Eleven

Teraźniejszość

            Poprzedniego dnia nie spałam jeszcze długo po wyjściu Maxa z mieszkania. Atak rano był jeszcze silniejszy, niż w ciągu minionych lat. Głowa pękała mi tak, jakby ktoś uderzał w nią młotkiem raz, po raz, a ciało miałam wrażenie, iż spalało się żywym ogniem. Brzuch bolał tak mocno, jakby ktoś w niego nieprzerwanie kopał, przez co nie potrafiłam złapać oddechu, nie mówiąc już o krzyku. Łzy spływały mi po policzkach strumieniami, serce natomiast pulsowało tak, jakby wyrwał ktoś jego część. Ponadto trwał znacznie dłużej niż zwykle i przemknęło mi przez myśl, że to był mój koniec.
            Jednakże po kilkunastu minutach, opadłam na materac cała obolała, a gdy tylko organizm się w miarę uspokoił, zmęczona atakiem, zapadłam ponownie w sen, chociaż nic mi się nie śniło. Mimo to, nie było mi dane długo pospać - przynajmniej tak mi się wydawało - ponieważ jakiś czas później obudził mnie brzdęk klucza otwierającego drzwi. W pierwszej chwili drgnęłam, myśląc o tym, że ktoś włamywał się do mojego mieszkania. Dopiero kilkanaście sekund później przypomniałam sobie, że Max nie oddał mi kluczy poprzedniego dnia i że miał przyjść. Tylko, po jaką cholerę przychodził tak wcześnie rano?
            Spojrzałam na zegarek i zaklęłam pod nosem. Dochodziła dwunasta, a więc pora lunchu. To by po części tłumaczyło obecność Maxa w moim mieszkaniu. Wiedząc, że w takim wypadku tylko kwestią czasu było to, aż mężczyzna by wszedł do mojej sypialni, wysunęłam się z łóżka. Przeczesałam włosy palcami, niemalże wypadając z pomieszczenia - wprost w idealnie wyrzeźbione ciało Kalifornijczyka. Przełknęłam ślinę, mamrocząc pod nosem masę zbędnych przeprosin, które oboje nas wprowadziły w zakłopotanie.
            - Tak w ogóle co się tutaj stało? - spytał widocznie nawiązując do ledwo umeblowanego mieszkania oraz sterty śmieci wczoraj wyrzucanej, wraz ze zdewastowanym stolikiem.
            - Zadzwoniłeś - odparłam obojętnie i zniknęłam w łazience, zamykając za sobą drzwi.
            Rozczesałam rude loki i przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze. Nie wyglądałam już jak stara, zgorzkniała baba, która ma setkę kotów oraz nie widzi sensu życia. Wyglądałam jak zmarnowana dziewczyna, która była tak samo przerażona, jak i zagubiona. Policzki zaczęły zdobić rumieńce, choć ziemistość cery wciąż się utrzymywała i nie sądziłam, aby to się szybko zmieniło. W oczach wciąż nie potrafiłam odnaleźć ani krzty radości. Westchnęłam cicho i ściągnęłam z siebie czarną koszulkę, z którą wiązało się tak wiele wspomnień z dawnego życia, po czym wsunęłam się do chłodnej kabiny prysznicowej.
            Ani na chwilę nie potrafiłam zapomnieć o tym, że za drzwiami po mieszkaniu kręcił się mężczyzna, przez którego wylądowałam właśnie w tym miejscu. Gdy gorąca woda spłynęła po moich plecach, wyrywając przyjemnością jęk z gardła, poruszyłam się skrępowana, wiedząc iż nie powinien był tego słyszeć. I tak też było z każdym odgłosem jaki wydawałam pośrednio, lub też bezpośrednio. Czułam się intruzem w swoim własnym mieszkaniu, to było trochę żałosne.
            Gdy wyszłam z kabiny i się wytarłam, spojrzałam na swoje suche pranie i jęknęłam w duchu. Wciąż nie byłam na zakupach, a jedyną czystą rzeczą, którą miałam pod ręką była jedna z tych nudnych koszul, która jakimś cudem uchowała się przy demolce. Tak więc założyłam bieliznę, a na to narzuciłam koszulę. Nic więcej nie mogłam zrobić, a mimo też iż swego czasu Max widywał mnie w bieliźnie, nie zamierzałam w niej przed nim paradować. Zdecydowanie nie w tamtym momencie. Rozczesałam włosy i ponownie spojrzałam na swoje odbicie z westchnieniem. Skóra nieznacznie nabrała kolorów po gorącym prysznicu, co było chyba jedynym plusem.
            Po wyjściu, uderzył we mnie wspaniały zapach jajecznicy smażonej na bekonie i od razu zaburczało mi w brzuchu. Nie wiedziałam, że miałam jajka, a już z pewnością, że bekon. Widocznie musiał wyskoczyć do sklepu spożywczego tuż na rogu. Kiedyś często robił nam śniadania. Zacisnęłam wargi w wąską linię, aby nie westchnąć i ostrożne, jakby się bojąc dzikiego zwierzęcia, podeszłam do kuchennych drzwi, stając w progu.
            - Mogę w czymś pomóc? - spytałam, przez co widziałam, że się spiął, a ja z pewnością bym podskoczyła, jak to na kobietę przystawało.
            - Usiądź i poczekaj, zaraz przyjdę - odparł spokojniej i posłał mi przez ramię niepewny uśmiech. Przynajmniej nie tylko ja czułam się skrępowana.
            Zgodnie z poleceniem, wróciłam do salonu i usiadłam na kanapie, której brakowało poduszek, przez co była stosunkowo dość twarda. Zacisnęłam uda razem, siadając sztywno jak to robią kobiety na krępujących rozmowach o pracę, próbując naciągnąć spódniczkę jak najbardziej za kolana, ponieważ okazało się, że szefem jest kobieta. Tak samo ja, naciągałam koszulę najdalej jak potrafiłam, czując się zbyt odkryta, choć tak naprawdę nie czułam się skrępowana, że mógłby mnie zobaczyć nieodpowiednio ubraną. Ten dyskomfort wynikał bardziej z tej bariery, którą próbowałam wytworzyć, albo potrzymać, między nami.
            Po chwili wszedł z dwoma miseczkami pełnymi aromatycznej jajecznicy oraz bułkami posmarowanymi masłem. Podał mi moją porcję, po czym usiadł na drugim brzegu kanapy, jednakże bokiem, czyli przodem w moją stronę. Napięłam się jeszcze bardziej, a gdy spróbowałam jajecznicy, musiałam bardzo mocno się pilnować, aby nie jęknąć. Była naprawdę rewelacyjna.
            - Smaczna - odparłam jedynie urywając kawałek bułki, który wsunęłam sobie następnie do ust.
            Spojrzałam na niego kątem oka i zmarszczyłam nos, widząc jego przymrużone oczy, więc westchnęłam, siadając tak jak on, przy czym uniosłam wyzywająco brwi. Odchrząknęłam, czekając aż cokolwiek powie, lecz ten milczał jak zaklęty, cały czas przesuwając po mnie tym swoim badawczym spojrzeniem, co jednocześnie mogło oznaczać wszystko i nic, a to zdecydowanie nie był czas na takie niedopowiedzenia, więc ostatecznie odezwałam się pierwsza.
            - Co? - burknęłam, zatracając się w swojej jajecznicy, jakby to była najbardziej ciekawa rzecz pod słońcem.
            - Przestań zachowywać się tak sztywno - odparł w końcu, cały czas się we mnie wpatrując.
            - A ty przestań udawać, że nic się nie stało. Jedz, bo wystygnie - rzuciłam niczym obrażone dziecko, nie podnosząc głowy znad swojej miseczki. Totalnie jak dziecko, które nie chce się niczym dzielić z innymi.
            Słyszałam jak jego widelec uderzył o miseczkę, a jego ciało nieznacznie się poruszyło, przez co wiedziałam, że jadł. Oboje byliśmy tak bardzo uparci, jak posłuszni wobec siebie nawzajem, co było tak sprzeczne, że aż zabawne, jak to mawiała Cath. Zacisnęłam z bólem powieki. Wspomnienie o przyjaciółce było jedną z ostatnich rzeczy, którą chciałam robić. Przeszłość powinnam była zostawić za sobą i nigdy więcej do niej nie wracać. Zdecydowanie nie po tym, co im wszystkim zafundowałam.
            - Wychodzimy wieczorem - oświadczył brunet, opierając swoją pustą miseczkę na kolanie.
            - No chyba śnisz - mruknęłam, wgryzając się w kawałek bułki, byle czymś zapchać swoje usta.
            - Och, zacznijmy od początku. Jeste...
            - Nie poznaję nieznajomych w swoim mieszkaniu, mając na sobie jedynie koszulę - rzuciłam stanowczo, po czym wsunęłam sobie do ust jeszcze trochę jajecznicy, unosząc przy tym wyzywająco brew.
            - Czyżby? Założyłaś to, ponieważ chciałaś, czy dlatego, że nie miałaś nic innego? A po remanencie twoich szafek, skłaniałbym się do tej drugiej opcji - przez jego twarz przeszedł cień uśmiechu, wywołując szybszą akcję mojego serca.
            - Dlaczego grzebałeś mi po szafkach? - mruknęłam cały czas pamiętając o samokontroli oraz o tym, że nie mogłam mu pokazać, co tak naprawdę czułam, bo to by przyniosło nas do zguby, a tego zdecydowanie dla nas nie chciałam.
            - To teraz nie jest istotne, odpowiedz na moje pytanie - powiedział rzeczowo, opierając się łokciem o oparcie kanapy, nie spuszczając przy tym ze mnie swojego czujnego wzroku.
            - Nie miałam się w co ubrać - burknęłam i odstawiłam swoją miseczkę na podłogę, wiedząc, że gdyby rozmowa zeszła na nieprzyjemne tematy, byłabym w stanie cisnąć nią o przeciwległą ścianę, a miałam już wystarczająco mało naczyń, nie musiałam pozbywać się ich pozostałej części.
            - A więc i tak byś się w to ubrała. A gdyby przyszedł hydraulik, otworzyłabyś mu. Właśnie w takim stroju - powiedział powoli, jakby chcąc się upewnić, że każde słowo zostanie przeze mnie zrozumiane. - A więc poznałabyś nieznajomego w swoim mieszkaniu, mając na sobie jedynie koszulę.
            - Ale ty nie jesteś nieznajomym hydraulikiem.
            - No właśnie, więc możesz czuć się bezpiecznie.
            - A co jeśli nie chcę czuć się bezpiecznie?
            - To naprawię ci kran i będę nieznajomym hydraulikiem.
            - Ale on nie jest zepsuty!
            - Ponieważ jeszcze nie muszę być hydraulikiem - powiedział poruszając sugestywnie brwiami, przez co nie mogłam się nie roześmiać.
            Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz się śmiałam, tak naprawdę. Chyba w czasach sprzed ucieczki. Brzmiał on nie tak czysto jak kiedyś, choć można było wyłapać gdzieś między charczeniem, a krztuszeniem się, dawną, delikatną nutę. Zupełnie tak, jakbym uczyła się tego od nowa, choć było to jednocześnie tak bardzo naturalne. Spojrzałam na twarz Maxa i widziałam, jak w jego twarzy zaczęło się coś zmieniać. Oczy stały się cieplejsze, a na jego wargach zaczął drżeć delikatny uśmiech.
            - Tęskniłem za tobą - szepnął i wyciągnął dłoń w moją stronę, lecz zdążyłam pod nią zanurkować i wyszłam z salonu, ściskając w dłoniach dwie miseczki.
            Znałam go i wiedziałam, że to wyznanie wymagało od niego wiele wysiłku, tym bardziej w zaistniałej sytuacji. Bóg jeden wiedział, jak bardzo chciałam powiedzieć mu to samo. Lecz nie mogłam. I nie chodziło o to, że nie czułam tego samego. Tęskniłam za nim każdego cholernego dnia. Każdego dnia marzyłam tylko o tym, aby wtulić się w niego i poczuć się znowu tak błogo, bezpiecznie jak dawniej. Lecz jeśli chciałam, aby wyjechał i wrócił do swojego życia, nie mogłam mu tego powiedzieć. Nie mogłam dać mu niczego, co skłoniłoby go, do zatrzymania się w Nowym Jorku na dłużej, ani do podjęcia walki o nas, o mnie.
            Zabrałam się za zmywanie po śniadaniu. Musiałam się czymś zająć, aby nie zwariować. A mogłam tak samo zacząć płakać jak dziecko, jak też rzucać talerzami, drąc się z frustracji w niebogłosy. Zacisnęłam więc wargi, szorując naczynia tak mocno, że mogłabym zrobić w nich dziury na wylot, gdyby tylko była taka możliwość. Wiedziałam, że mnie potrzebował i to nie mniej niż ja potrzebowałam jego. Przejechał ponad cztery tysiące kilometrów i został sam. Zrobił to... właściwie nie wiedziałam po co to zrobił, ale wiedziałam, że nie znał w tym mieście nikogo poza mną, a i ja mu nie ułatwiałam tamtego pobytu.
            Odstawiając naczynia na suszarkę, uparcie wpatrywałam się w swoje ręce, jakby były nie wiadomo jak bardzo ciekawe. Wycierając je w ścierkę, oparłam się o blat, patrząc pustym wzrokiem przez okno. Miałam dwadzieścia lat, a czułam się jak stara baba, dosłownie. Zamiast cieszyć się życiem, rozkoszować miłością oraz pogrążać się w szaleństwie, uciekałam, knułam i odpychałam od siebie ludzi, którzy byli dla mnie wszystkim. Oczywiście tłumacząc sobie, że to było właśnie dla ich dobra. Ponieważ takie było, prawda?
            Gdy skończyłam robić w kuchni wszystko, co do zrobienia miałam, weszłam do salonu niemalże jak na skazanie. Max siedział tam, gdzie go zostawiłam, opierając kolana na swoich udach i chowając twarz w dłoniach. Zawsze tak robił, gdy był zrezygnowany i mimo wszystko próbował wymyślić wyjście z sytuacji tak naprawdę bez wyjścia. Zawsze musi być jakieś wyjście. Owszem, było takowe - powinien był jak najszybciej stamtąd wyjechać.
            - Nawet gdybym chciała, nie mam się w co ubrać - powiedziałam z westchnieniem, siadając na podłodze u jego stóp.
            Zrobiłam to całkiem bezwiednie i mowa tutaj jest o obydwu rzeczach. Swego czasu często tak robiłam. Gdy Max miał jakiś problem i siadał na kanapie, bądź łóżku w totalnej rozsypce, siadałam u jego nóg, patrząc na niego z dołu z tym rozbrajającym uśmiechem, który w mig odganiał problemy z jego głowy. W tamtej chwili nie byłam w stanie się tak uśmiechnąć, ale gest był gestem. Tak samo, jak nie byłam świadoma tego, co chcę powiedzieć, zanim nie opuściło to moich ust. W takich momentach często szłam na ustępstwo, jeśli oznaczałoby to pomoc jemu. Byłam totalnie uparta, ale kochałam go zawsze o wiele mocniej niż siebie i swoje racje. W tamtym momencie przygryzłam wargę, warcząc wewnętrznie na swoją głupotę i naiwność. Mogłam przewidzieć, że coś takiego podświadomie strzeli mi do głowy.
            - Możemy iść na zakupy - westchnął i spojrzał na mnie znad swoich dłoni.
            Widok jego smutnych, przybitych oczu, złamał mi serce po raz kolejny tamtego dnia. Miałam ochotę rzucić się na niego i powiedzieć mu wszystko, co czułam, nie licząc się z konsekwencjami. Byleby przestał być tak bardzo przybity. Nie wiedziałam czego się spodziewał przyjeżdżając do Nowego Jorku, ale byłam pewna, że nie tego, co zastał. I zdecydowanie ja byłam pewna, iż był w innym stanie, niż był w rzeczywistości. Spuściłam wzrok na swoje dłonie, zaczynając nerwowo wykręcać palce, co widocznie przyjął jako skrępowanie, ponieważ szybko pospieszył z wyjaśnieniem.
            - Jako przyjaciele, oczywiście - dodał, lecz widziałam jak wiele wysiłku to od niego wymagało.
            Oblizałam nerwowo wargi, niemalże w tym samym czasie co on, przez co mimowolnie mój wzrok zatrzymał się na jego ustach, a wzdłuż ciała poczułam przyjemny dreszcz, kończący się uciskiem w podbrzuszu. Przełknęłam ślinę i dopiero po chwili zorientowałam się, że on robił to samo. Poczułam jak powietrze wypełnia pewnego rodzaju elektryczność, która próbowała przyciągnąć nas do siebie, jednakże coś stało jej na drodze. Tym czymś byliśmy my. Max zapewne bał się kolejnego odtrącenia, ja zaś nie mogłam pozwolić, aby miał jakikolwiek powód ku temu, aby został tutaj dłużej. Dlatego też odpowiedziałam:
            - Jasne, czemu nie.

            Dlatego, albo właśnie przeciw temu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz