Teraźniejszość.
Następnego dnia bałam się
iść do pracy. Przez te dwa lata sądziłam, że te ponad 4 i pół tysiąca
kilometrów, które dzieliło Nowy Jork i moje rodzinne Daly City wystarczą, aby
ukryć się przed przeszłością. Jak widać, jednak i to było za mało. Mogłam
wyjechać do Rosji. Nie, nie mogłam, nie znałam języka. Albo chociaż do Wielkiej
Brytanii, tam język wiele się nie różni. Mogłam zrobić wiele rzeczy, a jednak
postanowiłam pozostać w Stanach, naiwnie licząc, że to się nigdy nie wyda.
Naiwność. To była moja największa wada. I właśnie przez nią musiałam uciec z
miasta, ze stanu, na drugi koniec kraju i cały czas żyć w obawie, że coś się
może stać.
I
stało się, lecz było już za późno.
Nic
się nie stało, panikujesz - napomniałam siebie w myślach.
Faktycznie,
nic się nie stało. Może to był po prostu niepewny siebie artysta, a poleciła mu
mnie osoba, nad której pracami miałam pieczę? Thomarson, albo może Santana.
Albo ktoś z poprzedniego roku, na kim wywarłam dość dobre wrażenie. Możliwości
było wiele i wcale nie musiał być najgorszy scenariusz jaki zakładałam. Lecz
mimo to, przez cały czas od rozmowy z Andreasem, czułam na karku oddech
przeszłości, co powoli zaczęło mnie wykańczać nerwowo. A minęło raptem
kilkanaście godzin. To było totalnie do chrzanu.
Bębniąc
palcami w kierownicę zastanawiałam się czy wejść do budynku wydawnictwa. Może
Andreasa tego dnia nie było w pracy i nie zauważyłby mojej nie obecności? Może
to był taki jednorazowy wybryk z jego strony, aby sprawdzić jak radzimy sobie
sami, podczas jego nieobecności, a po tej kontroli wrócił do swojego świata
sziszy i jednorożców. Może. Lecz jeśli był, pewnie wkurzyłby się, albo bardziej
zmartwił, tym bardziej po tym, jaką szopkę odstawiłam dnia poprzedniego. Nie
chodziło o to, że czułam się winna, przez to, co zrobiłam, ponieważ w ogóle tak
nie było. Po prostu przez to musiałam pokazać, że wszystko jest okej i że nie
jestem taką wariatką, za jaką wszyscy mnie mają. Po prostu kobieca duma, czy
jakoś tak.
Poza
tym to może faktycznie był po prostu jeden z początkujących artystów, a ja
mogłabym mu zatrzasnąć przed nosem drzwi do kariery, a tego z pewnością nie
chciałam zrobić. Celem naszego małego wydawnictwa było dać ludziom to, czego
nie potrafiły wielkie korporacje - możliwość na spełnienie się. I może nie
mogliśmy zaoferować wielkiej sławy, wybicia się, ale dla wielu z tych ludzi
nawet wydanie kilkudziesięciu egzemplarzy było spełnieniem marzeń. A jeśli
książka/tomik się przyjmował/a to cały mechanizm szedł do przodu i można było
liczyć na coraz lepsze efekty.
Dlatego
też tamtego ranka podniosłam się z siedzenia ściskając w dłoni swój kubek z
kawą i weszłam do budynku. Spojrzałam na Monicę i chyba po raz pierwszy od
niepamiętnych czasów, podeszłam do niej nie tylko po listę.
-
Andreas u siebie? - spytałam niezobowiązująco, biorąc swój przydział zadań.
Kiedy nie uzyskałam żadnej odpowiedzi, uniosłam wzrok i zobaczyłam oniemiałą
twarz dziewczyny. Chyba nikt nie sądził iż byłam niemową, prawda? - Dzwonił
ktoś do mnie? - spytałam po chwili, mając nadzieję, że może tym pytaniem jakoś
ją przełamię, lecz nadal patrzyła na mnie zaszokowana.
Cóż,
jeden kamień do kolekcji. Może powinnam była zostać tą starożytną dziewczyną z
wężami na głowie, a jej spojrzenie zamieniało ludzi w kamień. Meduza chyba, czy
jakoś tak. Upijając łyk kawy, zaczęłam wchodzić po schodach na piętro, gdzie
mieściły się nasze biura, upijając przy tym solidny łyk gorącej kawy.
-
Nie ma go, ale dzwonił do ciebie pewien mężczyzna. Powiedział, że jeszcze da
znać, za jakieś... pół godziny – odparła, zerkając na zegarek.
Odwróciłam
się w jej stronę i uśmiechnęłam delikatnie, kiwając głową w wyrazie podzięki,
po czym popchnęłam drzwi, wchodząc do sali. Już po atmosferze, która tam
panowała, wiedziałam iż Andreasa nie ma. Wszystko wróciło do normy.
Współpracownicy przekrzykujący się raz za razem, co chwilę wybuchający
śmiechem. Rozmowy dosłownie o wszystkim i o niczym. Latające w powietrzu
papierowe samolociki (serio, ile oni mieli lat?! 5?!) i to poczucie jedności, o którym jedynie
można było pomarzyć przy wizytach przełożonego.
- Hej Marco. Hej Lils. Hej An. Hej Henry - mówiłam po kolei, mijając swoich
współpracowników, dostając w odpowiedzi chóralne "Hej Nikkie".
Siadając
za swoim biurkiem, poczułam się dziwie ociężała. Wolałabym mieć już tę rozmowę
za sobą i przynajmniej wiedzieć, czego się spodziewać. I przez tę całą sprawę
nie mogłam skupić się na pracy. Przejrzałam swój kalendarz i zauważyłam, że w
przyszłym tygodniu miałam lukę, podczas której mogłabym się zobaczyć z tym
artystą. Choć jeśli był to mężczyzna to może powinnam zabrać ze sobą Marco albo
Henry'ego i delikatnie go przekazać któremuś z nich. A biorąc stosunek i
nieznajomego i Marco do swojej osoby, chyba jednak powinnam była zabrać ze sobą
Henry'ego.
On
ufa TOBIE.
Coraz
bardziej nienawidziłam tego wewnętrznego głosu. Szkoda, że nie było go 2 lata
temu jak ważyły się losy mojego życia. Ten dziwny głos wtedy milczał,
pozwalając mi przegrać siebie, a w takim momencie jakby nigdy nic zaczął mi
radzić i grać dobrą wróżkę, która jest wszystko wiedząca. A guzik! Skoro to był
facet, to facet powinien się nim był zająć. Może to był seryjny morderca, który
brał natchnienie ze swoich zbrodni? Albo gwałciciel?
Albo
koleś, w którym się zakochasz.
O
nie, ta wizja przerażała mnie jeszcze bardziej niż gwałciciel i morderca w
jednym. Nie mogłam się w nikim zakochać z trzech prostych powodów. Po pierwsze
nie byłam na to gotowa, po drugie zdecydowanie na to nie zasługiwałam, a po
trzecie... to byłoby całkowicie nie uczciwe wobec niego. I nie chodziło
wcale o to, że chciałby aby tak było. Pewnie szczerze mnie nienawidził i
ostatnie czego chciał to powrotu do czegoś, co spieprzyło mu życie. O ile w
ogóle pamiętał. Po prostu czułam jakąś taką wewnętrzną blokadę, barierę. Poza
tym to, że on zapomniał nie znaczyło, że ja także.
Potrząsnęłam
głową, starając się odgonić myśli, lecz marnie mi to wychodziło. W życiu w
Nowym Jorku nigdy nie miałam niespodzianek. Nie, przepraszam, trzy razy.
Pierwszy raz to impreza, którą przygotowali mi współpracownicy na przywitanie.
Drugi raz był wtedy, gdy przez chwilę miałam anonimowego adoratora (który
wystraszył mnie na śmierć przypominając o przeszłości) oraz trzeci, gdy nawet
po tym jak dowiedziałam się iż to był Marco i dałam mu kosza, on nadal starał
się ze mną umówić.
Tak,
to miasto wbrew pozorom było popaprane. Ale mimo to próbowałam się wmieszać,
zatrzeć za sobą wszelkie ślady, aby nie można było mnie znaleźć. Nawet
zmieniłam imię, którym się posługiwałam na to, za którym nigdy nie przepadałam.
Wszystko tylko po to, aby ułatwić życie wszystkim, tylko nie sobie. A może
przede wszystkim sobie? Aby móc w końcu zacząć żyć bez strachu i nie musieć
oglądać się za siebie? Nawet jeśli, to słabo mi wyszło.
Na
telefon nie musiałam długo czekać. Od momentu aż usiadłam za biurkiem minęło
dwadzieścia siedem długich, męczących minut, w ciągu których zdążyłam opróżnić
niemalże cały kubek kawy, który normalnie wystarczał mi na cały dzień. Do tego
przejrzałam swój kalendarz ponad trzy razy, jakby chcąc wyuczyć się terminów na
pamięć, aby nie musieć go kartkować podczas rozmowy z nieznajomym. Stresowałam
się tak, jak za czasów, gdy byłam w liceum. To robiło się naprawdę żenujące.
Podskoczyłam
na krześle jak oparzona, gdy rozległ się dzwonek telefonu i wszyscy spojrzeli
na mnie zaskoczeni, lecz jedynie zbyłam ich zakłopotanym uśmiechem. Spojrzałam
na wyświetlacz i przełknęłam ślinę czując wzrastające w żołądku nieprzyjemne
uczucie. Numer kierunkowy - 415, a to był numer pewnego miasta o mieszkańcach
przekraczających ponad 100 tysięcy oraz położonym w Kalifornii. Bardzo dobrze
znałam to miasteczko.
Przełknęłam
ślinę, przez jakiś czas wahając się przez jakiś czas. Widocznie było to na tyle
długo, że spojrzenia współpracowników znowu na mnie spoczęły pytająco, więc
postanowiłam podnieść słuchawkę. Wszystko, byleby odwrócili ode mnie swoje
oczy, ponieważ tym stresowali mnie jeszcze bardziej, nawet jeśli nie byli tego
świadomi. Odwróciłam się tyłem do nich, aby nie widzieli mojej twarzy, przy
czym zacisnęłam mocno powieki, czując nieprzyjemny skurcz w żołądku.
Podniosłam
słuchawkę do ucha i zaczęłam nasłuchiwać. Cisza. Może się spóźniłam z
odebraniem, ale spojrzałam na wyświetlacz. Połączenie trwało. Wzięłam głęboki
oddech, powoli wypuszczając powietrze. W ten sposób chciałam się uspokoić oraz
zebrać do kupy, aby móc porozmawiać z tym mężczyzną, lecz wtedy on przerwał tę
ciszę.
-
Ekhem. Przepraszam, czy dodzwoniłem się do pani E... Veronici Evelyn Catharsis?
- usłyszałam jego głos i mało brakowało abym spadła z krzesła.
Nieświadomie wydałam z siebie cichy jęk, czując ogarniającą mnie panikę. To nie
mogło się dziać.
Poruszyłam
wargami zupełnie tak jakbym chciała powiedzieć tak, lecz nic nie
wydobyło się z mojego gardła. Nic poza zduszoną chęcią płaczu, przez co słychać
było jedynie mój spazmatyczny oddech. Nie słyszałam tego głosu od lat. Przed
dwa długie lata próbowałam sobie przypomnieć brzmienie jego głosu. Przypomnieć
jak to jest po prostu go słuchać, choć niekoniecznie rozumieć. Z pewnością nie
wtedy, gdy mówił o skomplikowanych zależnościach psychologicznych podczas dni,
gdy za żadne skarby świata nie miałam zamiaru się uczyć. Ale mimo to kochałam
go słuchać, niezależnie o czym mówił.
Może
on cię nie pamięta, podszeptywał mi cicho głos, choć nie potrafiłam wyczuć
czy brzmiał w nim zawód, czy może nadzieja.
-
Eve.... - powiedział to z taką czułością, że dreszcze przeszły po moim ciele. Z
pewnością pamiętał. Pamiętał i postanowił wrócić, aby pokazać jak bardzo
wszystko zniszczyłam. Aby przewrócić moje życie tak samo, jak ja rozkopałam
jego. Byłam tego pewna. Wszystko co robimy wraca do nas z nawiązką zarówno te
dobre, jak i te złe czyny. A ostatnią rzeczą, jaką mu wyświadczyłam było zło. W
imię dobra. Ale jednak zło. - Boże, Eve...
-
Musiał pan pomylić numery - powiedziałam łamiącym się głosem i zakończyłam
połączenie.
Pochyliłam
się do przodu, opierając łokcie na kolanach, pozwalając swojemu ciału na
drżenie. Byłam wdzięczna dużemu fotelowi za to, że zasłaniał mnie przed
współpracownikami, ponieważ nie zamierzałam w tamtej chwili im się ze
wszystkiego tłumaczyć. To było zbyt wiele i to były moje sprawy. Nikt nie
musiał o nich wiedzieć. Spojrzałam na telefon i poczułam piekące w oczy łzy.
Zrobiłam wszystko, co mogłam, aby się ukryć. Widocznie to i tak było za mało.
Boże,
Eve...
Błaganie
w jego głosie rozrywało mi serce na miliony drobnych kawałeczków. Zupełnie tak,
jakby... nie wiedział. Ale to było niemożliwe, aby nie wiedział. To wszystko
nagle stało się zbyt skomplikowane, a pozostanie do końca pracy w tym miejscu
wydawało się nadto niewłaściwe. On wiedział, że tam pracowałam. To nie było już
bezpieczne miejsce. Poczułam nagle, jak zaczęło brakować mi powietrza, a ja
chciałam żyć. Chciałam móc odetchnąć pełną piersią. Potrzebowałam tego.
Zebrałam
swoje rzeczy do torby i biorąc kilka głębokich oddechów podniosłam się z
miejsca. Nie mogłam pozwolić panice i histerii owładnąć sobą w pracy. To było
coś zbyt intymnego, aby pokazywać to innym osobom, nawet tym, z którymi
pracowałam od lat. Nawet przyjaciółce, którą znałam niemalże od zawsze. Nie, to
był mój ból i musiałam sobie poradzić z nim sama, nie miałam prawa nikogo
wciągać w swoje problemy, które sama sobie stworzyłam.
-
Chyba jednak jestem chora - odparłam słabo do reszty pracowników i wyszłam na
chwiejących się nogach.
Nawet
nie musiałam udawać, naprawdę zaczynałam tracić równowagę oraz czułam się coraz
gorzej. Niebezpiecznie szybko zbliżałam się do swoich granic możliwości. Nawet
nie patrząc na Monicę wsiadłam do swojego pontiaca i odjechałam z piskiem opon.
Byle do domu, byle do domu. Na szczęście było jeszcze wcześnie, więc nie było
zbyt dużych korków, choć to był Nowy Jork, tam niemalże zawsze były korki. Urok
wielkich miast.
Gdy
zajechałam pod blok, wyszłam z samochodu z uczuciem pustki. Może to był efekt
powstrzymywanych emocji przez dłuższy czas, a może po prostu się poddałam.
Pogodziłam z tym, co się stało. Albo jeszcze nie doszło to do mnie. Może
sytuacja w redakcji była impulsem, lecz jeszcze tak naprawdę w to nie
wierzyłam. Nie wiedziałam co się działo, ale nie czułam... niczego. Weszłam
spokojnie po schodach na górę i weszłam do mieszkania, zamykając za sobą drzwi.
Powiesiłam
płaszcz, ściągnęłam buty i odłożyłam torbę, czując się przy tym jak robot.
Następnie zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy, odkąd przeprowadziłam się do
Nowego Jorku. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej pudełko. Wyciągając różne
rzeczy, znalazłam swojego starego iPada i zamknęłam pudełko, odkładając je na
miejsce. Wróciłam do salonu i podłączyłam do głośników, które pozostawił
poprzedni właściciel wraz z kilkoma innymi rzeczami.
Poczułam
drżenie, przeglądając piosenki z dawnych lat. Emocje zaczynały brać górę.
Włączyłam ostatnio odtwarzaną playlistę, co miało miejsce ponad dwa lata
wcześniej i oblizałam wargi, stojąc bezradnie pośrodku pokoju. Kiedy usłyszałam
początek pierwszej piosenki (Skilet - Hero), przez moje ciało przeszły
dreszcze, a oddech mocniej przyspieszył. Narastała we mnie frustracja i złość.
Wszystko poszło nie tak. Wszystko poszło na marne.
I'm just a step away. I'm just a breath
away losing my faith today. We're falling off the edge today. I am just a man.
Not superhuman. I'm not superhuman. Someone save me from the hate. It's just
another war. Just another family torn. We're falling from our faith today. Just
a step from the edge. Just another day in the world we live.
Brzęk tłuczonego szkła. Spojrzałam na kawałki
wazonu i poczułam coś na wzór ulgi. Zacisnęłam wargi i przewróciłam stolik na
drugą stronę. To wszystko nie powinno się było wydarzyć. Nie miało prawa się
wydarzyć. Nie tak miało być. Miałam zniknąć i nie zostać nigdy znaleziona.
Nigdy, przez nikogo. Umrzeć, a na nagrobku miało być "nie poznana przez
nikogo". Miałam żyć anonimowo, bez przyjaciół. Bez przyszłości, bez
przeszłości.
I
need a hero to save me now. I need a hero. To
save me now. I need a hero to save my life. A hero'll save me. Just
in time.
Wykonałam
zamaszysty ruch, tłukąc wazę oraz szklankę, którą wcześniej zostawiłam na
komodzie. Czułam spływające po policzkach łzy i wiedziałam, że z mojego gardła
wyrwał się głośny krzyk, chociaż go nie słyszałam. Po raz pierwszy od dawna
pozwoliłam muzyce płynąć w swoich żyłach. Rozejrzałam się po mieszkaniu,
desperacko szukając czegoś do zniszczenia, lecz było ono tak skromne, że
niczego nie mogłam znaleźć. Złapałam za poduszkę, uderzając nią o ścianę, po
czy ruszyłam w kierunku sypialni.
I've gotta fight today to live another day. Speaking my mind today. My
voice will be heard today. I've gotta make a stand but I am just a man. I'm not
superhuman. My voice will be heard today. It's just another war. Just another
family torn. My voice will be heard today. It's just another kill. The
countdown begins to destroy ourselves.
Wyciągnęłam z szafy wszystkie swoje nudne ubrania
i rzuciłam je na środek pokoju, w amoku zaczynając je drzeć jak szmaty. Włosy
wymykały się spod upiętego koka, choć nie zwracałam na to uwagi. Wszystko
zaczęło się sypać jak domek z kart i nic nie było takie jak do tej pory. A
skoro zostałam zdemaskowana, czas porzucić pozory. Czas pozwolić sobie czuć.
Rzuciłam kolejną nudną, szarą sukienkę na stos podartych ubrań.
I
need a hero to save me now. I need a hero. To
save me now. I need a hero to save my life. A hero'll save me. Just in time. I
need a hero to save my life. I need a hero just in time. Save me just in time. Save me just in time.
Rzuciłam się na łóżko i
zaczęłam wszystko rozrzucać na boki, poduszki drąc, a pierze latało wszędzie
dookoła. Prześcieradło, poszwy, wszystko kończyło w strzępach. Oddech mocno
przyspieszył, a ogień krążył w moich żyłach. Lecz było to coś zupełnie innego
niż podczas porannych ataków. Ten ogień, który towarzyszył mi podczas
demolowania mieszkania był... przyjemny. Motywował mnie do działania, dodawał
sił. Był przeciwieństwem swojego bliźniaka, który budził mnie każdego ranka.
Who's gonna fight for what's right? Who's gonna help us survive? We're
in the fight of our lives. And we're not ready to die. Who's gonna fight for
the weak? Who's gonna make 'em believe? I've got a hero. I've got a hero.
Living in me. I'm gonna fight for what's right. Today I'm speaking my mind. And
if it kills me tonight. I will be ready to die. A hero's not afraid to give his
life. A hero's gonna save me just in time.
Wyciągałam wszystko z szafek i tłukłam, darłam,
albo niszczyłam to, co się dało. Gdyby ktoś popatrzył z boku, pomyślałby że
zwariowałam i zapewne miałby rację. Lecz wydawało mi się iż właśnie odzyskałam
zmysły. Odzyskałam determinację, oraz władzę nad strachem. Nie przyjmowałam
potulnie tego, co mi się przydarzało, lecz próbowałam z tym walczyć. Po tylu
latach odważyłam się zrobić to, co powinnam o wiele wcześniej.
Bunt.
I need a hero to save me now. I
need a hero. To save me now. I need a hero to save my life. A hero'll save me.
Just in time. I need a hero .Who's gonna fight for what's right, who's gonna
help us survive? I need a hero. Who's gonna fight for the weak, who's gonna
make 'em believe? I need a hero. I need a hero. A hero's gonna save me just in
time.
Gdy piosenka się skończyła, poczułam się
całkowicie zmęczona. Dałam upust złości, strachowi i wszystkim emocjom, które
dusiłam w sobie przez tak długi czas. Pierze latało wszędzie, a ja siedziałam z
pochyloną głową, ciężko dysząc. Nie zwracałam uwagi na zdewastowany pokój, na
zdewastowane mieszkanie. W tamtej chwili liczyło się tylko moje zdewastowane
życie i to, czy da się je jakkolwiek poskładać do kupy, a nawet jeśli tak, to
jakim kosztem.
Chwilę
później zaczęła się nowa piosenka i poczułam dreszcze przechodzące wzdłuż
kręgosłupa. Oblizałam wargi, czując wzbierające się pod powiekami łzy. Oparłam
plecy o ścianę i zaczęłam płakać. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów
płakałam, bo tego chciałam. Płakałam przez wszystko to, co straciłam.
Płakałam, ponieważ się bałam, panicznie bałam się przyszłości. Płakałam,
ponieważ wciąż kochałam. Płakałam, ponieważ część mnie, która myślałam, że
dawno umarła, zaczęła się wybudzać na dnie ciemnego i głębokiego dołu, gdzie
miała umrzeć z głodu. Obudziła się słysząc jego głos. Płakałam, ponieważ
za nim tęskniłam.
Be my date this Christmas, Eve. Be my holiday, my dream. Lay your head
on me. I got you babe. Kissing underneath the tree I don’t need no presents
girl. You’re everything I need. Let me give you all of me. Together on this Christmas,
Eve... [1]
_______________________________________________________________
[1] Piosenka Justina Biebera - Christmas Eve. W oryginale Christmas eve jest jako cały zwrot wyrażający wigilię. Christmas, Eve, oznacza święta, Eve. Po prostu zastosowana zabawa językiem.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
OdpowiedzUsuńCo za menda =.=
OdpowiedzUsuńWiem, że to Max!! CZEMU SIĘ ROZŁĄCZYŁA
OdpowiedzUsuńNie lubię jej, bo się rozłączyła i nie przedłużyła rozmowy :( Ledwo co znam tego Maxa, ale brakuje mi go i chcę go więcej :(
OdpowiedzUsuń