko, byleby odwrócili ode mnie swoje oczy, ponieważ tym stresowali mnie jeszcze bardziej, nawet jeśli nie byli tego świadomi. Odwróciłam się tyłem do nich, aby nie widzieli mojej twarzy, przy czym zacisnęłam mocno powieki, czując nieprzyjemny skurcz w żołądku.
            Podniosłam słuchawkę do ucha i zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Może się spóźniłam z odebraniem, ale spojrzałam na wyświetlacz. Połączenie trwało. Wzięłam głęboki oddech, powoli wypuszczając powietrze. W ten sposób chciałam się uspokoić oraz zebrać do kupy, aby móc porozmawiać z tym mężczyzną, lecz wtedy on przerwał tę ciszę.
            - Ekhem. Przepraszam, czy dodzwoniłem się do pani E... Veronici Evelyn Catharsis? - usłyszałam jego głos i mało brakowało abym spadła z krzesła. Nieświadomie wydałam z siebie cichy jęk, czując ogarniającą mnie panikę. To nie mogło się dziać.
            Poruszyłam wargami zupełnie tak jakbym chciała powiedzieć tak, lecz nic nie wydobyło się z mojego gardła. Nic poza zduszoną chęcią płaczu, przez co słychać było jedynie mój spazmatyczny oddech. Nie słyszałam tego głosu od lat. Przed dwa długie lata próbowałam sobie przypomnieć brzmienie jego głosu. Przypomnieć jak to jest po prostu go słuchać, choć niekoniecznie rozumieć. Z pewnością nie wtedy, gdy mówił o skomplikowanych zależnościach psychologicznych podczas dni, gdy za żadne skarby świata nie miałam zamiaru się uczyć. Ale mimo to kochałam go słuchać, niezależnie o czym mówił.
            Może on cię nie pamięta, podszeptywał mi cicho głos, choć nie potrafiłam wyczuć czy brzmiał w nim zawód, czy może nadzieja.
            - Eve.... - powiedział to z taką czułością, że dreszcze przeszły po moim ciele. Z pewnością pamiętał. Pamiętał i postanowił wrócić, aby pokazać jak bardzo wszystko zniszczyłam. Aby przewrócić moje życie tak samo, jak ja rozkopałam jego. Byłam tego pewna. Wszystko co robimy wraca do nas z nawiązką zarówno te dobre, jak i te złe czyny. A ostatnią rzeczą, jaką mu wyświadczyłam było zło. W imię dobra. Ale jednak zło. - Boże, Eve...
            - Musiał pan pomylić numery - powiedziałam łamiącym się głosem i zakończyłam połączenie.
            Pochyliłam się do przodu, opierając łokcie na kolanach, pozwalając swojemu ciału na drżenie. Byłam wdzięczna dużemu fotelowi za to, że zasłaniał mnie przed współpracownikami, ponieważ nie zamierzałam w tamtej chwili im się ze wszystkiego tłumaczyć. To było zbyt wiele i to były moje sprawy. Nikt nie musiał o nich wiedzieć. Spojrzałam na telefon i poczułam piekące w oczy łzy. Zrobiłam wszystko, co mogłam, aby się ukryć. Widocznie to i tak było za mało.
            Boże, Eve...
            Błaganie w jego głosie rozrywało mi serce na miliony drobnych kawałeczków. Zupełnie tak, jakby... nie wiedział. Ale to było niemożliwe, aby nie wiedział. To wszystko nagle stało się zbyt skomplikowane, a pozostanie do końca pracy w tym miejscu wydawało się nadto niewłaściwe. On wiedział, że tam pracowałam. To nie było już bezpieczne miejsce. Poczułam nagle, jak zaczęło brakować mi powietrza, a ja chciałam żyć. Chciałam móc odetchnąć pełną piersią. Potrzebowałam tego.
            Zebrałam swoje rzeczy do torby i biorąc kilka głębokich oddechów podniosłam się z miejsca. Nie mogłam pozwolić panice i histerii owładnąć sobą w pracy. To było coś zbyt intymnego, aby pokazywać to innym osobom, nawet tym, z którymi pracowałam od lat. Nawet przyjaciółce, którą znałam niemalże od zawsze. Nie, to był mój ból i musiałam sobie poradzić z nim sama, nie miałam prawa nikogo wciągać w swoje problemy, które sama sobie stworzyłam.
            - Chyba jednak jestem chora - odparłam słabo do reszty pracowników i wyszłam na chwiejących się nogach.
            Nawet nie musiałam udawać, naprawdę zaczynałam tracić równowagę oraz czułam się coraz gorzej. Niebezpiecznie szybko zbliżałam się do swoich granic możliwości. Nawet nie patrząc na Monicę wsiadłam do swojego pontiaca i odjechałam z piskiem opon. Byle do domu, byle do domu. Na szczęście było jeszcze wcześnie, więc nie było zbyt dużych korków, choć to był Nowy Jork, tam niemalże zawsze były korki. Urok wielkich miast.
            Gdy zajechałam pod blok, wyszłam z samochodu z uczuciem pustki. Może to był efekt powstrzymywanych emocji przez dłuższy czas, a może po prostu się poddałam. Pogodziłam z tym, co się stało. Albo jeszcze nie doszło to do mnie. Może sytuacja w redakcji była impulsem, lecz jeszcze tak naprawdę w to nie wierzyłam. Nie wiedziałam co się działo, ale nie czułam... niczego. Weszłam spokojnie po schodach na górę i weszłam do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
            Powiesiłam płaszcz, ściągnęłam buty i odłożyłam torbę, czując się przy tym jak robot. Następnie zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy, odkąd przeprowadziłam się do Nowego Jorku. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej pudełko. Wyciągając różne rzeczy, znalazłam swojego starego iPada i zamknęłam pudełko, odkładając je na miejsce. Wróciłam do salonu i podłączyłam do głośników, które pozostawił poprzedni właściciel wraz z kilkoma innymi rzeczami.
            Poczułam drżenie, przeglądając piosenki z dawnych lat. Emocje zaczynały brać górę. Włączyłam ostatnio odtwarzaną playlistę, co miało miejsce ponad dwa lata wcześniej i oblizałam wargi, stojąc bezradnie pośrodku pokoju. Kiedy usłyszałam początek pierwszej piosenki (Skilet - Hero), przez moje ciało przeszły dreszcze, a oddech mocniej przyspieszył. Narastała we mnie frustracja i złość. Wszystko poszło nie tak. Wszystko poszło na marne.
            I'm just a step away. I'm just a breath away losing my faith today. We're falling off the edge today. I am just a man. Not superhuman. I'm not superhuman. Someone save me from the hate. It's just another war. Just another family torn. We're falling from our faith today. Just a step from the edge. Just another day in the world we live.
            Brzęk tłuczonego szkła. Spojrzałam na kawałki wazonu i poczułam coś na wzór ulgi. Zacisnęłam wargi i przewróciłam stolik na drugą stronę. To wszystko nie powinno się było wydarzyć. Nie miało prawa się wydarzyć. Nie tak miało być. Miałam zniknąć i nie zostać nigdy znaleziona. Nigdy, przez nikogo. Umrzeć, a na nagrobku miało być "nie poznana przez nikogo". Miałam żyć anonimowo, bez przyjaciół. Bez przyszłości, bez przeszłości.
            I need a hero to save me now. I need a hero. To save me now. I need a hero to save my life. A hero'll save me. Just in time.
            Wykonałam zamaszysty ruch, tłukąc wazę oraz szklankę, którą wcześniej zostawiłam na komodzie. Czułam spływające po policzkach łzy i wiedziałam, że z mojego gardła wyrwał się głośny krzyk, chociaż go nie słyszałam. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłam muzyce płynąć w swoich żyłach. Rozejrzałam się po mieszkaniu, desperacko szukając czegoś do zniszczenia, lecz było ono tak skromne, że niczego nie mogłam znaleźć. Złapałam za poduszkę, uderzając nią o ścianę, po czy ruszyłam w kierunku sypialni.
            I've gotta fight today to live another day. Speaking my mind today. My voice will be heard today. I've gotta make a stand but I am just a man. I'm not superhuman. My voice will be heard today. It's just another war. Just another family torn. My voice will be heard today. It's just another kill. The countdown begins to destroy ourselves.
            Wyciągnęłam z szafy wszystkie swoje nudne ubrania i rzuciłam je na środek pokoju, w amoku zaczynając je drzeć jak szmaty. Włosy wymykały się spod upiętego koka, choć nie zwracałam na to uwagi. Wszystko zaczęło się sypać jak domek z kart i nic nie było takie jak do tej pory. A skoro zostałam zdemaskowana, czas porzucić pozory. Czas pozwolić sobie czuć. Rzuciłam kolejną nudną, szarą sukienkę na stos podartych ubrań.
            I need a hero to save me now. I need a hero. To save me now. I need a hero to save my life. A hero'll save me. Just in time. I need a hero to save my life. I need a hero just in time. Save me just in time. Save me just in time.
            Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam wszystko rozrzucać na boki, poduszki drąc, a pierze latało wszędzie dookoła. Prześcieradło, poszwy, wszystko kończyło w strzępach. Oddech mocno przyspieszył, a ogień krążył w moich żyłach. Lecz było to coś zupełnie innego niż podczas porannych ataków. Ten ogień, który towarzyszył mi podczas demolowania mieszkania był... przyjemny. Motywował mnie do działania, dodawał sił. Był przeciwieństwem swojego bliźniaka, który budził mnie każdego ranka.
            Who's gonna fight for what's right? Who's gonna help us survive? We're in the fight of our lives. And we're not ready to die. Who's gonna fight for the weak? Who's gonna make 'em believe? I've got a hero. I've got a hero. Living in me. I'm gonna fight for what's right. Today I'm speaking my mind. And if it kills me tonight. I will be ready to die. A hero's not afraid to give his life. A hero's gonna save me just in time.
            Wyciągałam wszystko z szafek i tłukłam, darłam, albo niszczyłam to, co się dało. Gdyby ktoś popatrzył z boku, pomyślałby że zwariowałam i zapewne miałby rację. Lecz wydawało mi się iż właśnie odzyskałam zmysły. Odzyskałam determinację, oraz władzę nad strachem. Nie przyjmowałam potulnie tego, co mi się przydarzało, lecz próbowałam z tym walczyć. Po tylu latach odważyłam się zrobić to, co powinnam o wiele wcześniej.
            Bunt.
            I need a hero to save me now. I need a hero. To save me now. I need a hero to save my life. A hero'll save me. Just in time. I need a hero .Who's gonna fight for what's right, who's gonna help us survive? I need a hero. Who's gonna fight for the weak, who's gonna make 'em believe? I need a hero. I need a hero. A hero's gonna save me just in time.
            Gdy piosenka się skończyła, poczułam się całkowicie zmęczona. Dałam upust złości, strachowi i wszystkim emocjom, które dusiłam w sobie przez tak długi czas. Pierze latało wszędzie, a ja siedziałam z pochyloną głową, ciężko dysząc. Nie zwracałam uwagi na zdewastowany pokój, na zdewastowane mieszkanie. W tamtej chwili liczyło się tylko moje zdewastowane życie i to, czy da się je jakkolwiek poskładać do kupy, a nawet jeśli tak, to jakim kosztem.
            Chwilę później zaczęła się nowa piosenka i poczułam dreszcze przechodzące wzdłuż kręgosłupa. Oblizałam wargi, czując wzbierające się pod powiekami łzy. Oparłam plecy o ścianę i zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów płakałam, bo tego chciałam. Płakałam przez wszystko to, co straciłam. Płakałam, ponieważ się bałam, panicznie bałam się przyszłości. Płakałam, ponieważ wciąż kochałam. Płakałam, ponieważ część mnie, która myślałam, że dawno umarła, zaczęła się wybudzać na dnie ciemnego i głębokiego dołu, gdzie miała umrzeć z głodu. Obudziła się słysząc jego głos. Płakałam, ponieważ za nim tęskniłam.
            Be my date this Christmas, Eve. Be my holiday, my dream. Lay your head on me. I got you babe. Kissing underneath the tree I don’t need no presents girl. You’re everything I need. Let me give you all of me. Together on this Christmas, Eve... [1]
_______________________________________________________________
[1] Piosenka Justina Biebera - Christmas Eve. W oryginale Christmas eve jest jako cały zwrot wyrażający wigilię. Christmas, Eve, oznacza święta, Eve. Po prostu zastosowana zabawa językiem.

4 komentarze:

  1. Wiem, że to Max!! CZEMU SIĘ ROZŁĄCZYŁA

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubię jej, bo się rozłączyła i nie przedłużyła rozmowy :( Ledwo co znam tego Maxa, ale brakuje mi go i chcę go więcej :(

    OdpowiedzUsuń