Four

Teraźniejszość.


     Weekend minął jak tak jak zwykle - długo i boleśnie. A na dodatek złego, śnił mi się Max. Nie, żeby to było czymś nowym, ponieważ śnił mi się bardzo często, lecz na ogół sny były kierowane moim panicznym strachem przed tym, że całkowicie mnie znienawidził. Jednakże ten sen był... przyjemny. Max stojący na brzegu jeziora i wpatrujący się w horyzont tym swoim spokojnym, zamyślonym wzrokiem. Jego profil wyglądał jak idealna rzeźba, z twardymi rysami twarzy, jedynie oczy były ciepłe, pełne życia i radości.
     Lecz to szczęście nie trwało zbyt długo, ponieważ zaraz po nim nadeszła fala bólu. Nieważne było to, że stałam już przed lustrem, przyglądając się swojemu zmarnowanemu odbiciu. Zgięłam się z głośnym krzykiem tak gwałtownie, że niemalże uderzyłam czołem o umywalkę. To była kara za to, że wspominałam. Kara za to, że próbowałam utrzymać przy sobie coś, czego nie powinnam nigdy poznać, biorąc pod uwagę to, co później z tym zrobiłam. Zsunęłam się po szafce na ścianę, krzycząc z bólu i zaciskając pięści na brzuchu. Czułam jak moja twarz zaczęła palić, a ból wypalał kanaliki wewnątrz mnie do tego momentu, aż zabrakło mi tchu. Tak jak ogień nie może utrzymać się bez tlenu, tak ten ból ustawał, gdy kończyło się powietrze.
     Odchyliłam głowę do tyłu ciężko dysząc, jednakże nie byłam jeszcze w stanie otworzyć oczu i zobaczyć po raz kolejny wrak człowieka, który ze mnie pozostał. Dlatego też wyczołgałam się z łazienki na ślepo, unikając ogromnego lustra, w które była wbudowana umywalka. Nie wspominając już o tym, ile razy było ono stłuczone podczas największych ataków agresji z mojej strony. Stopniowo traciłam wolę walki i marniałam z pełną świadomością, przyjmując wszystko, co mnie spotykało od strony mojego ciała i mojej psychiki. Zasłużyłam sobie na to wszystko.
     W kuchni wstawiłam wodę na kawę i wyciągnęłam mleko z dość ubogo zaopatrzonej lodówki. Zdecydowanie trzeba było już się wybrać na jakieś zakupy. Westchnęłam, kiedy czajnik zaczął drżeć i odłączyłam go, zalewając kawę. Cały czas czułam drżenie rąk po napadzie w łazience, lecz nie krzyczałam na siebie, nie próbowałam się uspakajać, ani usprawiedliwiać. Wiedziałam, że zasłużyłam sobie na to wszystko. Nie pozwalałam mu odejść przez dwa lata, choć dawno powinnam go pogrzebać i pozwolić sobie iść dalej. Jednakże moim problemem było to, że nie chciałam iść dalej. Nie widziałam w sensie pójścia dalej, bez niego. To było dla mnie tak bardzo irracjonalne, że wręcz niedorzeczne. Nie istniałam bez niego. Dlatego został ze mnie cień kobiety, którą byłam.
     Biorąc kubek, opuściłam swoje mieszkanie i pospiesznie wsiadłam do samochodu, mając już małe opóźnienie przez pozaplanowy wypadek łazienkowy. Robiło się coraz chłodniej i już nie wystarczał jesienny płaszcz, a ciepły oddech tworzył widoczną parę dookoła ust. Zdecydowanie można było wyczuć w powietrzu zbliżającą się pospieszne zimę. I tak, jakby chcąc to udowodnić, pociągnęłam z termokubka solidny łyk parzącej gardło kawy. Dopiero po tym wyjechałam z parkingu, zmierzając w kierunku wydawnictwa. Wycieraczki przymarzły, a w środku było naprawdę chłodno. Tak, zdecydowanie zima nadchodziła wielkimi krokami.
     Znalezienie miejsca pod budynkiem wydawnictwa było niezmiernie trudne. Tak, jak w piątek to miejsce jest w miarę wyludnione, tak w poniedziałek trudno jest znaleźć chwile spokoju dla siebie. Nawet parkingi dla pracowników były pozajmowane - widocznie ludzie powracali z urlopów. Jaka szkoda. Musiałam przez to zaparkować dwie przecznice dalej, a jak już wspomniałam, mój jesienny płaszcz nie był wystarczająco ciepły i nawet kubek z gorącym napojem nie potrafił mnie wystarczająco ogrzać. Spojrzałam na Monicę z jak zwykle ledwie zauważalnym uśmiechem, który był jedyną oznaką sympatii, którą potrafiłam z siebie wykrzesać i wzięłam od niej swoją listę zadań na ten dzień. Przesuwając niej wzrokiem nie byłam zbyt zadowolona, ale skoro mus to mus.
     - Dzwonił ktoś do ciebie - powiedziała z takim entuzjazmem, że niemalże mogłam wyczytać z jej twarzy błagam, powiedz kto to był. Lecz jedynie wzruszyłam ramionami, posyłając jej ten sam prawie niewidoczny uśmiech i ruszyłam do sali, w której mogłam pogrążyć się w nawale zleceń i nie myśleć już o niczym więcej.
     Jednakże szybko dotarło do mnie, że coś było inaczej. Po otworzeniu drzwi, nie czułam tej dobrze znanej, luźnej aury. Wszyscy siedzieli niemalże jak na szpilkach, wpatrując się w monitory, bądź od czasu do czasu spoglądając na kartki, które leżały dookoła nich. Skupieni i gotowi do pracy. A to mogło świadczyć tylko o jednym - Andreas był w swoim biurze. Nie robił tego zbyt często, to jest fakt. Dawał nam dużo swobody, a co za tym szło, ogromną dozę zaufania, lecz kiedy już się pojawiał w wydawnictwie, dawało się wyczuć napiętą aurę, która promieniowała od jego gabinetu, szukając ujścia.
     - Hej Marco. Hej Lils. Hej An. Hej Henry - mówiłam po kolei, mijając swoich współpracowników, dostając w odpowiedzi chóralne "Hej Nikkie".
     Nawet sposób ich mówienia był zwięzły, niemalże formalny. Z cichym westchnieniem i poczuciem powinności ruszyłam na swoje stanowisko cichej myszki, mając ogromną nadzieję na to, że dam radę wtopić się w otoczenie i Andreas niczego ode mnie nie zażąda. Naprawdę chciałam, aby tak się stało, ponieważ rozmowy w jego gabinecie przyprawiały mnie niemalże o depresję. Albo jej pogłębienie, biorąc pod uwagę to, iż niektórzy uważali, że już na takową cierpię.
     Spojrzałam na swoją listę zadań, pobudzając przy tym także komputer do życia. Przynajmniej żadne zadanie nie polegało na poświęceniu kilku godzin, aby przeczytać czyjąś powieść (co i tak bym zrobiła w wolnym czasie, więc marudzenie było w sumie tylko po to, aby pomarudzić). Wyprostowałam plecy, słuchając jak zaczęły strzelać mi stawy, po czym miękko osunęłam się na swój fotel. Zdecydowanie za mało ruchu. Ale dzięki temu iż niewiele jadłam, utrzymałam figurę w ładzie, choć mięśnie zaczęły zanikać. Jeszcze raz przeleciałam wzrokiem po liście zadań i westchnęłam cicho.
1) zrecenzować powieść Ostatni Lot, Thomarsona.
2) sprawdzić zastrzeżenia, co do okładek Brucksa.
3) skontaktować się z Adrianą Mortanto w sprawie Dni Wolności.
4) napisać do Agencji Reklamowej Amigo, w sprawie daty premiery Zimnego Ognia, Brucksa.
     Niby nie męczące i niewiele wymagające zadania, ale jednak miały one zająć tych kilka godzin, które musiałam przepracować tego dnia i z pewnością nie pozostawiły ani chwili wolnej. Jak ja kochałam pracować dla Andreasa. Niby małe wydawnictwo, ponieważ tak naprawdę pracowało dla niego tylko kilkoro, ale dawał nam tyle zadań, że spokojnie mógłby zatrudnić jeszcze kilka osób, a i tak pracy byłoby nadto. Ale cóż, szef to szef i nic tego nie przebije. Dlatego też wolałam pracować, gdy szefowała Trudy. Była w swoim biurze przez cały czas, ale nie wprowadzała przy tym takiej atmosfery jak Andreas. Fakt, miała cięty język, ale mówiła otwarcie to, co myślała. I była dla mnie jak druga matka tam, gdzie nie miałam nikogo. A przynajmniej starała się nią być, co naprawdę doceniałam, choć nie okazywałam tego zbyt wylewnie. Nie zasługiwałam na to i jedynie Bóg wie, jak bardzo dobrze o tym wiedziałam.
     Lecz Trudy już nie było, dlatego też otworzyłam Worda i zaczęłam recenzować Ostatni Lot, tak jak głosił punkt pierwszy na mojej liście dnia. Nic ciekawego, czy też niesamowitego. Znaczy się, oczywiście nie chodziło o książkę, lecz o samą listę. Andreas chciał nadzorować wszystkie wydawane dzieła i to mu się chwali. Lecz jeśli chciał być pewien czy coś się nadaje do druku, czy też nie, powinien był sam to czytać, a nie polegać na naszych recenzjach. Przecież kilkuzdaniowy opis nie odda całej książki. Poza tym często zdarza się tak, że recenzja jest niesamowita, a książka totalnie nie trafiona i odwrotnie. Ale cóż - to był Andreas.
     Gdy skończyłam opisywać przejmującą historię o czterdziesto pięcioletnim pilocie linii osobowych, który w honorowy sposób postanawia ratować załogę oraz pasażerów samolotu, samemu oddając życie, osieracając tym samym swoją rodzinę, zabrałam się za otwieranie skrzynki mailowej. Jednakże cały czas chodziła mi po głowie książka, która na nowo ożyła w mojej pamięci poprzez próbę ujęcia jej w jak najlepszym świetle. Mogłabym porównać ją do Lessie wróć, albo O psie, który jeździł koleją, jednakże chciałam, aby ta książka zaciekawiła czytelnika sama w sobie, bez bycia porównywaną do innych, znakomitych dzieł. Oraz aby zyskała aprobatę Adreasa, ponieważ bez niej, książka sama w sobie nie zaszłaby za daleko.
     Przejrzałam swoją skrzynkę, spam wyrzucając do kosza i od razu go opróżniając. Reklamy kosmetyków? Skasowane. Propozycja pożyczki? Skasowane. Tania wycieczka w góry? Skasowane. Prośba o przekazanie jednego procentu na rzecz potrzebujących? Skasowane. Propozycja wyjścia do kina 2+1? Skasowane. Jak ja uwielbiałam wchodzić na skrzynkę i patrzeć z myślą "ooo, mam 100 nowych wiadomości", przy czym przeglądając w najlepszym wypadku 90 to był spam, a 10 to informacje służbowe. Tak, to niesamowite życie osoby będącej całkowicie niezauważalnej.
     Mimo to, w końcu dokopałam się do maila od Brucksa.
    
     Szanowna Panno Catharsis.
     Piszę do Pani, aby powiadomić, iż propozycje okładek, które mi Pani przysłała w imieniu wydawnictwa w pełni zaspakajają moje konsumenckie potrzeby i jestem z nich w pełni zadowolony. Wybrałem jedną, która szczególnie przykuła moją uwagę swoją oryginalnością oraz niekonwencjonalnym odejściem do tematu. Z przyjemnością w przyszłości skorzystam z Waszych usług.
     Z wyrazami głębokiego szacunku
     Theofil Brucks

     Miałam ochotę zwymiotować. Jak na nienawidziłam tego marketingowego bełkotu oraz stylu pisania podstarzałych dziadków, którzy próbowali być zbyt uprzejmi, niż byli w rzeczywistości. Kojarzyło mi się to ze Scroogem, choć on nawet nie próbował być uprzejmy. Cholera jasna, musiałam przestać czytać książki, które kwalifikowały się w spisie lektur szkolnych. Te lata minęły już jakiś czas temu i nie miałam najmniejszego powodu, aby próbować do nich wrócić. Żadnego oprócz brązowowłosego nauczyciela o ciepłych, karmelowych oczach oraz uśmiechu powalającym na kolana.
     - Veronica, do mnie - usłyszałam rzeczowy głos szefa i wiedziałam, że nie wróżył on niczego dobrego. A jedyne czego chciałam, to stać się niewidzialną podczas jego pobytu w wydawnictwie.
     Podnosząc się, widziałam współczujący wzrok współpracowników. Nikt z nas nie lubił, gdy szef wołał nas do swojego gabinetu i wiedzieli oni bardzo dobrze, jak nie lubiłam wdawać się w rozmowy z kimkolwiek. Nawet nie z nimi, a co dopiero z Andreasem. Jednakże wyszłam zza biurka i powłóczając nogami udałam się do pokoju tortur (jak to zdarzało nam się nazywać gabinet naczelnego) niczym na skazanie. Eve weszłaby tam pewna siebie, wzrokiem taksując przełożonego z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. Lecz Eve umarła w szpitalnej sali i to jeszcze bardziej mnie przygnębiło.
     Po wejściu do środka, zajęłam miejsce dla petentów i oblizałam nerwowo wargi, ściskając nogi razem. Nie pamiętałam czasów, gdy ostatni raz założyłam nogę na nogę w innym miejscu niż w domu. A nawet i tam robiłam to tak rzadko, że nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy taki ruch miał miejsce. Oparłam dłonie na złączonych kolanach, siedząc wyprostowana jak napięta struna, nie wiedząc czego mogłabym się spodziewać od strony Andreasa. Prawda była taka, że można się było spodziewać wszystkiego, ponieważ był on tak bardzo nieprzewidywalny nawet dla ludzi, z którymi pracował od lat.
     Spojrzałam na swoje dłonie i przełknęłam ślinę. Miałam ogromną nadzieję, że nie postanowił mnie zwolnić, w końcu wykonywałam wszystkie swoje obowiązki poprawnie. Chyba. Oblizałam wargi, przymykając przy tym powieki z cichym "błagam, jeszcze nie". I nawet nie chodziło o to, że tak bardzo kochałam tę pracę - Andreas często potrafił być wrzodem na dupie, a ciągłe sprawianie zawodu Marco wcale nie było jednym z moich ulubionych zajęć każdego dnia. Po prostu to było coś, co potrafiłam robić - bynajmniej tak mi się wydawało - i nie wiedziałam jak inaczej miałabym się utrzymywać.
     - Dzwonił dzisiaj pewien mężczyzna - powiedział po chwili, widząc iż nie zamierzałam podjąć tematu pierwsza. - Powiedział, że napisał tomik wierszy, cienki, ale chciałby, aby rzucił ktoś na to fachowym okiem. Powiedziałem, że nie ma sprawy, niech wyśle do wydawnictwa i się tym zajmiemy. Ale wiesz, co on powiedział? - spytał patrząc na mnie. Wiedziałam to, choć ani razu nie spojrzałam na swojego przełożonego, po prostu jego wzrok mógł wypalać dziury w mojej głowie i byłam pewna, że gdyby była taka możliwość, byłabym dziwnym ufoludkiem. - Że ufa tylko tobie. Że tylko tobie pokaże swoje prace.
     Na te słowa automatycznie podniosłam głowę zaalarmowana. To nie było często spotykane w naszej branży. Rodzina, albo przyjaciele na ogół nieoficjalnie pokazywali swoje twórczości dziennikarzom, a kiedy oni uważali, że istniała szansa na zrobieniem z tym czegokolwiek, podsyłali to do wydawnictwa. Rzadkie jednak było aby ktoś z zewnątrz zażyczył sobie obiektywnego spojrzenia danej osoby i to tym bardziej takiej, której nie znał. No bo przecież nikt mnie tutaj nie znał.
     - Jak się nazywa ten człowiek? - Spróbowałam zachować obojętność, lecz czułam jak zaczynały mi się pocić dłonie. Coś było nie tak, cholernie nie tak i krzyczała to każda komórka mojego ciała. Tak jakby w mózgu zapaliła się czerwona lampka świadcząca o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Kłopoty i to poważne.
     - Powiedział, że o wszystkim powie tylko tobie - odparł Andreas i spojrzał na mnie z tajemniczym uśmieszkiem. - Miałem ciebie za szarą myszkę, a jak widać, potrafisz mnie zaskoczyć. Zdawało się, że bardzo mu zależało. Jakby dzwonił, mogę podać mu twój prywatny numer?
     - NIE! - Sama nie byłam świadoma krzyku, dopóki nie wyrwał się z mojego gardła. To było całkowicie niekontrolowane, tak, jakby odruch obronny. Przed czym? Sama nie byłam tego pewna. Po prostu czułam, że podawanie numeru obcym osobom mogłoby wpakować mnie w jeszcze większe kłopoty, niż te, które wtedy już miałam na głowie, a wbrew pozorom było ich naprawdę niemało. - Podaj mu moje godziny pracy, niech się dostosuje, jeśli tak bardzo mu zależy.
     - Nie spieprz tego zlecenia. Koleś wydaje się pewny siebie, co oznacza albo totalnego palanta, albo zniewalającego artystę, wiesz o tym - powiedział, patrząc na mnie z taką intensywnością iż ostatnią rzeczą, której chciałam to wdawać się z nim w polemiki na temat tego, jak wszystko może pójść nie tak. Chciałam po prostu stamtąd uciec.
     Zaczesałam nerwowo włosy na uszy, oblizując przy tym pospiesznie wargi. Nigdy nie miałam takiej sytuacji. Nikt mnie nie potrzebował, nie szukał, odkąd się tutaj przeniosłam. Nowy Jork miał być tym bezpiecznym, ponad 8 milionowym miastem, gdzie każdy pozostaje anonimowy, nie tak łatwo kogokolwiek znaleźć i z łatwością można wtopić się w tłum. Robiłam wszystko, aby pozostać szarakiem. Żadnych mandatów, kart, niczego. Codzienne szare, nudne życie. Więc jakim cudem ktoś mógłby prosić akurat o mnie, skoro nawet w swojej pracy starałam się uchodzić za przeciętną?
     - Przed czym tak uciekasz, Nikkie? - westchnął naczelny, pochylając się nad biurkiem.
     Jego pytanie zaskoczyło mnie do tego stopnia, że nierozważnie uniosłam głowę, wpijając w niego swoje przerażone spojrzenie. On nie mógł wiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć, nikt nie miał do tego zasranego prawa. Czując swój przyspieszony oddech, zerwałam się z krzesła, niemalże je przewracając i wybiegłam z gabinetu, wcześniej niezgrabnie męcząc się z klamką drzwi. Nagle doznałam olśnienia i wcale mi się to nie podobało. Zabrałam torebkę, krzycząc coś o tym, że źle się czuję i opuściłam wydawnictwo w pośpiechu.
     Przez całą drogę do domu nie potrafiłam się uspokoić. Przed czym uciekasz, Nikkie? To pytanie pobrzmiewało z mojej głowie podczas niemiłosiernie długiej jazdy samochodem. Chciałam wykrzyczeć, że przed niczym nie uciekam, lecz prawda była inna. Lecz Andreas o tym nie wiedział. Widział we mnie jedynie szarą myszkę, nie znał mojej przeszłości i nie wiedział dlaczego znalazłam się w takim miejscu z takim stanem emocjonalnym, a nie innym. Nie wiedział i całe szczęście, ponieważ nie zrozumiałby. Nikt by nie zrozumiał.
     Wchodząc do domu, czułam drżenie na całym ciele. Pewna część mnie już wiedziała. Oparłam się plecami o drzwi, pozwalając ciału osunąć się na podłogę. Gorąco otuliło mnie niemalże jak boa dusiciel nie chcąc pozwolić złapać oddechu. Zawroty głowy nasiliły się do tego stopnia, że z bólu poczułam nadchodzące mdłości. A wszystko dlatego, że jedna część mnie, jedna cholerna cząsteczka nie potrafiła siedzieć cicho i zawsze musiała czuwać, zupełnie tak, jakby czekała na ten moment. Tak, jakby wiedziała że to się w końcu stanie, a gdy nadeszło... wiedziała.

     Wiedziała, że nie uciekałam wystarczająco daleko od przeszłości.

1 komentarz:

  1. No nareszcie jakaś akcja! XD Oczywiście do tej pory też było intrygująco, no ale ileż można czytać same opisy.. xD Ale nie mogę się doczekać rozwinięcia historii ♥

    OdpowiedzUsuń