Teraźniejszość
Minęło
kilka dni, zanim wpadłam na genialny pomysł iż należałoby w końcu posprzątać
syf, który zrobiłam w mieszkaniu. W pracy nie widzieli mnie od dwóch dni, a mój
telefon milczał jak zaklęty. Było to jednocześnie miłe i niepokojące uczucie.
Tradycyjnie się nie wyspałam, co nie było żadną nowością w ciągu kilku
ostatnich lat. Atak zerwał mnie z łóżka koło szóstej nad ranem i już nie dałam
rady usnąć. Serce waliło tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć, a ból w
podbrzuszu wzmógł się tak mocno iż krzyknęłam. Prawie jak kolejny atak.
Sięgnęłam
do szafki po leki i zaklęłam w duchu, przypominając sobie iż ostatnim razem
wzięłam ostatnią. A naprawdę nie marzyłam o tym, aby w takim stanie iść do
apteki, lecz mus to mus i wyjścia nie ma. Ubrałam zdecydowanie za duży sweter,
który kupiłam wracając z pracy w sklepie z używaną odzieżą oraz również
stamtąd, spodnie dresowe. Czułam się jak jedno wielkie gówno i nie zamierzałam
się starać wyglądać lepiej. Nie miałam ani potrzeby, ani osoby, dla której
miałabym to robić. Upięłam włosy w luźny kok, wsuwając na stopy trampki i
otuliłam się puchową kurtką, którą w końcu wygrzebałam z szafy. Zima szła
wielkimi krokami i robiło się coraz chłodniej.
Świadoma
tego, jak bardzo komicznie musiałam wyglądać, wyszłam z klatki schodowej,
ściskając w dłoni receptę i portfel, który nie mieścił się w kieszeni razem z
kluczami i telefonem, który ciążył mi ponad miarę. Za każdym razem, gdy
słyszałam standardowy dzwonek, w który zaopatrzył telefon jego twórca, podskakiwałam
przerażona. Zdecydowanie musiałam odpocząć i przestać bać się własnego cienia.
Co się miało dziać, dziać się powinno. Zrobiłam co mogłam, aby zapewnić sobie
bezpieczeństwo, a dalej samo jakoś powinno się potoczyć. Jednakże miałam
nadzieję, że mimo wszystko powinno potoczyć się po mojej myśli. Konfrontacja
była ostatnią rzeczą, do której dążyłam w ciągu ostatnich lat.
Wchodząc
do apteki, poczułam to samo uczucie, które towarzyszyło mi podczas wchodzenia
do budynku wydawnictwa - błogie ciepło. Uśmiechnęłam się, tym samym zmęczonym i
ledwo widocznym uśmiechem, po czym ból wykrzywił moje wargi, więc zacisnęłam
dłoń na podbrzuszu, co mi zawsze choć na chwilę pomagało. Podeszłam do lady,
ponieważ nie było niemalże żywej duszy, nie licząc oczywiście farmaceutki. To
było niemalże niespotykane, zawsze w aptece roiło się od babuszek, które
przekrzykiwały się, która jest bardziej chora oraz zakatarzonych i zasmarkanych
ludzi, którzy wyglądali, jakby się mieli zaraz przewrócić. Nie wątpiłam, że w
tamtym momencie sama nie wyglądałam wcale lepiej.
Położyłam
receptę na ladzie i poczułam miękkość w kolanach, więc pozwoliłam sobie usiąść
na krześle obok. Wyciągnęłam z portfela banknot o odpowiednim nominale i z
trudem podniosłam się, gdy kobieta wróciła z opakowaniem pożądanych przeze mnie
leków. Chociaż chwila bez bólu. Przygryzłam dolną wargę i zastanawiałam się,
czy gdybym wzięła ich wystarczająco dużo, moje problemy mogłyby się w końcu
skończyć, lecz szybko odegnałam te myśli. Byłam uciekinierem oraz byłam niesamowicie
naiwna. Ale nie byłam tchórzem. Nie w takim znaczeniu.
Podziękowałam
za tabletki i wyszłam z apteki, czując ponownie otulające mnie, nieprzyjemne
zimno. W takich momentach zastanawiałam się, dlaczego wybrałam Nowy Jork.
Mogłam uciec do Arizony. Fakt, że była ona znacznie bliżej, ale tam
przynajmniej było wiecznie ciepło. Albo mogłam zniknąć w Afryce, tam by mnie
nikt nie znalazł. Kraina pustyń, wiele kobiet tam ginie bezpowrotnie. To by
było bezpiecznie niebezpiecznie, o ile można było w tym odnaleźć jakikolwiek
sens. Ja widziałam i to ogromny. Lecz zaraz potem przypominam sobie, że to było
jedynie miejsce, gdzie miałam gwarantowaną pracę od zaraz i to właśnie to
skłoniło mnie to takiej, a nie innej decyzji.
Wciągnęłam
wargi, surowo siebie napominając, aby ich nie oblizywać, ponieważ opryszczka z
pewnością nie należała do moich ulubionych ozdób ciała. Rozejrzałam się
dookoła. Ludzie mnożyli się na ulicach jak mrówki, albo dżdżownice, które
wyłaziły po deszczu. Za to nienawidziłam Nowego Jorku, wieczny hałas i totalny
brak intymności. Wszyscy byli wszędzie. Ale dzięki temu również dawał mi
poczucie bezpieczeństwa. Było właśnie tyle ludzi iż z łatwością można się było
wtopić w tum i dać porwać z nurtem ludzkiej rzeki. Cóż, zabrzmiało to może
trochę makabrycznie, ale naprawdę tak to wyglądało.
Cóż,
przynajmniej można było tak zrobić, jeśli nie miało się niemalże
czerwono-rudych włosów. Na szczęście po dwóch latach zdążyły wyblaknąć
znacznie, bynajmniej w moim odczuciu. Jednakże wciąż nie był to kolor, który
nie rzucałby się w oczy. Tak samo jak brąz poprzetykany promieniami słońca.
Zwróciłam szybko głowę w prawo, gdzie miałam wrażenie iż je zobaczyłam i
przymrużyłam powieki, przeczesując wzrokiem tłum. Już się odwracałam, gdy
ponownie miałam to przeklęte wrażenie. Tym razem przystanęłam, aby móc się
bardziej skupić.
Ktoś
wpadł na mnie, klnąc przy tym niemiłosiernie, a ja miałam ochotę zapaść się pod
ziemię. Zaczęłam mamrotać jakieś przeprosiny, cały czas przeczesując wzrokiem
tłum, aż zatrzymałam się na brązowej burzy włosów. Poczułam ucisk w żołądku i
nagle wszystko inne przestało istnieć. Zupełnie jakby zatrzymał się czas.
Przestałam słyszeć cokolwiek, a wszystko poza włosami stało się szare i całkiem
bez znaczenia. Ból też stał się jakby nieobecny. Oddech zatrzymał się w płucach
i nie chciał wyjść. Pomiędzy przechodzącymi osobami, co jakiś czas byłam w
stanie zobaczyć jego karmelowe oczy i poczułam jak świat zaczyna rozpadać się
na kawałki.
Momentalnie
zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec przed siebie ile sił w nogach.
Wiedziałam, że się tego nie spodziewał, ponieważ cholera - sama się tego nie
spodziewałam. Tak samo, jak nie spodziewałam się go tam zobaczyć. Jakim prawem
mnie tam znalazł? Jakim prawem w ogóle tam przyjechał? W biegu wyciągnęłam klucze,
próbując znaleźć ten od klatki schodowej, a drżące palce ledwie mogły utrzymać
pęk wszystkich razem wziętych.
-
Eve! - usłyszałam za sobą jego krzyk, gdy próbował przedzierać się przez tłum
nowojorczyków, jak zawsze śpieszących się gdziekolwiek, byle nie zostać zbyt
długo w jednym miejscu. - Cholera jasna, Eve! - krzyczał coraz głośniej,
próbując przy tym nie stracić z oczu moich rudych włosów. Dlaczego nie
założyłam czapki?!
Dopadłam
do klatki pierwsza i klęłam pod nosem, nie mogąc trafić w nerwach do zamka.
Kiedy w końcu udało mi się je otworzyć, wpadłam do środka, od razu zatrzaskując
za sobą drzwi. Ruszyłam biegiem na schody i gdy pokonywałam pierwszy zakręt,
usłyszałam jak coś uderzyło w drzwi. A raczej ktoś. Widocznie pędził równie
szybko jak ja, a znając go - jeszcze szybciej, jeśli pozwolili mu na to
mieszkańcy tego kilkumilionowego miasta.
-
Eve, błagam cię! - krzyknął, a ja zacisnęłam wargi, próbując się nie rozsypać.
Zatrzasnęłam
za sobą drzwi mieszkania, od razu ryglując drzwi. Nigdzie już nie było
bezpiecznie. Okna? Mogłam zapomnieć o tym, aby się do nich w jakikolwiek
zbliżyć. Drzwi też nie były godne zaufania, przepuszczały zbyt wiele dźwięków,
choć były względnie szczelne. Lecz zawsze to, co względne, nie jest całkiem
pewne.
Wpadłam
do sypialni i rzuciłam się na łóżko, wybuchając płaczem. Przez dwa lata
tęskniłam za nim, wspominałam czasy, gdy miałam go na wyciągnięcie ręki, a kiedy
w końcu nadarzyła się ku temu sposobność, uciekłam jak dziecko. Albo właśnie
zachowałam się jak osoba dorosła. Dziecko działałoby impulsywnie, chciałoby
zaspokoić własne pragnienia, a Bóg mi świadkiem, jak bardzo go potrzebowałam.
Znowu poczuć otaczające mnie jego ramiona, palce czule przeczesujące włosy i
zobaczyć ten czuły uśmiech, który rozświetlał karmelowe oczy chłopaka. Poczuć
się znowu bezpieczna i kochana.
Zadrżałam,
targana spazmami płaczu. Przypomniałam sobie te karmelowe oczy, które widziałam
raptem kilka minut wcześniej. Nie było w nich już tyle radości, co dawniej.
Widziałam w nich tak dobrze mi znaną niepewność i strach o przyszłość. W tamtej
chwili nie potrafiłam zrozumieć własnych decyzji. Jak mogłam zrezygnować ze
swojego idealnego życia z kimś takim, pozbawiając radości zarówno siebie, jak i
jego. A może to nie z mojej winy zniknęła ta cała radość, to szczęście, którym
był tak wypełniony? Może to ona coś zrobiła, może to jej coś się
stało i on za to obwiniał mnie? To by miało znacznie większy sens niż to, że
przyjechał tam dla mnie, a nie przeze mnie. Barbie pewnie dawno
mu opowiedziała o wszystkim, nie omieszkując dodać zapewne wymyślonych faktów,
aby podkręcić atmosferę. Wiedziałam iż dopilnowała, aby znienawidził mnie całym
sobą, nawet, jeśli mnie nie pamiętał. Byłam przekonana, że zrobiła wszystko,
aby zniszczyć nawet najmniejsze części uczucia, jakim mnie dążył.
Ponieważ
dążył, prawda? To wszystko nie mogło być tylko ułudą, utopią, która
towarzyszyła młodym, porywczym zapędom. Nie mogło to być coś tak nietrwałego
jak domek z kart, które zniszczyłby najlżejszy powiew wiatru. To, co budowaliśmy
z początku było nietrwałe, bez szans na przyszłość. A mimo to, robiliśmy wszystko,
co było w naszej mocy, aby to ugruntować, zacementować i z rozchwianego domu
zrobić solidną willę, która pomieściłaby nas w sobie z całym dobytkiem, który
ze sobą nieśliśmy. To nie mogła być fatamorgana.
To
wszystko, przez co przeszliśmy oraz to, co dawaliśmy sobie wzajemnie, to nie mógł
być żywot płomienia zapałki. Szybkie, intensywne, dające ciepło i światło oraz
gasnące chwilę później. Nie byłoby w tym żadnej logiki. Lecz jak można
doszukiwać się logiki w związku tak sprzecznym i z gruntu niemożliwym?
Doszukiwać się logiki w czymś, co nigdy nie powinno istnieć według wszelkich
praw, moralnych, społecznych oraz instytucjonalnych?
Starłam
gniewnie łzy z policzków, wiedząc iż musiałam przestać to robić. Musiałam
przestać podważać przeszłość i patrzeć na nią przez pryzmat tego, jak to
wszystko się zakończyło. Przeszłość zawitała do teraźniejszości, zaginając tym
samym czasoprzestrzeń, co jest z gruntu niemożliwe i podlegające dyskusji tak
samo jak efekt deja vu. Podniosłam się z łóżka i wyszłam do przedpokoju,
zsuwając z siebie trampki oraz puchową kurtkę, przez którą było mi tak gorąco,
jakbym była w saunie.
Zastanawiałam
się gdzie był Max. Czy czatował pod klatką jak szaleniec, mając nadzieję iż
wyjdę, czy może odszedł do hotelu, czy też miejsca, gdzie się zatrzymał?
Chciałam podejść do okna i sprawdzić, lecz wiedziałam iż było to zbyt
ryzykowne. Dopóki nie wiedział, w którym mieszkaniu mieszkałam, oboje byliśmy
bezpieczniejsi. Jego zmysły pozostawały niezmącone, a mój spokój niczym nieprzerwany.
No, przynajmniej nie dobijaniem się do drzwi. Bałam się tej konfrontacji,
ponieważ co miałabym mu powiedzieć? Cześć, jak się masz? Cóż, przepraszam,
że wyjechałam, ale to wszystko da się wyjaśnić. A ty co porabiałeś przez te dwa
lata? Ożeniłeś się z tą podstępną flądrą?
Nie,
to by brzmiało zbyt żałośnie nawet jak na mnie w tamtym stanie. Dlatego też,
aby się uspokoić i odciągnąć swoje myśli od równie samobójczych, co upokarzających
czynów, zaczęłam sprzątać. Wyciągnęłam z szuflady worki na śmieci i zaczęłam do
nich pakować porwane ubrania, puch z poduszek, potłuczone szkło, połamane
obrazy oraz wszystko, co byłam w stanie unieść. Zdewastowany stół ułożyłam w
kupce deskami, a na to postawiłam wszystkie worki. Wiedziałam, że powinnam była
je wynieść na śmietnik, lecz tego dnia już nie czułam się aż tak pewna swojego
bezpieczeństwa w mieście tak wielkim, iż każdy powinien pozostać anonimowy.
Następnego
dnia będzie lepiej.
Następnego
dnia wyrzucę śmieci.
Zabawne. Haha. Nie. =.=
OdpowiedzUsuńNa miejscu profesorka jakbym w końcu ją dorwała, to wbiłabym do głowy, żeby przestała cholera uciekać.
OdpowiedzUsuń