Eleven

Teraźniejszość

            Poprzedniego dnia nie spałam jeszcze długo po wyjściu Maxa z mieszkania. Atak rano był jeszcze silniejszy, niż w ciągu minionych lat. Głowa pękała mi tak, jakby ktoś uderzał w nią młotkiem raz, po raz, a ciało miałam wrażenie, iż spalało się żywym ogniem. Brzuch bolał tak mocno, jakby ktoś w niego nieprzerwanie kopał, przez co nie potrafiłam złapać oddechu, nie mówiąc już o krzyku. Łzy spływały mi po policzkach strumieniami, serce natomiast pulsowało tak, jakby wyrwał ktoś jego część. Ponadto trwał znacznie dłużej niż zwykle i przemknęło mi przez myśl, że to był mój koniec.
            Jednakże po kilkunastu minutach, opadłam na materac cała obolała, a gdy tylko organizm się w miarę uspokoił, zmęczona atakiem, zapadłam ponownie w sen, chociaż nic mi się nie śniło. Mimo to, nie było mi dane długo pospać - przynajmniej tak mi się wydawało - ponieważ jakiś czas później obudził mnie brzdęk klucza otwierającego drzwi. W pierwszej chwili drgnęłam, myśląc o tym, że ktoś włamywał się do mojego mieszkania. Dopiero kilkanaście sekund później przypomniałam sobie, że Max nie oddał mi kluczy poprzedniego dnia i że miał przyjść. Tylko, po jaką cholerę przychodził tak wcześnie rano?
            Spojrzałam na zegarek i zaklęłam pod nosem. Dochodziła dwunasta, a więc pora lunchu. To by po części tłumaczyło obecność Maxa w moim mieszkaniu. Wiedząc, że w takim wypadku tylko kwestią czasu było to, aż mężczyzna by wszedł do mojej sypialni, wysunęłam się z łóżka. Przeczesałam włosy palcami, niemalże wypadając z pomieszczenia - wprost w idealnie wyrzeźbione ciało Kalifornijczyka. Przełknęłam ślinę, mamrocząc pod nosem masę zbędnych przeprosin, które oboje nas wprowadziły w zakłopotanie.
            - Tak w ogóle co się tutaj stało? - spytał widocznie nawiązując do ledwo umeblowanego mieszkania oraz sterty śmieci wczoraj wyrzucanej, wraz ze zdewastowanym stolikiem.
            - Zadzwoniłeś - odparłam obojętnie i zniknęłam w łazience, zamykając za sobą drzwi.
            Rozczesałam rude loki i przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze. Nie wyglądałam już jak stara, zgorzkniała baba, która ma setkę kotów oraz nie widzi sensu życia. Wyglądałam jak zmarnowana dziewczyna, która była tak samo przerażona, jak i zagubiona. Policzki zaczęły zdobić rumieńce, choć ziemistość cery wciąż się utrzymywała i nie sądziłam, aby to się szybko zmieniło. W oczach wciąż nie potrafiłam odnaleźć ani krzty radości. Westchnęłam cicho i ściągnęłam z siebie czarną koszulkę, z którą wiązało się tak wiele wspomnień z dawnego życia, po czym wsunęłam się do chłodnej kabiny prysznicowej.
            Ani na chwilę nie potrafiłam zapomnieć o tym, że za drzwiami po mieszkaniu kręcił się mężczyzna, przez którego wylądowałam właśnie w tym miejscu. Gdy gorąca woda spłynęła po moich plecach, wyrywając przyjemnością jęk z gardła, poruszyłam się skrępowana, wiedząc iż nie powinien był tego słyszeć. I tak też było z każdym odgłosem jaki wydawałam pośrednio, lub też bezpośrednio. Czułam się intruzem w swoim własnym mieszkaniu, to było trochę żałosne.
            Gdy wyszłam z kabiny i się wytarłam, spojrzałam na swoje suche pranie i jęknęłam w duchu. Wciąż nie byłam na zakupach, a jedyną czystą rzeczą, którą miałam pod ręką była jedna z tych nudnych koszul, która jakimś cudem uchowała się przy demolce. Tak więc założyłam bieliznę, a na to narzuciłam koszulę. Nic więcej nie mogłam zrobić, a mimo też iż swego czasu Max widywał mnie w bieliźnie, nie zamierzałam w niej przed nim paradować. Zdecydowanie nie w tamtym momencie. Rozczesałam włosy i ponownie spojrzałam na swoje odbicie z westchnieniem. Skóra nieznacznie nabrała kolorów po gorącym prysznicu, co było chyba jedynym plusem.
            Po wyjściu, uderzył we mnie wspaniały zapach jajecznicy smażonej na bekonie i od razu zaburczało mi w brzuchu. Nie wiedziałam, że miałam jajka, a już z pewnością, że bekon. Widocznie musiał wyskoczyć do sklepu spożywczego tuż na rogu. Kiedyś często robił nam śniadania. Zacisnęłam wargi w wąską linię, aby nie westchnąć i ostrożne, jakby się bojąc dzikiego zwierzęcia, podeszłam do kuchennych drzwi, stając w progu.
            - Mogę w czymś pomóc? - spytałam, przez co widziałam, że się spiął, a ja z pewnością bym podskoczyła, jak to na kobietę przystawało.
            - Usiądź i poczekaj, zaraz przyjdę - odparł spokojniej i posłał mi przez ramię niepewny uśmiech. Przynajmniej nie tylko ja czułam się skrępowana.
            Zgodnie z poleceniem, wróciłam do salonu i usiadłam na kanapie, której brakowało poduszek, przez co była stosunkowo dość twarda. Zacisnęłam uda razem, siadając sztywno jak to robią kobiety na krępujących rozmowach o pracę, próbując naciągnąć spódniczkę jak najbardziej za kolana, ponieważ okazało się, że szefem jest kobieta. Tak samo ja, naciągałam koszulę najdalej jak potrafiłam, czując się zbyt odkryta, choć tak naprawdę nie czułam się skrępowana, że mógłby mnie zobaczyć nieodpowiednio ubraną. Ten dyskomfort wynikał bardziej z tej bariery, którą próbowałam wytworzyć, albo potrzymać, między nami.
            Po chwili wszedł z dwoma miseczkami pełnymi aromatycznej jajecznicy oraz bułkami posmarowanymi masłem. Podał mi moją porcję, po czym usiadł na drugim brzegu kanapy, jednakże bokiem, czyli przodem w moją stronę. Napięłam się jeszcze bardziej, a gdy spróbowałam jajecznicy, musiałam bardzo mocno się pilnować, aby nie jęknąć. Była naprawdę rewelacyjna.
            - Smaczna - odparłam jedynie urywając kawałek bułki, który wsunęłam sobie następnie do ust.
            Spojrzałam na niego kątem oka i zmarszczyłam nos, widząc jego przymrużone oczy, więc westchnęłam, siadając tak jak on, przy czym uniosłam wyzywająco brwi. Odchrząknęłam, czekając aż cokolwiek powie, lecz ten milczał jak zaklęty, cały czas przesuwając po mnie tym swoim badawczym spojrzeniem, co jednocześnie mogło oznaczać wszystko i nic, a to zdecydowanie nie był czas na takie niedopowiedzenia, więc ostatecznie odezwałam się pierwsza.
            - Co? - burknęłam, zatracając się w swojej jajecznicy, jakby to była najbardziej ciekawa rzecz pod słońcem.
            - Przestań zachowywać się tak sztywno - odparł w końcu, cały czas się we mnie wpatrując.
            - A ty przestań udawać, że nic się nie stało. Jedz, bo wystygnie - rzuciłam niczym obrażone dziecko, nie podnosząc głowy znad swojej miseczki. Totalnie jak dziecko, które nie chce się niczym dzielić z innymi.
            Słyszałam jak jego widelec uderzył o miseczkę, a jego ciało nieznacznie się poruszyło, przez co wiedziałam, że jadł. Oboje byliśmy tak bardzo uparci, jak posłuszni wobec siebie nawzajem, co było tak sprzeczne, że aż zabawne, jak to mawiała Cath. Zacisnęłam z bólem powieki. Wspomnienie o przyjaciółce było jedną z ostatnich rzeczy, którą chciałam robić. Przeszłość powinnam była zostawić za sobą i nigdy więcej do niej nie wracać. Zdecydowanie nie po tym, co im wszystkim zafundowałam.
            - Wychodzimy wieczorem - oświadczył brunet, opierając swoją pustą miseczkę na kolanie.
            - No chyba śnisz - mruknęłam, wgryzając się w kawałek bułki, byle czymś zapchać swoje usta.
            - Och, zacznijmy od początku. Jeste...
            - Nie poznaję nieznajomych w swoim mieszkaniu, mając na sobie jedynie koszulę - rzuciłam stanowczo, po czym wsunęłam sobie do ust jeszcze trochę jajecznicy, unosząc przy tym wyzywająco brew.
            - Czyżby? Założyłaś to, ponieważ chciałaś, czy dlatego, że nie miałaś nic innego? A po remanencie twoich szafek, skłaniałbym się do tej drugiej opcji - przez jego twarz przeszedł cień uśmiechu, wywołując szybszą akcję mojego serca.
            - Dlaczego grzebałeś mi po szafkach? - mruknęłam cały czas pamiętając o samokontroli oraz o tym, że nie mogłam mu pokazać, co tak naprawdę czułam, bo to by przyniosło nas do zguby, a tego zdecydowanie dla nas nie chciałam.
            - To teraz nie jest istotne, odpowiedz na moje pytanie - powiedział rzeczowo, opierając się łokciem o oparcie kanapy, nie spuszczając przy tym ze mnie swojego czujnego wzroku.
            - Nie miałam się w co ubrać - burknęłam i odstawiłam swoją miseczkę na podłogę, wiedząc, że gdyby rozmowa zeszła na nieprzyjemne tematy, byłabym w stanie cisnąć nią o przeciwległą ścianę, a miałam już wystarczająco mało naczyń, nie musiałam pozbywać się ich pozostałej części.
            - A więc i tak byś się w to ubrała. A gdyby przyszedł hydraulik, otworzyłabyś mu. Właśnie w takim stroju - powiedział powoli, jakby chcąc się upewnić, że każde słowo zostanie przeze mnie zrozumiane. - A więc poznałabyś nieznajomego w swoim mieszkaniu, mając na sobie jedynie koszulę.
            - Ale ty nie jesteś nieznajomym hydraulikiem.
            - No właśnie, więc możesz czuć się bezpiecznie.
            - A co jeśli nie chcę czuć się bezpiecznie?
            - To naprawię ci kran i będę nieznajomym hydraulikiem.
            - Ale on nie jest zepsuty!
            - Ponieważ jeszcze nie muszę być hydraulikiem - powiedział poruszając sugestywnie brwiami, przez co nie mogłam się nie roześmiać.
            Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz się śmiałam, tak naprawdę. Chyba w czasach sprzed ucieczki. Brzmiał on nie tak czysto jak kiedyś, choć można było wyłapać gdzieś między charczeniem, a krztuszeniem się, dawną, delikatną nutę. Zupełnie tak, jakbym uczyła się tego od nowa, choć było to jednocześnie tak bardzo naturalne. Spojrzałam na twarz Maxa i widziałam, jak w jego twarzy zaczęło się coś zmieniać. Oczy stały się cieplejsze, a na jego wargach zaczął drżeć delikatny uśmiech.
            - Tęskniłem za tobą - szepnął i wyciągnął dłoń w moją stronę, lecz zdążyłam pod nią zanurkować i wyszłam z salonu, ściskając w dłoniach dwie miseczki.
            Znałam go i wiedziałam, że to wyznanie wymagało od niego wiele wysiłku, tym bardziej w zaistniałej sytuacji. Bóg jeden wiedział, jak bardzo chciałam powiedzieć mu to samo. Lecz nie mogłam. I nie chodziło o to, że nie czułam tego samego. Tęskniłam za nim każdego cholernego dnia. Każdego dnia marzyłam tylko o tym, aby wtulić się w niego i poczuć się znowu tak błogo, bezpiecznie jak dawniej. Lecz jeśli chciałam, aby wyjechał i wrócił do swojego życia, nie mogłam mu tego powiedzieć. Nie mogłam dać mu niczego, co skłoniłoby go, do zatrzymania się w Nowym Jorku na dłużej, ani do podjęcia walki o nas, o mnie.
            Zabrałam się za zmywanie po śniadaniu. Musiałam się czymś zająć, aby nie zwariować. A mogłam tak samo zacząć płakać jak dziecko, jak też rzucać talerzami, drąc się z frustracji w niebogłosy. Zacisnęłam więc wargi, szorując naczynia tak mocno, że mogłabym zrobić w nich dziury na wylot, gdyby tylko była taka możliwość. Wiedziałam, że mnie potrzebował i to nie mniej niż ja potrzebowałam jego. Przejechał ponad cztery tysiące kilometrów i został sam. Zrobił to... właściwie nie wiedziałam po co to zrobił, ale wiedziałam, że nie znał w tym mieście nikogo poza mną, a i ja mu nie ułatwiałam tamtego pobytu.
            Odstawiając naczynia na suszarkę, uparcie wpatrywałam się w swoje ręce, jakby były nie wiadomo jak bardzo ciekawe. Wycierając je w ścierkę, oparłam się o blat, patrząc pustym wzrokiem przez okno. Miałam dwadzieścia lat, a czułam się jak stara baba, dosłownie. Zamiast cieszyć się życiem, rozkoszować miłością oraz pogrążać się w szaleństwie, uciekałam, knułam i odpychałam od siebie ludzi, którzy byli dla mnie wszystkim. Oczywiście tłumacząc sobie, że to było właśnie dla ich dobra. Ponieważ takie było, prawda?
            Gdy skończyłam robić w kuchni wszystko, co do zrobienia miałam, weszłam do salonu niemalże jak na skazanie. Max siedział tam, gdzie go zostawiłam, opierając kolana na swoich udach i chowając twarz w dłoniach. Zawsze tak robił, gdy był zrezygnowany i mimo wszystko próbował wymyślić wyjście z sytuacji tak naprawdę bez wyjścia. Zawsze musi być jakieś wyjście. Owszem, było takowe - powinien był jak najszybciej stamtąd wyjechać.
            - Nawet gdybym chciała, nie mam się w co ubrać - powiedziałam z westchnieniem, siadając na podłodze u jego stóp.
            Zrobiłam to całkiem bezwiednie i mowa tutaj jest o obydwu rzeczach. Swego czasu często tak robiłam. Gdy Max miał jakiś problem i siadał na kanapie, bądź łóżku w totalnej rozsypce, siadałam u jego nóg, patrząc na niego z dołu z tym rozbrajającym uśmiechem, który w mig odganiał problemy z jego głowy. W tamtej chwili nie byłam w stanie się tak uśmiechnąć, ale gest był gestem. Tak samo, jak nie byłam świadoma tego, co chcę powiedzieć, zanim nie opuściło to moich ust. W takich momentach często szłam na ustępstwo, jeśli oznaczałoby to pomoc jemu. Byłam totalnie uparta, ale kochałam go zawsze o wiele mocniej niż siebie i swoje racje. W tamtym momencie przygryzłam wargę, warcząc wewnętrznie na swoją głupotę i naiwność. Mogłam przewidzieć, że coś takiego podświadomie strzeli mi do głowy.
            - Możemy iść na zakupy - westchnął i spojrzał na mnie znad swoich dłoni.
            Widok jego smutnych, przybitych oczu, złamał mi serce po raz kolejny tamtego dnia. Miałam ochotę rzucić się na niego i powiedzieć mu wszystko, co czułam, nie licząc się z konsekwencjami. Byleby przestał być tak bardzo przybity. Nie wiedziałam czego się spodziewał przyjeżdżając do Nowego Jorku, ale byłam pewna, że nie tego, co zastał. I zdecydowanie ja byłam pewna, iż był w innym stanie, niż był w rzeczywistości. Spuściłam wzrok na swoje dłonie, zaczynając nerwowo wykręcać palce, co widocznie przyjął jako skrępowanie, ponieważ szybko pospieszył z wyjaśnieniem.
            - Jako przyjaciele, oczywiście - dodał, lecz widziałam jak wiele wysiłku to od niego wymagało.
            Oblizałam nerwowo wargi, niemalże w tym samym czasie co on, przez co mimowolnie mój wzrok zatrzymał się na jego ustach, a wzdłuż ciała poczułam przyjemny dreszcz, kończący się uciskiem w podbrzuszu. Przełknęłam ślinę i dopiero po chwili zorientowałam się, że on robił to samo. Poczułam jak powietrze wypełnia pewnego rodzaju elektryczność, która próbowała przyciągnąć nas do siebie, jednakże coś stało jej na drodze. Tym czymś byliśmy my. Max zapewne bał się kolejnego odtrącenia, ja zaś nie mogłam pozwolić, aby miał jakikolwiek powód ku temu, aby został tutaj dłużej. Dlatego też odpowiedziałam:
            - Jasne, czemu nie.

