Twenty two

Teraźniejszość


Po otworzeniu oczu zatraciłam się w czasoprzestrzeni. Który jest rok? Miałam wrażenie, że zaraz zadzwoni budzik wzywający mnie do szkoły. Kolor ścian nic się nie zmienił, choć minęły dwa lata. A może kilka dni? Przekręciłam głowę w bok i zobaczyłam to zdjęcie. Mimowolnie się uśmiechnęłam, dokładnie pamiętając dzień, w którym zostało ono zrobione. Wciąż nie byłam pewna tego, co się dzieje, więc wyciągnęłam rękę, sięgając po telefon. Nie musiałam sprawdzać kalendarza. Po wyjeździe do Nowego Jorku zmieniłam aparat. Oblizałam wargi i przerzuciłam nogi przez łóżko, siadając na nim.
Podeszłam do okna i wyjrzałam na zewnątrz, wciągając do płuc spory haust powietrza. Nic się nie zmieniło, a zarazem wszystko wydawało się inne. Myślałam, że to moje miejsce na ziemi, lecz czułam się całkowicie nie na miejscu. Dlaczego czas nie mógł zatrzymać się wraz z moim wyjazdem? Ale się nie zatrzymał i płynął dalej. W zabójczym tempie.
Wyszłam z sypialni i zmarszczyłam brwi. Pudła piętrzyły się w przedpokoju, poustawiane pod ścianą. Przesunęłam opuszkami palców po kartonach, wchodząc do kuchni. Wstawiłam wodę na kawę i usiadłam na krześle, wodząc palcami po krawędzi stołu. Oblizałam usta, przypominając sobie pierwszy raz, gdy się tam znalazłam i nieznacznie się uśmiechnęłam na to wspomnienie. Byłam pełna podziwu, że przez cały ten czas nic się nie zmieniło w tym mieszkaniu. Rozkład mebli, miejsce gdzie były schowane kubki, sztućce. Nikt niczego nie zmienił. W chwili słabości pomyślałam, że Max czekał na mnie, dlatego wszystko pozostało na swoim miejscu. Abym mogła się później połapać.
Lecz on mnie przecież nie pamiętał. Ta myśl uderzyła mnie z siłą pociągu expressowego. Przez długi czas poruszał się w tym mieszkaniu, dotykając tych samych przedmiotów i nie mając z nimi żadnych wspomnień. Głośno wciągnęłam powietrze i skuliłam się w sobie. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobić z tą wiedzą.
Wstałam i zalałam kawę wrzątkiem, w tym samym momencie, w którym otworzyły się drzwi wejściowe. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i automatycznie się uśmiechnęłam. Zobaczyłam zmierzwioną burzę brązowych włosów oraz policzki zarumienione od zmęczenia.
- Myślałem, że zdążę zanim się obudzisz – powiedział dokładając kolejny karton do sterty, po czym podszedł do mnie, całując w usta.
Zapomniałam jak się oddycha. Zamknęłam powieki, rozchylając wargi, pozwalając zalać się finezją uczuć, a na języku eksplodowała orgia smaków, odczuć i – cholera – podniecenia. Wsunęłam palce w jego włosy, ciągnąc za nie delikatnie, w odpowiedzi słysząc jego niskie warknięcie. Poczułam go jeszcze intensywniej, gdy naparł na mnie swoimi biodrami. Nogi zniknęły gdzieś między podbrzuszem, a podłogą. Jakim cudem jeszcze stałam? Czułam się jak na miękkiej chmurce. Może to wata?
- Nie masz pojęcia jak dobrze cię tu widzieć – wymruczał w moją szyję, przez co odchyliłam głowę z leniwym uśmiechem.
- Tak? – Chrząknęłam, aby pozbyć się chrypki.
- Szczególnie w mojej koszuli – dodał, przyciągając mnie bliżej siebie.
Spojrzałam w dół i poczułam jak policzki zalewają mi rumieńce. Faktycznie byłam w jego koszuli. Niemalże tylko jego koszuli. Od bardzo dawna nie byliśmy w takiej sytuacji. Upływ dwóch lat nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Przesunęłam palcami po jego policzku, pochylając się w stronę ucha.
- Kawa mi wystygnie – szepnęłam, muskając jego płatek przy każdym wypowiadanym słowie.
Drżenie jego ciała wprawiło w ruch także moje, a śmiech był zaraźliwy. Uśmiechnęłam się promiennie do mężczyzny i odepchnęłam go płynnym ruchem bioder, łapiąc w dłonie kubek z napojem. Upiłam łyk, podchodząc do krzesła i zajęłam miejsce, przyglądając się szatynowi zza kubka.
- Tak w ogóle to dzień dobry, kochanie – rzucił, wzruszając ramionami i usiadł naprzeciwko mnie.
- Mhmmm – wymruczałam przełykając kolejny łyk.
- Chyba powinniśmy porozmawiać – dodał niepewnie, pocierając dłonią kark.
- Y-ym – mruknęłam, przybierając niezadowoloną minę.
Nie lubiłam poważnych rozmów. Zawsze słowa „musimy porozmawiać” wywoływały przewroty w moim żołądku, napawając mnie niepokojem. To zdanie zawsze zwiastowało kłopoty. Chłopak chce z tobą zerwać? „Musimy porozmawiać” o tym, że do siebie nie pasujemy. Przyjaciel odwołuje wyjście dla jakiejś barbie z baru? „Musimy porozmawiać”. Sąsiadka przejechała ci kota? „Musimy porozmawiać”. Dobra, to ostatnie nigdy mi się nie przydarzyło, ale wiadomo, o co chodzi. Zwrot „musimy porozmawiać” oznacza „przykro mi, że nie mam dobrych wieści”. Delikatnie rzecz ujmując.
- Eve…
- Przeniosłeś pudła – rzuciłam, chcąc zmienić temat. A może oddalić nieuniknione. Jak zwał, tak zwał.
- Evelyn…
- Nic się tu nie zmieniło, wszystko wydaje się takie…
- Veronica!
Spojrzałam na niego zaskoczona. Max dobrze wiedział, jak nie znosiłam tego imienia. Wiedział doskonale dlaczego go nie znosiłam i wiedział, że nie powinien go używać, gdy sytuacja tego nie wymagała. Oblizałam wargi, patrząc w jego oczy, czując jak ucisk w podbrzuszu jeszcze bardziej się powiększa.
- Nie możesz unikać tej rozmowy, Eve. Są rzeczy, które muszą zostać powiedziane i wiesz o tym – dodał spokojniej, niemalże przepraszająco, na co nieznacznie potaknęłam, choć wcale nie uważałam, że miał rację. Zasługiwał na to. Po prostu.
Rocky Balboa. On powiedział pewne słowa, które niegdyś mnie motywowały do działania. Słowa, które w tamtej sytuacji zrobiły to po raz kolejny.
„Świat to nie tylko słońce i tęcza. To podłe i okrutne miejsce. Jaki twardy byś nie był, powali cię na kolana, dopóki czegoś nie zrobisz. Ty, ja ani nikt inny nie bije tak mocno jak życie. Ale nie chodzi o to, jak mocno potrafisz uderzyć tylko o to, jak mocny cios możesz przyjąć i iść na przód. Ile możesz znieść i ciągle przeć do przodu. Tak się zostaje zwycięzcą. Jeśli znasz swoją wartość, to bierz, co ci się należy. Ale musisz być gotowy przyjąć ciosy, a nie wskazywać paluchem, że nie powodzi ci się przez niego, nią, czy kogokolwiek. Tchórze tak robią, a ty nim nie jesteś. Stać cię na więcej!”
Przełknęłam ślinę, zbierając się w sobie. Chciałam prawdy. On zasługiwał na prawdę. Zasługiwał na to, aby dowiedzieć się, co było przyczyną całego nieszczęścia. Musiałam ponieść konsekwencje własnych decyzji i nie obwiniać o to jej. Musiałam to zrobić. Dla niego. Dla siebie.
Ale jeszcze nie wtedy.
- Opowiedz mi o amnezji – szepnęłam ledwie słyszalnie, kuląc się na krześle. Nie chciałam o tym słuchać. Nie chciałam czuć poczucia winy, nie chciałam brać na siebie tego ciężaru. Lecz skoro nie byłam gotowa zrzucić z siebie swojego, musiałam przyjąć jego. Tak było trzeba. To właśnie była miłość.
Widziałam jak jego twarz stężała, mięśnie się napięły, a skóra pobielała. Żadne z nas nie było gotowe na rozmowę, którą – miał rację – trzeba było przeprowadzić. Po prostu nie byłam gotowa by być tą, która musi wyznać swoje grzechy. Byłam małym pasożytem, który żerował na jego dobroci, cieple i zaufaniu, którym mnie darzył. Na wszystkim, co zapewniało mi bezpieczeństwo u jego boku, sprawiało, że czułam się silniejsza. Że byłam silniejsza.
- Eve…
- Opowiedz jak to było – powiedziałam łamiącym się głosem, po czym przymknęłam powieki. – Proszę – dodałam ciszej, zaciskając palce na kubku.
- Evelyn… - zaczął, lecz widocznie zobaczył coś w mojej twarzy, ponieważ nieznacznie się rozluźnił i coś się zmieniło, choć sama nie potrafiłam dokładnie określić co. – Było do kitu. Naprawdę. Pewnego dnia się obudziłem i nie miałem zielonego pojęcia, gdzie jestem. Nie wiedziałem, kim jestem, Eve. Jakiś obcy człowiek coś do mnie mówi, a ja nie mam zielonego pojęcia co. Nie pamiętam, kiedy byłem tak przerażony. Później pojawiła się kobieta, która mówi, że mnie nie opuści, a ja nie wiem, kim ona do cholery jest.
- Leah… - szepnęłam, zaciskając mocniej palce na kubku.
- Nie wiedziałem, kim jest, więc jej uwierzyłem. Nie wiedziałem o sobie nic, całkowicie nic. Przerażało mi to, a skoro mogłem się tego dowiedzieć… Chciałem odkryć, co się stało. Wszyscy mówili o wypadku, o niesamowitym szczęściu, lecz nie wiedziałem, o co chodziło. Ludzie patrzyli na mnie ze współczuciem, płakali, a ja nie wiedziałem, kim byli, Eve. To było straszne. Dezorientujące – powiedział, oblizując wargi i pochylił się nad stołem, patrząc mi w oczy. – Część mówiła o Lynn. Pytali, co z nią, jak się czuje. Czy przeżyła. Nie miałem pojęcia, o kim mówili. Nie widziałem jej. Nie pamiętałem wypadku. Wszystkiego dowiedziałem się od innych. Ludzie nie przestawali przychodzić. Szczególnie jedna dziewczyna. Nie przestawała pytać. Nie przestawała drążyć. Działała mi na nerwy. Ciągle pytała, czy coś sobie przypomniałem i opowiadała mi różne historie. Niektóre piękne, niektóre zabawne, a inne tak żałosne, że miałem ochotę udusić ludzi, o których mówiła. Evelyn, Cath przychodziła przez cały czas, tydzień, w tydzień.
Odwróciłam głowę, zaciskając powieki, czując palące łzy. Spodziewałam się tego. A w zasadzie nie, nie spodziewałam się. Nie spodziewałam się tego cholernego bólu, który wypełniał mnie od wewnątrz, oplatając wszystko, tłumiąc tlen i odbierając czynności życiowe. Potrzebowałam powietrza. Potrzebowałam oddychać. Potrzebowałam kogoś, kto nauczyłby mnie tego na nowo. Słuchanie o ludziach, których porzuciłam, o sytuacjach, których byłam sprawcą, o czymś, czego powinnam być częścią, a nie byłam – to wszystko to było dla mnie zbyt wiele.
- Max…
- Opowiadała o dziewczynie, która była niesamowita. Zabawna, zadziorna i zaradna. Stwarzała pozory tak pewnej siebie, że każdy uważał ją za niezależną. I taka naprawdę była. Była niezależna, lecz była także wrażliwa i potrzebowała kogoś, na kim mogła się oprzeć. Nie dlatego, że nie dałaby sobie rady, lecz dlatego, że nie chciała dawać sobie rady sama. Była intrygująca i chciałem ją poznać. Żałowałem, że nie miałem okazji. Wiedziałem, że bym ją polubił, gdybym miał okazję.
- Max…
- Leah ciągle kłóciła się z Cath. Nie chciała, aby mówiła o Lynn, choć nie chciała też abym o tym wiedział. Pewnego dnia podsłuchałem to, gdy szedłem do łazienki. Stały w przedpokoju i zażarcie kłóciły się szeptem. Leah upierała się, że nie można rozdrapywać starych ran, że powinna pozwolić mi żyć na nowo, bez cierpienia, poczucia straty – mówiąc to, spoglądał na jakiś odległy przedmiot, a może widział tam coś, czego ja nie mogłam dojrzeć. Zagryzłam wargę w momencie, gdy spojrzał mi w oczy. – Ale ja nie cierpiałem, Eve. Uwielbiałem słuchać o niej, bo była kimś, kim sam chciałem być. Chociaż nie wiedziałem, kim była, czułem, że coś nas łączyło. Nie wiem skąd, po prostu wiedziałem, że opowieści Cath o mnie i o niej były prawdziwe. To doprowadzało Leah do szału.
- Nie trudno doprowadzić ją do szału – mruknęłam, mocniej zaciskając wargi.
- Owszem – odparł, śmiejąc się cicho i ujął moją dłoń w swoją, kreśląc palcami małe kółeczka. – Niecały rok później pojawił się pierwszy sen. Widziałem w nim piękną, roześmianą rudą dziewczynę, która biegła przez polanę i rozsypywała kwiaty dookoła siebie. Nic nie mówiła, tylko się śmiała. To był piękny dźwięk. Zaraz po obudzeniu się żałowałem, że to zrobiłem. Nie miałem pojęcia, kim była, choć czułem, że to dziewczyna z opowiadań Cath. Intrygowała mnie. Była pełna życia, radosna. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego zniknęła – dodał ciszej i przeniósł spojrzenie na nasze splecione dłonie. – Sny pojawiały się coraz częściej, a moje wątpliwości wzrastały. Analizowałem wszelkie scenariusze, dlaczego ta dziewczyna zniknęła. Aż pewnego dnia się obudziłem i wiedziałem. Wiedziałem, że ta dziewczyna miała na imię Veronica, choć zawsze nazywałem ją Eve. Wiedziałem, że była całym moim życiem, pamiętałem ostatnie sekundy, gdy miałem ją przy sobie i czułem na sobie każdy jej dotyk, pocałunek, słyszałem echo jej głosu. Pamiętałem wszystko – Zacisnęłam powieki, gdy pierwsza łza stoczyła się po policzku. – Pamiętałem, a ciebie nie było obok. Poczułem ogromną pustkę. W ciągu roku nie pojawiłaś się ani razu, aby zobaczyć, co u mnie. Po raz pierwszy wymiotowałem. Leah od razu się zorientowała. Kłóciliśmy się i wtedy mi powiedziała. Tuż przed tym, zanim zatrzasnęła drzwi, odwróciła się w moją stronę, spojrzała mi w oczy i powiedziała spokojnym głosem, że wyjechałaś usunąć nasze dziecko. – Jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu. Zasłoniłam dłonią usta, nie chcąc krzyczeć, nie chcąc płakać. Nie chciałam robić scen. Nie chciałam. Nie chciałam. Nie chciałam. Boże, nie chciałam.
Zerwałam się z miejsca. Musiałam gdzieś uciec. Musiałam zniknąć. To było za wiele, za wiele, za wiele. Za wiele. Wpadłam do łazienki, zamykając drzwi na zamek i odkręciłam wodę. Nie chciałam słyszeć słów, które echem odbijały mi się w głowie. Nie chciałam słyszeć swojego krzyku, kwilenia. Nie miałam prawa płakać. Miał rację, wyjechałam i nie zamierzałam dać mu możliwości wychowywania dziecka. Nie zasługiwałam na wybaczenie. Nie zasługiwałam, aby znowu pojawić się w jego życiu. Usiadłam pod prysznicem, płacząc głośno, całą sobą. Nie zwróciłam uwagi, w którym momencie woda zmieniła się w lodowatą, a drżenie nie było już wywołane natłokiem żalu i nienawiści do samej siebie. Siedziałam, patrząc na swoje ręce i zastanawiając się, kto dał mi prawo do zniszczenia nam życia.
Nikt.

* * *

Gdy wyszłam z łazienki, Maxa już nie było. Zostawił kartkę na lodówce, że rozumie, iż muszę sobie wszystko przemyśleć. Owszem, musiałam sobie to wszystko przemyśleć. To, czego się dowiedziałam, złamało mnie. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tym, co przeszłam, nic nie mogłoby mnie już ściągnąć na dno, jednakże widok cierpienia ukochanej osoby? Cierpienia, którego samemu jest się sprawcą? Niezależnie od tego, co przeszło się wcześniej, to jest ta rzecz, która złamie serce każdemu.
Byłam wyziębiona, więc ubrałam dresowe spodnie Maxa, których musiałam podwinąć nogawki oraz jedną z jego flanelowych koszul. Zabawne, bałam się je założyć. Bałam się, że jeśli otoczę się jego zapachem, jego osobą, znowu rozkleję się jak dziecko.
Była jedna osoba, z którą koniecznie musiałam porozmawiać. Z którą koniecznie chciałam porozmawiać. Potrzebowałam. Oblizałam wargi, bawiąc się telefonem, obracając go w palcach i nie wiedząc, co teraz zrobić, aby świat wcale nie był taki zły. Aby cokolwiek trzymało się kupy i nie rozpadło w drobny mak. Musiałam to zrobić, aby odzyskać równowagę. Oczywiście, to nie była jedyna rzecz, którą musiałam zrobić, lecz od czegoś trzeba było zacząć.
Wybrałam numer i z niepewnością przyłożyłam słuchawkę do ucha. Próbowałam się skupić na wszystkich trudnych sytuacjach, w których to właśnie ta osoba była jedyną, która podtrzymywała mnie na duchu, pomagała mi i nigdy nie pozostawiła mnie samej sobie. Może to i okrutne, ale musiałam przypomnieć sobie wszystkie „za” tym, aby się nie rozłączyć jak tchórz i nie zakopać się pod kołdrę jak przerażone dziecko. To byłoby takie łatwe.
Po czterech sygnałach usłyszałam hałas, a następnie zdyszany oddech.
- Tak? – Dźwięczny głos rozległ się w słuchawce, przez co musiałam mocno zacisnąć powieki. – Halo?
Zastanawiałam się ile osób zna tę samą wersję, co Max. Ile osób uważa mnie za podłą, wyrachowaną, zimną kobietę bez serca. Jak wiele osób mnie za to nienawidzi, jak wiele się na mnie zawiodło. Jak wiele osób nie zna prawdy i jest karmionych kłamstwami, w które sama kiedyś wierzyłam. Jak wiele osób powinno poznać prawdę.
- Haaalooo – jęknął już lekko znudzony i rozdrażniony głos po drugiej stronie. – Jeśli jesteś jakimś zboczeńcem, znajdę się, nakopię do tyłka, a później poćwiartuję i zakopię w ogródku.
Wzięłam głęboki oddech, czując się o sto kilo lżej. Uwielbiałam to poczucie humoru. Łzy wezbrały mi pod powiekami, a w zasadzie to oczy zaczęły się pocić. Kochałam ją i byłam jej tak bardzo wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiła mimo tego, jak bardzo ją skrzywdziłam. Jak bardzo skrzywdziłam wszystkich.

- Dziękuję – szepnęłam, czując jak świat znowu rozsypywał się wokół mnie, a ja razem z nim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz