Przeszłość
W
ciągu następnych kilku dni nie wydarzyło się nic, co wykraczałoby ponad normę.
Profesor Bradly dawał mi coraz więcej materiałów do nauki, więcej ich ze mną
nie omawiając. Jedynie, co zrobił, to powiedział, że tamtego wieczora to, co
zdążyłam wypełnić, było poprawne. Podczas zajęć prawie w ogóle na mnie nie
patrzył, co wprawiało mnie w lekkie zirytowanie i rozdrażnienie (delikatnie
rzecz ujmując) i nie zwróciłam uwagi, w którym momencie zaczęłam warczeć na
większość ludzi z mojego otoczenia.
Zimne
podejście nauczyciela do mnie sprawiało, iż zaczynałam się zastanawiać czy
tamtego wieczoru sobie wcale nie wymyśliłam. Może mnie po prostu odwiózł do
domu, a mój otępiały z bólu umysł dopowiedział sobie resztę, aby było mu
łatwiej to znosić? Było to całkiem możliwe, biorąc pod uwagę, że rano obudziłam
się na kanapie całkiem sama, a śladu po kubku, ani szklance nie było. Rodzice o
nic nie pytali, o niczym też nie wspominali, a chyba by to zrobili, gdyby
spotkali w swoim domu obcego mężczyznę, prawda?
Dni
do konkursu mijały bardzo powoli i dłużyły się nie miłosiernie. Rozważałam to,
czy nie zacząć omijać psychologii, lecz jednak dziwna siła popychała mnie do
sali 369, gdzie uzmysławiałam sobie, że chciałam znowu zobaczyć
karmelowookiego nauczyciela, nieważne, czy traktował mnie jak powietrze, czy
też nie. Aż w końcu doczekałam się swojego dnia, dzień przed konkursem, aż jego
łaska spoczęła i na mnie. Poprosił abym pozostała po lekcji w sali, gdyż musiał
omówić szczegóły dnia następnego. Jednakże zrobił to z takim chłodem iż miałam
ochotę rzucić w niego gałką lodów i prychnąć zniesmaczona. Ktoś musiał go w
końcu ostudzić tak, jak on ostudzał mnie swoim chłodem. Albo jeszcze bardziej
nakręcał, lecz to była już zupełnie inna sprawa.
Gdy
wszyscy wyszli, podeszłam do biurka, o które oparłam się biodrem, krzyżując
ramiona na piersi. Uniosłam do góry wydepilowaną brew, próbując ukryć uśmiech
za wciągniętymi wargami, starając się przy tym przybrać jak najbardziej
neutralną postawę. Kiedy przez jakiś czas po prostu na mnie patrzył,
zastanawiałam się, czy wypadało się roześmiać. Lecz wtedy przypomniałam sobie
jego dłoń na swoich włosach i całkowicie przeszła mi ochota na śmiech, a
zamiast tego serce przyspieszyło biegu. Oblizałam wargi, czując suchość w
ustach.
- Jutro
koło południa poczekaj na mnie przed szkolną bramą. Pojedziemy do Fresno, to
jest jakieś trzy i pół godziny drogi samochodem. Powinniśmy tam być koło
czwartej po południu, załóżmy, że konkurs potrwa niecałe dwie godziny. Szósta,
koło dziewiątej powinniśmy być z powrotem w Daly City - powiedział to
spokojnie, cały czas trzymając się swojej strony biurka.
Skinęłam
delikatnie głową i zaczęłam się zastanawiać. Dziadkowie przyjechali na kilka
dni, więc gdybyśmy wrócili do dziesiątej, byłoby dobrze. Później już nie byłoby
to mile widziane. Nie byli oni starzy, lecz mimo wszystko chodzili spać
wcześniej niż ja, czy rodzice i lepiej było ich nie budzić, tym bardziej, że
zamieszkiwali w salonie. Ale skoro profesor Bradly powiedział, że powinniśmy
wrócić do tej dziewiątej, to miałam szansę nawet na zjedzenie kolacji, zanim
zostałby ogłoszony zakaz hałasowania. To miało sens.
Ponownie
skinęłam głową, jakby zgadzając się ze swoimi myślami, po czym zwróciłam się w
stronę drzwi, lecz nie otworzyłam ich. Poczułam dziwne uczucie, które kazało mi
się zatrzymać, lecz wcale nie tłumaczyło dlaczego. Zupełnie jak rodzic, który
mówi, że coś ci wolno, albo niewolno, lecz nie mówi dlaczego. Z moimi na
szczęście dało się porozmawiać, ale gdy słuchałam rozżalonej Cath, co nie potrafiłam
sobie wyobrazić, aby jacyś rodzice mogli w taki sposób traktować swoje dziecko.
-
Mam nadzieję, że dziś czujesz się lepiej - usłyszałam jego cichy szept, a
oddech mężczyzny otulił wrażliwe miejsce na mojej szyi, wywołując przy tym
przyjemny dreszcz, a supeł sam zawiązał się w moim podbrzuszu. Byłam niemalże
pewna, że moje policzki spłonęły rumieńcami, a przyspieszony oddech zdradzał
to, co działo się wewnątrz mojego ciała.
* * *
Nie
mogłam się skupić na żadnych lekcjach w dniu konkursu, moje myśli cały czas
krążyły od sali 369, do bramy szkolnej i nawet poszturchiwania Cath, czy też
Luke’a nie potrafiły przyprowadzić mnie z powrotem na ziemię. Dlatego też, gdy
mój zegarek wskazał za piętnaście dwunastą, przeprosiłam grzecznie profesora
McCarthney'a i wyszłam z sali. Zbiegałam po schodach tak szybko, jakby gonił
mnie pożar i przed wyjściem na rozjaśniony słońcem parking, poprawiłam szybko
fryzurę.
Czarny
pontiac już stał przed bramą, warcząc nie za głośno, ale przyjemnie. Ze
wszystkich sił zmobilizowałam się do tego, aby poskromić szeroki uśmiech, który
pchał się na usta. Zbiegłam lekko po kolejnych schodach i zmusiłam się do
subtelnego, lekko krzywego uśmiechu na widok karmelowookiego profesora.
Otworzyłam drzwi i wsunęłam się na miejsce pasażera, wywracając przy tym
oczami. Jakiekolwiek pozory trzeba było zachować.
-
Wyspałaś się? - spytał czekając aż zapnę pasy. Wstrzymałam oddech słysząc jego
głos i musiałam się całkowicie skupić, aby nie dać po sobie znać, jak bardzo to
na mnie działało.
-
Och, oczywiście. Przynajmniej tej nocy nie byłam obłapiana przez obcych
mężczyzn - rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem, po czym rozległ się
charakterystyczny klik, dla zapinanych pasów.
-
Wspaniale. Ja również spałem o wiele lepiej, gdy nie leżał na mnie kilkutonowy
słoń - odparł spokojnie, po czym zwinnie wycofał z parkingu.
Sapnęłam
unosząc wysoko brwi, po czym rzuciłam się na siedzenie oburzona. On chyba nie
mówił o mnie. Dupek. Zsunęłam szpilki ze stóp i podciągnęłam nogi pod brodę,
zastanawiając się nad tym, jak tak cholernie przystojny facet, może być
jednocześnie takim skończonym dupkiem. Cóż, większość taka była, ale to
totalnie nie logiczne. Chociaż jak można w takim ludzkim syfie dopatrywać się
logiki? Czułam, że ta podróż będzie się ciągnęła niemiłosiernie w
nieskończoność.
Włączyłam
radio i oparłam czoło o szybę, spoglądając na mijane nas drzewa. Zdecydowanie
nie byłam kilkutonowym słoniem, prawda? Gdyby tak było, nikt nie dałby rady
nosić mnie na rękach, a tym bardziej podrzucać. A może naprawdę byłam ciężka, a
ci, którzy mnie podnosili robili to z ogromnym wysiłkiem? Zaklęłam w duchu.
Zaczęłam tracić na samoocenie przez jednego parszywego nauczyciela.
Postanowiłam, że wrócę do diety, od której odstąpiłam kilka tygodni wcześniej,
myśląc że uzyskałam satysfakcjonujący efekt.
-
Oszczędzaj myślenie na konkurs, Nikkie - wyrwał mnie z zamyślenia głos
Maximiliana.
-
Po pierwsze, niektórym (mi) myślenie nie sprawia takiej trudności jak niektórym
- odparłam z cynicznym uśmieszkiem. - A po drugie, mów Evelyn, Lyn. Nigdy
Nikkie. Nienawidzę imienia Veronica, a tym bardziej skrótu Nikkie. Musiałabym
umrzeć i trafić do piekła, aby pozwolić tak do siebie mówić - odparowałam
niczym rozjuszona kotka, wywracając przy tym oczami.
-
Nauczyciele mówią Veronica - zauważył, spoglądając to na mnie, to na wyjątkowo
nieruchliwą drogę.
-
Przecież nie będę ich poprawiać. Oficjalnie mam na imię Veronica. Tak też mówią
rodzice. Ale znajomi, kumple i przyjaciele mówią Lyn, od Evelyn - westchnęłam
czując się, jakbym tłumaczyła dziecku ile to jest dwa dodać dwa i dlaczego.
Rola nauczyciela była zdecydowanie do dupy.
Następnych
kilka godzin spędziliśmy pogodniej. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O tym
dlaczego uczę się w takim liceum, a nie innym, dlaczego wybrałam taki profil
oraz co tak naprawdę zainteresowało mnie w psychologii. Później ja wypytywałam
jego, dlaczego postanowił zostać nauczycielem, czy nie uważa, że to gówniana
praca i czy to wszystko jest warte tego, aby użerać się z bandą rozwydrzonych
bachorów, które uważają się za niezwykle dojrzałą grupę elitarną.
Po
jakimś czasie temat zszedł na moją rodzinę, wspomniałam o Theresie, ale szybko
ominęłam to, koncentrując się na jego rodzinie. Dowiedziałam się, że miał
starszego brata, Johna, który był starszy od niego o dwa lata i pracował w Los
Angeles, przez co nie widywali się za często. Ponad to, ciągnąc go za język,
zyskałam informację, że ma dwadzieścia dwa lata, więc był ode mnie starszy
raptem o cztery. Przyszedł do naszej szkoły na zastępstwo niemalże od razu po
ukończeniu studiów. Brawo za odwagę dla tego pana.
Gdy
byliśmy już we Fresno, rozłożyłam mapę na kolanach, próbując zorientować się
gdzie jesteśmy i gdzie powinniśmy jechać. Jak można się domyślić, nie byłam
zbyt dobrym nawigatorem, w skutek czego zatrzymywaliśmy się kilkanaście razy,
prosząc ludzi o wskazanie drogi do szkoły, w której miał się odbywać konkurs.
Spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta. Spojrzałam na Maximiliana pytająco,
a on wyciągnął telefon, dzwoniąc do dyrekcji.
Okazało
się, że większość uczestników (w tym część organizatorów zewnętrznych) miała
problem z dojazdem, dlatego godzina rozpoczęcia konkursu zaczęła się coraz
bardziej obsuwać. Osoby, które były na miejscu od czwartej, albo i przed, były
mocno zirytowane, gdy przyjechaliśmy ponad półgodziny później. A części i tak
jeszcze nie było.
Gdy
dojeżdżaliśmy pod szkołę, leciała akurat piosenka Justina Biebera - Christmas Eve.
Jako Belieber, nuciłam ją cicho, co wprawiło profesora w niemałe rozbawienie.
Widać było, że sam nie przepadał za tym wykonawcą, lecz z szacunku nie
powiedział niczego niestosownego ani pod adresem moim, ani Jussa. Znowu zaczął punktować.
Be
my date this Christmas, Eve. Be my holiday, my dream. Lay your head on me. I
got you babe. Kissing underneath the tree I don’t need no presents girl. You’re
everything I need. Let me give you all of me. Together on this Christmas,
Eve...
- Hej - usłyszałam jego
głos, gdy już wysiadałam z samochodu. Odwróciłam się, pochylając do środka i
uniosłam brew w przyjaznym, zaciekawionym uśmiechu. - Powodzenia, Eve.
Rozchyliłam
wargi zaskoczona, pozwalając mu odjechać, więc musiałam zatrzasnąć drzwi. Przez
jakiś czas stałam na chodniku jak idiotka, nie będąc w stanie się ruszyć. Nikt
nigdy nie mówił do mnie Eve. I od tamtego momentu wiedziałam, że nikt oprócz
niego, nigdy nie będzie mógł do mnie tak mówić.
Gdy
w końcu ruszyłam się z miejsca, widziałam wszędzie niezadowolone miny. Konkurs
powinien trwać od jakiś trzydziestu minut, a nie zapowiadało się, aby miał
rozpocząć się w najbliższym czasie. Po kilkunastu minutach znalazłam
odpowiednie stanowisko, gdzie wypełniłam formularz zgłoszeniowy, a miła pani
zaprowadziła mnie na moje stanowisko. Siadając, spojrzałam na zegar powieszony
na ścianie. Było po piątej. Westchnęłam cicho i zaczęłam bębnić długopisem o
stół.
W
ciągu następnej godziny zdążyłam opróżnić szklankę wody, pójść do łazienki oraz
dolać sobie napoju. Widziałam, że Maximilian też kręcił się na swoim miejscu
wśród widowni. Dopiero koło szóstej rozpoczął się konkurs. Czułam, że byliśmy w
czarnej dupie i nie wiedziałam jak to wszystko miałam później rozwiązać, ale to
później. Najpierw musiałam skupić się na zadaniach konkursowych, a dopiero w
następnej kolejności wymówkami dla rodziców - głównie dla dziadków.
Dwie
godziny później zaczęłam nerwowo skubać brzeg swoich spodenek, w czasie, gdy
mężczyzna ze znaczną nadwagą wdrapywał się zdyszany na scenę. A w ręce trzymał
wyniki konkursu. Nie chodziło chyba nawet o to, że chciałam wygrać dla siebie.
Po prostu nie chciałam zawieść profesora Bradly. Dlatego zacisnęłam powieki
rozczarowana, gdy odczytano nazwisko osoby, która zajęła pierwsze miejsce.
Oczywiście nie było ono moje. Chwilę później odczytano nazwisko osoby, która
zdobyła drugie miejsce i poczułam zryw obok siebie.
-
Gratuluję! - wykrzyknął mój nauczyciel, ściskając mnie rozśmiany.
Spojrzałam
na niego otępiała i kiwając głową, weszłam na scenę odbierając srebrną
statuetkę oraz dyplom.
Pół
godziny później było już po wszystkim. I było też wpół do dziewiątej. Zaklęłam
w myślach i wyciągnęłam telefon. Napisałam mamie sms, że konkurs się
przeciągnął i aby nie niepokoić dziadków, zostanę u Cath. Musiałam jej
powiedzieć, aby w razie wypadku potwierdziła później moją wersję wydarzeń.
Sprawdziłam czy w torebce miałam odpowiednią ilość pieniędzy i z ulgą
stwierdziłam, że mogłam wynająć pokój hotelowy na tę jedną noc.
-
Jest późno, rodzice nie będą się martwili? - spytał mężczyzna, wyjeżdżając z parkingu.
Swoją drogą zaparkował trzy przecznice od szkoły. Nigdzie wcześniej nie było
miejsca.
Spojrzałam
na niego rozbawiona i rzuciłam od niechcenia, iż tę noc postanowiłam spędzić w
hotelu. Lepiej było wydać tych kilkanaście dolców na hotel, niż później słuchać
od babci iż pora, o której się zjawiłam, zdecydowanie nie była odpowiednia na
mój wiek. Pomijając to, że miałam już osiemnaście lat, a babcia w moim wieku
była w ciąży z tatą. To wszystko nagle stawało się nieważne.
Nie
wiedziałam, w którym momencie usnęłam, ale obudziłam się dopiero, gdy pontiac
się zatrzymał przed małą kamienicą na obrzeżach miasta. Rozejrzałam się
zaspanym wzrokiem, po czym spojrzałam na miejsce kierowcy obok mnie, które już
było puste. Chwilę później otworzyły się moje drzwi, a nauczyciel pomógł mi
wysiąść z samochodu. Bez słowa pozwoliłam się doprowadzić do drzwi, a następnie
na górę, pewnie dlatego że jeszcze nie za wiele rozumiałam z zaistniałej
sytuacji.
-
Co ja...
- Prześpisz się u mnie - odparł
spokojnie i ściągnął buty, po czym mnie przytrzymał, gdy robiłam to samo.
Chwilę
później przyniósł mi czarną koszulkę z napisem "live fast die young". Spojrzałam na niego
unosząc brwi, po czym weszłam do łazienki. Przez chwilę rozważałam opcję
prysznica, po czym doszłam do wniosku, że byłam zbyt zmęczona. Ponad to, gdybym
wróciła do domu pachnąc męskim żelem pod prysznic, babcia chyba wylałaby na
mnie tyle wody święconej, ile tylko dałaby rady zdobyć. A gdyby wyszło na jaw,
że to mój nauczyciel? Egzorcysta gwarantowany.
Dlatego
też po założeniu koszulki, zsunęłam z siebie spodenki. Przez chwilę się nad tym
wahałam, lecz ostatecznie bluzka i tak była na tyle długa, że nie było widać
różnicy. Przeczesałam rude loki palcami i wyszłam z łazienki z cichym
westchnieniem. Czułam się trochę niezręcznie w mieszkaniu tak naprawdę obcego
faceta, niemalże naga. Ale z drugiej strony czułam ten supeł podniecenia
zaciskający się w dole podbrzusza.
Gdy
weszłam do salonu, poczułam jak serce wykonało obrót o sto osiemdziesiąt
stopni. Maximilian stał, a raczej pochylał się nad rozłożoną kanapą, układając poduszki.
Miał na sobie jedynie długie spodnie od piżamy, przez co mogłam przyglądać się
pracy mięśni jego ramion oraz brzucha. Wciągnęłam głośno powietrze, co
widocznie przykuło jego uwagę, ponieważ podniósł się zakłopotany. Lecz gdy
zobaczył mnie, jego oczy się rozszerzyły, a klatka piersiowa nagle uniosła.
Oblizałam wargi niemalże w tym samym momencie co on i powoli podeszłam do
kanapy, a Bradly ruszył w moją stronę, widocznie chcąc wyjść.
I
gdy chciał mnie wyminąć, poczułam jak jego tors otarł się o moje piersi. Efekt
małych mieszkań - mało miejsca. Oboje wciągnęliśmy głęboko powietrze i dopiero
po chwili odważyłam się podnieść wzrok. Spotkałam jego karmelowe oczy, patrzące
na mnie z taką intensywnością, iż przestąpiłam z nogi na nogę, w skutek czego,
ponownie się o niego otarłam.
-
Maximi..
-
Max. Do cholery, po prostu Max - szepnął tak głębokim głosem że od samego jego
brzmienia, poczułam zawroty głowy.
-
Max - szepnęłam cicho, patrząc na jego usta, a po tym jak się rozchyliły,
wiedziałam, że podobał mu się ten dźwięk.
Wiedziałam,
ponieważ robiłam to samo, gdy mówił do mnie. Zrobiłam to samo, gdy po raz
pierwszy powiedział Eve, dlatego też wiedziałam, że nikt więcej nie
będzie mógł do mnie tak mówić. To było coś jego, nasze. Im dłużej wpatrywałam
się w jego wargi, tym szybciej oddychałam i widziałam, jak jego klatka
piersiowa poruszała się równie szybko co moja. Niemalże byłam pewna wokół czego
biegły jego myśli. Możliwe, że tak samo jak ja, zastanawiał się, co my
właściwie wyprawialiśmy. I co powinniśmy robić dalej.
-
Eve... - Jego głos wyrwał niemalże jęk z mojego gardła, a żeby się nie
przewrócić, musiałam oprzeć dłonie o jego tors. Czułam, że w każdej chwili
mogłam upaść.
-
Max...
Niczego
więcej nie było potrzeba. Niemalże od razu poczułam jego wargi na swoich, przez
co je rozchyliłam, przyjmując jego pocałunek. Z początku był mocny, łapczywy,
lecz z czasem tracił na sile, stając się czuły i delikatny. Objęłam go za
szyję, gdy on otulił ramionami moją talię. Jego język był pewny, lecz
jednocześnie nie zuchwały. Jakby za każdym razem pytał o pozwolenie, którego
nie potrafiłam odmówić. Zamruczałam czując rozkoszne dreszcze, które zaczęły
przechodzić wzdłuż ciała i wiedziałam, że nie powinno to się było wydarzyć.
Lecz
tak bardzo tego chciałam. Przeczesałam palcami jego włosy i były one tak miękkie,
jak puch. Przymknęłam powieki, czując jak jego silne ręce, przycisnęły mnie
mocniej do siebie, a czując go tak blisko, wydałam z siebie cichy, przeciągły
jęk, co nie pozostało bez odzewu. Poruszył się delikatnie, przez co bardziej go
poczułam, po czym się podniósł na kolana. Przeczesał włosy palcami, a gdy
podparłam się na łokciach, pochylił się, składając na moich wargach słodki
pocałunek.
-
Śpij dobrze, Eve - wyszeptał, a jego oddech pozostawił przyjemną mgiełkę na
moich ustach.
Po
jego wyjściu jeszcze przez długie godziny nie potrafiłam zasnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz