Teraźniejszość.
Weekend minął jak
tak jak zwykle - długo i boleśnie. A
na dodatek złego, śnił mi się Max.
Nie, żeby to było czymś nowym, ponieważ śnił mi się bardzo
często, lecz na ogół sny były kierowane moim
panicznym strachem przed tym, że całkowicie
mnie znienawidził. Jednakże ten sen był...
przyjemny. Max stojący na brzegu jeziora i wpatrujący się w
horyzont tym swoim spokojnym, zamyślonym wzrokiem. Jego
profil wyglądał jak idealna rzeźba, z twardymi rysami twarzy,
jedynie oczy były ciepłe, pełne życia i
radości.
Lecz to szczęście nie
trwało zbyt długo, ponieważ zaraz
po nim nadeszła fala bólu. Nieważne było to, że stałam już przed
lustrem, przyglądając się
swojemu zmarnowanemu odbiciu. Zgięłam się z głośnym
krzykiem tak gwałtownie, że niemalże
uderzyłam czołem o umywalkę. To była kara
za to, że wspominałam. Kara za to, że próbowałam
utrzymać przy sobie coś, czego nie powinnam nigdy poznać, biorąc pod
uwagę to, co później z tym zrobiłam.
Zsunęłam się po szafce na ścianę,
krzycząc z bólu i zaciskając pięści na
brzuchu. Czułam jak moja twarz zaczęła palić, a ból
wypalał kanaliki wewnątrz mnie do tego momentu, aż zabrakło mi
tchu. Tak jak ogień nie może utrzymać się bez
tlenu, tak ten ból ustawał, gdy kończyło się
powietrze.
Odchyliłam głowę do tyłu ciężko dysząc,
jednakże nie byłam jeszcze w stanie otworzyć oczu i
zobaczyć po raz kolejny wrak człowieka, który ze
mnie pozostał. Dlatego też wyczołgałam się z łazienki
na ślepo, unikając ogromnego lustra, w które była
wbudowana umywalka. Nie wspominając już o tym,
ile razy było ono stłuczone podczas największych
ataków agresji z mojej strony. Stopniowo traciłam wolę walki
i marniałam z pełną świadomością,
przyjmując wszystko, co mnie spotykało od strony mojego ciała i
mojej psychiki. Zasłużyłam
sobie na to wszystko.
W kuchni wstawiłam wodę na kawę i wyciągnęłam
mleko z dość ubogo zaopatrzonej lodówki. Zdecydowanie trzeba
było już się wybrać na jakieś
zakupy. Westchnęłam, kiedy czajnik zaczął drżeć i odłączyłam go,
zalewając kawę. Cały czas czułam drżenie rąk po
napadzie w łazience, lecz nie krzyczałam na siebie, nie próbowałam się
uspakajać, ani usprawiedliwiać. Wiedziałam, że zasłużyłam
sobie na to wszystko. Nie pozwalałam mu odejść przez
dwa lata, choć dawno powinnam go pogrzebać i pozwolić sobie
iść dalej. Jednakże moim problemem było to, że nie
chciałam iść dalej. Nie widziałam w sensie pójścia dalej, bez
niego. To było dla mnie tak bardzo irracjonalne, że wręcz
niedorzeczne. Nie istniałam bez niego. Dlatego został ze
mnie cień kobiety, którą byłam.
Biorąc kubek, opuściłam
swoje mieszkanie i pospiesznie wsiadłam do samochodu, mając już małe opóźnienie
przez pozaplanowy wypadek łazienkowy. Robiło się coraz
chłodniej i już nie wystarczał
jesienny płaszcz, a ciepły oddech tworzył
widoczną parę dookoła ust. Zdecydowanie można było wyczuć w
powietrzu zbliżającą się pospieszne zimę. I tak, jakby chcąc to
udowodnić, pociągnęłam z termokubka solidny łyk parzącej
gardło kawy. Dopiero po tym wyjechałam z parkingu, zmierzając w
kierunku wydawnictwa. Wycieraczki przymarzły, a w środku było naprawdę
chłodno. Tak, zdecydowanie zima nadchodziła wielkimi krokami.
Znalezienie miejsca pod budynkiem
wydawnictwa było niezmiernie trudne. Tak, jak w piątek to miejsce jest w miarę
wyludnione, tak w poniedziałek trudno jest znaleźć chwile spokoju dla siebie.
Nawet parkingi dla pracowników były pozajmowane - widocznie ludzie powracali z
urlopów. Jaka szkoda. Musiałam przez to zaparkować dwie przecznice dalej, a jak
już wspomniałam, mój jesienny płaszcz nie był wystarczająco ciepły i nawet
kubek z gorącym napojem nie potrafił mnie wystarczająco ogrzać. Spojrzałam na
Monicę z jak zwykle ledwie zauważalnym uśmiechem, który był jedyną oznaką
sympatii, którą potrafiłam z siebie wykrzesać i wzięłam od niej swoją listę
zadań na ten dzień. Przesuwając niej wzrokiem nie byłam zbyt zadowolona, ale
skoro mus to mus.
- Dzwonił ktoś do ciebie - powiedziała z
takim entuzjazmem, że niemalże mogłam wyczytać z jej twarzy błagam, powiedz
kto to był. Lecz jedynie wzruszyłam ramionami, posyłając jej ten sam prawie
niewidoczny uśmiech i ruszyłam do sali, w której mogłam pogrążyć się w nawale
zleceń i nie myśleć już o niczym więcej.
Jednakże szybko dotarło do mnie, że coś
było inaczej. Po otworzeniu drzwi, nie czułam tej dobrze znanej, luźnej aury.
Wszyscy siedzieli niemalże jak na szpilkach, wpatrując się w monitory, bądź od
czasu do czasu spoglądając na kartki, które leżały dookoła nich. Skupieni i
gotowi do pracy. A to mogło świadczyć tylko o jednym - Andreas był w swoim
biurze. Nie robił tego zbyt często, to jest fakt. Dawał nam dużo swobody, a co
za tym szło, ogromną dozę zaufania, lecz kiedy już się pojawiał w wydawnictwie,
dawało się wyczuć napiętą aurę, która promieniowała od jego gabinetu, szukając
ujścia.
-
Hej Marco. Hej Lils. Hej An. Hej Henry - mówiłam po kolei, mijając swoich
współpracowników, dostając w odpowiedzi chóralne "Hej Nikkie".
Nawet sposób ich mówienia był zwięzły,
niemalże formalny. Z cichym westchnieniem i poczuciem powinności ruszyłam na
swoje stanowisko cichej myszki, mając ogromną nadzieję na to, że dam radę
wtopić się w otoczenie i Andreas niczego ode mnie nie zażąda. Naprawdę chciałam,
aby tak się stało, ponieważ rozmowy w jego gabinecie przyprawiały mnie niemalże
o depresję. Albo jej pogłębienie, biorąc pod uwagę to, iż niektórzy uważali, że
już na takową cierpię.
Spojrzałam na swoją listę zadań, pobudzając
przy tym także komputer do życia. Przynajmniej żadne zadanie nie polegało na
poświęceniu kilku godzin, aby przeczytać czyjąś powieść (co i tak bym zrobiła w
wolnym czasie, więc marudzenie było w sumie tylko po to, aby pomarudzić).
Wyprostowałam plecy, słuchając jak zaczęły strzelać mi stawy, po czym miękko
osunęłam się na swój fotel. Zdecydowanie za mało ruchu. Ale dzięki temu iż
niewiele jadłam, utrzymałam figurę w ładzie, choć mięśnie zaczęły zanikać.
Jeszcze raz przeleciałam wzrokiem po liście zadań i westchnęłam cicho.
1)
zrecenzować powieść Ostatni Lot, Thomarsona.
2)
sprawdzić zastrzeżenia, co do okładek Brucksa.
3)
skontaktować się z Adrianą Mortanto w sprawie Dni Wolności.
4)
napisać do Agencji Reklamowej Amigo, w sprawie daty premiery Zimnego Ognia,
Brucksa.
Niby nie męczące i niewiele wymagające
zadania, ale jednak miały one zająć tych kilka godzin, które musiałam
przepracować tego dnia i z pewnością nie pozostawiły ani chwili wolnej. Jak ja
kochałam pracować dla Andreasa. Niby małe wydawnictwo, ponieważ tak naprawdę
pracowało dla niego tylko kilkoro, ale dawał nam tyle zadań, że spokojnie
mógłby zatrudnić jeszcze kilka osób, a i tak pracy byłoby nadto. Ale cóż, szef
to szef i nic tego nie przebije. Dlatego też wolałam pracować, gdy szefowała
Trudy. Była w swoim biurze przez cały czas, ale nie wprowadzała przy tym takiej
atmosfery jak Andreas. Fakt, miała cięty język, ale mówiła otwarcie to, co
myślała. I była dla mnie jak druga matka tam, gdzie nie miałam nikogo. A
przynajmniej starała się nią być, co naprawdę doceniałam, choć nie okazywałam
tego zbyt wylewnie. Nie zasługiwałam na to i jedynie Bóg wie, jak bardzo dobrze
o tym wiedziałam.
Lecz Trudy już nie było, dlatego też
otworzyłam Worda i zaczęłam recenzować Ostatni Lot, tak jak głosił punkt
pierwszy na mojej liście dnia. Nic ciekawego, czy też niesamowitego. Znaczy
się, oczywiście nie chodziło o książkę, lecz o samą listę. Andreas chciał
nadzorować wszystkie wydawane dzieła i to mu się chwali. Lecz jeśli chciał być
pewien czy coś się nadaje do druku, czy też nie, powinien był sam to czytać, a
nie polegać na naszych recenzjach. Przecież kilkuzdaniowy opis nie odda całej
książki. Poza tym często zdarza się tak, że recenzja jest niesamowita, a
książka totalnie nie trafiona i odwrotnie. Ale cóż - to był Andreas.
Gdy skończyłam opisywać przejmującą
historię o czterdziesto pięcioletnim pilocie linii osobowych, który w honorowy
sposób postanawia ratować załogę oraz pasażerów samolotu, samemu oddając życie,
osieracając tym samym swoją rodzinę, zabrałam się za otwieranie skrzynki
mailowej. Jednakże cały czas chodziła mi po głowie książka, która na nowo ożyła
w mojej pamięci poprzez próbę ujęcia jej w jak najlepszym świetle. Mogłabym
porównać ją do Lessie wróć, albo O psie, który jeździł koleją,
jednakże chciałam, aby ta książka zaciekawiła czytelnika sama w sobie, bez
bycia porównywaną do innych, znakomitych dzieł. Oraz aby zyskała aprobatę
Adreasa, ponieważ bez niej, książka sama w sobie nie zaszłaby za daleko.
Przejrzałam swoją skrzynkę, spam wyrzucając
do kosza i od razu go opróżniając. Reklamy kosmetyków? Skasowane. Propozycja
pożyczki? Skasowane. Tania wycieczka w góry? Skasowane. Prośba o przekazanie
jednego procentu na rzecz potrzebujących? Skasowane. Propozycja wyjścia do kina
2+1? Skasowane. Jak ja uwielbiałam wchodzić na skrzynkę i patrzeć z myślą "ooo,
mam 100 nowych wiadomości", przy czym przeglądając w najlepszym
wypadku 90 to był spam, a 10 to informacje służbowe. Tak, to niesamowite życie
osoby będącej całkowicie niezauważalnej.
Mimo to, w końcu dokopałam się do maila od
Brucksa.
Szanowna Panno Catharsis.
Piszę do Pani, aby powiadomić,
iż propozycje okładek, które mi Pani przysłała w imieniu wydawnictwa w pełni
zaspakajają moje konsumenckie potrzeby i jestem z nich w pełni zadowolony.
Wybrałem jedną, która szczególnie przykuła moją uwagę swoją oryginalnością oraz
niekonwencjonalnym odejściem do tematu. Z przyjemnością w przyszłości
skorzystam z Waszych usług.
Z wyrazami głębokiego
szacunku
Theofil Brucks
Miałam ochotę zwymiotować. Jak na
nienawidziłam tego marketingowego bełkotu oraz stylu pisania podstarzałych
dziadków, którzy próbowali być zbyt uprzejmi, niż byli w rzeczywistości.
Kojarzyło mi się to ze Scroogem, choć on nawet nie próbował być uprzejmy.
Cholera jasna, musiałam przestać czytać książki, które kwalifikowały się w
spisie lektur szkolnych. Te lata minęły już jakiś czas temu i nie miałam
najmniejszego powodu, aby próbować do nich wrócić. Żadnego oprócz
brązowowłosego nauczyciela o ciepłych, karmelowych oczach oraz uśmiechu
powalającym na kolana.
- Veronica, do mnie - usłyszałam rzeczowy
głos szefa i wiedziałam, że nie wróżył on niczego dobrego. A jedyne czego
chciałam, to stać się niewidzialną podczas jego pobytu w wydawnictwie.
Podnosząc się, widziałam współczujący wzrok
współpracowników. Nikt z nas nie lubił, gdy szef wołał nas do swojego gabinetu
i wiedzieli oni bardzo dobrze, jak nie lubiłam wdawać się w rozmowy z
kimkolwiek. Nawet nie z nimi, a co dopiero z Andreasem. Jednakże wyszłam zza
biurka i powłóczając nogami udałam się do pokoju tortur (jak to zdarzało nam się
nazywać gabinet naczelnego) niczym na skazanie. Eve weszłaby tam pewna siebie,
wzrokiem taksując przełożonego z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. Lecz Eve
umarła w szpitalnej sali i to jeszcze bardziej mnie przygnębiło.
Po wejściu do środka, zajęłam miejsce dla
petentów i oblizałam nerwowo wargi, ściskając nogi razem. Nie pamiętałam
czasów, gdy ostatni raz założyłam nogę na nogę w innym miejscu niż w domu. A
nawet i tam robiłam to tak rzadko, że nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy
taki ruch miał miejsce. Oparłam dłonie na złączonych kolanach, siedząc
wyprostowana jak napięta struna, nie wiedząc czego mogłabym się spodziewać od
strony Andreasa. Prawda była taka, że można się było spodziewać wszystkiego,
ponieważ był on tak bardzo nieprzewidywalny nawet dla ludzi, z którymi pracował
od lat.
Spojrzałam na swoje dłonie i przełknęłam
ślinę. Miałam ogromną nadzieję, że nie postanowił mnie zwolnić, w końcu
wykonywałam wszystkie swoje obowiązki poprawnie. Chyba. Oblizałam wargi,
przymykając przy tym powieki z cichym "błagam, jeszcze nie". I nawet
nie chodziło o to, że tak bardzo kochałam tę pracę - Andreas często potrafił
być wrzodem na dupie, a ciągłe sprawianie zawodu Marco wcale nie było jednym z
moich ulubionych zajęć każdego dnia. Po prostu to było coś, co potrafiłam robić
- bynajmniej tak mi się wydawało - i nie wiedziałam jak inaczej miałabym się
utrzymywać.
- Dzwonił dzisiaj pewien mężczyzna -
powiedział po chwili, widząc iż nie zamierzałam podjąć tematu pierwsza. -
Powiedział, że napisał tomik wierszy, cienki, ale chciałby, aby rzucił ktoś na
to fachowym okiem. Powiedziałem, że nie ma sprawy, niech wyśle do wydawnictwa i
się tym zajmiemy. Ale wiesz, co on powiedział? - spytał patrząc na mnie.
Wiedziałam to, choć ani razu nie spojrzałam na swojego przełożonego, po prostu
jego wzrok mógł wypalać dziury w mojej głowie i byłam pewna, że gdyby była taka
możliwość, byłabym dziwnym ufoludkiem. - Że ufa tylko tobie. Że tylko tobie
pokaże swoje prace.
Na te słowa automatycznie podniosłam głowę
zaalarmowana. To nie było często spotykane w naszej branży. Rodzina, albo
przyjaciele na ogół nieoficjalnie pokazywali swoje twórczości dziennikarzom, a
kiedy oni uważali, że istniała szansa na zrobieniem z tym czegokolwiek, podsyłali
to do wydawnictwa. Rzadkie jednak było aby ktoś z zewnątrz zażyczył sobie
obiektywnego spojrzenia danej osoby i to tym bardziej takiej, której nie znał.
No bo przecież nikt mnie tutaj nie znał.
- Jak się nazywa ten człowiek? - Spróbowałam
zachować obojętność, lecz czułam jak zaczynały mi się pocić dłonie. Coś było
nie tak, cholernie nie tak i krzyczała to każda komórka mojego ciała. Tak jakby
w mózgu zapaliła się czerwona lampka świadcząca o zbliżającym się
niebezpieczeństwie. Kłopoty i to poważne.
- Powiedział, że o wszystkim powie tylko
tobie - odparł Andreas i spojrzał na mnie z tajemniczym uśmieszkiem. - Miałem
ciebie za szarą myszkę, a jak widać, potrafisz mnie zaskoczyć. Zdawało się, że
bardzo mu zależało. Jakby dzwonił, mogę podać mu twój prywatny numer?
- NIE! - Sama nie byłam świadoma krzyku,
dopóki nie wyrwał się z mojego gardła. To było całkowicie niekontrolowane, tak,
jakby odruch obronny. Przed czym? Sama nie byłam tego pewna. Po prostu czułam,
że podawanie numeru obcym osobom mogłoby wpakować mnie w jeszcze większe
kłopoty, niż te, które wtedy już miałam na głowie, a wbrew pozorom było ich
naprawdę niemało. - Podaj mu moje godziny pracy, niech się dostosuje, jeśli tak
bardzo mu zależy.
- Nie spieprz tego zlecenia. Koleś wydaje
się pewny siebie, co oznacza albo totalnego palanta, albo zniewalającego
artystę, wiesz o tym - powiedział, patrząc na mnie z taką intensywnością iż
ostatnią rzeczą, której chciałam to wdawać się z nim w polemiki na temat tego,
jak wszystko może pójść nie tak. Chciałam po prostu stamtąd uciec.
Zaczesałam nerwowo włosy na uszy, oblizując
przy tym pospiesznie wargi. Nigdy nie miałam takiej sytuacji. Nikt mnie nie
potrzebował, nie szukał, odkąd się tutaj przeniosłam. Nowy Jork miał być tym
bezpiecznym, ponad 8 milionowym miastem, gdzie każdy pozostaje anonimowy, nie
tak łatwo kogokolwiek znaleźć i z łatwością można wtopić się w tłum. Robiłam
wszystko, aby pozostać szarakiem. Żadnych mandatów, kart, niczego. Codzienne
szare, nudne życie. Więc jakim cudem ktoś mógłby prosić akurat o mnie, skoro
nawet w swojej pracy starałam się uchodzić za przeciętną?
- Przed czym tak uciekasz, Nikkie? -
westchnął naczelny, pochylając się nad biurkiem.
Jego pytanie zaskoczyło mnie do tego
stopnia, że nierozważnie uniosłam głowę, wpijając w niego swoje przerażone
spojrzenie. On nie mógł wiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, nikt nie miał do tego
zasranego prawa. Czując swój przyspieszony oddech, zerwałam się z krzesła,
niemalże je przewracając i wybiegłam z gabinetu, wcześniej niezgrabnie męcząc
się z klamką drzwi. Nagle doznałam olśnienia i wcale mi się to nie podobało.
Zabrałam torebkę, krzycząc coś o tym, że źle się czuję i opuściłam wydawnictwo
w pośpiechu.
Przez całą drogę do domu nie potrafiłam się
uspokoić. Przed czym uciekasz, Nikkie? To pytanie pobrzmiewało z mojej głowie
podczas niemiłosiernie długiej jazdy samochodem. Chciałam wykrzyczeć, że przed
niczym nie uciekam, lecz prawda była inna. Lecz Andreas o tym nie wiedział.
Widział we mnie jedynie szarą myszkę, nie znał mojej przeszłości i nie wiedział
dlaczego znalazłam się w takim miejscu z takim stanem emocjonalnym, a nie
innym. Nie wiedział i całe szczęście, ponieważ nie zrozumiałby. Nikt by nie
zrozumiał.
Wchodząc do domu, czułam drżenie na całym
ciele. Pewna część mnie już wiedziała. Oparłam się plecami o drzwi,
pozwalając ciału osunąć się na podłogę. Gorąco otuliło mnie niemalże jak boa
dusiciel nie chcąc pozwolić złapać oddechu. Zawroty głowy nasiliły się do tego
stopnia, że z bólu poczułam nadchodzące mdłości. A wszystko dlatego, że jedna
część mnie, jedna cholerna cząsteczka nie potrafiła siedzieć cicho i zawsze
musiała czuwać, zupełnie tak, jakby czekała na ten moment. Tak, jakby wiedziała
że to się w końcu stanie, a gdy nadeszło... wiedziała.
Wiedziała, że nie uciekałam wystarczająco
daleko od przeszłości.
No nareszcie jakaś akcja! XD Oczywiście do tej pory też było intrygująco, no ale ileż można czytać same opisy.. xD Ale nie mogę się doczekać rozwinięcia historii ♥
OdpowiedzUsuń