Teraźniejszość
Po otworzeniu oczu zatraciłam się w czasoprzestrzeni. Który
jest rok? Miałam wrażenie, że zaraz zadzwoni budzik wzywający mnie do szkoły.
Kolor ścian nic się nie zmienił, choć minęły dwa lata. A może kilka dni?
Przekręciłam głowę w bok i zobaczyłam to
zdjęcie. Mimowolnie się uśmiechnęłam, dokładnie pamiętając dzień, w którym
zostało ono zrobione. Wciąż nie byłam pewna tego, co się dzieje, więc
wyciągnęłam rękę, sięgając po telefon. Nie musiałam sprawdzać kalendarza. Po
wyjeździe do Nowego Jorku zmieniłam aparat. Oblizałam wargi i przerzuciłam nogi
przez łóżko, siadając na nim.
Podeszłam do okna i wyjrzałam na zewnątrz, wciągając do
płuc spory haust powietrza. Nic się nie zmieniło, a zarazem wszystko wydawało
się inne. Myślałam, że to moje miejsce na ziemi, lecz czułam się całkowicie nie
na miejscu. Dlaczego czas nie mógł zatrzymać się wraz z moim wyjazdem? Ale się
nie zatrzymał i płynął dalej. W zabójczym tempie.
Wyszłam z sypialni i zmarszczyłam brwi. Pudła piętrzyły się
w przedpokoju, poustawiane pod ścianą. Przesunęłam opuszkami palców po
kartonach, wchodząc do kuchni. Wstawiłam wodę na kawę i usiadłam na krześle,
wodząc palcami po krawędzi stołu. Oblizałam usta, przypominając sobie pierwszy
raz, gdy się tam znalazłam i nieznacznie się uśmiechnęłam na to wspomnienie.
Byłam pełna podziwu, że przez cały ten czas nic się nie zmieniło w tym
mieszkaniu. Rozkład mebli, miejsce gdzie były schowane kubki, sztućce. Nikt
niczego nie zmienił. W chwili słabości pomyślałam, że Max czekał na mnie,
dlatego wszystko pozostało na swoim miejscu. Abym mogła się później połapać.
Lecz on mnie przecież nie pamiętał. Ta myśl uderzyła mnie z
siłą pociągu expressowego. Przez długi czas poruszał się w tym mieszkaniu,
dotykając tych samych przedmiotów i nie mając z nimi żadnych wspomnień. Głośno
wciągnęłam powietrze i skuliłam się w sobie. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobić
z tą wiedzą.
Wstałam i zalałam kawę wrzątkiem, w tym samym momencie, w
którym otworzyły się drzwi wejściowe. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i
automatycznie się uśmiechnęłam. Zobaczyłam zmierzwioną burzę brązowych włosów
oraz policzki zarumienione od zmęczenia.
- Myślałem, że zdążę zanim się obudzisz – powiedział
dokładając kolejny karton do sterty, po czym podszedł do mnie, całując w usta.
Zapomniałam jak się oddycha. Zamknęłam powieki, rozchylając
wargi, pozwalając zalać się finezją uczuć, a na języku eksplodowała orgia smaków,
odczuć i – cholera – podniecenia. Wsunęłam palce w jego włosy, ciągnąc za nie
delikatnie, w odpowiedzi słysząc jego niskie warknięcie. Poczułam go jeszcze
intensywniej, gdy naparł na mnie swoimi biodrami. Nogi zniknęły gdzieś między
podbrzuszem, a podłogą. Jakim cudem jeszcze stałam? Czułam się jak na miękkiej
chmurce. Może to wata?
- Nie masz pojęcia jak dobrze cię tu widzieć – wymruczał w
moją szyję, przez co odchyliłam głowę z leniwym uśmiechem.
- Tak? – Chrząknęłam, aby pozbyć się chrypki.
- Szczególnie w mojej koszuli – dodał, przyciągając mnie
bliżej siebie.
Spojrzałam w dół i poczułam jak policzki zalewają mi
rumieńce. Faktycznie byłam w jego koszuli. Niemalże tylko jego koszuli. Od bardzo dawna nie byliśmy w takiej sytuacji. Upływ
dwóch lat nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Przesunęłam palcami po jego policzku, pochylając się w
stronę ucha.
- Kawa mi wystygnie – szepnęłam, muskając jego płatek przy
każdym wypowiadanym słowie.
Drżenie jego ciała wprawiło w ruch także moje, a śmiech był
zaraźliwy. Uśmiechnęłam się promiennie do mężczyzny i odepchnęłam go płynnym
ruchem bioder, łapiąc w dłonie kubek z napojem. Upiłam łyk, podchodząc do
krzesła i zajęłam miejsce, przyglądając się szatynowi zza kubka.
- Tak w ogóle to dzień dobry, kochanie – rzucił, wzruszając
ramionami i usiadł naprzeciwko mnie.
- Mhmmm – wymruczałam przełykając kolejny łyk.
- Chyba powinniśmy porozmawiać – dodał niepewnie,
pocierając dłonią kark.
- Y-ym – mruknęłam, przybierając niezadowoloną minę.
Nie lubiłam poważnych rozmów. Zawsze słowa „musimy
porozmawiać” wywoływały przewroty w moim żołądku, napawając mnie niepokojem. To
zdanie zawsze zwiastowało kłopoty. Chłopak chce z tobą zerwać? „Musimy
porozmawiać” o tym, że do siebie nie pasujemy. Przyjaciel odwołuje wyjście dla
jakiejś barbie z baru? „Musimy porozmawiać”. Sąsiadka przejechała ci kota?
„Musimy porozmawiać”. Dobra, to ostatnie nigdy mi się nie przydarzyło, ale wiadomo,
o co chodzi. Zwrot „musimy porozmawiać” oznacza „przykro mi, że nie mam dobrych
wieści”. Delikatnie rzecz ujmując.
- Eve…
- Przeniosłeś pudła – rzuciłam, chcąc zmienić temat. A może
oddalić nieuniknione. Jak zwał, tak zwał.
- Evelyn…
- Nic się tu nie zmieniło, wszystko wydaje się takie…
- Veronica!
Spojrzałam na niego zaskoczona. Max dobrze wiedział, jak
nie znosiłam tego imienia. Wiedział doskonale dlaczego go nie znosiłam i wiedział, że nie powinien go używać,
gdy sytuacja tego nie wymagała. Oblizałam wargi, patrząc w jego oczy, czując
jak ucisk w podbrzuszu jeszcze bardziej się powiększa.
- Nie możesz unikać tej rozmowy, Eve. Są rzeczy, które
muszą zostać powiedziane i wiesz o tym – dodał spokojniej, niemalże
przepraszająco, na co nieznacznie potaknęłam, choć wcale nie uważałam, że miał
rację. Zasługiwał na to. Po prostu.
Rocky Balboa. On powiedział pewne słowa, które niegdyś mnie motywowały
do działania. Słowa, które w tamtej sytuacji zrobiły to po raz kolejny.
„Świat to nie
tylko słońce i tęcza. To podłe i okrutne miejsce. Jaki twardy byś nie był,
powali cię na kolana, dopóki czegoś nie zrobisz. Ty, ja ani nikt inny nie bije
tak mocno jak życie. Ale nie chodzi o to, jak mocno potrafisz uderzyć tylko o
to, jak mocny cios możesz przyjąć i iść na przód. Ile możesz znieść i ciągle
przeć do przodu. Tak się zostaje zwycięzcą. Jeśli znasz swoją wartość, to bierz,
co ci się należy. Ale musisz być gotowy przyjąć ciosy, a nie wskazywać
paluchem, że nie powodzi ci się przez niego, nią, czy kogokolwiek. Tchórze tak
robią, a ty nim nie jesteś. Stać cię na więcej!”
Przełknęłam ślinę, zbierając się w sobie. Chciałam prawdy.
On zasługiwał na prawdę. Zasługiwał na to, aby dowiedzieć się, co było
przyczyną całego nieszczęścia. Musiałam ponieść konsekwencje własnych decyzji i
nie obwiniać o to jej. Musiałam to zrobić. Dla niego. Dla siebie.
Ale jeszcze nie wtedy.
- Opowiedz mi o amnezji – szepnęłam ledwie słyszalnie,
kuląc się na krześle. Nie chciałam o tym słuchać. Nie chciałam czuć poczucia
winy, nie chciałam brać na siebie tego ciężaru. Lecz skoro nie byłam gotowa
zrzucić z siebie swojego, musiałam przyjąć jego. Tak było trzeba. To właśnie
była miłość.
Widziałam jak jego twarz stężała, mięśnie się napięły, a
skóra pobielała. Żadne z nas nie było gotowe na rozmowę, którą – miał rację –
trzeba było przeprowadzić. Po prostu nie byłam gotowa by być tą, która musi
wyznać swoje grzechy. Byłam małym pasożytem, który żerował na jego dobroci,
cieple i zaufaniu, którym mnie darzył. Na wszystkim, co zapewniało mi
bezpieczeństwo u jego boku, sprawiało, że czułam się silniejsza. Że byłam
silniejsza.
- Eve…
- Opowiedz jak to było – powiedziałam łamiącym się głosem,
po czym przymknęłam powieki. – Proszę – dodałam ciszej, zaciskając palce na
kubku.
- Evelyn… - zaczął, lecz widocznie zobaczył coś w mojej
twarzy, ponieważ nieznacznie się rozluźnił i coś się zmieniło, choć sama nie
potrafiłam dokładnie określić co. – Było do kitu. Naprawdę. Pewnego dnia się
obudziłem i nie miałem zielonego pojęcia, gdzie jestem. Nie wiedziałem, kim
jestem, Eve. Jakiś obcy człowiek coś do mnie mówi, a ja nie mam zielonego
pojęcia co. Nie pamiętam, kiedy byłem tak przerażony. Później pojawiła się
kobieta, która mówi, że mnie nie opuści, a ja nie wiem, kim ona do cholery
jest.
- Leah… - szepnęłam, zaciskając mocniej palce na kubku.
- Nie wiedziałem, kim jest, więc jej uwierzyłem. Nie
wiedziałem o sobie nic, całkowicie nic. Przerażało mi to, a skoro mogłem się
tego dowiedzieć… Chciałem odkryć, co się stało. Wszyscy mówili o wypadku, o
niesamowitym szczęściu, lecz nie wiedziałem, o co chodziło. Ludzie patrzyli na
mnie ze współczuciem, płakali, a ja nie wiedziałem, kim byli, Eve. To było
straszne. Dezorientujące – powiedział, oblizując wargi i pochylił się nad
stołem, patrząc mi w oczy. – Część mówiła o Lynn. Pytali, co z nią, jak się
czuje. Czy przeżyła. Nie miałem pojęcia, o kim mówili. Nie widziałem jej. Nie
pamiętałem wypadku. Wszystkiego dowiedziałem się od innych. Ludzie nie
przestawali przychodzić. Szczególnie jedna dziewczyna. Nie przestawała pytać.
Nie przestawała drążyć. Działała mi na nerwy. Ciągle pytała, czy coś sobie
przypomniałem i opowiadała mi różne historie. Niektóre piękne, niektóre
zabawne, a inne tak żałosne, że miałem ochotę udusić ludzi, o których mówiła.
Evelyn, Cath przychodziła przez cały czas, tydzień, w tydzień.
Odwróciłam głowę, zaciskając powieki, czując palące łzy.
Spodziewałam się tego. A w zasadzie nie, nie spodziewałam się. Nie spodziewałam
się tego cholernego bólu, który wypełniał mnie od wewnątrz, oplatając wszystko,
tłumiąc tlen i odbierając czynności życiowe. Potrzebowałam powietrza.
Potrzebowałam oddychać. Potrzebowałam kogoś, kto nauczyłby mnie tego na nowo.
Słuchanie o ludziach, których porzuciłam, o sytuacjach, których byłam sprawcą,
o czymś, czego powinnam być częścią, a nie byłam – to wszystko to było dla mnie
zbyt wiele.
- Max…
- Opowiadała o dziewczynie, która była niesamowita. Zabawna,
zadziorna i zaradna. Stwarzała pozory tak pewnej siebie, że każdy uważał ją za
niezależną. I taka naprawdę była. Była niezależna, lecz była także wrażliwa i
potrzebowała kogoś, na kim mogła się oprzeć. Nie dlatego, że nie dałaby sobie
rady, lecz dlatego, że nie chciała dawać sobie rady sama. Była intrygująca i
chciałem ją poznać. Żałowałem, że nie miałem okazji. Wiedziałem, że bym ją
polubił, gdybym miał okazję.
- Max…
- Leah ciągle kłóciła się z Cath. Nie chciała, aby mówiła o
Lynn, choć nie chciała też abym o tym wiedział. Pewnego dnia podsłuchałem to,
gdy szedłem do łazienki. Stały w przedpokoju i zażarcie kłóciły się szeptem.
Leah upierała się, że nie można rozdrapywać starych ran, że powinna pozwolić mi
żyć na nowo, bez cierpienia, poczucia straty – mówiąc to, spoglądał na jakiś
odległy przedmiot, a może widział tam coś, czego ja nie mogłam dojrzeć.
Zagryzłam wargę w momencie, gdy spojrzał mi w oczy. – Ale ja nie cierpiałem,
Eve. Uwielbiałem słuchać o niej, bo była kimś, kim sam chciałem być. Chociaż nie
wiedziałem, kim była, czułem, że coś nas łączyło. Nie wiem skąd, po prostu
wiedziałem, że opowieści Cath o mnie i o niej były prawdziwe. To doprowadzało
Leah do szału.
- Nie trudno doprowadzić ją do szału – mruknęłam, mocniej
zaciskając wargi.
- Owszem – odparł, śmiejąc się cicho i ujął moją dłoń w
swoją, kreśląc palcami małe kółeczka. – Niecały rok później pojawił się
pierwszy sen. Widziałem w nim piękną, roześmianą rudą dziewczynę, która biegła
przez polanę i rozsypywała kwiaty dookoła siebie. Nic nie mówiła, tylko się
śmiała. To był piękny dźwięk. Zaraz po obudzeniu się żałowałem, że to zrobiłem.
Nie miałem pojęcia, kim była, choć czułem, że to dziewczyna z opowiadań Cath.
Intrygowała mnie. Była pełna życia, radosna. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego
zniknęła – dodał ciszej i przeniósł spojrzenie na nasze splecione dłonie. – Sny
pojawiały się coraz częściej, a moje wątpliwości wzrastały. Analizowałem
wszelkie scenariusze, dlaczego ta dziewczyna zniknęła. Aż pewnego dnia się
obudziłem i wiedziałem. Wiedziałem, że ta dziewczyna miała na imię Veronica,
choć zawsze nazywałem ją Eve. Wiedziałem, że była całym moim życiem, pamiętałem
ostatnie sekundy, gdy miałem ją przy sobie i czułem na sobie każdy jej dotyk,
pocałunek, słyszałem echo jej głosu. Pamiętałem wszystko – Zacisnęłam powieki,
gdy pierwsza łza stoczyła się po policzku. – Pamiętałem, a ciebie nie było
obok. Poczułem ogromną pustkę. W ciągu roku nie pojawiłaś się ani razu, aby zobaczyć,
co u mnie. Po raz pierwszy wymiotowałem. Leah od razu się zorientowała.
Kłóciliśmy się i wtedy mi powiedziała. Tuż przed tym, zanim zatrzasnęła drzwi,
odwróciła się w moją stronę, spojrzała mi w oczy i powiedziała spokojnym
głosem, że wyjechałaś usunąć nasze dziecko. – Jego głos był niewiele
głośniejszy od szeptu. Zasłoniłam dłonią usta, nie chcąc krzyczeć, nie chcąc
płakać. Nie chciałam robić scen. Nie chciałam. Nie chciałam. Nie chciałam.
Boże, nie chciałam.
Zerwałam się z miejsca. Musiałam gdzieś uciec. Musiałam
zniknąć. To było za wiele, za wiele, za wiele. Za wiele. Wpadłam do łazienki,
zamykając drzwi na zamek i odkręciłam wodę. Nie chciałam słyszeć słów, które
echem odbijały mi się w głowie. Nie chciałam słyszeć swojego krzyku, kwilenia.
Nie miałam prawa płakać. Miał rację, wyjechałam i nie zamierzałam dać mu
możliwości wychowywania dziecka. Nie zasługiwałam na wybaczenie. Nie
zasługiwałam, aby znowu pojawić się w jego życiu. Usiadłam pod prysznicem,
płacząc głośno, całą sobą. Nie zwróciłam uwagi, w którym momencie woda zmieniła
się w lodowatą, a drżenie nie było już wywołane natłokiem żalu i nienawiści do
samej siebie. Siedziałam, patrząc na swoje ręce i zastanawiając się, kto dał mi
prawo do zniszczenia nam życia.
Nikt.
* * *
Gdy wyszłam z łazienki, Maxa już nie było. Zostawił kartkę
na lodówce, że rozumie, iż muszę sobie wszystko przemyśleć. Owszem, musiałam
sobie to wszystko przemyśleć. To, czego się dowiedziałam, złamało mnie. Ktoś
mógłby pomyśleć, że po tym, co przeszłam, nic nie mogłoby mnie już ściągnąć na
dno, jednakże widok cierpienia ukochanej osoby? Cierpienia, którego samemu jest
się sprawcą? Niezależnie od tego, co przeszło się wcześniej, to jest ta rzecz,
która złamie serce każdemu.
Byłam wyziębiona, więc ubrałam dresowe spodnie Maxa,
których musiałam podwinąć nogawki oraz jedną z jego flanelowych koszul. Zabawne,
bałam się je założyć. Bałam się, że jeśli otoczę się jego zapachem, jego osobą,
znowu rozkleję się jak dziecko.
Była jedna osoba, z którą koniecznie musiałam porozmawiać.
Z którą koniecznie chciałam
porozmawiać. Potrzebowałam. Oblizałam wargi, bawiąc się telefonem, obracając go
w palcach i nie wiedząc, co teraz zrobić, aby świat wcale nie był taki zły. Aby
cokolwiek trzymało się kupy i nie rozpadło w drobny mak. Musiałam to zrobić,
aby odzyskać równowagę. Oczywiście, to nie była jedyna rzecz, którą musiałam
zrobić, lecz od czegoś trzeba było zacząć.
Wybrałam numer i z niepewnością przyłożyłam słuchawkę do
ucha. Próbowałam się skupić na wszystkich trudnych sytuacjach, w których to
właśnie ta osoba była jedyną, która podtrzymywała mnie na duchu, pomagała mi i
nigdy nie pozostawiła mnie samej sobie. Może to i okrutne, ale musiałam
przypomnieć sobie wszystkie „za” tym, aby się nie rozłączyć jak tchórz i nie
zakopać się pod kołdrę jak przerażone dziecko. To byłoby takie łatwe.
Po czterech sygnałach usłyszałam hałas, a następnie
zdyszany oddech.
- Tak? – Dźwięczny głos rozległ się w słuchawce, przez co
musiałam mocno zacisnąć powieki. – Halo?
Zastanawiałam się ile osób zna tę samą wersję, co Max. Ile
osób uważa mnie za podłą, wyrachowaną, zimną kobietę bez serca. Jak wiele osób
mnie za to nienawidzi, jak wiele się na mnie zawiodło. Jak wiele osób nie zna
prawdy i jest karmionych kłamstwami, w które sama kiedyś wierzyłam. Jak wiele
osób powinno poznać prawdę.
- Haaalooo – jęknął już lekko znudzony i rozdrażniony głos
po drugiej stronie. – Jeśli jesteś jakimś zboczeńcem, znajdę się, nakopię do
tyłka, a później poćwiartuję i zakopię w ogródku.
Wzięłam głęboki oddech, czując się o sto kilo lżej.
Uwielbiałam to poczucie humoru. Łzy wezbrały mi pod powiekami, a w zasadzie to
oczy zaczęły się pocić. Kochałam ją i byłam jej tak bardzo wdzięczna za
wszystko, co dla mnie zrobiła mimo tego, jak bardzo ją skrzywdziłam. Jak bardzo
skrzywdziłam wszystkich.
- Dziękuję – szepnęłam, czując jak świat znowu rozsypywał
się wokół mnie, a ja razem z nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz