Twenty one

Przeszłość

            Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Cholera jasna.
            Byłam bliska wyrwania sobie włosów z głowy. Pociągnęłam je we wszystkie strony, przyglądając się z frustracją swojemu odbiciu w lustrze. To był ten dzień. Dzień, kiedy miałam pokazać, na co mnie stać i dostać możliwość robić to na skalę światową. Ta perspektywa mnie przerażała i podniecała jednocześnie.
            Był tylko jeden problem - panikowałam.
            Od momentu, w którym się obudziłam, skręcałam się w sobie na myśl o pokazie. Nogi mi się plątały, a nic nie było w stanie przejść przez moje usta, nie wspominając już o przełyku. To było straszne. Całkowicie. Dlatego też poszłam pobiegać, chcąc wyrzucić z siebie całą złą energię. Cath mówiła, że jej to pomaga. Byłam tym zaskoczona, ponieważ nigdy nie widziałam jej ćwiczącej na wf'ie i podejrzane było to, aby można było zobaczyć ją od tak biegającą po ulicy. Później się dowiedziałam, że zerwała ze Scottem. BAM! Zagadka rozwiązana.
            Tak czy siak postanowiłam wypróbować ten sposób, więc zarzuciłam na siebie luźne ubrania i wybiegłam z domu. Biegnąc chodnikiem starałam się nie myśleć o tym, że musiałam pokazać z siebie sto procent podczas przesłuchania. Nie mogłam pozwolić sobie na to, aby choć raz podwinęła mi się noga i nie dlatego, że konkurencja była tak ostra (choć była), lecz dlatego, że nie miałam trenera. Nie miałam nikogo, kto mógłby się wkupywać w cudze łaski, lizać tyłki jurorom, czy też samemu siadać w komisji. Zostałam sama z tym całym syfem i to na własne życzenie. Jestem żałosna. Skręciłam za róg, ciągnąc za sobą nogę za nogą, przemierzając kolejne metry. Po dwóch kilometrach byłam bliska wyplucia płuc. Nie miałam kondycji i zapomniałam od tego, aby nie zaczynać sprintem. Straciłam równowagę i wpadłam w krzaki. Rzygałam.
            Usiadłam na krawędzi krawężnika, chowając głowę między udami i stałam się złapać oddech. Wciąż kręciło mi się w głowie, a pot zrosił moje ciało. Czułam jak każdy mięsień pulsował, paląc żywym ogniem, lecz jednocześnie nie czułam niczego oprócz tego. Całkowita pustka. Totalne otępienie. Przyjemne zmęczenie. Próbowałam się podnieść, lecz nie znalazłam w sobie ani krzty siły. Nic nie szkodzi, przyjemnie siedziało się na krawężniku. Powieki same opadały w dół, ale to nie ważne, nie miałam nic przeciwko. Było to niemalże rozkoszne. Mimo palenia w płucach, szumieniu w głowie i niemalże bezwładowi mięśni.
            To wszystko nie miało znaczenia przy rozkosznej, błogiej pustce, która mnie ogarnęła.
            Poczułam jak chłodne krople spływają mi po karku i znikają pod koszulką, spływając wzdłuż kręgosłupa, jedna po drugiej. Kojący, przyjemny chłód w parny poranek. Lodowate, powodujące dreszcze przy zetknięciu w rozgrzaną skórą. Jak to możliwe, abym pociła się lodem? Może jakikolwiek z wodą w tym upale wydawał się orzeźwiający. Nie, żebym kiedykolwiek słuchała na biologii w szkole, ale coś mi tu nie pasowało. Powoli podniosłam do góry ociężałą głowę, a na ustach sam pojawił się leniwy uśmiech.
            - Hej - szepnęłam przeciągle, przymrużając powieki pod wpływem rażącego oczy słońca.
            - Wyglądasz jak kupa nieszczęścia, kochanie - westchnęła Cath, siadając obok mnie. - Co tu robisz? - spytała podając mi butelkę zimnej wody, która wręcz nią opływała. Zimny pot? Jaaaasne.
            - Biegałam - westchnęłam przekręcając nakrętkę. - I chyba zarzygałam ci ogródek - dodałam upijając łyk napoju.
            - Fuu, jesteś okropna - jęknęła trącając mnie ramieniem.
            - Ta, wiem.
            - Co jest?
            - Mmmm? - wymamrotałam przełykając kolejny łyk życiodajnej substancji.
            - Biegasz. Lynn, kiedy ostatni raz biegałaś z własnej, nieprzymuszeniewuefowo woli? - spytała przechylając głowę na bok.
            Spojrzałam na asfalt, który rozciągał się między moimi nogami. Prawda była taka, że nie mogłam sobie tego przypomnieć. Sama do dzisiejszego ranka nie rozumiałam jak można biegać dla przyjemności. To chore i męczące. I byłam przekonana, że wcale nie wyglądałam zniewalająco seksownie, jak kobiety na filmach. Byłam spocona, czerwona i z pewnością moje włosy przypominały gniazdo szerszeni, albo chociaż miejsce, w którym mógłby zamieszkać szop pracz. Ohyda. Mimo to postanowiłam, że spróbuję biegać częściej. Ta pusta w głowie i całkowite zmęczenie - to było coś przyjemnego w tym wszystkim.
            - Stresuję się konkursem - westchnęłam, oblizując spierzchnięte wargi. Upiłam kolejny łyk.
            - Tylko?
            - Mhmmm.
