Teraźniejszość
Od dobrych piętnastu minut siedziałam w samochodzie,
wpatrując się w dom stojący naprzeciw. Ogród tętnił życiem, chociaż był
grudzień. Tutaj to nic specjalnego, lecz w porównaniu do Nowego Jorku – całkiem
inny świat. Chciałabym móc powiedzieć, że zapomniałam, jak to jest w
Kalifornii, lecz nigdy tak się nie stało. Cały czas nosiłam ją w sercu jak
kamień uwiązany do nogi. Nie czułam się ani przynależna do Nowego Jorku, ani do
Daly City. Jak cudzoziemiec we własnym kraju.
Zobaczyłam ruch w oknie i wstrzymałam oddech na kilka
sekund. Niemożliwe było, aby zobaczyli mnie z samochodu, lecz z drugiej strony
nie mogłam liczyć na to, że nie rzucałam się w oczy. Kto normalny siedzi około
dwudziestu minut w samochodzie? Samochodzie z rejestracją zupełnie innej części
kraju. Zupełnie innego stanu. Dobra, Catharsis, czas wyjść z samochodu. Tylko
jak się zmobilizować?
Wzięłam głęboki oddech i wysiadłam, zabierając spory haust
powietrza. Klucze ciążyły mi w dłoni niczym stukilowa sztanga, więc wcisnęłam
je w kieszeń spodni. Niewiele to zmieniło.
Serce dudniło mi w piersi wraz z każdym krokiem stawianym
na podjeździe. Stojąc przed dużymi, białymi drzwiami jeszcze rozważałam swoją
ostatnią szansę odwrotu, lecz zanim się na nią zdecydowałam, nacisnęłam
dzwonek. W tym samym momencie rozległ się przyjemny dla ucha dźwięk, coś innego
niż te wszystkie budzące zmarłych, wwiercające się w mózgi „dzwonki”. Oblizałam
nerwowo wargi i wypuściłam wstrzymywane powietrze, akurat wtedy, kiedy drzwi
otworzyły się na oścież.
Moim oczom ukazał się postawny mężczyzna o miedzianych
włosach, z policzkami zarumienionymi od śmiechu. Jednakże niemalże natychmiast
grymas uśmiechu odszedł w zapomnienie, a jego szaro-niebieskie oczy rozszerzyły
się w wyrazie zaskoczenia. Przestąpiłam z nogi na nogę, niepewna tego, co
powinnam powiedzieć.
- Veronica… - Jego głos był niewiele głośniejszy od westchnienia,
co ani trochę nie pasowało do jego solidnej postury.
- Hej, tato – odparłam niepewnie, przez co musiałam
odchrząknąć, aby odzyskać władzę nad głosem. – Mogę…
- Kto przyszedł, Josh? – Usłyszałam z oddali głos mamy, a
chwilę później trzask szkła rozbijającego się o podłogę. Wiedziałam, że stała w
progu jeszcze zanim na nią spojrzałam.
- Hej, mamo – dodałam i wysiliłam się na uśmiech, starając
się nadać mu jak najszczerszy wyraz. Chyba kiepsko mi to wyszło.
- Boże, kochanie! – wykrzyknęła, a jej blond loki
podskakiwały przy każdym jej kroku.
Wtuliłam się w matkę, gdy tylko porwała mnie w ramiona i
nie potrafiłam powstrzymać łez spływających mi po policzkach. Poczułam się
znowu jak mała dziewczynka, w bezpiecznych, solidnych objęciach mamy.
Bezbronna, ale jednocześnie chroniona przez swoich stróży.
Możliwe, że staliśmy tam minutę, a może dziesięć. Możliwe,
że przyglądało nam się całe sąsiedztwo, a także, że nikt nie zwrócił na to
uwagi, ale nieszczególnie mnie to interesowało. Jedyne czego w tamtej chwili
chciałam, to cofnąć się o kilka lat, kiedy wszystko było o wiele prostsze i
mniej bolesne.
Usiadłam na kanapie między rodzicami, zgarniając palcami rozmazany
tusz, tym samym gestem co mama i wzięłam głęboki oddech, podciągając nogi pod
brodę.
- Przepraszam – powiedziałam, przygryzając mocno dolną
wargę.
Tak naprawdę nie wiedziałam co powinnam była powiedzieć.
Czy jest coś, co mówi się w takich sytuacjach, aby ulżyć innym? Nie miałam
pojęcia. Może przed przyjściem tam powinnam była przejrzeć google w celu znalezienia
takiej przemowy? Od czego zacząć? Od tego, że wiedziałam, iż byłam bardzo złą
córką, która była totalnie zapatrzoną w siebie idiotką i która pozornie myślała
o innych, a tak naprawdę sięgała po najpaskudniejsze środki, aby ich od siebie
odepchnąć?
Zacisnęłam palce na łydkach, przyciskając je bliżej piersi
i oparłam brodę na kolanach. Chciałam powiedzieć im tak wiele, że wszystko było
nieprawdą, że nie chciałam ich skrzywdzić i że tak naprawdę są dla mnie
wszystkim. Że nigdy nie powinnam była mówić tego wszystkiego. Było tyle do
wyjaśnienia, lecz nie było słów, które mogłyby naprawić wyrządzoną krzywdę,
cofnąć słów, które zostały wypowiedziane i zmienić tego, co się wydarzyło.
Spojrzałam na sufit, chcąc odgonić łzy i powiedziałam
jedyną rzecz, którą wiedziałam, że muszę powiedzieć. Którą chciałam powiedzieć,
ponieważ wyżerała mnie od środka niczym trująca ciecz.
- Wcale nie myślę jak Tess. I wiem, że Tess tak nie myślała
– starałam się mówić spokojnie i energicznie potrząsnęłam głową, gdy mama otworzyła
usta. – Muszę to powiedzieć, bo drugi raz mogę nie zdołać – dodałam szybko,
biorąc kolejny oddech. – Nigdy nie powinnam była tego mówić. Prawda jest taka,
że nie mogę powiedzieć, co robiłam mówiąc to, bo wiedziałam doskonale i
przepraszam za to. Mamo, tato, tak bardzo przepraszam że to zrobiłam, ale to
był jedyny sposób, abyście pozwolili mi wyjechać – dokończyłam łamiącym się
głosem i zacisnęłam powieki, czując wilgoć wzbierającą pod nimi.
- Shhh – szepnął tato, przyciągając mnie do siebie. – Nie czuj
poczucia winy, to wyniszcza człowieka od środka – dodał, gładząc moje plecy
czułym, ojcowskim gestem.
Czułam się tak, jakbym rozpadła się na milion kawałków, a
oni próbowali mnie poskładać na nowo.
Gdzieś na dole
słyszałam szum, więc wyszłam z pokoju. Podeszłam do balustrady i zmarszczyłam
brwi. Tessa krzyczała. Tessa rzadko krzyczała. Zaczęłam powoli schodzić w dół,
gdy z kuchni wypadła burza rudoblond loków. Moja siostra była śliczna. Miała
duże, błękitne oczy, jasne jak niebo w bezchmurny dzień. Często zabierała mnie
na lody i pomagała mi z matematyki – narzędzie szatana. Pozwalała mi spać ze
sobą, gdy śniły mi się koszmary i często zabierała mnie na lody. Nie często się
denerwowała, ale tym razem widziałam jej twarz mokrą od łez. Poczułam jak samej
zbiera mi się na płacz – nie lubiłam kiedy Tess płakała.
- Mam osiemnaście
lat, mam prawo robić to, co chcę! – krzyknęła, wciskając swoje drobne stopy w
pierwsze trampki, które miała pod ręką.
- Theresa, to nie
jest dla ciebie… - podjęła temat mama, drżącym z emocji głosem.
- Dobre? Za
cholerę nie wiedzie co jest dla mnie dobre! Nawet się nie wysililiście aby to
sprawdzić! Jeśli będę chciała, wyjadę na pieprzone Bahamy i nic mi nie
zrobicie! – wykrzyczała, przerzucając torbę przez ramię.
- Thereso! – zawołał
tata, przez co skuliłam się, obejmując ramionami. W domu rzadko ktokolwiek z
kimkolwiek się kłócił.
- Ojcze! Prosiłam
tylko o jeden weekend ze znajomymi! Bez ćpania, palenia i orgii! Mała grupka
znajomych i domek nad jeziorem!
- Dobrze wiesz, że
nie o to chodzi… - westchnęła mama, robiąc krok w stronę Tessy.
- Teraz nie
obchodzi mnie, o co wam chodzi! – zawołała, otwierając drzwi. – Jeśli tu
zostanę, minie mnie jedyna szansa na normalne życie. MOJE ŻYCIE! I nie macie
tutaj nic do powiedzenia! Najchętniej zamknęlibyście mnie w klatce, a ja nie
jestem waszym cholernym słowikiem na pokaz! Chcę żyć, a wy mnie jedynie
dusicie! – wykrzyczała, idąc przed siebie.
- Tess! –
zawołałam, przeskakując po kilka schodów i wybiegłam za nią, próbując nadążyć.
– Tess!
Dziewczyna
odwróciła się i zobaczyłam ból wymalowany na jej twarzy. Cudowne, niebieskie
oczy przesłonięte zasłoną łez. Kucnęła, ujmując moje dłonie i spojrzała mi w
oczy.
- Wracaj do domu,
Nikkie – szepnęła, kreśląc palcami kółka na mojej skórze.
- Chcę iść z tobą,
nie chcę żebyś płakała – wydukałam, przytulając ją mocno do siebie.
- Wrócę za kilka
dni, skarbie. Jest okey. Z nami będzie okey – powiedziała spokojnie i odsunęła
mnie na długość ramienia. – Jak wrócę, pójdziemy na duże lody, dobrze?
Przyjrzałam się
jej niepewnie, lecz mimo to skinęłam głową. Tessa zawsze wiedziała co robi.
Odwzajemniłam jej uśmiech i wolnym krokiem zawróciłam w stronę domu. Pięć,
trzask zamykanych drzwi. Dziesięć, dźwięk odpalanego silnika. Piętnaście kroków
później usłyszałam huk.
- Tessa! –
wykrzyknęła mama, mijając mnie, a zaraz za nią pobiegł tata, więc również
odwróciłam się w tamtą stronę. Przymrużyłam powieki, próbując dojrzeć moją
siostrę.
Wiedziałam tylko
tył jej samochodu, wychodzący spod ciężarówki.
Nigdy więcej nie jadłam lodów Ben&Jerry’s. Nigdy więcej
nie było ich u nas w domu. Za każdym razem, gdy w sklepie widziałam ich
opakowanie, miałam ochotę rzucić je przez okno. Pewnego dnia wykupiłam
wszystkie opakowania, jakie były w sklepie, tylko po to by je porozrzucać po
całej ulicy, kopiąc w nie, skacząc po nich i rzucając nimi ile tylko miałam
siły. Nie potrafiłam już nigdy więcej spojrzeć na nie, nie mając przed oczami
czterech krów, które odebrały życie najlepszemu człowiekowi, jakiego znałam.
Zaczęłam przysypiać w ramionach taty, gdy ostatnia łza
stoczyła się w dół, po policzku.
- Pali się? –
spytał tata, gdy tylko wbiegłam do domu, pędząc do swojego pokoju. – Myślałem,
że jeszcze cię przytrzymają w szpitalu. Jak z Maxem?
- Nie wiem –
rzuciłam ostro, wpychając do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Paszport. Portfel.
Trochę ciuchów.
- Jak to nie
wiesz? I co robisz? – ciągnął dalej, a ja chciałam jedynie, aby nie zadawał
tylu pytań. Wolałabym, aby ich nie było w domu, abym nie musiała mówić tego, co
powiedzieć musiałam.
- Wyjeżdżam –
wycedziłam przez zęby, wrzucając do środka szczoteczkę do zębów i najważniejsze
kosmetyki.
- Oświecisz nas
dokąd? – westchnął tata, a zza niego wyszła mama z widocznie zaspaną twarzą.
Nie chciałam im tego robić.
- Jak najdalej
stąd.
- Coś się stało?
Max coś powiedział? Kochanie… - zaczęła mama, lecz tylko prychnęłam z
niesmakiem.
- Max niczego nie zrobił.
I niczego nie zrobi. – Fuknęłam, przepychając się między nimi do wyjścia.
Błagałam w myślach, aby pozwolili mi wyjść, abym nie musiała robić tego, co w
innym wypadku zrobić bym musiała.
- Nigdzie nie
pójdziesz – powiedział tata, łapiąc mnie za ramię.
Kocham was.
- Duszę się,
rozumiecie? Duszę się przy was! Nie mogę żyć, brakuje mi powietrza! Tess miała
rację. Nie zamkniecie nas w klatce, potrzebujemy NASZEGO życia. Jednej z nas
już je odebraliście. Nie pozwolę wam zmarnować swojego – wycedziłam przez zęby
z mrożącym krew w żyłach spokojem.
Wiedziałam, że nie
będą próbowali mnie już zatrzymywać.
Wyszłam z domu i
wsiadłam do taksówki, zanim złamałabym się i wróciłabym do domu, przepraszając
za to, jak bardzo ich zraniłam. Miałam nadzieję jedynie na to, że kiedyś będą
potrafili mi to wybaczyć.
* * *
Resztę dnia spędziłam z rodzicami. Odkąd się obudziłam na
kanapie, żadne z nas nie wracało tematem do mojej dwuletniej nieobecności. Ani
do ostatnich słów wypowiedzianych przed wyjazdem. W pewnym sensie to było dla
nas pewnym marginesem bezpieczeństwa, lecz chyba każde z nas było świadome tego,
iż ta rozmowa jeszcze nie została zakończona. Po prostu żadne z nas nie było
gotowe aby się jej podjąć.
Wieczorem wróciłam do domu. A w sumie do mieszkania Maxa.
Wciąż nie wiedziałam gdzie był mój dom, gdzie powinien on być. Zaczynało do
mnie docierać to, jak naiwne było myślenie, że wszystko będzie prostsze po
powrocie do Daly City – nic prostsze nie było. Wręcz przeciwnie, pojawiły się
nowe tematy, którym trzeba było stawić czoła. Chociażby taki, jak sprawa
mieszkania. Czy też dziecka. Nie byłam gotowa na wyznanie prawdy o dziecku. Nie
wiedziałam, co by go bardziej złamało – wiara w kłamstwa, którymi był karmiony,
czy brutalna prawda. Nie wiedziałam, czy ja bym przeżyła to po raz drugi.
Po wejściu do domu, otoczył mnie zapach świeżo upieczonych
cynamonowych babeczek. Podążając za tym zapachem trafiłam do kuchni, gdzie na
stole był ich około tuzin, a obok stała szklanka z mlekiem. Rozejrzałam się
dookoła i spojrzałam znowu na przysmak. Jedna przecież nikogo nie zbawi,
prawda? Oblizałam wargi, skradając się ku niej, po czym pisnęłam głośno, czując
jak grunt zaczął uciekać mi spod stóp.
- Mama nie uczyła, że nie wolno kraść? – Usłyszałam męski
baryton i całe napięcie zeszło z ramion.
- Jakoś jej to umknęło. Poza tym oddałabym. – Próbowałam
się bronić.
- Mhmmm, chyba w naturze – odparował, wybuchając następnie
śmiechem.
Kiedy postawił mnie na ziemi, odwrócił w swoją stronę i
pocałował. Był to pewny, a jednocześnie czuły pocałunek. Pocałunek, którego w
ogóle się nie spodziewałam. Poczułam zawroty głowy, więc musiałam się go
przytrzymać. Smakował mlekiem i czekoladą, oraz czymś specjalnym, tak bardzo
jego. Dotyk jego palców na moim karku wywołał gęsią skórkę oraz pobudził te
części ciała, które były nieaktywne przez cały dzień. Delikatność i stanowczość
okazywała się doskonałym połączeniem w każdym jego ruchu. Pozornie zaprzeczając
sobie, lecz tak naprawdę doskonale siebie dopełniając. Każdy pocałunek był jak
sekretna obietnica odzyskania czegoś, co wydawało się na zawsze utracone. Jak
klucz do Edenu, a jednocześnie jak jabłko, oznaczające wygnanie z raju. Pełne
sprzeczności, a jednakże wszystko takie nęcące, kuszące. Podniecające.
Westchnęłam cicho, gdy odsunął się ode mnie, a ciężkie
powieki nie miały najmniejszego zamiaru się podnieść. Uniósł palcami mój
podbródek, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Wciągnęłam głęboko powietrze,
widząc dzikość jego spojrzenia, pełnego pożądania i miłości. Zapomniałam o
wszystkim, co działo się wcześniej, utonęłam w wachlarzu uczuć tego mężczyzny,
głębi karmelowych oczu i każdym, nawet przelotnym dotyku jego ciała.
Potrzebowałam czuć go przy sobie, że jest ze mną. Że liczyło się tu i teraz.
Widziałam w nim, że potrzebował tego samego, dlatego nie oponowałam, gdy
prowadził mnie do sypialni ani gdy znowu mnie pocałował. Potrzebowałam by
zabrał cały ból i żal, zastępując je miłością, namiętnością i pożądaniem.
* * *
Uwielbiałam patrzeć jak spał. Wyglądał wtedy nie tyle
niewinnie, co jak ktoś, kto nie miał większych zmartwień. Tak było od zawsze.
Uwielbiałam zasypiać przy nim, a później budzić się w nocy i studiować jego
twarz na pamięć. Każdy mięsień, zarys ust, kontur nosa, ostrość kości
policzkowych. Wszystko wydawało się takie idealne. Wszystko było takie idealne. On był idealny. I
choć nie wiedziałam dlaczego mimo wszystko trzymał mnie przy sobie, wiedziałam
że było warto. Dla tych kilku chwil szczęścia, uszczkniętych z nieba, warto
byłoby później znieść upadek na ziemię. Nawet jeśli miałby mnie złamać na
milion różnych sposobów. W końcu nabierałam wprawy w podnoszeniu się po
paskudnych uderzeniach.
Przyglądałam się rzęsom, okalającym jego policzki nawet w
nocnych ciemnościach. Obserwowałam go już tak długo, że zaczęłam dostrzegać
nawet najdrobniejsze szczegóły takie, jak pieprzyk na lewym uchu. Uśmiechnęłam
się na wspomnienie tego, ile razy go całowałam w tamto miejsce. Był to jedyny
pieprzyk, który można było znaleźć na jego twarzy, jeśli w ogóle ucho można
zaliczyć do twarzy.
Kochałam w nim wszystko, dosłownie wszystko. Lekko
zakrzywiony nos w miejscu, gdzie miał kiedyś złamany po jednej ze szkolnych
bójek, miękkie usta, które kusiły swoim idealnym kształtem. Zmarszczki w
kącikach ust, które powstały od częstego śmiania się i mrużenia oczu. Złocisty
odcień skóry, który zapewniała Kalifornia. Oraz to doskonałe dopasowanie, które
tworzyły nasze ciała. Jego ręka na moim biodrze wydawała się rzeczą tak
naturalną, iż zadziwiające było to, że kiedyś mogło jej tam nie być. Poduszka
przesiąknięta zapachem Maxa była niczym ulubiony kocyk dla małego dziecka.
Wtuliłam się w jego rozgrzany, nagi tors, niczym dziecko
chowające się przed niebezpieczeństwem i przymknęłam powieki, kreśląc palcami
nieokreślone wzory na rozłożystych plecach mężczyzny. Usłyszałam jak cicho
zamruczał, przytulając mnie mocniej do siebie. Nie musiałam bać się tego, że
mogłabym go obudzić. Max miał dwie fazy snu – ciężką i lekką. Podczas pierwszej
nawet trzecia wojna światowa by go nie obudziła, przy drugiej zaś otwierał oczy
na każdy szmer. Z pierwszej w drugą przechodził koło czwartej, piątej nad
ranem, co dawało mi jeszcze kilka godzin na obserwowanie go śpiącego.
Robiłam to przez miesiące przed swoim wyjazdem i jeszcze
przez kilka nocy, które spędziliśmy razem w Nowym Jorku i nigdy nie wydawało mi
się tu nudne. Mogłabym robić to do końca świata, dzień po dniu, noc w noc. Za
każdym razem próbowałam doszukać się czegoś nowego, czy może się zmienił w
ciągu danego dnia, czy też od momentu, kiedy miałam okazję obserwować go
ostatni raz. Nie każdej wspólnej nocy miałam okazję to robić. Czasem byłam tak
zmęczona, że budziłam się dopiero nad ranem. Niekiedy udawałam, że śpię,
ponieważ wiedziałam, że to on obserwował mnie. Było w tym coś zadziwiająco
kojącego.
Jednakże za każdym razem, każdej nocy, której mogłam do
woli studiować rysy jego twarzy, ramion i reszty ciała, umacniałam się w
przekonaniu, że byłam beznadziejnie w nim zakochana. Najdrobniejszy cień uśmiechu
sprawiał, że motylki w moim brzuchu budziły się do życia. Każdy nieświadomy
dotyk przez sen, ruch, podrywał serce do góry. Max był mężczyzną wręcz idealnym
i nie raz myślałam, że na niego nie zasługiwałam. Z pewnością tak też właśnie
było.
Mimo to warto było ukraść tych kilka chwil z człowiekiem,
który był całym moim światem, nawet jeśli to oznaczało późniejsze rozsypanie
się w proch. Wiedziałam jakie to niosło za sobą konsekwencje i jak ciemne
chmury roztaczała nad nami prawda, wisząca w powietrzu niczym ostrze kata.
Lecz właśnie dla tych chwil gotowa byłam odłożyć prawdę na
dalszy tor i tak długo wypierać ją ze świadomości, jak to tylko było możliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz