Nine

Przeszłość

            W ciągu następnych kilku dni nie wydarzyło się nic, co wykraczałoby ponad normę. Profesor Bradly dawał mi coraz więcej materiałów do nauki, więcej ich ze mną nie omawiając. Jedynie, co zrobił, to powiedział, że tamtego wieczora to, co zdążyłam wypełnić, było poprawne. Podczas zajęć prawie w ogóle na mnie nie patrzył, co wprawiało mnie w lekkie zirytowanie i rozdrażnienie (delikatnie rzecz ujmując) i nie zwróciłam uwagi, w którym momencie zaczęłam warczeć na większość ludzi z mojego otoczenia.
            Zimne podejście nauczyciela do mnie sprawiało, iż zaczynałam się zastanawiać czy tamtego wieczoru sobie wcale nie wymyśliłam. Może mnie po prostu odwiózł do domu, a mój otępiały z bólu umysł dopowiedział sobie resztę, aby było mu łatwiej to znosić? Było to całkiem możliwe, biorąc pod uwagę, że rano obudziłam się na kanapie całkiem sama, a śladu po kubku, ani szklance nie było. Rodzice o nic nie pytali, o niczym też nie wspominali, a chyba by to zrobili, gdyby spotkali w swoim domu obcego mężczyznę, prawda?
            Dni do konkursu mijały bardzo powoli i dłużyły się nie miłosiernie. Rozważałam to, czy nie zacząć omijać psychologii, lecz jednak dziwna siła popychała mnie do sali 369, gdzie uzmysławiałam sobie, że chciałam znowu zobaczyć karmelowookiego nauczyciela, nieważne, czy traktował mnie jak powietrze, czy też nie. Aż w końcu doczekałam się swojego dnia, dzień przed konkursem, aż jego łaska spoczęła i na mnie. Poprosił abym pozostała po lekcji w sali, gdyż musiał omówić szczegóły dnia następnego. Jednakże zrobił to z takim chłodem iż miałam ochotę rzucić w niego gałką lodów i prychnąć zniesmaczona. Ktoś musiał go w końcu ostudzić tak, jak on ostudzał mnie swoim chłodem. Albo jeszcze bardziej nakręcał, lecz to była już zupełnie inna sprawa.
            Gdy wszyscy wyszli, podeszłam do biurka, o które oparłam się biodrem, krzyżując ramiona na piersi. Uniosłam do góry wydepilowaną brew, próbując ukryć uśmiech za wciągniętymi wargami, starając się przy tym przybrać jak najbardziej neutralną postawę. Kiedy przez jakiś czas po prostu na mnie patrzył, zastanawiałam się, czy wypadało się roześmiać. Lecz wtedy przypomniałam sobie jego dłoń na swoich włosach i całkowicie przeszła mi ochota na śmiech, a zamiast tego serce przyspieszyło biegu. Oblizałam wargi, czując suchość w ustach.
            - Jutro koło południa poczekaj na mnie przed szkolną bramą. Pojedziemy do Fresno, to jest jakieś trzy i pół godziny drogi samochodem. Powinniśmy tam być koło czwartej po południu, załóżmy, że konkurs potrwa niecałe dwie godziny. Szósta, koło dziewiątej powinniśmy być z powrotem w Daly City - powiedział to spokojnie, cały czas trzymając się swojej strony biurka.
            Skinęłam delikatnie głową i zaczęłam się zastanawiać. Dziadkowie przyjechali na kilka dni, więc gdybyśmy wrócili do dziesiątej, byłoby dobrze. Później już nie byłoby to mile widziane. Nie byli oni starzy, lecz mimo wszystko chodzili spać wcześniej niż ja, czy rodzice i lepiej było ich nie budzić, tym bardziej, że zamieszkiwali w salonie. Ale skoro profesor Bradly powiedział, że powinniśmy wrócić do tej dziewiątej, to miałam szansę nawet na zjedzenie kolacji, zanim zostałby ogłoszony zakaz hałasowania. To miało sens.
            Ponownie skinęłam głową, jakby zgadzając się ze swoimi myślami, po czym zwróciłam się w stronę drzwi, lecz nie otworzyłam ich. Poczułam dziwne uczucie, które kazało mi się zatrzymać, lecz wcale nie tłumaczyło dlaczego. Zupełnie jak rodzic, który mówi, że coś ci wolno, albo niewolno, lecz nie mówi dlaczego. Z moimi na szczęście dało się porozmawiać, ale gdy słuchałam rozżalonej Cath, co nie potrafiłam sobie wyobrazić, aby jacyś rodzice mogli w taki sposób traktować swoje dziecko.
            - Mam nadzieję, że dziś czujesz się lepiej - usłyszałam jego cichy szept, a oddech mężczyzny otulił wrażliwe miejsce na mojej szyi, wywołując przy tym przyjemny dreszcz, a supeł sam zawiązał się w moim podbrzuszu. Byłam niemalże pewna, że moje policzki spłonęły rumieńcami, a przyspieszony oddech zdradzał to, co działo się wewnątrz mojego ciała.

* * *

            Nie mogłam się skupić na żadnych lekcjach w dniu konkursu, moje myśli cały czas krążyły od sali 369, do bramy szkolnej i nawet poszturchiwania Cath, czy też Luke’a nie potrafiły przyprowadzić mnie z powrotem na ziemię. Dlatego też, gdy mój zegarek wskazał za piętnaście dwunastą, przeprosiłam grzecznie profesora McCarthney'a i wyszłam z sali. Zbiegałam po schodach tak szybko, jakby gonił mnie pożar i przed wyjściem na rozjaśniony słońcem parking, poprawiłam szybko fryzurę.
            Czarny pontiac już stał przed bramą, warcząc nie za głośno, ale przyjemnie. Ze wszystkich sił zmobilizowałam się do tego, aby poskromić szeroki uśmiech, który pchał się na usta. Zbiegłam lekko po kolejnych schodach i zmusiłam się do subtelnego, lekko krzywego uśmiechu na widok karmelowookiego profesora. Otworzyłam drzwi i wsunęłam się na miejsce pasażera, wywracając przy tym oczami. Jakiekolwiek pozory trzeba było zachować.
            - Wyspałaś się? - spytał czekając aż zapnę pasy. Wstrzymałam oddech słysząc jego głos i musiałam się całkowicie skupić, aby nie dać po sobie znać, jak bardzo to na mnie działało.
            - Och, oczywiście. Przynajmniej tej nocy nie byłam obłapiana przez obcych mężczyzn - rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem, po czym rozległ się charakterystyczny klik, dla zapinanych pasów.
            - Wspaniale. Ja również spałem o wiele lepiej, gdy nie leżał na mnie kilkutonowy słoń - odparł spokojnie, po czym zwinnie wycofał z parkingu.
            Sapnęłam unosząc wysoko brwi, po czym rzuciłam się na siedzenie oburzona. On chyba nie mówił o mnie. Dupek. Zsunęłam szpilki ze stóp i podciągnęłam nogi pod brodę, zastanawiając się nad tym, jak tak cholernie przystojny facet, może być jednocześnie takim skończonym dupkiem. Cóż, większość taka była, ale to totalnie nie logiczne. Chociaż jak można w takim ludzkim syfie dopatrywać się logiki? Czułam, że ta podróż będzie się ciągnęła niemiłosiernie w nieskończoność.
            Włączyłam radio i oparłam czoło o szybę, spoglądając na mijane nas drzewa. Zdecydowanie nie byłam kilkutonowym słoniem, prawda? Gdyby tak było, nikt nie dałby rady nosić mnie na rękach, a tym bardziej podrzucać. A może naprawdę byłam ciężka, a ci, którzy mnie podnosili robili to z ogromnym wysiłkiem? Zaklęłam w duchu. Zaczęłam tracić na samoocenie przez jednego parszywego nauczyciela. Postanowiłam, że wrócę do diety, od której odstąpiłam kilka tygodni wcześniej, myśląc że uzyskałam satysfakcjonujący efekt.
            - Oszczędzaj myślenie na konkurs, Nikkie - wyrwał mnie z zamyślenia głos Maximiliana.
            - Po pierwsze, niektórym (mi) myślenie nie sprawia takiej trudności jak niektórym - odparłam z cynicznym uśmieszkiem. - A po drugie, mów Evelyn, Lyn. Nigdy Nikkie. Nienawidzę imienia Veronica, a tym bardziej skrótu Nikkie. Musiałabym umrzeć i trafić do piekła, aby pozwolić tak do siebie mówić - odparowałam niczym rozjuszona kotka, wywracając przy tym oczami.
            - Nauczyciele mówią Veronica - zauważył, spoglądając to na mnie, to na wyjątkowo nieruchliwą drogę.
            - Przecież nie będę ich poprawiać. Oficjalnie mam na imię Veronica. Tak też mówią rodzice. Ale znajomi, kumple i przyjaciele mówią Lyn, od Evelyn - westchnęłam czując się, jakbym tłumaczyła dziecku ile to jest dwa dodać dwa i dlaczego. Rola nauczyciela była zdecydowanie do dupy.
            Następnych kilka godzin spędziliśmy pogodniej. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O tym dlaczego uczę się w takim liceum, a nie innym, dlaczego wybrałam taki profil oraz co tak naprawdę zainteresowało mnie w psychologii. Później ja wypytywałam jego, dlaczego postanowił zostać nauczycielem, czy nie uważa, że to gówniana praca i czy to wszystko jest warte tego, aby użerać się z bandą rozwydrzonych bachorów, które uważają się za niezwykle dojrzałą grupę elitarną.
            Po jakimś czasie temat zszedł na moją rodzinę, wspomniałam o Theresie, ale szybko ominęłam to, koncentrując się na jego rodzinie. Dowiedziałam się, że miał starszego brata, Johna, który był starszy od niego o dwa lata i pracował w Los Angeles, przez co nie widywali się za często. Ponad to, ciągnąc go za język, zyskałam informację, że ma dwadzieścia dwa lata, więc był ode mnie starszy raptem o cztery. Przyszedł do naszej szkoły na zastępstwo niemalże od razu po ukończeniu studiów. Brawo za odwagę dla tego pana.
            Gdy byliśmy już we Fresno, rozłożyłam mapę na kolanach, próbując zorientować się gdzie jesteśmy i gdzie powinniśmy jechać. Jak można się domyślić, nie byłam zbyt dobrym nawigatorem, w skutek czego zatrzymywaliśmy się kilkanaście razy, prosząc ludzi o wskazanie drogi do szkoły, w której miał się odbywać konkurs. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta. Spojrzałam na Maximiliana pytająco, a on wyciągnął telefon, dzwoniąc do dyrekcji.
            Okazało się, że większość uczestników (w tym część organizatorów zewnętrznych) miała problem z dojazdem, dlatego godzina rozpoczęcia konkursu zaczęła się coraz bardziej obsuwać. Osoby, które były na miejscu od czwartej, albo i przed, były mocno zirytowane, gdy przyjechaliśmy ponad półgodziny później. A części i tak jeszcze nie było.
            Gdy dojeżdżaliśmy pod szkołę, leciała akurat piosenka Justina Biebera - Christmas Eve. Jako Belieber, nuciłam ją cicho, co wprawiło profesora w niemałe rozbawienie. Widać było, że sam nie przepadał za tym wykonawcą, lecz z szacunku nie powiedział niczego niestosownego ani pod adresem moim, ani Jussa. Znowu zaczął punktować.
            Be my date this Christmas, Eve. Be my holiday, my dream. Lay your head on me. I got you babe. Kissing underneath the tree I don’t need no presents girl. You’re everything I need. Let me give you all of me. Together on this Christmas, Eve...
            - Hej - usłyszałam jego głos, gdy już wysiadałam z samochodu. Odwróciłam się, pochylając do środka i uniosłam brew w przyjaznym, zaciekawionym uśmiechu. - Powodzenia, Eve.
            Rozchyliłam wargi zaskoczona, pozwalając mu odjechać, więc musiałam zatrzasnąć drzwi. Przez jakiś czas stałam na chodniku jak idiotka, nie będąc w stanie się ruszyć. Nikt nigdy nie mówił do mnie Eve. I od tamtego momentu wiedziałam, że nikt oprócz niego, nigdy nie będzie mógł do mnie tak mówić.
            Gdy w końcu ruszyłam się z miejsca, widziałam wszędzie niezadowolone miny. Konkurs powinien trwać od jakiś trzydziestu minut, a nie zapowiadało się, aby miał rozpocząć się w najbliższym czasie. Po kilkunastu minutach znalazłam odpowiednie stanowisko, gdzie wypełniłam formularz zgłoszeniowy, a miła pani zaprowadziła mnie na moje stanowisko. Siadając, spojrzałam na zegar powieszony na ścianie. Było po piątej. Westchnęłam cicho i zaczęłam bębnić długopisem o stół.
            W ciągu następnej godziny zdążyłam opróżnić szklankę wody, pójść do łazienki oraz dolać sobie napoju. Widziałam, że Maximilian też kręcił się na swoim miejscu wśród widowni. Dopiero koło szóstej rozpoczął się konkurs. Czułam, że byliśmy w czarnej dupie i nie wiedziałam jak to wszystko miałam później rozwiązać, ale to później. Najpierw musiałam skupić się na zadaniach konkursowych, a dopiero w następnej kolejności wymówkami dla rodziców - głównie dla dziadków.
            Dwie godziny później zaczęłam nerwowo skubać brzeg swoich spodenek, w czasie, gdy mężczyzna ze znaczną nadwagą wdrapywał się zdyszany na scenę. A w ręce trzymał wyniki konkursu. Nie chodziło chyba nawet o to, że chciałam wygrać dla siebie. Po prostu nie chciałam zawieść profesora Bradly. Dlatego zacisnęłam powieki rozczarowana, gdy odczytano nazwisko osoby, która zajęła pierwsze miejsce. Oczywiście nie było ono moje. Chwilę później odczytano nazwisko osoby, która zdobyła drugie miejsce i poczułam zryw obok siebie.
            - Gratuluję! - wykrzyknął mój nauczyciel, ściskając mnie rozśmiany.
            Spojrzałam na niego otępiała i kiwając głową, weszłam na scenę odbierając srebrną statuetkę oraz dyplom.
            Pół godziny później było już po wszystkim. I było też wpół do dziewiątej. Zaklęłam w myślach i wyciągnęłam telefon. Napisałam mamie sms, że konkurs się przeciągnął i aby nie niepokoić dziadków, zostanę u Cath. Musiałam jej powiedzieć, aby w razie wypadku potwierdziła później moją wersję wydarzeń. Sprawdziłam czy w torebce miałam odpowiednią ilość pieniędzy i z ulgą stwierdziłam, że mogłam wynająć pokój hotelowy na tę jedną noc.
            - Jest późno, rodzice nie będą się martwili? - spytał mężczyzna, wyjeżdżając z parkingu. Swoją drogą zaparkował trzy przecznice od szkoły. Nigdzie wcześniej nie było miejsca.
            Spojrzałam na niego rozbawiona i rzuciłam od niechcenia, iż tę noc postanowiłam spędzić w hotelu. Lepiej było wydać tych kilkanaście dolców na hotel, niż później słuchać od babci iż pora, o której się zjawiłam, zdecydowanie nie była odpowiednia na mój wiek. Pomijając to, że miałam już osiemnaście lat, a babcia w moim wieku była w ciąży z tatą. To wszystko nagle stawało się nieważne.
            Nie wiedziałam, w którym momencie usnęłam, ale obudziłam się dopiero, gdy pontiac się zatrzymał przed małą kamienicą na obrzeżach miasta. Rozejrzałam się zaspanym wzrokiem, po czym spojrzałam na miejsce kierowcy obok mnie, które już było puste. Chwilę później otworzyły się moje drzwi, a nauczyciel pomógł mi wysiąść z samochodu. Bez słowa pozwoliłam się doprowadzić do drzwi, a następnie na górę, pewnie dlatego że jeszcze nie za wiele rozumiałam z zaistniałej sytuacji.
            - Co ja...
            - Prześpisz się u mnie - odparł spokojnie i ściągnął buty, po czym mnie przytrzymał, gdy robiłam to samo.
            Chwilę później przyniósł mi czarną koszulkę z napisem "live fast die young". Spojrzałam na niego unosząc brwi, po czym weszłam do łazienki. Przez chwilę rozważałam opcję prysznica, po czym doszłam do wniosku, że byłam zbyt zmęczona. Ponad to, gdybym wróciła do domu pachnąc męskim żelem pod prysznic, babcia chyba wylałaby na mnie tyle wody święconej, ile tylko dałaby rady zdobyć. A gdyby wyszło na jaw, że to mój nauczyciel? Egzorcysta gwarantowany.
            Dlatego też po założeniu koszulki, zsunęłam z siebie spodenki. Przez chwilę się nad tym wahałam, lecz ostatecznie bluzka i tak była na tyle długa, że nie było widać różnicy. Przeczesałam rude loki palcami i wyszłam z łazienki z cichym westchnieniem. Czułam się trochę niezręcznie w mieszkaniu tak naprawdę obcego faceta, niemalże naga. Ale z drugiej strony czułam ten supeł podniecenia zaciskający się w dole podbrzusza.
            Gdy weszłam do salonu, poczułam jak serce wykonało obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Maximilian stał, a raczej pochylał się nad rozłożoną kanapą, układając poduszki. Miał na sobie jedynie długie spodnie od piżamy, przez co mogłam przyglądać się pracy mięśni jego ramion oraz brzucha. Wciągnęłam głośno powietrze, co widocznie przykuło jego uwagę, ponieważ podniósł się zakłopotany. Lecz gdy zobaczył mnie, jego oczy się rozszerzyły, a klatka piersiowa nagle uniosła. Oblizałam wargi niemalże w tym samym momencie co on i powoli podeszłam do kanapy, a Bradly ruszył w moją stronę, widocznie chcąc wyjść.
            I gdy chciał mnie wyminąć, poczułam jak jego tors otarł się o moje piersi. Efekt małych mieszkań - mało miejsca. Oboje wciągnęliśmy głęboko powietrze i dopiero po chwili odważyłam się podnieść wzrok. Spotkałam jego karmelowe oczy, patrzące na mnie z taką intensywnością, iż przestąpiłam z nogi na nogę, w skutek czego, ponownie się o niego otarłam.
            - Maximi..
            - Max. Do cholery, po prostu Max - szepnął tak głębokim głosem że od samego jego brzmienia, poczułam zawroty głowy.
            - Max - szepnęłam cicho, patrząc na jego usta, a po tym jak się rozchyliły, wiedziałam, że podobał mu się ten dźwięk.
            Wiedziałam, ponieważ robiłam to samo, gdy mówił do mnie. Zrobiłam to samo, gdy po raz pierwszy powiedział Eve, dlatego też wiedziałam, że nikt więcej nie będzie mógł do mnie tak mówić. To było coś jego, nasze. Im dłużej wpatrywałam się w jego wargi, tym szybciej oddychałam i widziałam, jak jego klatka piersiowa poruszała się równie szybko co moja. Niemalże byłam pewna wokół czego biegły jego myśli. Możliwe, że tak samo jak ja, zastanawiał się, co my właściwie wyprawialiśmy. I co powinniśmy robić dalej.
            - Eve... - Jego głos wyrwał niemalże jęk z mojego gardła, a żeby się nie przewrócić, musiałam oprzeć dłonie o jego tors. Czułam, że w każdej chwili mogłam upaść.
            - Max...
            Niczego więcej nie było potrzeba. Niemalże od razu poczułam jego wargi na swoich, przez co je rozchyliłam, przyjmując jego pocałunek. Z początku był mocny, łapczywy, lecz z czasem tracił na sile, stając się czuły i delikatny. Objęłam go za szyję, gdy on otulił ramionami moją talię. Jego język był pewny, lecz jednocześnie nie zuchwały. Jakby za każdym razem pytał o pozwolenie, którego nie potrafiłam odmówić. Zamruczałam czując rozkoszne dreszcze, które zaczęły przechodzić wzdłuż ciała i wiedziałam, że nie powinno to się było wydarzyć.
            Lecz tak bardzo tego chciałam. Przeczesałam palcami jego włosy i były one tak miękkie, jak puch. Przymknęłam powieki, czując jak jego silne ręce, przycisnęły mnie mocniej do siebie, a czując go tak blisko, wydałam z siebie cichy, przeciągły jęk, co nie pozostało bez odzewu. Poruszył się delikatnie, przez co bardziej go poczułam, po czym się podniósł na kolana. Przeczesał włosy palcami, a gdy podparłam się na łokciach, pochylił się, składając na moich wargach słodki pocałunek.
            - Śpij dobrze, Eve - wyszeptał, a jego oddech pozostawił przyjemną mgiełkę na moich ustach.

            Po jego wyjściu jeszcze przez długie godziny nie potrafiłam zasnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz