Seven

Teraźniejszość

            Nie spałam całą noc, przez co rano czułam się strasznie wyczerpana. Gdy podeszłam do lustra, zobaczyłam swoje podpuchnięte oczy i skrzywiłam się z niesmakiem. Efekt wielogodzinnego płakania. W ciągu nocy miałam trzy ataki, lecz ze zmęczenia, każdy następny był słabszy. Ale mimo to, wciąż były. Twarz była mocno zarumieniona, przez co niemalże przypominała twarz tamtej dziewczyny. Niemalże. A to nie znaczy, że taka była.
            Po raz pierwszy w Nowym Jorku sięgnęłam do swojej kosmetyczki. Oblizałam wargi, czując nieokreślony ciężar, gdy wyciągnęłam z niej puder. Dziwne było to, że był jeszcze użyteczny. Nałożyłam go pod oczy, aby ukryć swoją niedyspozycję, a przez to musiałam nałożyć go na całą twarz. Tuszu do rzęs oraz kredki do oczu nadal nie tknęłam. Całość odłożyłam do koszyczka, w którym były różne rzeczy, których nigdy nie dotykałam i jak sądziłam, długo tak powinno pozostać.
            Upięłam rude włosy w ciasny kok, po czym wciągnęłam głęboko powietrze. Wyglądałam inaczej niż każdego, poprzedniego dnia. Ziemista cera przestała być tak... ziemista. Jednakże wciąż daleko było jej do dawnego, oliwkowego blasku. Oblizałam suche usta i wyszłam z łazienki. Miałam na sobie czarne spodnie oraz czarną bluzkę, w której spałam (która swoją drogą kiedyś była Maxa). Były to prawdopodobnie jedyne rzeczy, które ocalały z dnia poprzedniego, zostając przy tym też jedynymi, w których mogłam chodzić. Odetchnęłam cicho. Potrzebowałam zakupów i to szybko.
            Przeskoczyłam przez szczątki stolika, który pękł na kilka części i weszłam do kuchni, zalewając wodą swoją kawę. Wiedziałam, że już nie byłam bezpieczna w Nowym Jorku, a to, co powinnam była zrobić, to co musiałam zrobić, to uciec dalej. Znowu uciec. A aby móc to zrobić, musiałam dostać przeniesienie. Natychmiast.
            Dlatego też z samego rana napisałam sms'a do Andreasa, że potrzebuję go w wydawnictwie. Już. Zarzucając na siebie torbę, wyszłam z mieszkania, zamykając je na klucz, choć tak naprawdę nie było czego chronić. To co było najcenniejsze zostało zdemolowane, a to, co było najcenniejsze dla mnie, dobrze schowane. Zbiegłam po schodach.
            Znowu uderzyło we mnie mroźne powietrze, przez co wypuściłam oddech trzymany w płucach, który od razu stworzył białą parę. Przyspieszyłam kroku i czym prędzej wsiadłam do swojego samochodu, podkręcając ogrzewanie na full. Chuchnęłam na zziębnięte dłonie, pocierając je o siebie i wyjechałam z parkingu z nieprzyjemnych burknięciem. Mróz widocznie dopadł także silnik mojego poczciwego pontiaca. Straszne było wyobrażenie sobie zimy dla tego staruszka.
            Na światłach zgasł mi kilkakrotnie, przez co zostałam solennie wytrąbiona przez innych kierowców, którzy tak jak ja spieszyli się do pracy. Zero zrozumienia, lojalności ani solidarności. Dupki jedne. Gdy dojechałam w końcu przed budynek wydawnictwa, wcisnęłam się na ostatnie miejsce parkingowe, tuż przed szefem sklepu obuwniczego, po drugiej stronie ulicy. Ja też miałam prawo być dupkiem.
            Przeszłam szybkim krokiem do budynku, gdzie już od wejścia przywitało mnie niemalże gorące powietrze, wywołujące dreszcze na moim ciele. Mimo wszystko, było to naprawdę przyjemne uczucie. Zaczęłam rozpinać guziki płaszcza jedną ręką, podchodząc do Monici po swoją listę zadań. Widziałam jej promienny uśmiech, gdy mnie zobaczyła i nie wiedziałam dlaczego, ale przeczuwałam kłopoty. I to nie kłopoty typu "skończyła się kawa", albo "obcięli dziś przerwę na lunch". To były kłopoty typu "cholera, jesteś tak bardzo w dupie, dziewczyno". Mimo wszystko, ryzykując sama nie byłam pewna co, podeszłam do niej.
            - Twój telefon od wczoraj nie przestaje dzwonić. Ciągle ten sam numer i ten sam, zdesperowany facet - powiedziała, a ja poczułam uginające się pode mną kolana.
            Zdecydowanie musiałam uciekać.
            - Andreas jest wkurzony. Nie wiem, o co chodzi, ale nie pamiętam, kiedy go widziałam w takim stanie po raz ostatni. Ani czy kiedykolwiek go takim widziałam - powiedziała współczująco, podając mi listę na ten dzień.
            - Zapisz mi numer tego nieszczęśnika - szepnęłam, próbując zapanować nad drżeniem głosu i chyba wyszło mi to całkiem nieźle, ponieważ nie zasłużyłam na jej kolejne spojrzenie. Szło mi coraz lepiej z oszukiwaniem ludzi, albo może i nawet z bezczelnym oszukiwaniem samej siebie.
            Gdy wzięłam kartkę do ręki, ruszyłam w stronę sali. Od progu widziałam sztywno siedzących pracowników. Jednakże tym razem, zanim zdążyłam otworzyć usta, aby rzucić przywitanie, każde z nich przyłożyło palec do swoich ust, uciszając mnie. Musieli widocznie słyszeć już o podłym nastroju Andreasa i, jak sądziłam, musiał już niejednokrotnie kląć, gdzie do cholery się podziewałam. W sumie mu się nie dziwiłam - sama prosiłam o to spotkanie.
            Przeszłam na swoje stanowisko jak potrafiłam najciszej i położyłam tam swoje rzeczy. Ucisk w żołądku stał się tak bolesny, iż nie wiedziałam jak miałabym nad nim zapanować. Wzięłam głęboki oddech i pomodliłam się o odwagę. Żałowałam, że przestałam nosić szpilki, w tamtej chwili byłyby one idealną bronią, albo narzędziem obrony. Wolnym krokiem zaczęłam podchodzić do drzwi naczelnego, a każdy z moich współpracowników wpatrywał się we mnie z żywym przerażeniem. Przejmowali się mną, to niedobrze. Zaczęli machać rękami, chcąc pokazać, że nie powinnam tam wchodzić, lecz jedynie posłałam im jeden z najcieplejszych uśmiechów, jakie potrafiłam z siebie wykrzesać. Bardzo dobrze wiedziałam, że wchodziłam do jaskini lwa.
            Wzięłam jeszcze jeden głęboki oddech, po czym otworzyłam drzwi, wchodząc do środka, bez pukania. Zamknęłam za sobą drzwi niemalże natychmiast, w razie gdyby Andreas miał zacząć krzyczeć, a nie chciałam, aby współpracownicy przejmowali się jeszcze bardziej. Choć byłam świadoma, że pewnie kłębili się pod drzwiami, obstawiając ile jeszcze pożyją, albo czy przeżyję starcie z żądnym krwi, rozdrażnionym zwierzęciem.
            - Gdzieś ty się do cholery podziewała? - warknął opierając dłonie na swoim biurku. Tak, zaczęło się tak miło, jak patrzenie na postępującą gangrenę.
            Spojrzałam na zegarek i zmarszczyłam brwi. Właśnie wybijała dziewiąta, co znaczyło, że dopiero co rozpoczęłam swoją pracę. Przez chwilę zastanawiałam się, czy coś popieprzyłam i przez cały ten okres przychodziłam na niewłaściwą godzinę do pracy, po czym spojrzałam na swojego szefa z miną, jaką się ma patrząc na kupę, która zdobiła środek pokoju.
            - W domu, jak sądzę. Właśnie zaczynam pracę - powiedziałam z westchnieniem i oparłam się plecami o ścianę. Siadanie na fotelu zdecydowanie nie było kuszące, nawet, gdyby to oznaczało dodatkowe dwa tysiące dolarów miesięcznie. Nie w takiej sytuacji.
            - Ściągasz mnie tutaj, Bóg jeden wie dlaczego i to jeszcze ja muszę czekać na ciebie?! - W jego głosie wyraźnie dało się słyszeć zirytowanie. Nawet nie próbowałam tłumaczyć tego, iż to był jego błąd, z pewnością było to bezcelowe. - A ponad to, twój cholerny telefon ciągle dzwoni! Mówiłem ci, abyś tego nie spieprzyła!
            - Chcę się przenieść! - krzyknęłam, próbując być głośniejsza niż on i uderzyłam dłońmi o ścianę. - Chcę się przenieść - dodałam już spokojniej, próbując przy tym zapanować nad swoim oddechem.
            Zobaczyłam zaskoczenie w oczach naczelnego, lecz nie mogłam się pod tym dać złamać. Musiałam walczyć, ponieważ miałam o co, a to ilu ludzi po drodze musiałam zawieść... byłam w tym mistrzynią. Później kilka kolejnych lat na odpokutowanie swoich win, a jeśli i później musiałabym uciekać, zrobiłabym to ponownie. Nie mogłam stawić czoła przeszłości. Poprzedni wieczór był chwilą słabości, która mi pokazała, jak bardzo świeże są rany, które nigdy się nie zabliźniły i które z pewnością nigdy nie miały się zabliźnić.
            Oblizałam wargi, biorąc głęboki oddech, próbując się przygotować na jego krzyk, na złość, na cokolwiek. Nie był on starym człowiekiem, raptem kilkanaście lat starszym ode mnie i z pewnością miał większe doświadczenie niż ja. Spojrzałam na swoje stopy i powoli wypuściłam powietrze, które zbyt długo wstrzymywałam.
            Teraz albo nigdy.
            - Przenieś mnie do innej filii, albo poleć jakiejś agencji, bądź redakcji. Mamy dobry kontakt z tą agencją w Seattle...
            - Nie - powiedział to z takim spokojem, że aż na niego spojrzałam. Wyraz jego twarzy wydawał się łagodny, niemalże tak, jakby się miał zaraz roześmiać. - Nie, Nikkie. Jesteś jednym z moich najlepszych ludzi, nie mogę ciebie stracić, bo wydawnictwo runie - powiedział i uśmiechnął delikatnie, jakby to, co powiedziałam było żartem.
            - Więc wymień mnie na kogoś. Nieważne. Ważne, abym była gdzieś daleko stąd.
            - Chodzi o tego mężczyznę, co dzwoni, prawda? Co on ci zrobił, Nikkie? - spytał wychodząc zza biurka, a ja spojrzałam w bok, pełnym bólu wzrokiem.
            - Nic. Do cholery, nie możesz zrozumieć, że się tutaj duszę? - warknęłam ostro i spojrzałam na niego zajadle.
            Nie chciałam tego robić. Nienawidziłam ranić ludzi, tym bardziej takich, którzy byli dla mnie dobrzy. Ale największą ironią tego było to, iż robiłam to dla nich. Może i nie dla Andreasa, ale dla ścigającej mnie przeszłości. Choć i może nawet dla niego. Nie miałby pożytku ze mnie, gdybym była totalnym rozbitkiem, który nie może zebrać się do kupy. Przez lata trwałam w swojej jałowej egzystencji, ale tworzyło to jakąś całość. Co więc by się stało, gdybym była rumowiskiem rozrzuconym na wszystkie strony? Chaos. Zniszczenie. Destrukcja. Nic pozytywnego nie mogło to za sobą nieść.
            - Nie przeniosę cię - powiedział stanowczo, jednakże spokojnie patrząc mi w oczy.
            Warknęłam wściekle i musiałam zacisnąć palce, aby nie zniszczyć niczego, co miałam pod ręką. Nie wiedziałam już, kim byłam. Nie byłam spokojną, stonowaną, pokutną Veronicą, ani nie byłam też pełną życia i radości Evelyn. Kim więc była ta dziewczyna, która próbowała uciec jak mysz z tonącego okrętu?
            - Więc się zwalniam – odparowałam, oddychając szybko.
            - Miesięczny okres wypowiedzenia.
            Zacisnęłam wargi w wąską linię. Nie mogłam sobie na tyle pozwolić. Potrzebowałam już uciekać. Najlepiej wykupić lot na następny dzień. Przemieszenie samochodem ponad czterech tysięcy kilometrów, bez postoju zajmowała około dwóch dni. Samolotem znacznie szybciej. Zdecydowanie nie mogłam czekać.
            - Zwolnij mnie dyscyplinarnie.
            - Ani mi się śni! - powiedział rozbawiony, potrząsając przy tym głową. Dlaczego do cholery, nie mógł zrozumieć powagi sytuacji?!
            Zaczęłam krążyć po gabinecie, obmyślając pozostałe rozwiązania. Mogłam uciec, bez zwalniania się, lecz wtedy Andreas mógłby mnie pozwać. Nie sądziłam, że by to zrobił, lecz aby ściągnąć mnie z powrotem...? Wolałam nie ryzykować. Mogłam zdemolować biuro, lecz gdybym nie zapłaciła, mógłby mnie pozwać, a pewnie i tak by mnie nie zwolnił. Wydałam z siebie sfrustrowany jęk i osunęłam się na podłogę po ścianie. Dlaczego wszystko musiało się tak cholernie skomplikować? Czułam jak policzki zaczynały mnie palić, a pod powiekami wezbrały łzy.
            - Przed czym uciekasz, Nikkie? - powtórzył swoje pytanie z dnia poprzedniego i tak jak poprzednio, nie dostał odpowiedzi.
            Wzięłam głęboki oddech, próbując zatrzymać drżenie rąk. Miałam świadomość swojej bezradności oraz tego iż Nowy Jork stał się moim więzieniem. Wiedziałam, że mnie znajdzie, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Nadzieje miałam do rana, gdy liczyłam na to, że odpuści po "pomyłce", lecz skoro tak się nie stało, wiedziałam że nie ustąpi, dopóki nie dostanie tego, czego chce. Jego największą wadą był upór i to taki, który był porównywalny niemalże z moim. Ja uciekłam tyle kilometrów, więc on pokona tyle samo, aby mnie odnaleźć. Oboje uparci, oboje z różnych powodów.
            - Zwolnij mnie - powtórzyłam swoją prośbę, lecz on tylko potrząsnął głową, wyciągając dłoń w moją stronę, aby pomóc mi wstać, lecz otrąciłam ją silnym ruchem i podniosłam się o własnych siłach.
            - Idę na L4.
            - Musiałabyś jeszcze mieć L4.
            - Mam sobie coś zrobić, aby mieć te pieprzone zwolnienie lekarskie? - spytałam z zadziornym uśmieszkiem, trzymając już dłoń na klamce. Widziałam rosnącą w nim frustracje. Nie mogłam odejść, a on nie mógł mnie zatrzymać. Oboje przegrani. Oboje wygrani. Oboje zażenowani.
            - Masz pieprzone dwa tygodnie, rozumiesz? - warknął, a ja przesadnie się ukłoniłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi gabinetu, niemalże wpadając na swoich towarzyszy pracowniczej niedoli, którzy próbowali za wszelką cenę wyglądając naturalnie, stali tak blisko drzwi, jak nigdy. Zawsze wszyscy unikali tego gabinetu jak ognia, a z Andreasem w środku, jak bram piekielnych.
            Zebrałam swoje rzeczy i wybiegłam, czując się tak, jakbym miała zaraz wybuchnąć. Miałam dwa tygodnie na załatwienie swoich spraw. Mogłam wyjechać na dwa tygodnie, albo zaszyć się w domu. Druga opcja wydawała mi się znacznie bezpieczniejsza. Gdyby przyjechał do redakcji, powiedzieliby mu, że mnie nie ma. Nie musieliby podawać powodu, więc nie wiedziałby, że jestem na L4. Pomyślałby zapewne, że wyjechałam i nie wiedząc gdzie mnie szukać, wróciłby do domu, a ja mogłabym znowu zacząć żyć tak, jak wcześniej. Poświęciłabym ten czas na ponowne doprowadzenie swojego życia do stanu użyteczności i nic nie mogłoby mną już zachwiać.
            Z takim nastawieniem zatrzymałam się pod McDonaldsem, niemalże umierając z głodu.

            Jak za starych, dobrych czasów.

1 komentarz:

  1. Wydaje mi się, że rozumiałabym bardziej jej chęć ucieczki, gdybym znała jej powód, ale wiem, że dowiem się tego za jeszcze wieele rozdziałów, więc na razie pozostaje mi być wkurzoną, że menda spieprza od profesorka

    OdpowiedzUsuń