            - Od kiedy stresujesz się tańcem, kochanie? Robisz to odkąd pamiętam. Na imprezach nie można cię ściągnąć z parkietu, a nikt nie może oderwać od ciebie wzroku. Tańczysz, kiedy tylko możesz - ciągnęła Cath, przyglądając mi się z widoczną troską. - Możesz ten kit wciskać każdemu, komu tylko zapragniesz ale nie mnie, bo znam cię za dobrze, aby w to uwierzyć. No i nie Luke'owi, on chyba też by cię zbyt szybko rozgryzł. Więc co się dzieje, skarbie?
            Przygryzłam mocno dolną wargę i wzięłam głęboki oddech. Ciągle po głowie chodziła mi rozmowa z Lucasem na temat moich uczuć i tego, że czas najwyższy je rozwiązać. Prawda była taka, że się tego panicznie bałam. Wypracowałam sobie doskonałą zdolność do unikania Maxa przez cały czas w ciągu szkoły, więc w tamtym momencie myśl o konfrontacji z nim całkowicie mnie przerażała. Co miałabym mu powiedzieć? Zgodziłam się na układ, że to co było, było błędem. Kazałam mu zapomnieć. I nagle co? Miałabym stanąć przed nim i powiedzieć "cześć, wiesz co? Nie mogę zapomnieć. Sorry, próbowałam, ale coś nie pykło. To tyle, siemanko". Taaa, jasne, już to widzę. Samo stanięcie z nim twarzą w twarz wydawało mi się niemożliwe, a rozmowa? O uczuciach? To byłoby czyste szaleństwo. Wyszłabym na kompletą idiotkę, mówiąc o tym wszystkim jemu, swojemu NAUCZYCIELOWI! Po co? Aby oczyścić swoje sumienie? Aby przekonać się, że to przeszłość, błąd, który nigdy nie powinien się wydarzyć? Nie byłam przekonana, czy to wszystko było tego warte.
            - Pogubiłam się - szepnęłam w końcu, przygryzając koniuszek języka i spojrzałam na drugą stronę ulicy w zamyśleniu. - Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Mam wrażenie, że już sama siebie nie rozumiem - dodałam zrezygnowana, wzruszając dodatkowo ramionami.
            - Tego się domyśliłam. Nigdy, przenigdy, gdybyś była przy zdrowych zmysłach, nie byłabyś z Brandonem - odparła, śmiejąc się cicho.
            - Czy to jest dla was wszystkich takie oczywiste? - jęknęłam żałośnie, spoglądając przez ramię na przyjaciółkę.
            - Tak, chyba tak - odparła, unosząc barki. - On nawet nie jest w twoim typie, kochanie.
            - A jaki jest mój typ? - spytałam z zadziornym uśmieszkiem, który wpełzł na moje usta.
            - No nie wiem. Z charakteru uwielbiasz Lucasa, ale jak brata...
            - Uwielbiam go jako mężczyznę, wiesz o tym...
            - Ale nie wystarczająco, wiem, wiem - powiedziała przewracając oczami z widocznym rozbawieniem. - Z pewnością nie Brandon... nie wiem... chyba Bradly...
            Zakrztusiłam się wodą.
            - ...byłby w twoim typie.
            Wyplułam to, co miałam w ustach.
            - Jest za stary - rzuciłam, starając się aby mój głos nie brzmiał zbyt piskliwie.
            - Jest starszy raptem o kilka lat, dzieciaku. Lubisz takich.
            - Luke jest w moim wieku.
            - Luke nie jest w twoim typie, to już ustaliłyśmy.
            Jęknęłam żałośnie.
            - Poza tym, wiesz... ten Bradly jest całkiem seksowny. Nie pogardziłabym, gdyby przyniósł mi śniadanie do łóżka ubrany tylko w...
            - Ble, stop, przestań! - pisnęłam, zasłaniając uszy dłońmi.
            Szczerze? Od razu przypomniałam sobie to, jak obudziłam się w jego mieszkaniu, a na stole w kuchni czekało na mnie śniadanie. Nie, nie pogardziłabym powtórką z rozrywki.
            - Od kiedy Lynn, powszechnie znana famme fatale, jest taką świętoszką? - spytała zaczepnie przyjaciółka.
            - Po prostu zawieź mnie do domu, bezbożnico - rzuciłam, machając butelką w kierunku garażu.
            - Mmm, czy to fabuła jednego z tych fil...
            - IDŹ! - warknęłam, próbując powstrzymać śmiech. - Potrafisz być strasznym wrzodem na dupie.
            - Do usług, kochanie!
            Skinęłam głową, próbując opanować senność. Tak, zdecydowanie nie było dobrze zmęczyć się tak całkiem, tuż przed konkursem, który wymaga właśnie koncentracji i wysiłku fizycznego. Potrzebowałam prysznica. Zimnego, orzeźwiającego. Męskiego. STOP. Cholerna Cath.
            Obiecałam Lucasowi, że porozmawiam z Maxem. Miałam ochotę za to kopnąć się w twarz, lecz prawda była taka, że byłam to winna i jemu i Maxowi i samej sobie. Cholera jasna, w co ja się właściwie wpakowałam? Zacisnęłam wargi, wypuszczając drżący oddech i przewróciłam butelką w dłoniach. Wypiłam duszkiem to, co zostało w środku i podniosłam się, w tym samym momencie, w którym samochód przyjaciółki podjechał do krawężnika.

* * *

            Zimne strumienie wody otulały moje ciało, przyjemnie chłodząc i relaksując zmęczone mięśnie. Mogłabym tak stać pod prysznicem godzinami i rozkoszować się tym uczuciem. Wzięłam głęboki oddech, wyciągając twarz w stronę płynącej wody. Czułam jak woda opływała moje ciało, otulała je i porywała. Odgarnęłam do tyłu mokre kosmyki włosów, a na wargach uśmiech pojawił się znikąd. W głowie zaczęła lecieć piosenka 3 doors down - let me go. Wzięłam głęboki oddech, starając się odegnać wspomnienie twarzy Maxa, gdy przyszłam do niego po olimpiadzie. Zacisnęłam wargi, przeklinając go w duchu. To miało być o wiele łatwiejsze.
            Kiedy w końcu wyszłam z łazienki, usiadłam na łóżku, wypuszczając powietrze. Spojrzałam w stronę szafy widocznie zrezygnowana i jęknęłam. Nie miałam zielonego pojęcia, co powinnam ubrać, aby dobrze się zaprezentować. Ubrania do ćwiczeń odpadały - wygodne, ale nie estetyczne. Ubrania wyjściowe także - estetyczne ale nie wygodne. Lecz jedno było pewne - nie mogłam pójść w ręczniku. A może mogłam?
            Ubrałam bieliznę i wymknęłam się z sypialni, wchodząc do pokoju rodziców. Otworzyłam szafkę i kucnęłam, przeglądając ubrania mamy, gdy nagle usłyszałam za sobą chrząknięcie. Podskoczyłam i upadłam na tyłek, spoglądając w stronę drzwi z wielkimi, zaskoczonymi oczami.
            - Mmm, cześć tato - mruknęłam, czując, że rumieńce zaczęły pokrywać moje policzki. Byłam jedynie w bieliźnie.
            - Bałem się, że zaginęłaś. Rano cię nie było - odparł, wchodząc do środka niczym niezrażony. W końcu to on co rano wyciągał mnie z łóżka.
            - Musiałam to wszystko przemyśleć. No wiesz, oczyścić umysł - westchnęłam, nieznacznie wzruszając ramionami.
            Uniosłam nieznacznie kącik ust, gdy tato przeszedł obok i usiadł obok, obejmując mnie ramieniem. Przez jakiś czas siedzieliśmy tak w milczeniu, każde pochłonięte swoimi sprawami. Zapomniałam już o skrępowaniu, po prostu zamykając oczy i pozwalając działać temu rodzicielskiemu poczuciu bezpieczeństwa. Oblizałam wargi i ponownie westchnęłam, mocniej wtulając się w bohatera mojego dzieciństwa.
            - Boisz się? - usłyszałam niski szept i zaśmiałam się cicho.
            - Jak diabli - jęknęłam, mocniej wciskając twarz w jego ramię.
            - Chcesz o tym porozmawiać?
            Przygryzłam dolną wargę i skinęłam głową. Chciałam móc z kimś w końcu porozmawiać, lecz nie miałam pojęcia jak miałabym zacząć tę rozmowę. Tego chyba nie dało się zrobić. A tata nie naciskał. Kochałam go za to. Za to, że nie musiałam udawać kogoś, kim nie byłam. Mogłam być nieśmiałą dziewczynką i byłam taką akceptowana. Nie musiałam radzić sobie ze wszystkim, ponieważ prawda była taka, że nie radziłam sobie z niczym. Dlatego też zacisnęłam powieki, pozwalając łzom płynąć po policzkach. Myślałam, że sobie z tym wszystkim poradziłam. Że to odeszło, ale prawda jest taka, że najbardziej bolą te kłamstwa, którymi sami siebie karmimy i choć usta potrafią omijać prawdę, to ona zawsze jest widoczna w oczach. Nie miałam już siły zaprzeczać temu, co było widoczne w moich.
            Drżałam, płacząc bezdźwięcznie, bezpiecznie schroniona między ramionami jedynego mężczyzny, który chciał chronić mnie zawsze i mimo wszystko. Jedynego mężczyzny, któremu miałam odwagę ufać. Czułam jak wolną ręką kojąco przesuwał po moich plecach, co działało uspokajająco. Jakiś czas później zauważyłam, że już przestałam płakać, a oddech nie był urywany. Odsunęłam się nieznacznie od taty i spojrzałam mu w oczy.
            - Dziękuję - szepnęłam, przygryzając mocno dolną wargę.
            - Nie ma za co, księżniczko. Też uważam, że ta rozmowa była owocna - powiedział to tak spokojnie, że nie mogłam się nie roześmiać.
            - Dokładnie tato, też tak sądzę - wydusiłam pomiędzy spazmami śmiechu.
            - Okey, a teraz na poważnie - westchnął, wciągając mnie na kolana i jęknęłam głośno, jeszcze co jakiś czas czkając. - Wiem, że wiesz, że możesz zawsze porozmawiać ze mną, albo z mamą, ale wiesz co, skarbie?
            - Mmm?
            - Wiem, że dorastanie to taki czas, kiedy musisz podejmować najważniejsze decyzje w życiu, nie mając o nim zielonego pojęcia, lecz bez względu na to, co teraz dzieje się w twoim życiu, chciałbym abyś pamiętała o dwóch rzeczach - wypowiedział to z ojcowską czułością, przeczesując palcami przez moje włosy. - Pierwszą z nich jest to, żebyś zawsze była sobą i nigdy się tego nie wstydziła, ponieważ oryginał zawsze jest lepszy niż kopia. Jeśli innym to nie odpowiada, to trudno. Życie to coś więcej niż zadowalanie wszystkich wokół, dlatego nigdy nie wstydź się tego, że chcesz być szczęśliwa. Nigdy nie wahaj się po to sięgnąć, bo później będziesz żałować, że spróbowałaś.
