Teraźniejszość
Nie
spałam całą noc, przez co rano czułam się strasznie wyczerpana. Gdy podeszłam
do lustra, zobaczyłam swoje podpuchnięte oczy i skrzywiłam się z niesmakiem.
Efekt wielogodzinnego płakania. W ciągu nocy miałam trzy ataki, lecz ze zmęczenia,
każdy następny był słabszy. Ale mimo to, wciąż były. Twarz była mocno
zarumieniona, przez co niemalże przypominała twarz tamtej dziewczyny. Niemalże.
A to nie znaczy, że taka była.
Po
raz pierwszy w Nowym Jorku sięgnęłam do swojej kosmetyczki. Oblizałam wargi,
czując nieokreślony ciężar, gdy wyciągnęłam z niej puder. Dziwne było to, że
był jeszcze użyteczny. Nałożyłam go pod oczy, aby ukryć swoją niedyspozycję, a
przez to musiałam nałożyć go na całą twarz. Tuszu do rzęs oraz kredki do oczu
nadal nie tknęłam. Całość odłożyłam do koszyczka, w którym były różne rzeczy,
których nigdy nie dotykałam i jak sądziłam, długo tak powinno pozostać.
Upięłam
rude włosy w ciasny kok, po czym wciągnęłam głęboko powietrze. Wyglądałam
inaczej niż każdego, poprzedniego dnia. Ziemista cera przestała być tak...
ziemista. Jednakże wciąż daleko było jej do dawnego, oliwkowego blasku.
Oblizałam suche usta i wyszłam z łazienki. Miałam na sobie czarne spodnie oraz
czarną bluzkę, w której spałam (która swoją drogą kiedyś była Maxa). Były to
prawdopodobnie jedyne rzeczy, które ocalały z dnia poprzedniego, zostając przy
tym też jedynymi, w których mogłam chodzić. Odetchnęłam cicho. Potrzebowałam
zakupów i to szybko.
Przeskoczyłam
przez szczątki stolika, który pękł na kilka części i weszłam do kuchni,
zalewając wodą swoją kawę. Wiedziałam, że już nie byłam bezpieczna w Nowym
Jorku, a to, co powinnam była zrobić, to co musiałam zrobić, to uciec dalej.
Znowu uciec. A aby móc to zrobić, musiałam dostać przeniesienie. Natychmiast.
Dlatego
też z samego rana napisałam sms'a do Andreasa, że potrzebuję go w wydawnictwie.
Już. Zarzucając na siebie torbę, wyszłam z mieszkania, zamykając je na klucz,
choć tak naprawdę nie było czego chronić. To co było najcenniejsze zostało
zdemolowane, a to, co było najcenniejsze dla mnie, dobrze schowane. Zbiegłam po
schodach.
Znowu
uderzyło we mnie mroźne powietrze, przez co wypuściłam oddech trzymany w
płucach, który od razu stworzył białą parę. Przyspieszyłam kroku i czym prędzej
wsiadłam do swojego samochodu, podkręcając ogrzewanie na full. Chuchnęłam na
zziębnięte dłonie, pocierając je o siebie i wyjechałam z parkingu z
nieprzyjemnych burknięciem. Mróz widocznie dopadł także silnik mojego
poczciwego pontiaca. Straszne było wyobrażenie sobie zimy dla tego staruszka.
Na
światłach zgasł mi kilkakrotnie, przez co zostałam solennie wytrąbiona przez
innych kierowców, którzy tak jak ja spieszyli się do pracy. Zero zrozumienia,
lojalności ani solidarności. Dupki jedne. Gdy dojechałam w końcu przed budynek
wydawnictwa, wcisnęłam się na ostatnie miejsce parkingowe, tuż przed szefem
sklepu obuwniczego, po drugiej stronie ulicy. Ja też miałam prawo być dupkiem.
Przeszłam
szybkim krokiem do budynku, gdzie już od wejścia przywitało mnie niemalże
gorące powietrze, wywołujące dreszcze na moim ciele. Mimo wszystko, było to
naprawdę przyjemne uczucie. Zaczęłam rozpinać guziki płaszcza jedną ręką,
podchodząc do Monici po swoją listę zadań. Widziałam jej promienny uśmiech, gdy
mnie zobaczyła i nie wiedziałam dlaczego, ale przeczuwałam kłopoty. I to nie
kłopoty typu "skończyła się kawa", albo "obcięli dziś przerwę na
lunch". To były kłopoty typu "cholera, jesteś tak bardzo w dupie,
dziewczyno". Mimo wszystko, ryzykując sama nie byłam pewna co, podeszłam
do niej.
-
Twój telefon od wczoraj nie przestaje dzwonić. Ciągle ten sam numer i ten sam,
zdesperowany facet - powiedziała, a ja poczułam uginające się pode mną kolana.
Zdecydowanie
musiałam uciekać.
-
Andreas jest wkurzony. Nie wiem, o co chodzi, ale nie pamiętam, kiedy go
widziałam w takim stanie po raz ostatni. Ani czy kiedykolwiek go takim
widziałam - powiedziała współczująco, podając mi listę na ten dzień.
-
Zapisz mi numer tego nieszczęśnika - szepnęłam, próbując zapanować nad drżeniem
głosu i chyba wyszło mi to całkiem nieźle, ponieważ nie zasłużyłam na jej
kolejne spojrzenie. Szło mi coraz lepiej z oszukiwaniem ludzi, albo może i
nawet z bezczelnym oszukiwaniem samej siebie.
Gdy
wzięłam kartkę do ręki, ruszyłam w stronę sali. Od progu widziałam sztywno
siedzących pracowników. Jednakże tym razem, zanim zdążyłam otworzyć usta, aby
rzucić przywitanie, każde z nich przyłożyło palec do swoich ust, uciszając
mnie. Musieli widocznie słyszeć już o podłym nastroju Andreasa i, jak sądziłam,
musiał już niejednokrotnie kląć, gdzie do cholery się podziewałam. W sumie mu
się nie dziwiłam - sama prosiłam o to spotkanie.
Przeszłam
na swoje stanowisko jak potrafiłam najciszej i położyłam tam swoje rzeczy.
Ucisk w żołądku stał się tak bolesny, iż nie wiedziałam jak miałabym nad nim zapanować.
Wzięłam głęboki oddech i pomodliłam się o odwagę. Żałowałam, że przestałam
nosić szpilki, w tamtej chwili byłyby one idealną bronią, albo narzędziem
obrony. Wolnym krokiem zaczęłam podchodzić do drzwi naczelnego, a każdy z moich
współpracowników wpatrywał się we mnie z żywym przerażeniem. Przejmowali się
mną, to niedobrze. Zaczęli machać rękami, chcąc pokazać, że nie powinnam tam
wchodzić, lecz jedynie posłałam im jeden z najcieplejszych uśmiechów, jakie
potrafiłam z siebie wykrzesać. Bardzo dobrze wiedziałam, że wchodziłam do
jaskini lwa.
Wzięłam
jeszcze jeden głęboki oddech, po czym otworzyłam drzwi, wchodząc do środka, bez
pukania. Zamknęłam za sobą drzwi niemalże natychmiast, w razie gdyby Andreas
miał zacząć krzyczeć, a nie chciałam, aby współpracownicy przejmowali się
jeszcze bardziej. Choć byłam świadoma, że pewnie kłębili się pod drzwiami,
obstawiając ile jeszcze pożyją, albo czy przeżyję starcie z żądnym krwi,
rozdrażnionym zwierzęciem.
-
Gdzieś ty się do cholery podziewała? - warknął opierając dłonie na swoim
biurku. Tak, zaczęło się tak miło, jak patrzenie na postępującą gangrenę.
Spojrzałam
na zegarek i zmarszczyłam brwi. Właśnie wybijała dziewiąta, co znaczyło, że dopiero
co rozpoczęłam swoją pracę. Przez chwilę zastanawiałam się, czy coś
popieprzyłam i przez cały ten okres przychodziłam na niewłaściwą godzinę do
pracy, po czym spojrzałam na swojego szefa z miną, jaką się ma patrząc na kupę,
która zdobiła środek pokoju.
-
W domu, jak sądzę. Właśnie zaczynam pracę - powiedziałam z westchnieniem i
oparłam się plecami o ścianę. Siadanie na fotelu zdecydowanie nie było kuszące,
nawet, gdyby to oznaczało dodatkowe dwa tysiące dolarów miesięcznie. Nie w
takiej sytuacji.
-
Ściągasz mnie tutaj, Bóg jeden wie dlaczego i to jeszcze ja muszę czekać na
ciebie?! - W jego głosie wyraźnie dało się słyszeć zirytowanie. Nawet nie
próbowałam tłumaczyć tego, iż to był jego błąd, z pewnością było to bezcelowe.
- A ponad to, twój cholerny telefon ciągle dzwoni! Mówiłem ci, abyś tego nie
spieprzyła!
-
Chcę się przenieść! - krzyknęłam, próbując być głośniejsza niż on i uderzyłam
dłońmi o ścianę. - Chcę się przenieść - dodałam już spokojniej, próbując przy
tym zapanować nad swoim oddechem.
Zobaczyłam
zaskoczenie w oczach naczelnego, lecz nie mogłam się pod tym dać złamać.
Musiałam walczyć, ponieważ miałam o co, a to ilu ludzi po drodze musiałam
zawieść... byłam w tym mistrzynią. Później kilka kolejnych lat na odpokutowanie
swoich win, a jeśli i później musiałabym uciekać, zrobiłabym to ponownie. Nie
mogłam stawić czoła przeszłości. Poprzedni wieczór był chwilą słabości, która
mi pokazała, jak bardzo świeże są rany, które nigdy się nie zabliźniły i które
z pewnością nigdy nie miały się zabliźnić.
Oblizałam
wargi, biorąc głęboki oddech, próbując się przygotować na jego krzyk, na złość,
na cokolwiek. Nie był on starym człowiekiem, raptem kilkanaście lat starszym
ode mnie i z pewnością miał większe doświadczenie niż ja. Spojrzałam na swoje
stopy i powoli wypuściłam powietrze, które zbyt długo wstrzymywałam.
Teraz
albo nigdy.
-
Przenieś mnie do innej filii, albo poleć jakiejś agencji, bądź redakcji. Mamy
dobry kontakt z tą agencją w Seattle...
-
Nie - powiedział to z takim spokojem, że aż na niego spojrzałam. Wyraz jego
twarzy wydawał się łagodny, niemalże tak, jakby się miał zaraz roześmiać. -
Nie, Nikkie. Jesteś jednym z moich najlepszych ludzi, nie mogę ciebie stracić,
bo wydawnictwo runie - powiedział i uśmiechnął delikatnie, jakby to, co
powiedziałam było żartem.
-
Więc wymień mnie na kogoś. Nieważne. Ważne, abym była gdzieś daleko stąd.
-
Chodzi o tego mężczyznę, co dzwoni, prawda? Co on ci zrobił, Nikkie? - spytał
wychodząc zza biurka, a ja spojrzałam w bok, pełnym bólu wzrokiem.
-
Nic. Do cholery, nie możesz zrozumieć, że się tutaj duszę? - warknęłam ostro i
spojrzałam na niego zajadle.
Nie
chciałam tego robić. Nienawidziłam ranić ludzi, tym bardziej takich, którzy
byli dla mnie dobrzy. Ale największą ironią tego było to, iż robiłam to dla
nich. Może i nie dla Andreasa, ale dla ścigającej mnie przeszłości. Choć i może
nawet dla niego. Nie miałby pożytku ze mnie, gdybym była totalnym rozbitkiem,
który nie może zebrać się do kupy. Przez lata trwałam w swojej jałowej
egzystencji, ale tworzyło to jakąś całość. Co więc by się stało, gdybym była
rumowiskiem rozrzuconym na wszystkie strony? Chaos. Zniszczenie. Destrukcja.
Nic pozytywnego nie mogło to za sobą nieść.
-
Nie przeniosę cię - powiedział stanowczo, jednakże spokojnie patrząc mi w oczy.
Warknęłam
wściekle i musiałam zacisnąć palce, aby nie zniszczyć niczego, co miałam pod
ręką. Nie wiedziałam już, kim byłam. Nie byłam spokojną, stonowaną, pokutną Veronicą,
ani nie byłam też pełną życia i radości Evelyn. Kim więc była ta dziewczyna,
która próbowała uciec jak mysz z tonącego okrętu?
-
Więc się zwalniam – odparowałam, oddychając szybko.
-
Miesięczny okres wypowiedzenia.
Zacisnęłam
wargi w wąską linię. Nie mogłam sobie na tyle pozwolić. Potrzebowałam już
uciekać. Najlepiej wykupić lot na następny dzień. Przemieszenie samochodem
ponad czterech tysięcy kilometrów, bez postoju zajmowała około dwóch dni.
Samolotem znacznie szybciej. Zdecydowanie nie mogłam czekać.
-
Zwolnij mnie dyscyplinarnie.
-
Ani mi się śni! - powiedział rozbawiony, potrząsając przy tym głową. Dlaczego
do cholery, nie mógł zrozumieć powagi sytuacji?!
Zaczęłam
krążyć po gabinecie, obmyślając pozostałe rozwiązania. Mogłam uciec, bez
zwalniania się, lecz wtedy Andreas mógłby mnie pozwać. Nie sądziłam, że by to
zrobił, lecz aby ściągnąć mnie z powrotem...? Wolałam nie ryzykować. Mogłam
zdemolować biuro, lecz gdybym nie zapłaciła, mógłby mnie pozwać, a pewnie i tak
by mnie nie zwolnił. Wydałam z siebie sfrustrowany jęk i osunęłam się na
podłogę po ścianie. Dlaczego wszystko musiało się tak cholernie skomplikować?
Czułam jak policzki zaczynały mnie palić, a pod powiekami wezbrały łzy.
-
Przed czym uciekasz, Nikkie? - powtórzył swoje pytanie z dnia poprzedniego i
tak jak poprzednio, nie dostał odpowiedzi.
Wzięłam
głęboki oddech, próbując zatrzymać drżenie rąk. Miałam świadomość swojej
bezradności oraz tego iż Nowy Jork stał się moim więzieniem. Wiedziałam, że
mnie znajdzie, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Nadzieje miałam do
rana, gdy liczyłam na to, że odpuści po "pomyłce", lecz skoro tak się
nie stało, wiedziałam że nie ustąpi, dopóki nie dostanie tego, czego chce. Jego
największą wadą był upór i to taki, który był porównywalny niemalże z moim. Ja
uciekłam tyle kilometrów, więc on pokona tyle samo, aby mnie odnaleźć. Oboje
uparci, oboje z różnych powodów.
-
Zwolnij mnie - powtórzyłam swoją prośbę, lecz on tylko potrząsnął głową,
wyciągając dłoń w moją stronę, aby pomóc mi wstać, lecz otrąciłam ją silnym
ruchem i podniosłam się o własnych siłach.
-
Idę na L4.
-
Musiałabyś jeszcze mieć L4.
-
Mam sobie coś zrobić, aby mieć te pieprzone zwolnienie lekarskie? - spytałam z
zadziornym uśmieszkiem, trzymając już dłoń na klamce. Widziałam rosnącą w nim
frustracje. Nie mogłam odejść, a on nie mógł mnie zatrzymać. Oboje przegrani.
Oboje wygrani. Oboje zażenowani.
-
Masz pieprzone dwa tygodnie, rozumiesz? - warknął, a ja przesadnie się
ukłoniłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi gabinetu, niemalże wpadając na swoich
towarzyszy pracowniczej niedoli, którzy próbowali za wszelką cenę wyglądając
naturalnie, stali tak blisko drzwi, jak nigdy. Zawsze wszyscy unikali tego
gabinetu jak ognia, a z Andreasem w środku, jak bram piekielnych.
Zebrałam
swoje rzeczy i wybiegłam, czując się tak, jakbym miała zaraz wybuchnąć. Miałam
dwa tygodnie na załatwienie swoich spraw. Mogłam wyjechać na dwa tygodnie, albo
zaszyć się w domu. Druga opcja wydawała mi się znacznie bezpieczniejsza. Gdyby
przyjechał do redakcji, powiedzieliby mu, że mnie nie ma. Nie musieliby podawać
powodu, więc nie wiedziałby, że jestem na L4. Pomyślałby zapewne, że wyjechałam
i nie wiedząc gdzie mnie szukać, wróciłby do domu, a ja mogłabym znowu zacząć
żyć tak, jak wcześniej. Poświęciłabym ten czas na ponowne doprowadzenie swojego
życia do stanu użyteczności i nic nie mogłoby mną już zachwiać.
Z
takim nastawieniem zatrzymałam się pod McDonaldsem, niemalże umierając z głodu.
Jak
za starych, dobrych czasów.
Wydaje mi się, że rozumiałabym bardziej jej chęć ucieczki, gdybym znała jej powód, ale wiem, że dowiem się tego za jeszcze wieele rozdziałów, więc na razie pozostaje mi być wkurzoną, że menda spieprza od profesorka
OdpowiedzUsuń