            Dlatego, albo właśnie przeciw temu.

Ten

Teraźniejszość

            Upiłam łyk kawy, niemalże się nią parząc. Po porannym ataku już nie mogłam usnąć, a moją głowę przepełniały różnego rodzaju myśli, lecz wszystkie sprowadzały się do jednej osoby. Max. Max był obecny w każdej chwili odkąd odebrałam od niego telefon. A jeśli ktoś by w to wątpił, to od momentu, gdy spotkałam go pod domem, nie przestawałam o nim myśleć. I nie byłam przekonana czy to aby na pewno dobrze. Analizowałam kawałek po kawałku, całe nasze przeszłe życie. Każdy popełniony błąd oraz każdą sytuację, która wzniosła nas na wyżyny. Zastanawiałam się, co mogliśmy zrobić, aby nie doprowadzić do tamtej sytuacji. Odpowiedzi było zbyt wiele.
            Podniosłam się z krzesła z przeciągłym westchnieniem. Nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Nie w momencie, gdy wszystko co znałam, zaczęło się zmieniać i to tak szybko, iż nie potrafiłam za tym nadążyć. Oblizałam wargi, przeczesując palcami rude włosy. Wszystko szło nie tak, jak iść powinno i nie miałam bladego pojęcia, dlaczego to wszystko zaczęło się sypać. Chyba to przerażało mnie najbardziej. Niepewność i nie wiedza. Brak kontroli nad własnym życiem, które tam, w Nowym Jorku, próbowałam uporządkować jak najbardziej się dało. To doprowadzało mnie do szewskiej pasji.
            Wsunęłam stopy w buty i opatuliłam się puchową kurtką, wcześniej zakładając równie ciepły sweter. Nie mogłam siedzieć bezczynnie w miejscu, ponieważ to wykańczało mnie jeszcze bardziej. Wrzuciłam klucze do torby i łapiąc w ręce worki śmieci, ruszyłam schodami w dół. Najciężej poszło z drzwiami, ponieważ naciskanie na klamkę łokciem, albo pośladkiem zdecydowanie nie było moją specjalnością. Ale w końcu się udało i to było najważniejsze. Rozejrzałam się dookoła i nie zauważając nikogo, ani niczego podejrzanego, weszłam do śmietnika, wrzucając do niego worki.
            Następnie wszystko wydarzyło się w zawrotnym tempie. Gdzieś usłyszałam zamykające się drzwi samochodowe, w tym samym momencie, w którym worek uderzył o dno kontenera. Odwróciłam się, wycierają dłonie w dresowe spodnie i gdy chciałam wyjść z ceglanego budyneczku, czułam czyjąś silną dłoń, która objęła mnie w tali, przyciskając do swojego ciała, a druga dłoń zasłoniła mi usta, tłumiąc tym samym jęk oraz krzyk, który zaczął formować się na końcu mojego gardła.
            - Tylko nie krzycz - usłyszałam ciepły szept przy uchu, na co moje ciało zareagowało niemalże natychmiastowym rozluźnieniem.
            Jego dłoń rozgrzewała moje podbrzusze niemalże do wrzenia, a mały palec, który zsunął się trochę niżej, sprawił iż oddech momentalnie przyspieszył. Oblizałam wargi, zaciskając palce na końcu swojej kurtki, aby zapanować nad sobą. Powinnam dojść w tym już do perfekcji. Nie raz dawałam sobie z tym radę. I niemalże nigdy, jeśli w grę wchodził on. Miał w sobie coś takiego, co burzyło wszelkie moje bariery, czy mury, którymi próbowałam się odgrodzić. Chyba to miał na myśli pisarz, gdy mówił o tym, iż miłość ograbia nas ze wszystkiego. Zawsze czułam się naga, choć nigdy takiej mnie nie widział.
            - Nie będziesz krzyczała? - spytał równie cicho, na co powoli pokiwałam głową.
            Zsunął dłoń z moich ust, lecz nie zmienił pozycji. Nadal czułam ciepło bijące z jego ciała, które rozgrzewało mnie do czerwoności. Było to tak nieodpowiednie, lecz jednocześnie niemalże boleśnie przyjemne. Jego oddech rozwiewał moje zwichrzone, rude włosy, a serce prawie obijało się o moje plecy. Wzięłam głęboki oddech, a jego dłoń zareagowała niemalże w tym samym momencie, przyciskając mnie mocniej do siebie, zupełnie tak, jakbym chciała uciec. Być może chciałam.
            Zsunęłam swoje palce na jego, delikatnie rozluźniając uścisk, po czym bardzo powoli odwróciłam się w stronę mężczyzny, jednakże bojąc się spojrzeć mu w oczy. Oblizałam nerwowo wargi, a gdy jego ramiona przytuliły mnie do siebie, pozwoliłam sobie unieść głowę, czując tak dobrze znane mi ciepło. Od intensywności jego spojrzenia, zaczęło kręcić mi się w głowie. Karmel był tak płynny i ciepły, a jednocześnie pełen niepewności, że rozdzierał mi serce na miliony drobnych kawałeczków.
            - Nie powinno cię tu być - szepnęłam cicho, próbując uspokoić rozszalałe serce, lecz na próżno.
            Widziałam w jego spojrzeniu smutek. Zdecydowanie nie było tam tej radości, która towarzyszyła mu tuż przed moim wyjazdem. Nie był tym samym, roześmianym mężczyzną, którego pokochałam i którego zostawiłam, aby mógł sobie ułożyć życie na nowo i być w pełni szczęśliwym. Nawet, jeśli to szczęście oznaczało jej towarzystwo w życiu mężczyzny, który był dla mnie wszystkim. Jeśli kogoś kochasz, jego szczęście przekładasz ponad własnym. Nieważne ile by to miało cię kosztować.
            - Nie powinnaś była wyjeżdżać - odszepnął równie cicho, a ja zadrżałam, czując wzbierające pod powiekami łzy.
            Spróbowałam go odepchnąć, lecz szybko mnie do siebie przyciągnął, chowając w swoich ramionach. Wiedziałam, że nie mogłam sobie pozwolić na płacz. Nie mogłam pokazać słabości, ponieważ to by oznaczało, że przyznałabym mu rację. A doskonale wiedziałam, dlaczego to zrobiłam i wiedziałam, że właśnie tak należałoby postąpić. I wiedziałam, że on zrobiłby dokładnie to samo na moim miejscu, gdyby znalazł się w sytuacji podbramkowej, z której nie było żadnego sensownego wyjścia.
            - Przestań uciekać i porozmawiaj ze mną - powiedział zaciskając ramiona dookoła mnie jeszcze mocniej, przez co wydałam z siebie stłumiony jęk.
            - Nie mamy ze sobą o czym rozmawiać - warknęłam oschle i zatoczyłam się do tyłu, jednakże nie zbyt wiele, ponieważ już po chwili zatrzymałam się na jego silnych, czujnych dłoniach.
            - Mam inne zdanie w tej sprawie i nie odejdę stąd, dopóki tego nie wyjaśnimy - odparł równie chłodno, jednakże przez cały czas wpatrując się w moje oczy.
            I wtedy jeden z tych nielicznych razy, spuściłam wzrok, przegrywając pierwszą potyczkę. Nie raz się z nim kłóciłam i widziałam różne jego postacie. Wkurzony Max. Zirytowany Max. Rozgniewany Max. Sfrustrowany Max. Niszczyciel Max. Ale nigdy, ani razu w ciągu całego naszego związku, ani razu nie potrafiłam znieść widoku zranionego Maxa. Nie potrafiłam znieść jego pogrążonych w żalu i bezradności oczu, zaciśniętych mocno warg, aby nie widać było ich drżenia oraz sposobu, w jaki przymykał powieki, zupełnie tak, jakby czuł się pokonany. Nie potrafiłam znieść tej postaci Maxa, jaka wtedy jawiła się moim oczom.
            - Nie masz o niczym zielonego pojęcia – szepnęłam, uderzając dłońmi w jego przedramiona, aż w końcu ustąpiły i stałam o własnych siłach, nie wspierając się na nim. Nagle zrobiło mi się nieprzyjemnie zimno.
            - Sądzę, że wiem więcej niż ci się wydaje - odparł spokojnie, głosem cierpliwego nauczyciela, nie spuszczając ze mnie swoich oczu. Przełknęłam zdecydowanie zbyt głośno ślinę.
            Westchnęłam i odwróciłam się, tupiąc niczym małe dziecko. Jeśli chodziło o upór oboje mieliśmy go tak samo dużo i byłam pewna, że Max nie dałby za wygraną, choćby go wołami odciągali. Dlatego też nie było sensu z nim walczyć i nawet gdybym chciała, po prostu nie miałam siły ciągle stawać okoniem. Otworzyłam drzwi i nawet na niego nie czekając, weszłam na górę, przeskakując po dwa stopnie, lecz nawet przy tym, czułam jego oddech na swojej skórze.
            Gdy weszłam do mieszkania, nie obracając się za siebie, zaczęłam ściągać z siebie kurtkę. Raptem kilkanaście sekund później drzwi otworzyły się szerzej, niemalże mnie uderzając i pojawiła się najpierw brązowowłosa głowa, a dopiero za nią reszta ciała. Musiałam się mocno pilnować, aby zachować chociaż jakiekolwiek pozory samokontroli.
            - Wyrzuć to - powiedziałam wskazując na stos desek i połamanych nóg stolika.
            - No chyba sobie kpisz, Eve - odparował, patrząc na mnie jak na idiotkę.
            Nie trudno było mi, wyobrazić sobie to, co w tamtej chwili myślał. Z pewnością przeszło mu przez głowę, że szukam tylko okazji, aby zamknąć drzwi, gdy wyjdzie z mieszkania. A oboje bardzo dobrze wiedzieliśmy, że byłabym w stanie to zrobić. Możliwe, że pomyślał o tym, że to ostatni raz, gdy mnie widział, albo że nigdy niedane nam było tak naprawdę się pożegnać i że również wtedy odmawiałam mu tej formy zaznania spokoju.
            - Jeśli chcesz ze mną porozmawiać i wypić tę pieprzoną kawę, wynieś ten stolik - warknęłam, opierając dłonie na swoich biodrach.
            - Nie jestem głupi, Eve. Poza tym nie powiedziałem, że chcę kawy - odparł spokojnie, jednakże widziałam jego zwężające się źrenice. Zaczynał być zirytowany.
            - Oboje wiemy, jak cholernie potrzebujesz i chcesz tej kawy, więc wynieś ten durny stolik! - syknęłam wciskając mu do ręki pęk swoich kluczy, aby miał pewność, że niczego nie wywinę, po czym zniknęłam w kuchni, chcąc uniknąć dalszej kłótni.
            Efekt był taki, jakiego się spodziewałam. Już po chwili usłyszałam zamykające się drzwi, a gdy się wychyliłam zza rogu, po deskach nie było ani śladu. Wstawiłam wodę do czajnika, po czym wyciągnęłam dwa kubki drżącymi palcami. Przez dwa lata robiłam wszystko, aby jednocześnie zatrzymać go w swoim sercu oraz pozwolić mu być szczęśliwym, nawet kosztem swojego szczęścia. A w tamtej chwili, gdy w końcu się pojawił, tak bardzo niespodziewanie, nie potrafiłam zrobić niczego z rzeczy, o których wcześniej mogłam tylko marzyć.
            Przytrzymałam się blatu, przymykając powieki i załkałam tak cicho, jak tylko potrafiłam, po czym pozwoliłam mięśniom się na chwilę rozluźnić. Do tamtej pory, nie miałam pojęcia, jak wiele wymagało ode mnie zachowanie dystansu do Maxa. Niemalże całe moje ciało ciągnęło w jego stronę, stęsknione jego dotyku, ciepła oraz bliskości, z drugiej zaś strony nie potrafiłam zburzyć muru podejrzeń, niepewności oraz przeświadczenia, że to, co robiłam było dobre. Było dobre dla niego, a to, co było dobre dla niego, siłą rzeczy musiało być dobre także i dla mnie.
            A do tego był jeszcze ten przeklęty list.
            Gdy usłyszałam szczęk zamku, starłam z policzków łzy i zalałam kawę wodą, starając się przy tym przybrać jak najbardziej obojętną postawę. Przełknęłam ślinę i wzięłam głęboki oddech, za wszelką cenę próbując uspokoić swoje ciało, po czym dodałam odpowiednią ilość cukru i mleka do obu kubków. Po tym, jak zaniosłam je do salonu, postawiłam na stole, nie martwiąc się podstawkami, których swoją drogą i tak nie posiadałam. A z pewnością już nie dwa, nigdy nie miałam gości w Nowym Jorku.
            - Nie jesteś szczęśliwa - usłyszałam cichy szept, gdy ujął moje dłonie, a ja mimowolnie uniosłam głowę do góry, wpatrując się w jego oczy.
            Nie widziałam delikatnych zmarszczek dookoła jego oczu, które pojawiały się gdy śmiał, co było naprawdę urocze. Nie miał tego swojego zniewalającego uśmiechu, a oczy straciły swój naturalny blask, zupełnie jak moje. Widziałam Maxa, który wyglądał na zdecydowanie więcej lat, niż miał ich w rzeczywistości. Nawet włosy nieznacznie wyblakły, choć nadal były przeplatane jaśniejszymi pasemkami. Z daleka nie zauważyłam tego, jak bardzo się zmienił.
            - Ty też nie jesteś okazem radości - odpowiedziałam równie cicho, co on.
            Przez jakiś czas po prostu się w siebie wpatrywaliśmy. On trzymał moje dłonie w swoich, a ja ich nie zabrałam, choć wiedziałam, iż powinnam. Co jakiś czas musiałam przymknąć powieki, aby się uspokoić i nie rozkleić jak dziecko, na co pozwalałam sobie przez wiele miesięcy, gdy byłam sama. Jednakże, gdy je otwierałam, natrafiałam na te same, karmelowe oczy, równie mocno zmęczone jak moje i tak samo potrzebujące bliskości. Jakby czegoś szukał, choć sam nie wiedział czego.
            - Od kiedy pamiętasz? - szepnęłam cicho, chcąc jakoś przerwać to milczenie. Nie mogłam pozwolić naszej więzi na odbudowanie się, ponieważ wtedy rozstanie byłoby jeszcze boleśniejsze.
            A rozstać się musieliśmy. On wracał do Daly City, ja miałam swoje życie w Nowym Jorku, jeśli można było to nazwać życiem. Nasze drogi się rozeszły, tak, jak powinno być. Uczniowie kończą szkoły i idą w swoją stronę, nie bacząc na to, co dzieje się z ich nauczycielami. Ich drogi rozchodzą się w dniu zakończeniu roku szkolnego. I tak samo powinno być z nami. Chociaż uciekłam przed zakończeniem roku. Gdybym została chociaż tyle, może wszystko potoczyłoby się inaczej.
            - Jakiś czas... - szepnął niepewnie, oblizując swoje wargi. Był zmieszany.
            - Jak długo? - spytałam chłodniej, wysuwając dłonie, mimo jego pełnej frustracji twarzy.
            - Jakiś czas, Eve...
            - Jak. Długo? - powtórzyłam pytanie wolniej i dokładniej. Zupełnie tak, jakby nie zrozumiał go za pierwszym razem, choć byłam pewna, że zrozumiał je zbyt dobrze.
            - Pół roku, oficjalnie - westchnął patrząc na czubki swoich butów.
            Cofnęłam się do tyłu, czując niezrozumiałą, wewnętrzną pustkę. Od kilku miesięcy wiedział, kim byłam, oraz... kim dla niego byłam. A mimo to odezwał się dopiero po pół roku. Po pół roku zdecydował się mnie odnaleźć. Wcześniej nie wiedział czy warto. Wcześniej byłam dla niego przegrana, przekreślił mnie, mając przy sobie ją. Ona mu wystarczała, ona mu mnie zastępowała. Byłam tego niemalże pewna. Zacisnęłam wargi, aby się nie rozpłakać i skinęłam głową. Jednakże w głowie cały czas dźwięczało mi jedno słowo.
            Oficjalnie.
            - A nieoficjalnie? - spytałam słabo.
            - Od roku miałem różne prześwity - szepnął po chwili.
            Od roku. Poczułam zimne dreszcze i musiałam złapać się ściany. Nie wiedziałam, czego się spodziewałam. Że przypomniałby sobie mnie wcześniej? Po tym wszystkim co przeszliśmy? Albo, że od razu, gdyby sobie mnie przypomniał, rzuciłby się w wir poszukiwań? Zniknęłam, zacierając za sobą wszelkie ślady, paląc wszystkie mosty. Nikt nie mógł chcieć mnie szukać, tym bardziej facet, którego skrzywdziła dziewczyna, która deklarowała mu swoją młodzieńczą miłość.
            Uniosłam dłoń, widząc, że chciał do mnie podejść. To zdecydowanie nie byłoby mądre. Skończyłoby się na wybuchu płaczu, krzyczeniu i wyrzucaniu sobie wszystkiego, co zrobiliśmy w przeszłości, a o czym teraz mogliśmy porozmawiać. Mogłam zapytać go o list. O tę jedną, pieprzoną rzecz, która przesądziła o moim wyjeździe z miasta. Ale z jakiś niezrozumiałych przyczyn, nie potrafiłam tego zrobić. Tak samo, jak nie potrafiłam już spojrzeć mu w oczy.
            - Sądzę, że powinieneś już iść – szepnęłam, drżąc i wzięłam głęboki oddech.
            Podeszłam szybkim krokiem do stołu, zabierając jeden z kubków, po czym wróciłam do kuchni i przelałam ją do termo kubka, aby nie traciła tak szybko temperatury. Kątem oka widziałam, że podszedł i oparł się o framugę kuchennych drzwi, lecz nie potrafiłam mu pomóc. Cholera jasna, nie potrafiłam uleczyć samej siebie, więc jak mogłam uleczyć kogoś innego? Abyśmy byli w pełni zdrowi, oboje musielibyśmy zaznać spokoju, a do tego zdecydowanie było nam daleko.
            - Eve... - szepnął, gdy spojrzałam mu w oczy, lecz tylko potrząsnęłam głową, aby się uciszył.
            - Dla mnie to za dużo, Max. Pojawiasz się nagle i oczekujesz, że będzie wszystko dobrze. Że ze mną będzie dobrze. Ale nie jest, Max. Nie jest dobrze i nie jestem gotowa, aby wrócić do tego, co było wtedy, gdy żyliśmy jak w bajce - powiedziałam spokojnie, czując wilgotne łzy. Podałam mu termo kubek, biorąc głęboki oddech. - Przyjdź jutro, może będę w stanie. Albo wyjedź i zostaw mnie w spokoju. To, co było, spłonęło w tamtym wypadku. Rozkopując to, możemy się nie tylko poparzyć, ale także ponownie przeżywać stratę, widząc, że już nic nie pozostało - dodałam, patrząc na niego i widziałam w jego oczach taki sam ból, jaki przeżywałam sama. Nie potrafiłam się poddać, ale nie miałam już siły walczyć.
            Podążyłam za jego wzrokiem na spód spranej koszulki, która wystawała spod swetra i nie zatrzymałam jego rąk, kiedy ściągały mi go przez głowę. Zacisnęłam usta, widząc jego drżącą wargę, gdy wodził wzrokiem po czarnym materiale z wyblakłym napisem. Wiedziałam, że ją poznawał i że doskonale pamiętał, jakiemu wydarzeniu towarzyszyła. Zacisnęłam dłonie w pięści, bo bokach, czując zimną falę rozchodzącą się po moim ciele. Jedynie jego ciepło mogło dać mi ukojenie, lecz nie potrafiłam sobie tego zapewnić.
            - Nawet jeśli to spłonęło, zbudujemy to od nowa, Eve. Ty nie zapomniałaś. Ja pamiętam. Zawsze jest nadzieja – powiedział, delikatnie przykładając dłoń do mojego policzka.

            - Niektóre budowle są skazane na porażkę - odparłam cicho, przykładając dłoń do jego dłoni. - Nie zapomnij przynieść mi jutro kubka - dodałam cicho, wymijając go w progu.

Nine

Przeszłość

            W ciągu następnych kilku dni nie wydarzyło się nic, co wykraczałoby ponad normę. Profesor Bradly dawał mi coraz więcej materiałów do nauki, więcej ich ze mną nie omawiając. Jedynie, co zrobił, to powiedział, że tamtego wieczora to, co zdążyłam wypełnić, było poprawne. Podczas zajęć prawie w ogóle na mnie nie patrzył, co wprawiało mnie w lekkie zirytowanie i rozdrażnienie (delikatnie rzecz ujmując) i nie zwróciłam uwagi, w którym momencie zaczęłam warczeć na większość ludzi z mojego otoczenia.
            Zimne podejście nauczyciela do mnie sprawiało, iż zaczynałam się zastanawiać czy tamtego wieczoru sobie wcale nie wymyśliłam. Może mnie po prostu odwiózł do domu, a mój otępiały z bólu umysł dopowiedział sobie resztę, aby było mu łatwiej to znosić? Było to całkiem możliwe, biorąc pod uwagę, że rano obudziłam się na kanapie całkiem sama, a śladu po kubku, ani szklance nie było. Rodzice o nic nie pytali, o niczym też nie wspominali, a chyba by to zrobili, gdyby spotkali w swoim domu obcego mężczyznę, prawda?
            Dni do konkursu mijały bardzo powoli i dłużyły się nie miłosiernie. Rozważałam to, czy nie zacząć omijać psychologii, lecz jednak dziwna siła popychała mnie do sali 369, gdzie uzmysławiałam sobie, że chciałam znowu zobaczyć karmelowookiego nauczyciela, nieważne, czy traktował mnie jak powietrze, czy też nie. Aż w końcu doczekałam się swojego dnia, dzień przed konkursem, aż jego łaska spoczęła i na mnie. Poprosił abym pozostała po lekcji w sali, gdyż musiał omówić szczegóły dnia następnego. Jednakże zrobił to z takim chłodem iż miałam ochotę rzucić w niego gałką lodów i prychnąć zniesmaczona. Ktoś musiał go w końcu ostudzić tak, jak on ostudzał mnie swoim chłodem. Albo jeszcze bardziej nakręcał, lecz to była już zupełnie inna sprawa.
            Gdy wszyscy wyszli, podeszłam do biurka, o które oparłam się biodrem, krzyżując ramiona na piersi. Uniosłam do góry wydepilowaną brew, próbując ukryć uśmiech za wciągniętymi wargami, starając się przy tym przybrać jak najbardziej neutralną postawę. Kiedy przez jakiś czas po prostu na mnie patrzył, zastanawiałam się, czy wypadało się roześmiać. Lecz wtedy przypomniałam sobie jego dłoń na swoich włosach i całkowicie przeszła mi ochota na śmiech, a zamiast tego serce przyspieszyło biegu. Oblizałam wargi, czując suchość w ustach.
            - Jutro koło południa poczekaj na mnie przed szkolną bramą. Pojedziemy do Fresno, to jest jakieś trzy i pół godziny drogi samochodem. Powinniśmy tam być koło czwartej po południu, załóżmy, że konkurs potrwa niecałe dwie godziny. Szósta, koło dziewiątej powinniśmy być z powrotem w Daly City - powiedział to spokojnie, cały czas trzymając się swojej strony biurka.
            Skinęłam delikatnie głową i zaczęłam się zastanawiać. Dziadkowie przyjechali na kilka dni, więc gdybyśmy wrócili do dziesiątej, byłoby dobrze. Później już nie byłoby to mile widziane. Nie byli oni starzy, lecz mimo wszystko chodzili spać wcześniej niż ja, czy rodzice i lepiej było ich nie budzić, tym bardziej, że zamieszkiwali w salonie. Ale skoro profesor Bradly powiedział, że powinniśmy wrócić do tej dziewiątej, to miałam szansę nawet na zjedzenie kolacji, zanim zostałby ogłoszony zakaz hałasowania. To miało sens.
            Ponownie skinęłam głową, jakby zgadzając się ze swoimi myślami, po czym zwróciłam się w stronę drzwi, lecz nie otworzyłam ich. Poczułam dziwne uczucie, które kazało mi się zatrzymać, lecz wcale nie tłumaczyło dlaczego. Zupełnie jak rodzic, który mówi, że coś ci wolno, albo niewolno, lecz nie mówi dlaczego. Z moimi na szczęście dało się porozmawiać, ale gdy słuchałam rozżalonej Cath, co nie potrafiłam sobie wyobrazić, aby jacyś rodzice mogli w taki sposób traktować swoje dziecko.
            - Mam nadzieję, że dziś czujesz się lepiej - usłyszałam jego cichy szept, a oddech mężczyzny otulił wrażliwe miejsce na mojej szyi, wywołując przy tym przyjemny dreszcz, a supeł sam zawiązał się w moim podbrzuszu. Byłam niemalże pewna, że moje policzki spłonęły rumieńcami, a przyspieszony oddech zdradzał to, co działo się wewnątrz mojego ciała.

* * *

            Nie mogłam się skupić na żadnych lekcjach w dniu konkursu, moje myśli cały czas krążyły od sali 369, do bramy szkolnej i nawet poszturchiwania Cath, czy też Luke’a nie potrafiły przyprowadzić mnie z powrotem na ziemię. Dlatego też, gdy mój zegarek wskazał za piętnaście dwunastą, przeprosiłam grzecznie profesora McCarthney'a i wyszłam z sali. Zbiegałam po schodach tak szybko, jakby gonił mnie pożar i przed wyjściem na rozjaśniony słońcem parking, poprawiłam szybko fryzurę.
            Czarny pontiac już stał przed bramą, warcząc nie za głośno, ale przyjemnie. Ze wszystkich sił zmobilizowałam się do tego, aby poskromić szeroki uśmiech, który pchał się na usta. Zbiegłam lekko po kolejnych schodach i zmusiłam się do subtelnego, lekko krzywego uśmiechu na widok karmelowookiego profesora. Otworzyłam drzwi i wsunęłam się na miejsce pasażera, wywracając przy tym oczami. Jakiekolwiek pozory trzeba było zachować.
            - Wyspałaś się? - spytał czekając aż zapnę pasy. Wstrzymałam oddech słysząc jego głos i musiałam się całkowicie skupić, aby nie dać po sobie znać, jak bardzo to na mnie działało.
            - Och, oczywiście. Przynajmniej tej nocy nie byłam obłapiana przez obcych mężczyzn - rzuciłam z ironicznym uśmieszkiem, po czym rozległ się charakterystyczny klik, dla zapinanych pasów.
            - Wspaniale. Ja również spałem o wiele lepiej, gdy nie leżał na mnie kilkutonowy słoń - odparł spokojnie, po czym zwinnie wycofał z parkingu.
            Sapnęłam unosząc wysoko brwi, po czym rzuciłam się na siedzenie oburzona. On chyba nie mówił o mnie. Dupek. Zsunęłam szpilki ze stóp i podciągnęłam nogi pod brodę, zastanawiając się nad tym, jak tak cholernie przystojny facet, może być jednocześnie takim skończonym dupkiem. Cóż, większość taka była, ale to totalnie nie logiczne. Chociaż jak można w takim ludzkim syfie dopatrywać się logiki? Czułam, że ta podróż będzie się ciągnęła niemiłosiernie w nieskończoność.
            Włączyłam radio i oparłam czoło o szybę, spoglądając na mijane nas drzewa. Zdecydowanie nie byłam kilkutonowym słoniem, prawda? Gdyby tak było, nikt nie dałby rady nosić mnie na rękach, a tym bardziej podrzucać. A może naprawdę byłam ciężka, a ci, którzy mnie podnosili robili to z ogromnym wysiłkiem? Zaklęłam w duchu. Zaczęłam tracić na samoocenie przez jednego parszywego nauczyciela. Postanowiłam, że wrócę do diety, od której odstąpiłam kilka tygodni wcześniej, myśląc że uzyskałam satysfakcjonujący efekt.
            - Oszczędzaj myślenie na konkurs, Nikkie - wyrwał mnie z zamyślenia głos Maximiliana.
            - Po pierwsze, niektórym (mi) myślenie nie sprawia takiej trudności jak niektórym - odparłam z cynicznym uśmieszkiem. - A po drugie, mów Evelyn, Lyn. Nigdy Nikkie. Nienawidzę imienia Veronica, a tym bardziej skrótu Nikkie. Musiałabym umrzeć i trafić do piekła, aby pozwolić tak do siebie mówić - odparowałam niczym rozjuszona kotka, wywracając przy tym oczami.
            - Nauczyciele mówią Veronica - zauważył, spoglądając to na mnie, to na wyjątkowo nieruchliwą drogę.
            - Przecież nie będę ich poprawiać. Oficjalnie mam na imię Veronica. Tak też mówią rodzice. Ale znajomi, kumple i przyjaciele mówią Lyn, od Evelyn - westchnęłam czując się, jakbym tłumaczyła dziecku ile to jest dwa dodać dwa i dlaczego. Rola nauczyciela była zdecydowanie do dupy.
            Następnych kilka godzin spędziliśmy pogodniej. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O tym dlaczego uczę się w takim liceum, a nie innym, dlaczego wybrałam taki profil oraz co tak naprawdę zainteresowało mnie w psychologii. Później ja wypytywałam jego, dlaczego postanowił zostać nauczycielem, czy nie uważa, że to gówniana praca i czy to wszystko jest warte tego, aby użerać się z bandą rozwydrzonych bachorów, które uważają się za niezwykle dojrzałą grupę elitarną.
            Po jakimś czasie temat zszedł na moją rodzinę, wspomniałam o Theresie, ale szybko ominęłam to, koncentrując się na jego rodzinie. Dowiedziałam się, że miał starszego brata, Johna, który był starszy od niego o dwa lata i pracował w Los Angeles, przez co nie widywali się za często. Ponad to, ciągnąc go za język, zyskałam informację, że ma dwadzieścia dwa lata, więc był ode mnie starszy raptem o cztery. Przyszedł do naszej szkoły na zastępstwo niemalże od razu po ukończeniu studiów. Brawo za odwagę dla tego pana.
            Gdy byliśmy już we Fresno, rozłożyłam mapę na kolanach, próbując zorientować się gdzie jesteśmy i gdzie powinniśmy jechać. Jak można się domyślić, nie byłam zbyt dobrym nawigatorem, w skutek czego zatrzymywaliśmy się kilkanaście razy, prosząc ludzi o wskazanie drogi do szkoły, w której miał się odbywać konkurs. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta. Spojrzałam na Maximiliana pytająco, a on wyciągnął telefon, dzwoniąc do dyrekcji.
            Okazało się, że większość uczestników (w tym część organizatorów zewnętrznych) miała problem z dojazdem, dlatego godzina rozpoczęcia konkursu zaczęła się coraz bardziej obsuwać. Osoby, które były na miejscu od czwartej, albo i przed, były mocno zirytowane, gdy przyjechaliśmy ponad półgodziny później. A części i tak jeszcze nie było.
            Gdy dojeżdżaliśmy pod szkołę, leciała akurat piosenka Justina Biebera - Christmas Eve. Jako Belieber, nuciłam ją cicho, co wprawiło profesora w niemałe rozbawienie. Widać było, że sam nie przepadał za tym wykonawcą, lecz z szacunku nie powiedział niczego niestosownego ani pod adresem moim, ani Jussa. Znowu zaczął punktować.
            Be my date this Christmas, Eve. Be my holiday, my dream. Lay your head on me. I got you babe. Kissing underneath the tree I don’t need no presents girl. You’re everything I need. Let me give you all of me. Together on this Christmas, Eve...
            - Hej - usłyszałam jego głos, gdy już wysiadałam z samochodu. Odwróciłam się, pochylając do środka i uniosłam brew w przyjaznym, zaciekawionym uśmiechu. - Powodzenia, Eve.
            Rozchyliłam wargi zaskoczona, pozwalając mu odjechać, więc musiałam zatrzasnąć drzwi. Przez jakiś czas stałam na chodniku jak idiotka, nie będąc w stanie się ruszyć. Nikt nigdy nie mówił do mnie Eve. I od tamtego momentu wiedziałam, że nikt oprócz niego, nigdy nie będzie mógł do mnie tak mówić.
            Gdy w końcu ruszyłam się z miejsca, widziałam wszędzie niezadowolone miny. Konkurs powinien trwać od jakiś trzydziestu minut, a nie zapowiadało się, aby miał rozpocząć się w najbliższym czasie. Po kilkunastu minutach znalazłam odpowiednie stanowisko, gdzie wypełniłam formularz zgłoszeniowy, a miła pani zaprowadziła mnie na moje stanowisko. Siadając, spojrzałam na zegar powieszony na ścianie. Było po piątej. Westchnęłam cicho i zaczęłam bębnić długopisem o stół.
            W ciągu następnej godziny zdążyłam opróżnić szklankę wody, pójść do łazienki oraz dolać sobie napoju. Widziałam, że Maximilian też kręcił się na swoim miejscu wśród widowni. Dopiero koło szóstej rozpoczął się konkurs. Czułam, że byliśmy w czarnej dupie i nie wiedziałam jak to wszystko miałam później rozwiązać, ale to później. Najpierw musiałam skupić się na zadaniach konkursowych, a dopiero w następnej kolejności wymówkami dla rodziców - głównie dla dziadków.
            Dwie godziny później zaczęłam nerwowo skubać brzeg swoich spodenek, w czasie, gdy mężczyzna ze znaczną nadwagą wdrapywał się zdyszany na scenę. A w ręce trzymał wyniki konkursu. Nie chodziło chyba nawet o to, że chciałam wygrać dla siebie. Po prostu nie chciałam zawieść profesora Bradly. Dlatego zacisnęłam powieki rozczarowana, gdy odczytano nazwisko osoby, która zajęła pierwsze miejsce. Oczywiście nie było ono moje. Chwilę później odczytano nazwisko osoby, która zdobyła drugie miejsce i poczułam zryw obok siebie.
            - Gratuluję! - wykrzyknął mój nauczyciel, ściskając mnie rozśmiany.
            Spojrzałam na niego otępiała i kiwając głową, weszłam na scenę odbierając srebrną statuetkę oraz dyplom.
            Pół godziny później było już po wszystkim. I było też wpół do dziewiątej. Zaklęłam w myślach i wyciągnęłam telefon. Napisałam mamie sms, że konkurs się przeciągnął i aby nie niepokoić dziadków, zostanę u Cath. Musiałam jej powiedzieć, aby w razie wypadku potwierdziła później moją wersję wydarzeń. Sprawdziłam czy w torebce miałam odpowiednią ilość pieniędzy i z ulgą stwierdziłam, że mogłam wynająć pokój hotelowy na tę jedną noc.
            - Jest późno, rodzice nie będą się martwili? - spytał mężczyzna, wyjeżdżając z parkingu. Swoją drogą zaparkował trzy przecznice od szkoły. Nigdzie wcześniej nie było miejsca.
            Spojrzałam na niego rozbawiona i rzuciłam od niechcenia, iż tę noc postanowiłam spędzić w hotelu. Lepiej było wydać tych kilkanaście dolców na hotel, niż później słuchać od babci iż pora, o której się zjawiłam, zdecydowanie nie była odpowiednia na mój wiek. Pomijając to, że miałam już osiemnaście lat, a babcia w moim wieku była w ciąży z tatą. To wszystko nagle stawało się nieważne.
            Nie wiedziałam, w którym momencie usnęłam, ale obudziłam się dopiero, gdy pontiac się zatrzymał przed małą kamienicą na obrzeżach miasta. Rozejrzałam się zaspanym wzrokiem, po czym spojrzałam na miejsce kierowcy obok mnie, które już było puste. Chwilę później otworzyły się moje drzwi, a nauczyciel pomógł mi wysiąść z samochodu. Bez słowa pozwoliłam się doprowadzić do drzwi, a następnie na górę, pewnie dlatego że jeszcze nie za wiele rozumiałam z zaistniałej sytuacji.
            - Co ja...
            - Prześpisz się u mnie - odparł spokojnie i ściągnął buty, po czym mnie przytrzymał, gdy robiłam to samo.
            Chwilę później przyniósł mi czarną koszulkę z napisem "live fast die young". Spojrzałam na niego unosząc brwi, po czym weszłam do łazienki. Przez chwilę rozważałam opcję prysznica, po czym doszłam do wniosku, że byłam zbyt zmęczona. Ponad to, gdybym wróciła do domu pachnąc męskim żelem pod prysznic, babcia chyba wylałaby na mnie tyle wody święconej, ile tylko dałaby rady zdobyć. A gdyby wyszło na jaw, że to mój nauczyciel? Egzorcysta gwarantowany.
            Dlatego też po założeniu koszulki, zsunęłam z siebie spodenki. Przez chwilę się nad tym wahałam, lecz ostatecznie bluzka i tak była na tyle długa, że nie było widać różnicy. Przeczesałam rude loki palcami i wyszłam z łazienki z cichym westchnieniem. Czułam się trochę niezręcznie w mieszkaniu tak naprawdę obcego faceta, niemalże naga. Ale z drugiej strony czułam ten supeł podniecenia zaciskający się w dole podbrzusza.
            Gdy weszłam do salonu, poczułam jak serce wykonało obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Maximilian stał, a raczej pochylał się nad rozłożoną kanapą, układając poduszki. Miał na sobie jedynie długie spodnie od piżamy, przez co mogłam przyglądać się pracy mięśni jego ramion oraz brzucha. Wciągnęłam głośno powietrze, co widocznie przykuło jego uwagę, ponieważ podniósł się zakłopotany. Lecz gdy zobaczył mnie, jego oczy się rozszerzyły, a klatka piersiowa nagle uniosła. Oblizałam wargi niemalże w tym samym momencie co on i powoli podeszłam do kanapy, a Bradly ruszył w moją stronę, widocznie chcąc wyjść.
            I gdy chciał mnie wyminąć, poczułam jak jego tors otarł się o moje piersi. Efekt małych mieszkań - mało miejsca. Oboje wciągnęliśmy głęboko powietrze i dopiero po chwili odważyłam się podnieść wzrok. Spotkałam jego karmelowe oczy, patrzące na mnie z taką intensywnością, iż przestąpiłam z nogi na nogę, w skutek czego, ponownie się o niego otarłam.
            - Maximi..
            - Max. Do cholery, po prostu Max - szepnął tak głębokim głosem że od samego jego brzmienia, poczułam zawroty głowy.
            - Max - szepnęłam cicho, patrząc na jego usta, a po tym jak się rozchyliły, wiedziałam, że podobał mu się ten dźwięk.
            Wiedziałam, ponieważ robiłam to samo, gdy mówił do mnie. Zrobiłam to samo, gdy po raz pierwszy powiedział Eve, dlatego też wiedziałam, że nikt więcej nie będzie mógł do mnie tak mówić. To było coś jego, nasze. Im dłużej wpatrywałam się w jego wargi, tym szybciej oddychałam i widziałam, jak jego klatka piersiowa poruszała się równie szybko co moja. Niemalże byłam pewna wokół czego biegły jego myśli. Możliwe, że tak samo jak ja, zastanawiał się, co my właściwie wyprawialiśmy. I co powinniśmy robić dalej.
            - Eve... - Jego głos wyrwał niemalże jęk z mojego gardła, a żeby się nie przewrócić, musiałam oprzeć dłonie o jego tors. Czułam, że w każdej chwili mogłam upaść.
            - Max...
            Niczego więcej nie było potrzeba. Niemalże od razu poczułam jego wargi na swoich, przez co je rozchyliłam, przyjmując jego pocałunek. Z początku był mocny, łapczywy, lecz z czasem tracił na sile, stając się czuły i delikatny. Objęłam go za szyję, gdy on otulił ramionami moją talię. Jego język był pewny, lecz jednocześnie nie zuchwały. Jakby za każdym razem pytał o pozwolenie, którego nie potrafiłam odmówić. Zamruczałam czując rozkoszne dreszcze, które zaczęły przechodzić wzdłuż ciała i wiedziałam, że nie powinno to się było wydarzyć.
            Lecz tak bardzo tego chciałam. Przeczesałam palcami jego włosy i były one tak miękkie, jak puch. Przymknęłam powieki, czując jak jego silne ręce, przycisnęły mnie mocniej do siebie, a czując go tak blisko, wydałam z siebie cichy, przeciągły jęk, co nie pozostało bez odzewu. Poruszył się delikatnie, przez co bardziej go poczułam, po czym się podniósł na kolana. Przeczesał włosy palcami, a gdy podparłam się na łokciach, pochylił się, składając na moich wargach słodki pocałunek.
            - Śpij dobrze, Eve - wyszeptał, a jego oddech pozostawił przyjemną mgiełkę na moich ustach.

            Po jego wyjściu jeszcze przez długie godziny nie potrafiłam zasnąć.

Eight

Teraźniejszość

            Minęło kilka dni, zanim wpadłam na genialny pomysł iż należałoby w końcu posprzątać syf, który zrobiłam w mieszkaniu. W pracy nie widzieli mnie od dwóch dni, a mój telefon milczał jak zaklęty. Było to jednocześnie miłe i niepokojące uczucie. Tradycyjnie się nie wyspałam, co nie było żadną nowością w ciągu kilku ostatnich lat. Atak zerwał mnie z łóżka koło szóstej nad ranem i już nie dałam rady usnąć. Serce waliło tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć, a ból w podbrzuszu wzmógł się tak mocno iż krzyknęłam. Prawie jak kolejny atak.
            Sięgnęłam do szafki po leki i zaklęłam w duchu, przypominając sobie iż ostatnim razem wzięłam ostatnią. A naprawdę nie marzyłam o tym, aby w takim stanie iść do apteki, lecz mus to mus i wyjścia nie ma. Ubrałam zdecydowanie za duży sweter, który kupiłam wracając z pracy w sklepie z używaną odzieżą oraz również stamtąd, spodnie dresowe. Czułam się jak jedno wielkie gówno i nie zamierzałam się starać wyglądać lepiej. Nie miałam ani potrzeby, ani osoby, dla której miałabym to robić. Upięłam włosy w luźny kok, wsuwając na stopy trampki i otuliłam się puchową kurtką, którą w końcu wygrzebałam z szafy. Zima szła wielkimi krokami i robiło się coraz chłodniej.
            Świadoma tego, jak bardzo komicznie musiałam wyglądać, wyszłam z klatki schodowej, ściskając w dłoni receptę i portfel, który nie mieścił się w kieszeni razem z kluczami i telefonem, który ciążył mi ponad miarę. Za każdym razem, gdy słyszałam standardowy dzwonek, w który zaopatrzył telefon jego twórca, podskakiwałam przerażona. Zdecydowanie musiałam odpocząć i przestać bać się własnego cienia. Co się miało dziać, dziać się powinno. Zrobiłam co mogłam, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, a dalej samo jakoś powinno się potoczyć. Jednakże miałam nadzieję, że mimo wszystko powinno potoczyć się po mojej myśli. Konfrontacja była ostatnią rzeczą, do której dążyłam w ciągu ostatnich lat.
            Wchodząc do apteki, poczułam to samo uczucie, które towarzyszyło mi podczas wchodzenia do budynku wydawnictwa - błogie ciepło. Uśmiechnęłam się, tym samym zmęczonym i ledwo widocznym uśmiechem, po czym ból wykrzywił moje wargi, więc zacisnęłam dłoń na podbrzuszu, co mi zawsze choć na chwilę pomagało. Podeszłam do lady, ponieważ nie było niemalże żywej duszy, nie licząc oczywiście farmaceutki. To było niemalże niespotykane, zawsze w aptece roiło się od babuszek, które przekrzykiwały się, która jest bardziej chora oraz zakatarzonych i zasmarkanych ludzi, którzy wyglądali, jakby się mieli zaraz przewrócić. Nie wątpiłam, że w tamtym momencie sama nie wyglądałam wcale lepiej.
            Położyłam receptę na ladzie i poczułam miękkość w kolanach, więc pozwoliłam sobie usiąść na krześle obok. Wyciągnęłam z portfela banknot o odpowiednim nominale i z trudem podniosłam się, gdy kobieta wróciła z opakowaniem pożądanych przeze mnie leków. Chociaż chwila bez bólu. Przygryzłam dolną wargę i zastanawiałam się, czy gdybym wzięła ich wystarczająco dużo, moje problemy mogłyby się w końcu skończyć, lecz szybko odegnałam te myśli. Byłam uciekinierem oraz byłam niesamowicie naiwna. Ale nie byłam tchórzem. Nie w takim znaczeniu.
            Podziękowałam za tabletki i wyszłam z apteki, czując ponownie otulające mnie, nieprzyjemne zimno. W takich momentach zastanawiałam się, dlaczego wybrałam Nowy Jork. Mogłam uciec do Arizony. Fakt, że była ona znacznie bliżej, ale tam przynajmniej było wiecznie ciepło. Albo mogłam zniknąć w Afryce, tam by mnie nikt nie znalazł. Kraina pustyń, wiele kobiet tam ginie bezpowrotnie. To by było bezpiecznie niebezpiecznie, o ile można było w tym odnaleźć jakikolwiek sens. Ja widziałam i to ogromny. Lecz zaraz potem przypominam sobie, że to było jedynie miejsce, gdzie miałam gwarantowaną pracę od zaraz i to właśnie to skłoniło mnie to takiej, a nie innej decyzji.
            Wciągnęłam wargi, surowo siebie napominając, aby ich nie oblizywać, ponieważ opryszczka z pewnością nie należała do moich ulubionych ozdób ciała. Rozejrzałam się dookoła. Ludzie mnożyli się na ulicach jak mrówki, albo dżdżownice, które wyłaziły po deszczu. Za to nienawidziłam Nowego Jorku, wieczny hałas i totalny brak intymności. Wszyscy byli wszędzie. Ale dzięki temu również dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Było właśnie tyle ludzi iż z łatwością można się było wtopić w tum i dać porwać z nurtem ludzkiej rzeki. Cóż, zabrzmiało to może trochę makabrycznie, ale naprawdę tak to wyglądało.
            Cóż, przynajmniej można było tak zrobić, jeśli nie miało się niemalże czerwono-rudych włosów. Na szczęście po dwóch latach zdążyły wyblaknąć znacznie, bynajmniej w moim odczuciu. Jednakże wciąż nie był to kolor, który nie rzucałby się w oczy. Tak samo jak brąz poprzetykany promieniami słońca. Zwróciłam szybko głowę w prawo, gdzie miałam wrażenie iż je zobaczyłam i przymrużyłam powieki, przeczesując wzrokiem tłum. Już się odwracałam, gdy ponownie miałam to przeklęte wrażenie. Tym razem przystanęłam, aby móc się bardziej skupić.
            Ktoś wpadł na mnie, klnąc przy tym niemiłosiernie, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Zaczęłam mamrotać jakieś przeprosiny, cały czas przeczesując wzrokiem tłum, aż zatrzymałam się na brązowej burzy włosów. Poczułam ucisk w żołądku i nagle wszystko inne przestało istnieć. Zupełnie jakby zatrzymał się czas. Przestałam słyszeć cokolwiek, a wszystko poza włosami stało się szare i całkiem bez znaczenia. Ból też stał się jakby nieobecny. Oddech zatrzymał się w płucach i nie chciał wyjść. Pomiędzy przechodzącymi osobami, co jakiś czas byłam w stanie zobaczyć jego karmelowe oczy i poczułam jak świat zaczyna rozpadać się na kawałki.
            Momentalnie zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec przed siebie ile sił w nogach. Wiedziałam, że się tego nie spodziewał, ponieważ cholera - sama się tego nie spodziewałam. Tak samo, jak nie spodziewałam się go tam zobaczyć. Jakim prawem mnie tam znalazł? Jakim prawem w ogóle tam przyjechał? W biegu wyciągnęłam klucze, próbując znaleźć ten od klatki schodowej, a drżące palce ledwie mogły utrzymać pęk wszystkich razem wziętych.
            - Eve! - usłyszałam za sobą jego krzyk, gdy próbował przedzierać się przez tłum nowojorczyków, jak zawsze śpieszących się gdziekolwiek, byle nie zostać zbyt długo w jednym miejscu. - Cholera jasna, Eve! - krzyczał coraz głośniej, próbując przy tym nie stracić z oczu moich rudych włosów. Dlaczego nie założyłam czapki?!
            Dopadłam do klatki pierwsza i klęłam pod nosem, nie mogąc trafić w nerwach do zamka. Kiedy w końcu udało mi się je otworzyć, wpadłam do środka, od razu zatrzaskując za sobą drzwi. Ruszyłam biegiem na schody i gdy pokonywałam pierwszy zakręt, usłyszałam jak coś uderzyło w drzwi. A raczej ktoś. Widocznie pędził równie szybko jak ja, a znając go - jeszcze szybciej, jeśli pozwolili mu na to mieszkańcy tego kilkumilionowego miasta.
            - Eve, błagam cię! - krzyknął, a ja zacisnęłam wargi, próbując się nie rozsypać.
            Zatrzasnęłam za sobą drzwi mieszkania, od razu ryglując drzwi. Nigdzie już nie było bezpiecznie. Okna? Mogłam zapomnieć o tym, aby się do nich w jakikolwiek zbliżyć. Drzwi też nie były godne zaufania, przepuszczały zbyt wiele dźwięków, choć były względnie szczelne. Lecz zawsze to, co względne, nie jest całkiem pewne.
            Wpadłam do sypialni i rzuciłam się na łóżko, wybuchając płaczem. Przez dwa lata tęskniłam za nim, wspominałam czasy, gdy miałam go na wyciągnięcie ręki, a kiedy w końcu nadarzyła się ku temu sposobność, uciekłam jak dziecko. Albo właśnie zachowałam się jak osoba dorosła. Dziecko działałoby impulsywnie, chciałoby zaspokoić własne pragnienia, a Bóg mi świadkiem, jak bardzo go potrzebowałam. Znowu poczuć otaczające mnie jego ramiona, palce czule przeczesujące włosy i zobaczyć ten czuły uśmiech, który rozświetlał karmelowe oczy chłopaka. Poczuć się znowu bezpieczna i kochana.
            Zadrżałam, targana spazmami płaczu. Przypomniałam sobie te karmelowe oczy, które widziałam raptem kilka minut wcześniej. Nie było w nich już tyle radości, co dawniej. Widziałam w nich tak dobrze mi znaną niepewność i strach o przyszłość. W tamtej chwili nie potrafiłam zrozumieć własnych decyzji. Jak mogłam zrezygnować ze swojego idealnego życia z kimś takim, pozbawiając radości zarówno siebie, jak i jego. A może to nie z mojej winy zniknęła ta cała radość, to szczęście, którym był tak wypełniony? Może to ona coś zrobiła, może to jej coś się stało i on za to obwiniał mnie? To by miało znacznie większy sens niż to, że przyjechał tam dla mnie, a nie przeze mnie. Barbie pewnie dawno mu opowiedziała o wszystkim, nie omieszkując dodać zapewne wymyślonych faktów, aby podkręcić atmosferę. Wiedziałam iż dopilnowała, aby znienawidził mnie całym sobą, nawet, jeśli mnie nie pamiętał. Byłam przekonana, że zrobiła wszystko, aby zniszczyć nawet najmniejsze części uczucia, jakim mnie dążył.
            Ponieważ dążył, prawda? To wszystko nie mogło być tylko ułudą, utopią, która towarzyszyła młodym, porywczym zapędom. Nie mogło to być coś tak nietrwałego jak domek z kart, które zniszczyłby najlżejszy powiew wiatru. To, co budowaliśmy z początku było nietrwałe, bez szans na przyszłość. A mimo to, robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, aby to ugruntować, zacementować i z rozchwianego domu zrobić solidną willę, która pomieściłaby nas w sobie z całym dobytkiem, który ze sobą nieśliśmy. To nie mogła być fatamorgana.
            To wszystko, przez co przeszliśmy oraz to, co dawaliśmy sobie wzajemnie, to nie mógł być żywot płomienia zapałki. Szybkie, intensywne, dające ciepło i światło oraz gasnące chwilę później. Nie byłoby w tym żadnej logiki. Lecz jak można doszukiwać się logiki w związku tak sprzecznym i z gruntu niemożliwym? Doszukiwać się logiki w czymś, co nigdy nie powinno istnieć według wszelkich praw, moralnych, społecznych oraz instytucjonalnych?
            Starłam gniewnie łzy z policzków, wiedząc iż musiałam przestać to robić. Musiałam przestać podważać przeszłość i patrzeć na nią przez pryzmat tego, jak to wszystko się zakończyło. Przeszłość zawitała do teraźniejszości, zaginając tym samym czasoprzestrzeń, co jest z gruntu niemożliwe i podlegające dyskusji tak samo jak efekt deja vu. Podniosłam się z łóżka i wyszłam do przedpokoju, zsuwając z siebie trampki oraz puchową kurtkę, przez którą było mi tak gorąco, jakbym była w saunie.
            Zastanawiałam się gdzie był Max. Czy czatował pod klatką jak szaleniec, mając nadzieję iż wyjdę, czy może odszedł do hotelu, czy też miejsca, gdzie się zatrzymał? Chciałam podejść do okna i sprawdzić, lecz wiedziałam iż było to zbyt ryzykowne. Dopóki nie wiedział, w którym mieszkaniu mieszkałam, oboje byliśmy bezpieczniejsi. Jego zmysły pozostawały niezmącone, a mój spokój niczym nieprzerwany. No, przynajmniej nie dobijaniem się do drzwi. Bałam się tej konfrontacji, ponieważ co miałabym mu powiedzieć? Cześć, jak się masz? Cóż, przepraszam, że wyjechałam, ale to wszystko da się wyjaśnić. A ty co porabiałeś przez te dwa lata? Ożeniłeś się z tą podstępną flądrą?
            Nie, to by brzmiało zbyt żałośnie nawet jak na mnie w tamtym stanie. Dlatego też, aby się uspokoić i odciągnąć swoje myśli od równie samobójczych, co upokarzających czynów, zaczęłam sprzątać. Wyciągnęłam z szuflady worki na śmieci i zaczęłam do nich pakować porwane ubrania, puch z poduszek, potłuczone szkło, połamane obrazy oraz wszystko, co byłam w stanie unieść. Zdewastowany stół ułożyłam w kupce deskami, a na to postawiłam wszystkie worki. Wiedziałam, że powinnam była je wynieść na śmietnik, lecz tego dnia już nie czułam się aż tak pewna swojego bezpieczeństwa w mieście tak wielkim, iż każdy powinien pozostać anonimowy.
            Następnego dnia będzie lepiej.

            Następnego dnia wyrzucę śmieci.