            - A to drugie? - szepnęłam, czując jak gardło zaczęło mi się zaciskać ze wzruszenia.
            - O niektóre osoby trzeba walczyć za wszelką cenę. O niektórych trzeba po prostu zapomnieć - dodał ciszej.
            Skinęłam głową, patrząc martwym wzrokiem w punkt po drugiej stronie pokoju, czując jak oczy znowu zaczęły mi zachodzić łzami. Zawsze byłam osobą bardzo dumną i nie pozwalałam sobie na pokazanie słabości. Nie walczyłam nawet o Luke'a, po prostu łatwiej było to skończyć. Wszyscy zawsze musieli walczyć o mnie, ponieważ tak było prościej. Nie byłam pewna, czy byłabym w stanie to zrobić. A jeśli nawet, to skąd mam wiedzieć o kogo warto się starać, a o kogo nie?

* * *

            Ostatecznie mama pożyczyła mi swoje body. Od razu je pokochałam. Uwielbiałam delikatny, czarny materiał, który otulał moje ciało, podkreślając krągłości i doskonale maskował sportowy stanik, który miałam pod spodem. Niby coś zwykłego, lecz wyglądały zniewalająco, tym bardziej ze szmaragdowym kordonkiem, który zdobił brzegi. Upięłam włosy do góry w luźnym koku, a niektóre zbuntowane kosmyki spływały na moje ramiona. Przymrużyłam powieki, przyglądając się sobie w lustrze i sięgnęłam po wodoodporne kosmetyki. Zrobiłam cienkie kreski na górnych powiekach, pociągnęłam rzęsy tuszem oraz przeciągnęłam kredką po wewnętrznej stronie dolnych powiek. Na usta nałożyłam trochę błyszczyku i uśmiechnęłam się nieznacznie. Całkiem nieźle.
            Po wyjściu z łazienki, ubrałam ciemne baletki, wiążąc je wysoko na łydkach (nie powiem jak ciężko było zaleźć czarne baletki) i zeszłam na dół, przerzucając sobie przez ramię torbę z rzeczami do szkoły.
            - Gotowa! - zawołałam ostatni raz sprawdzając telefon i wrzuciłam go do torby, dodając do niego klucze od domu.
            Chwilę później z salonu wystrzeliły dwa pociski, które innym razem nazwałabym swoimi rodzicami. Podniecenie iskrzyło w ich oczach, przez co miałam ochotę się roześmiać. Kto tutaj był tym odpowiedzialnym? Uśmiechnęłam się promiennie, widząc ich ekscytację i przechyliłam głowę na bok, czekając na jakąkolwiek reakcję.
            - Wyglądasz olśniewająco - powiedzieli jednocześnie, przez co wybuchłam śmiechem.
            - Gdybym was nie znała, pomyślałabym, że jesteście bliźniakami - odparłam, lustrując ich wzrokiem. - Dwujajowymi.
            - Mhmmm, pakuj swój niebliźniaczy tyłek do samochodu, bo jeszcze się spóźnisz - rzuciła mama roześmiana i pocałowała tatę czule. - Trzymaj za nią kciuki.
            - Nie mam zamiaru - westchnął, podchodząc do mnie i przyciągnął bliżej siebie. - Moja księżniczka nie potrzebuje szczęścia, aby to wygrać - dodał z dumą w głowie i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
            - Kocham was - szepnęłam z uśmiechem i pocałowałam oboje w policzki, po czym wyskoczyłam z domu, wrzucając torbę na tylne siedzenie samochodu.
            Ruszyłyśmy w tym samym momencie, w którym zapięłam pasy. Wyglądałam podekscytowana przez okno, kręcąc się na swoim siedzeniu, co jakiś czas zmieniając stacje radiowe. No dobra, prawie cały czas. W końcu znalazłam coś z żywą muzyką i zostawiłam to. Głowa przeskakiwała mi z jednej strony na drugą i z powrotem. Nie potrafiłam pozbyć się uśmiechu, który pojawił się na moich ustach i przeplatałam nogi średnio dziesięć razy na minutę.
            - Boże, Veronica, masz owsiki? - spytała mama, przez co się roześmiałam.
            - Podejrzewałam nadmiar endorfin, ale to też jest spoko - odparłam, przez co obie się roześmiałyśmy.
            - Uważasz, że posiadanie masy robactwa w tyłku jest spoko? - rzuciła mama, spoglądając na mnie.
            - O Boże, nie! Przestań, jesteś okropna! - jęknęłam i nagle poczułam, że chce mi się siku. Ow-siki. Świetnie. Dzięki mamo!
            - Ty uznałaś, że to jest spoko.
            - Ta, dzięki. Cóż, zmieniłam zdanie - mruknęłam, znowu kręcąc się na siedzeniu.
            - Kobieta.
            - Emm, facet?
            - Matka - podrzuciła i wywróciłam oczami z rozbawieniem.
            Gdy skręciłyśmy za rogiem, rozpoczął się teren szkoły, a ja pisnęłam podekscytowana. Chciałam już zobaczyć listę i dowiedzieć się, która będę w kolejce. Miałam nadzieję, że nie pierwsza. A może w sumie to byłoby najlepsze. Z pewnością nie chciałam być ostatnia, bo wtedy najtrudniej się wybić. Ale też najłatwiej zapadało się w pamięć. Nie miałam pojęcia czego chciałam, oprócz tego, że chciałam dać z siebie wszystko.
            A chwilę później zamarłam. Mama wjechała na parking, lecz ja mogłam tylko patrzeć na czarnego pontiaca. Serce przestało pompować krew. Oddech ugrzązł mi w gardle. Świat się zatrzymał. Strach powrócił. Wiedziałam, że musiałam się z nim zmierzyć, lecz to nie była odpowiednia chwila. Gdy samochód się zatrzymał, z ulgą stwierdziłam, że Maxa, profesora Bradly'a nie było w aucie. Egzekucja odroczona, wysoki sądzie.
            Spojrzałam na mamę i wzięłam głęboki oddech.
            - No to idę - powiedziałam, siląc się na spokojny uśmiech.
            - Będziesz wspaniała - odparła, pocierając kciukiem moją dłoń. - Jak zawsze.
            - Takie geny - wzruszyłam niby obojętnie ramionami, przez co obie się zaśmiałyśmy.
            - Veronica? - szepnęła mama, gdy sięgałam już do klamki.
            - Mmm?
            - Szczerość to jedyna zaleta, za którą ludzie mogą cię znienawidzić.
            - Słucham? - szepnęłam czując się tak, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch.
            - Jesteś nieswoja i, kochanie, widzę to. Wszyscy to widzą i powiem to, ponieważ cię kocham i wiem, jak ważny jest dla ciebie taniec - ciągnęła, spoglądając na jakiś punkt, utkwiony daleko przed samochodem. - Nie zatańczysz dobrze, jeśli tego nie załatwisz. Będzie to zaprzątać ci głowę i coś schrzanisz, słoneczko. Cokolwiek leży ci na sercu, wyrzuć to. Cokolwiek to jest, zasługuje na to, aby zostać uwolnione i nie bój się tego. Zawsze bądź szczera i nie obracaj się, aby zobaczyć co inni na to. Szczerość to jedyna zaleta, za którą ludzie mogą cię znienawidzić.


* * *

            Cały czas w głowie obijały mi się słowa mamy. Musiałam to zrobić. Była już chyba czwartą osobą, która mi to powtarzała, a więc coś musiało w tym być, prawda? Jeśli chodzi o listę - byłam pierwszą po przerwie, co oznaczało, że miałam jakąś godzinę na przygotowanie się do występu. I znalezienie Maxa, aby wszystko sobie wyjaśnić. Szczerze? Miałam nadzieję, że pierwsze zajęcie nie pozostawi mi czasu na to drugie. Sala gimnastyczna oczywiście była zajęta - to tam odbywały się eliminacje. Było osiem uczestniczek. Trzy ze szkolnego kółka tanecznego, cztery z różnych klubów tanecznych i ja. Wiedziałam, że jury będzie krytyczne wobec mnie - jako jedyna nie miałam trenera. Byłam piąta na liście. Nie wiedziałam co to miało znaczyć, lecz chyba nie było źle. Nie przekreślili mnie od razu. Chyba.
            Przed salą stały dwie pierwsze uczestniczki. W małej sali ćwiczyły trzy z kółka tanecznego. W szatniach ćwiczyły pozostałe dwie. Nie miałam miejsca dla siebie. Przeklęłam w duchu i wrzuciłam torbę do szafki, zatrzaskując ją z hukiem. Fantastyczne nastawienie, huh? Zerwałam folię ze spodniej wersji baletek, bojąc się, że mogłabym się przewrócić. Nakleiłam ją przed wyjściem, nie chcąc ubrudzić materiału, lecz to szkoła - nie mogłam ubrudzić ich bardziej niż na sali. Wzięłam ze sobą telefon i spojrzałam na godzinę. Za pięć minut miała wejść pierwsza uczestniczka. Poszłam poszukać miejsca na ćwiczenia.
            Wysłałam Cath sms, czy nie ma jakiegoś genialnego pomysłu i poszłam do łazienki. Zrobiło mi się niedobrze z nerwów, lecz nie miało to nic wspólnego z występem. W sumie ze wszystkim, oprócz występu. Że też tego dnia rodzicom musiało się wziąć na te ich mądre sentencje. Kochałam ich i ich rady życiowe. Oraz wyczucie czasu. Oparłam czoło o lustro i odkręciłam wodę, płucząc dłonie w chłodzie. Następnie je wytarłam i wyszłam na korytarz, mrużąc powieki. Lekcje się już zaczęły, więc tylko kilka osób kręciło się bezczynnie to tu, to tam. Skoro i tak niewiele mogłam zrobić, chciałam chociaż znaleźć Maxa i z nim porozmawiać. Ruszyłam w stronę sali 369. Mimowolnie pomyślałam o tym, jak wiele lekcji psychologii ominęłam w ostatnim czasie. Pociągnęłam za klamkę, która nie chciała ustąpić. Oblizałam wargi i spróbowałam jeszcze raz. Zamknięte. Miałam cholerną nadzieję, że nie zamknął się w środku aby obściskiwać się z tą blondyną od francuskiego. Okey, mdłości zawitały ponownie.
            - Lynn! - usłyszałam aksamitny głos przyjaciółki i odwróciłam się w jej stronę. Machała kluczem, przyczepionym do typowego dla szkoły, drewnianego breloczka.
            - Znalazłam salę, w której mogłabyś ćwiczyć - odparła z promiennym uśmiechem. I wiecie co? Wcisnęła klucz do zamka od salo 369. Zabawne, nie?
            - Umm, dzięki - westchnęłam, unosząc kącik ust do góry i wsunęłam się do środka, gdy tylko drzwi się otworzyły.
            - Wyglądasz pięknie. Z pewnością zrobisz na nim wrażenie - rzuciła radośnie.
            - Nim?
            - Nich! Miałam na myśli ich, jury - dodała pośpiesznie i wyruszyła ramieniem.
            Dlaczego jej nie wierzyłam?
            Od razu zabrałyśmy się za rozsuwanie ławek na boki, aby na środku stworzyć potrzebną do tańca przestrzeń. Rzuciłam okiem na salę i podeszłam do biurka, kładąc na nim telefon, przeszukując pliki, aby znaleźć odpowiednią piosenkę. Gdy już to zrobiłam, pogłośniłam i wróciłam na środek pomieszczenia. Przymknęłam powieki, czując jak z każdym głośniejszym brzmieniem, dźwięki wnikały we mnie z coraz większym natężeniem, aż byłam nimi przepełniona. Czułam wibracje w całym ciele i pozwoliłam się nim ponieść. Każdy ruch był zsynchronizowany, płynny i rytmiczny.
            Obrót. Skok. Każda figura wydawała się być tak naturalna, nie wymagała myślenia. Nie potrafiłam myśleć. Jedyne co czułam, to była muzyka. Płynne dźwięki otulały mnie, jak jedwab, kusząc i zachęcając do poddania się jej. Nie musiała dwa razy powtarzać. Wspięłam się na palce, odchylając głowę do tyłu i wtedy to się stało.
            Zobaczyłam jego twarz, wargi przyciśnięte do moich, ciepły oddech i przyjemny ciężar ramion, otaczających mnie z każdej strony. A później przyszedł ból. Ból tak intensywny, że musiałam zgiąć się w ból. Wydałam stłumiony jęk, gdy kolana uderzyły o podłogę i wcisnęłam pięść w brzuch, starając się nad tym zapanować. To nie mogło się dziać. Nie w tamtej chwili. Próbowałam zaczerpnąć powietrza, ale czułam się tak, jakby ktoś wyssał cały tlen z atmosfery.
            Musiałam się stamtąd wydostać.
            - Lynn! Lynn! - usłyszałam przerażony krzyk przyjaciółki, która znalazła się obok mnie na kolanach. Uniosłam na nią oczy, chcąc coś powiedzieć, lecz żadne słowa nie wypadły z moich ust. - Pielęgniarka, jasne - rzuciła i zerwała się na nogi.
            Złapałam ją za kostkę i ledwo zauważalnie potrząsnęłam głową. Zdecydowanie nie potrzebowałam teraz robić wokół siebie szumu, tym bardziej medycznego. Jeszcze by mnie nie dopuścili do eliminacji, a to by było najgorsze.
            - Wody - wychrypiałam i rozluźniłam palce, obejmując nogi ramionami.
            Cath pokiwała energicznie głową i wyleciała z sali. Chwilę później zawroty głowy i otumaniający ból ustał na tyle, że mogłam wstać na nogi. Oparłam się o jedną z ławek, oblizując spierzchnięte wargi. Wiedziałam, że w takim stanie nie mogłam dać z siebie wszystkiego na eliminacjach. Wypuściłam powietrze długo wstrzymywanie w płucach i odchyliłam głowę do tyłu, potrzebując czegokolwiek, jakiejkolwiek ulgi, której nie mogłam znaleźć.
            Drzwi się otworzyły i spojrzałam w tamtą stronę przekonana, że Cath już wróciła z butelką wody.
            To nie była Cath.
            Oczy koloru płynnego karmelu przesunęły się po pomieszczeniu, a brwi zmarszczyły w wyrazie konsternacji, na widok całkowitego nieładu. A następnie jego wzrok zatrzymał się na mnie. Przełknęłam ślinę, wciągając powietrze głęboko do płuc.
            - Max - szepnęłam, choć nie było to głośniejsze niż westchnienie.
            - Eve, coś się stało? - spytał spoglądając na mnie tak, jakby zobaczył ducha, mocno zaciskając palce na framudze drzwi.
            - Nie, nie, nie. Po prostu musiałam gdzieś poćwiczyć. Eliminacje, wiesz - westchnęłam, oblizując spierzchnięte wargi. - Znaczy, wie pan - dodałam pospiesznie, spoglądając na swoje stopy.
            - Proszę, przestań...
            - Musimy porozmawiać - powiedziałam, podnosząc z determinacją wzrok. - Ja muszę z tobą porozmawiać.
            Widziałam niepewność odbijającą się w jego oczach, lecz ostatecznie skinął głową i zamknął za sobą drzwi, wchodząc do środka. Podszedł do rzędu ławek po przeciwnej stronie niż ja i oparł się o nie, wodząc wzrokiem po mojej postawie. Poczułam jak policzki przybrały ciemniejszy odcień, gdy uzmysłowiłam sobie, że miałam na sobie jedynie sportowy stanik i body. Zdecydowanie za mało. Zaczęłam skubać dolną wargę zębami i odchyliłam głowę mocno do tyłu, wypuszczając sfrustrowany oddech.
            - Miałeś kiedyś tak, że praktycznie nic się nie stało, lecz tak naprawdę świat przewrócił ci się do góry nogami? - spytałam cicho, zastanawiając się jak ubrać w głowa to, co działo się wtedy w mojej głowie. - Czy miałeś tak, że brakowało ci tak naprawdę tylko jednej osoby, a czułeś się jakby nie było nikogo?
            - Eve...
            - Tęskniłeś kiedyś za kimś, kto nie tęsknił za tobą? Tęsknił pan, profesorze Bradly? - spytałam, zaciskając wargi w wąską linię, aby się nie rozpłakać.
            Wręcz z uporem wpatrywałam się w jego oczy, chcąc sprowokować go do jakiejś reakcji. Jakiejkolwiek. Potrzebowałam zobaczyć w jego oczach cokolwiek, co by mnie utwierdziło w swoim przekonaniu, lub całkowicie z niego wytrąciło. Jakikolwiek ślad emocji, uczucia. Coś innego niż chłodna, pokerowa maska. Ta całkowita obojętność popychała mnie na skraj załamania. Nie chciałam się tak czuć. Chciałam go zranić, chciałam zobaczyć co czuł. Chciałam go złamać, aby się otworzył tak, jak ja otworzyłam się przed nim.
            - Miałeś tak, że nie zależało ci na tym, aby widział cię cały świat? Miałeś tak, że nie obchodziło cię zdanie nikogo innego? Nikogo oprócz tej jednej osoby? - ciągnęłam dalej. Rozchyliłam usta i w tym momencie znowu otworzyły się drzwi.
            - Lynn, mam woooo... - Cath spojrzała to na Maxa, to na mnie. Widocznie coś w naszych twarzach powiedziało jej, że to nie jest dobry moment. - Zostawię wodę - rzuciła pospiesznie i podbiegła zostawiając mi butelkę, po czym wyszła.
            - Opowiem ci bajkę - westchnęłam, zaciskając palce na blacie stołu. - Pewnego dnia spotkały się dwie kobiety. Jedna młoda, piękna i powabna, druga starsza, bardziej doświadczona przez życie. Pierwsza miała na imię Miłość, a druga Przyjaźń. Młodsza spytała "po co ty żyjesz, skoro ja jestem?". Na to starsza kobieta się uśmiechnęła, otoczyła ramieniem przyjaciółkę i spojrzała na miasto migoczące w oddali, mówiąc "żyję to po, aby zostawiać uśmiech tam, gdzie ty zostawiasz łzy".
            - Wiem co robisz i przepraszam, Eve...
            Spojrzałam na niego potrząsając głową. Przepraszam? Co mi było po jego przeprosinach. Niewiele myśląc o tym co robiłam, odepchnęłam się od ławki i podeszłam do jego biurka. Wzięłam pierwszą lepszą kartkę papieru i wróciłam do Maxa, podając mu dokument w idealnym stanie.
            - Zgnieć tę kartkę - powiedziałam, a gdy to zrobił, spojrzałam mu w oczy, oblizując wargi pospiesznie. - A teraz niech ją pan przeprosi i zobaczy czy się sama wyprostuje - dodałam i złapałam za butelkę wody, kierując się do drzwi.
            Poczułam jak jego palce zacisnęły się dookoła mojego nadgarstka, uniemożliwiając mi odejście. Zacisnęłam powieki, czując się coraz bardziej zmęczona i bezsilna. Nie podobało mi się to, że nie potrafiłam się bronić. Nie podobało mi się to, że musiałam się bronić.
            - Nie chciałem aby tak wyszło, uwierz mi - usłyszałam jego drżący szept i przełknęłam ślinę, spoglądając na swoje stopy.
            - Uwierz, ja też nie chciałam aby tak wyszło - warknęłam, wyrywając ramię, aby nie poczuł drżenia mojego cała.
            - Evelyn...
            - Profesorze Bradly?
            Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Widziałam w jego spojrzeniu coś, co kazało mi zejść z tonu. Jego oczy były takie... ciepłe. Nie, to nie było dobre określenie. Miałam wrażenie, że widziałam w nich pewnego rodzaju żal, czy nawet smutek. Skojarzył mi się ze skopanym szczeniakiem. Od razu wyrzuciłam z głowy ten obraz.
            - To dla twojego dobra, Eve... - westchnął, kreśląc kciukiem kółka na mojej dłoni.
            - Nie masz pojęcia co jest dla mnie dobre - odparłam przestępując z nogi na nogę.
            - Nie masz pojęcia jakie to może pociągnąć za sobą konsekwencje...
            - I chyba nigdy się nie dowiem - westchnęłam odwracając głowę i wyszarpnęłam dłoń z uścisku Maxa, zrywając się w stronę drzwi.
            Poczułam szarpnięcie w okolicy talii, a chwilę później uderzyłam plecami w inne ciało. Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc, mimowolnie przymykając powieki. Rozchyliłam wargi, czując ciepły oddech na szyi i nieznacznie odchyliłam głowę do tyłu, gdy z głowy uciekła mi wszelka myśl. Każda wypukłość jego ciała idealnie pasowała do mojego, dopasowując się jak para puzzli. Czułam każdy jego ruch, każde drżenie i chciałam się w tym zatracić. Nogi ugięły się w kolanach i gdyby nie jego uścisk, z pewnością upadłabym na podłogę. To było takie... intensywne. On był taki intensywny.
            - Porozmawiamy o tym później - wyszeptał tuż przy moim uchu, muskając je wargami. Poczułam jak wzdłuż kręgosłupa przeszły przyjemne dreszcze, a rozogniona skóra przyjemnie mrowiła.
            - Ale...
            - Chyba masz teraz eliminacje - dodał równie cicho, dotykając ustami mojej szyi, przez co wciągnęłam powietrze.
            - Chyba mam - wychrypiałam i zacisnęłam palce na jego ręce, gdy przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie, wyrywając mi jęk z piersi.
            - Idź i pokaż na co cię stać - wymruczał popychając mnie delikatnie do drzwi.
            Zaśmiałam się cicho i gdy zrobiłam krok, sapnęłam głośno, odwracając się w jego stronę. Pośladek wciąż mnie bolał od uderzenia. Spojrzałam na niego zaskoczona, wciąż mając rozchylone wargi. Widziałam jego rozbawiony wzrok, a gdy zsunął się na moje usta, wzięłam głęboki oddech, widząc zmianę w wyrazie jego twarzy. Uniosłam lekko kącik ust, podejmując się grania według jego zasad. Podeszłam bliżej, popychając go na ławkę. Zaskoczony nie oponował gdy siadałam mu na kolanach. Zobaczyłam błysk zrozumienia w oczach mężczyzny, lecz zanim zdążył zareagować, poruszyłam się. Mocno. Rozchylił wargi, mimowolnie przymykając powieki w momencie, gdy przesunęłam wargami po jego szyi i niewiele myśląc, złapałam zębami jego skórę, w nagrodę słysząc jego niski, męski jęk. Zadrżałam pod wpływem tego dźwięku i poruszyłam się jeszcze raz, mocniej, intensywniej ssąc szyję Maxa. Zaskomlałam cicho, gdy poczułam obce dłonie na biodrach, nadające rytm moim ruchom. Czułam go między udami, twardniejącego i mocniej przycisnęłam się do niego.
            Wiedziałam, że coś, co miało być droczeniem wymknęło się spod kontroli i to bardzo. Mogłabym zrezygnować z eliminacji, tyle to trwało dłużej. I cholera jasna, chciałam więcej i więcej. Musiałam się odsunąć, ale to było takie trudne.
            - Eliminacje - przypomniałam zachrypniętym głosem i zsunęłam się z jego kolan. - Porozmawiamy później - szepnęłam patrząc na niego spragnionym wzrokiem i wyszłam z klasy, zanim wróciłabym na jego kolana i dokończyła to, co zaczęłam.


* * *

            Serce waliło mi jeszcze przed wejściem na salę tak, iż myślałam że wyskoczy mi z piersi. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem, mając wrażenie jakby kamień spadł mi z piersi. Pochyliłam się, chowając głowę między udami i zaczerpnęłam głęboki oddech, lecz mimo to nie mogłam przestać się śmiać. To wszystko wydawało się takie nierealne, a jednocześnie sprawiało, że czułam się nadzwyczaj lekko. Nie wiedziałam już co było prawdziwe, a co nie i w tamtej chwili to nie było ważne. Wciąż czułam na sobie siłę jego warg, dotyk dłoni. Wyprostowałam się, opierając od ścianę, krzyżując nogi. Wciąż czułam go między udami. Oblizałam wargi, wbijając palce w ścianę i wypuściłam długo wstrzymywany oddech.
            Gdy drzwi się otworzyły, wyszła z nich brunetka, której nigdy wcześniej nie widziałam. Była szczupła, a jej nogi świadczyły o tym, że zdecydowanie była tancerką. Włosy upięte w luźny kok, a twarz skupiona, wręcz przerażająca. Hetera. To było pewne. Może i była dobrą nauczycielką, ale po jej twarzy widać było, że to wredna baba, wymagająca o wiele za dużo. O ile w tańcu można było wymagać o wiele za dużo. Miałam tylko nadzieję, że nie oczekiwała figur klasycznych, bo chyba własnoręcznie odgryzłabym jej głowę.
            - Veronica Catharsis - powiedziała swoim wyniosłym tonem, nietolerującym sprzeciwu i odwróciła się, nie czekając aż za nią podążę. Przewróciłam oczami i weszłam, zamykając za sobą drzwi.
            Weszłam do środka z wysoko podniesioną głową, patrząc w jakieś miejsce ponad jury. Nie chciałam uchodzić za zadufaną w sobie, lecz także spuszczanie wzroku - brak pewności siebie - byłby źle odebrany. Tym bardziej u tancerzy. Nie widziałam żadnej twarzy, wszystko rozmywało się w jedno, a moją głowę opuściła wszelka myśl. Czułam się zadziwiająco lekka, jakby nie było rzeczy niemożliwych dla mojego ciała. Wzięłam głęboki oddech, przywołując na usta delikatny, spokojny uśmiech. Po chwili opuściłam spojrzenie na członków jury, przyglądając się każdemu z osobna. Pierwsza z brzegu siedziała kobieta, która zawołała mnie do środka. Ledwo powstrzymałam drwiący uśmiech, który starał się wykrzywić moje wargi. Obok niej siedział mężczyzna w średnim wieku. Jego orzechowe włosy poprzetykane były siwymi kosmykami, lecz zielone oczy błyskały doświadczeniem i pewną dozą sympatii. Nieznacznie skinęłam mu głową, przenosząc spojrzenie dalej. Odetchnęłam z ulgą na widok pani West, która uczyła wychowania fizycznego w naszej szkole oraz powadziła zajęcia gimnastyczne po lekcjach. Ostatecznie przeniosłam wzrok na ostatnią osobę.
            Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc, czując jak rumieńce zalewały mi policzki, lecz mimo to nie mogłam odwrócić wzroku. Mózg zaczął podsuwać jedną, męczącą myśl.
            Przeznaczenie pcha was ku sobie.

            Prychnęłam w duchu, patrząc w karmelowe oczy Maxa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz