Twenty four

Przeszłość

            Chaos panował wszędzie dookoła. Rzeczy porozrzucane, krzesła rozstawione w całkowitym nieładzie, a resztki obiadu czekały na stercie, przytulone do podłogi. Ludzie cały dzień usuwali mi się z drogi, choć nawet nie otworzyłam ust. Dlaczego? Tego dnia miały przyjść wyniki. Po przedostaniu się ze szczebla szkolnego, pojechałam na przesłuchanie do San Francisco. Jeśli przeszłabym dalej, mogłabym wystąpić na zawodach stanowych w Nowym Jorku. O co była ta cała zabawa? Nie o jakiś tam puchar, wyróżnienie. Najlepsza trójka automatycznie dostawała zaproszenia na przesłuchanie do Juilliarda.
Nie wierzyłam, że mogłoby mi się to udać, lecz mimo to cały dzień byłam podminowana. Najpierw musiałam dostać się na zawody stanowe.
Zmyłam podłogę, pozbywając się roztartego piure oraz kawałków marchewki z groszkiem, po czym zabrałam się za składanie ubrań, które wcześniej sama rozrzuciłam po salonie. Rodzice wyszli na taras, widocznie nie chcąc wpaść pod nóż, którym z pewnością byłam gotowa w kogoś rzucić. Warczałam na wszystko i wszystkich. To, bo ziemniaki za wolno się gotowały, to, bo sos zaczął mi się przypalać. Nawet na to, że sok był za słony (jak mógł?!). Odrzucałam połączenia od wszystkich. Od Luke’a, od Cath. Nawet od Maxa.
Właśnie, Max. Od szkolnego przesłuchania zaczęło się jakoś układać. Przez te dwa miesiące wychodziliśmy na kolacje, chodziliśmy do kina, czy też spacery. Oczywiście, za każdym razem musieliśmy jechać do innego miasta, jak najbardziej oddalonego od Daly City, aby nie spotkać nikogo znajomego. Mimo to, najwięcej czasu spędzaliśmy w jego mieszkaniu. Przestałam unikać psychologii i tak naprawdę, miałam z tego niezłą frajdę. Oboje mieliśmy.
Jednakże tego dnia nie chciałam nikogo widzieć. Zeszłam do piwnicy i wzięłam do ręki rzutki. Pierwsza głęboko wbiła się w drewno, stosunkowo daleko od tarczy. Drugiej udało się trafić w pierścień nagradzany jednym punktem. Trzecia odbiła się od lamy. Zaklęłam w tym samym momencie, w którym rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Rzuciłam się w górę, potykając o własne nogi raz za razem, krok za krokiem. Niemalże wyrwałam klamkę, zamaszyście otwierając drzwi.
- Tak? – sapnęłam, wpatrując się w mężczyznę stojącego naprzeciw mnie.
- Pani Veronica Catharsis? – spytał niepewnie, przyglądając się mojej postawie.
Pewnie zastanawiał się, czy byłam wariatką. Rozczochrane rude loki, kłębiące się dookoła głowy, rozszerzone, przekrwione oczy i rozmazany makijaż. Trup, trup, trup, trup. Zombie.
- Uhum – pokiwałam entuzjastycznie głową, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Miałam nadzieję, że przyniósł mi to, czego oczekiwałam.
- List polecony priorytetowy – odparł, podając mi kopertę.
Mruknęłam coś w odpowiedzi, wyrywając mu przesyłkę i trzasnęłam drzwiami, wchodząc do chaosu panującego w salonie. Usiadłam na wywróconym krześle i oblizałam wargi, przesuwając palcami po gruboziarnistym papierze i wytłoczonym na nich literach akademii tańca w Nowym Jorku.
Ostatecznie wstałam i wyszłam na taras, stając z kopertą na wprost rodziców. Oboje unieśli pytająco swoje brwi, na co rzuciłam pakunek na stolik, pomiędzy nich, siadając na betonie.
- Otwórzcie, ja nie dam rady – jęknęłam, podciągając nogi pod brodę i oparłam ją na kolanach, mocno przygryzając dolną wargę.
Widząc ich dziwne, zdumione miny, miałam ochotę znowu zacząć warczeć. I śmiać się. Okey, nie było ze mną wszystko okey. Pokazałam głową, aby otworzyli kopertę i mocniej przycisnęłam do siebie nogi. Tata ujął w palce elegancki papier i najdelikatniej jak potrafił, rozdarł i wyciągnął kremową kartkę. Przebiegł wzrokiem po tym, co zostało tam napisane, po czym podał go mamie. Ona również zrobiła to samo, po czym oboje spojrzeli na mnie. Z ich twarzy wyczytałam to, czego obawiałam się najbardziej.
Nie dostałam się.
Zacisnęłam wargi, nakazując sobie być twardą. Próbowałam odpędzić łzy. Nie chodziło o to, że rozczulałam się nad sobą. Byłam na siebie wściekła. Wbiłam palce w piszczele, usiłując się uspokoić.
- Veronica – powiedział spokojnie tata.
Nic.
- Veronica… - powtórzył po chwili. – Nikkie, spójrz na mnie – westchnął łagodnie, przez co zrobiłam to, o co prosił. Uśmiechnął się do mnie delikatnie i znowu spojrzał na kartkę. – Z ogromną przyjemnością chcielibyśmy zaprosić panią, Veronicę Evelyn Catharsis na zawody stanowe w tańcu nowoczesnym w Nowym Jorku. Bylibyśmy zaszczyceni spotkaniem z panią osobiście dnia piętnastego marca bieżącego roku – kiedy skończył czytać, spojrzał na mnie.
- Nikkie? – spytała mama, widząc mój brak reakcji, a w mojej głowie zaczęły obracać się trybiki, niczym w wielkim zegarze.
Dostałam się?
Dostałam się.
Dostałam się!
- O Boże, dostałam się! – szepnęłam, spoglądając to na jedno, to na drugie, po czym wybuchłam głośnym śmiechem, czując jak napięcie zaczęło opuszczać moje ramiona i ciało, odchodząc w zapomnienie.

* * *

Zapukałam do drzwi, kołysząc się na piętach, a głupi uśmiech nie chciał zejść z mojej twarzy. Musiałam mu o tym powiedzieć. Ciągle chichotałam pod nosem, czując jak energia mnie rozpierała. Nieliczni dostawali się na zawody stanowe, a ja byłam jedną z nich!
Gdy tylko drzwi się otworzyły, wskoczyłam na chłopaka, całując go i śmiejąc się jednocześnie. Poczułam jak jego ciało stężało pod wpływem zaskoczenia, a później objął mnie ramionami. Wydawał się inny, mniej… jak on.
- Eve? – usłyszałam zaskoczony głos mężczyzny z boku i zesztywniałam.
Odsunęłam się od chłopaka, na którym wisiałam i spojrzałam w stronę szatyna, wycierającego ręce w ścierkę. Max patrzył na mnie rozszerzonymi oczami, widocznie zaskoczony. Pewnie wyglądałam tak samo. Spojrzałam na chłopaka, na którego się rzuciłam. Blondyn o niebieskich oczach i lekko zadartym nosie. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Różnili się całkowicie!
- Mmm, hej, Steve – powiedział chłopak, uśmiechając się niczym nieskrępowany.
Jęknęłam, cofając się krok do tyłu. I jeszcze jeden, aż uderzyłam plecami o ścianę.
- Max, ja nie… - zaczęłam, czując wzbierającą panikę.
- Wiem, Eve, spokojnie – zaśmiał się, przyciągając mnie do siebie i złożył pocałunek na czubku głowy. – Eve, to mój przyjaciel, Steve. Dupku Steve, poznaj Eve.
- Twoją dziewczynę, Eve? – spytał zaskoczony i wtedy zobaczyłam błysk zainteresowania w jego oczach. – Eve?
- Uhum – warknął Max, zaborczo przyciskając mnie do swojego boku.
- Tę Eve? Coś ty mu naopowiadał? – spytałam, chichocząc cicho i spojrzałam w jego karmelowe oczy, które tak uwielbiałam.
- Z pewnością nie mówił, że tak całujesz. Cholera, masz szczęście, stary – westchnął Steve, udając, że mdleje, przez co wybuchłam śmiechem, czując jak na policzki zaczęły występować rumieńce.
- Bo nie powinieneś się o tym nigdy dowiedzieć, dupku – warknął, prowadząc mnie do kuchni i posadził na krześle. – Głodna? Zaraz będzie spaghetti.
- Albo czytaj: rozgotowany makaron i przypalony sos – zawołał za nami blondyn.
- Miel tym ozorem dalej, a będziesz żarł chleb z cukrem – zawołał szatyn, rzucając ścierką w przyjaciela.
- Ałć, męska duma, huh? Spokojnie, sądzę, że twoja dziewczyna już wie, że jesteś kijowym kucharzem, stary.
- W sumie to robi dobre tosty – wtrąciłam się z rozbawieniem, wspominając pierwsze śniadanie, które mi zrobił.
- Widzisz! – krzyknął Max, uśmiechając się do mnie z dumą i pocałował mnie przeciągle, układając dłonie na tali.
Zamruczałam z uśmiechem, czując smak jego wargi roztaczający się dookoła zapach jego ciała. Zupełnie tak, jakbym odkrywała świat na nowo. Na nowo uczyła się żyć i to życie było fantastyczne. Oparłam policzek na jego ramieniu, poddając się delikatnemu kołysaniu jego ciała. Przymknęłam powieki z uśmiechem, gdy ujął moją dłoń w swoją, powoli przemierzając kuchnię, tańcząc bez muzyki.
- Zakochani, ble – jęknął blondyn, wrzucając sobie do ust makaron. – Rozgotowany, ble.
Oboje spojrzeliśmy na niego, na siebie i znowu na niego, po czym roześmialiśmy się głośno.

* * *

- Więc przyszłaś ot, tak czy masz jakiś interes? Oprócz nie dopuszczenia do tego, aby Max całkowicie się otruł tym, co nazywa jedzeniem – spytał Steve, siedząc na poduszce z miską makaronu z sosem pieczarkowym (spaghetti Maxa faktycznie było nie jadalne).
- Właśnie! – pisnęłam podekscytowana i odwróciłam się w stronę chłopaka. – Zgadnij co.
- Nie wiem, Eve – zaśmiał się Max, patrząc na mnie z rozbawieniem.
- Pobaw się ze mną i zgaduj! – jęknęłam.
- Wiesz, znam przyjemniejsze zaba… - zaczął blondyn, lecz uciszyło go uderzenie poduszką.
- Max…
- Eve…
- No zgadnij! – jęknęłam, wydymając niezadowolona wargi.
- Podpowiedź?
- Co dziś jest?
- Piątek…? – spytał, mrużąc powieki, przyglądając mi się uważnie. Po chwili na jego twarzy błysnęło zrozumienie. – O matko, dostałaś się! – krzyknął radośnie i przyciągnął mnie do siebie, przytulając czule.
- Uhum! – roześmiałam się, całując go przeciągle, mrucząc przy tym zadowolona.
- Dostałaś się gdzie? – spytał Steve.
Jemu się serio buzia nie zamykała. Nie wiedział chyba, co to skrępowanie. Znałam go od godziny, a już go lubiłam. I zauważyłam, że jest cholernie pewny siebie, przez co nie czuje żadnego nietaktu, angażując się w życie dziewczyny, której nawet nie znał.
- Na zawody stanowe w tańcu nowoczesnym – odparłam z dumą, pozwalając ramionom ukochanego jeszcze mocniej mnie otulić.
- No to gratulacje, ruda – odparł, błyskając zębami w uśmiechu. – Co teraz, Eve?
- Lynn – powiedzieliśmy jednocześnie z Maxem.
- Mów mi Lynn – dodałam rozbawiona i splotłam swoje palce z chłopakiem, siedzącym za moimi plecami.
- W każdym bądź razie, wypada to jakoś uczcić – odparł z uśmiechem blondyn, pokazując na nas. – I czuję, że nie chcę tego oglądać – dodał, wybuchając śmiechem.
Zmarszczyłam brwi, uśmiechając się przy tym nie wyraźnie. Wydawało mi się, że nie był niczym skrępowany. A Max przy nim także wydawał się… swobodniejszy. Chociaż ciągle na siebie warczeli, widać było, że są przyjaciółmi, ponieważ nie wyczuwało się między nimi żadnego spięcia. Byli wobec siebie bezpośredni i otwarci. Wredni, ale nie wątpiłam w to, że byli ze sobą blisko.
- Nie słyszeliście? Dzieciaki, wynoście się z domu i to już – westchnął, podnosząc się z kanapy i ku mojemu zdziwieniu, dosłownie pokazał nam drzwi.

* * *

- Okey, wyjaśnisz mi dlaczego rzuciłaś się na mojego przyjaciela, witając go tak, jak ja chciałbym być witany codziennie, do końca świata? – usłyszałam rozbawiony głos Maxa, gdy skręcił w najbliższy zakręt.
- Przestań! – pisnęłam, zakrywając twarz dłońmi. To było takie upokarzające. – Byłam pewna, że to ty! Od kiedy ktoś inny otwiera TWOJE drzwi?
- Nie wiedziałem, że przyjaciele nie mogą mnie odwiedzać, skarbie – wyrzucił z siebie, śmiejąc się przy tym. – Poza tym jesteśmy całkiem inni!
- TERAZ WIEM! – jęknęłam roześmiana i zapadłam się w fotelu. – Byłam tak podekscytowana zawodami, że chyba nawet przeleciałabym twoją matkę, gdyby otworzyła drzwi.
- O Boże, nie chciałem sobie tego wyobrażać!
- Whooops. – Wybuchłam śmiechem, spoglądając na niego, widocznie rozbawiona.
Nie miałam zielonego pojęcia, dokąd jechaliśmy. Przed wyjściem Max zdążył jedynie zgarnąć kurtkę i kluczyki od samochodu, zanim Steve wyrzucił nas, zatrzaskując za nami drzwi. Chyba serio miał nas dość. Czy coś. Tak więc już od jakiegoś czasu jechaliśmy w bliżej nie określonym kierunku. Zgubiłam się po dwudziestu minutach jazdy uliczkami, których nigdy wcześniej nie widziałam.
I zdecydowanie nie czułam się wyjściowa. Spojrzałam na swój strój. Miałam na sobie krótkie, postrzępione jeansowe spodenki oraz przykrótki, biały top, odsłaniający brzuch. Liczyłam na miły wieczór w mieszkaniu, z popcornem i filmem. W tamtym momencie czułam się skrępowana i zbyt odsłonięta.
- Wiedziałem, że się dostaniesz – odparł ni stąd ni zowąd. – Byłaś niesamowita.
- Dziękuję – szepnęłam, przygryzając dolną wargę.
- Mam nadzieję, że będziesz tak sprawna podczas…
- MAX! – pisnęłam, wybuchając śmiechem.
- ...zawodów stanowych, zboczeńcu! – roześmiał się, parkując pomiędzy drzewami.
Zmarszczyłam brwi, próbując cokolwiek dojrzeć, lecz późna pora i brak słońca mi to zdecydowanie utrudniała. Dookoła rosły drzewa, gdzieś w oddali słychać było szum liści. Wody? Wysoko księżyc odbijał blask słoneczny. Miło.
- Chodź – odparł Max, wysiadając z samochodu i wyciągnął z bagażnika koc, paczkę chipsów oraz butelkę wody. – Przepraszam, wziąłbym więcej, cokolwiek, gdybym wiedział, co będziemy robić – westchnął skrępowany.
- Jest okey – powiedziałam, podchodząc do niego i wyciągnęłam napój z chrupkami z jego rąk. – Naprawdę, jest okey – dodałam i wspięłam się na palce, czule całując wargi mężczyzny.
Po chwili ruszyliśmy ramię w ramię, w kierunku, którego nie znałam. Chociaż niczego nie mówiliśmy, cisza, która powstała między nami nie była krępująca. Wręcz przeciwnie, była nadzwyczajnie kojąca. Co chwila spoglądałam na niego, uśmiechając się przy tym. Mocno zarysowany kształt jego szczęki i delikatny zarost. Poczułam subtelne wibracje w podbrzuszu, po czym znowu spojrzałam przed siebie. Dobrze, że było ciemno i nikt nie mógł zobaczyć rumieńców plamiących moje policzki.
Im dalej szliśmy, tym pewniejsza byłam, że słyszałam w oddali szum wody. Okey, chyba powinnam była pójść do toalety przed wyjściem. Jakiś czas później to zobaczyłam. Atramentowe lustro, niczym nie wzburzone, idealnie gładkie i ciche. Spojrzałam na Maxa, a ten już rozkładał koc na plaży. Uśmiechnęłam się na ten widok i zsunęłam trampki ze stóp, zagłębiając palce w chłodny piasek. To było to.
- Chodź tutaj – zaśmiał się, wyciągając do mnie rękę, gdy już sam usiadł. Nie oponowałam.
- Mówiłam już, że lubię z tobą wychodzić? – spytałam z uśmiechem, opierając głowę na jego ramieniu, przyglądając się majaczącemu w oddali odbiciu księżyca na tafli wody.
- Chyba tak – zaśmiał się, całując moją skroń. Uwielbiałam tę jego czułość.
- Chyba dobrze – szepnęłam, spoglądając mu w oczy. Ich kolor wydawał się głębszy, niemalże brunatny, choć wciąż widać w nich było ten bliżej nieokreślony błysk, który mnie urzekł miesiące wcześniej.
- Mogę o coś zapytać? – spytał cicho, tuż przy moim uchu.
- Mmm?
- Dlaczego nie lubisz imienia Veronica?
Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc. Wiedziałam, że pewnego dnia będziemy musieli porozmawiać, ale nie że w dniu w którym powinnam się cieszyć. Nie lubiłam o tym rozmawiać. Spojrzałam w stronę jeziora, zastanawiając się, co powiedzieć, lecz nie było słów, którymi można by to wyrazić.
- Moja siostra tak do mnie mówiła, gdy byłam mała – westchnęłam, bawiąc się jego palcami.
- Co się z nią stało? – spytał, opierając brodę na mojej głowie.
- Nie żyje – odparłam, oblizując wargi. – Miała wypadek. Pokłóciła się z rodzicami o jakiś głupi wyjazd. Pobiegłam za nią. Mogłam nalegać, aby została, aby nie jechała. Zadowoliłam się głupimi lodami. Odwróciłam się, aby wracać do domu i wtedy wjechała w nią ciężarówka. Z lodami – wyszeptałam, nieświadomie wbijając paznokcie w dłonie chłopaka.
- Tak mi przykro, Eve…
- Po prostu tego dnia część mnie umarła, wiesz? – ciągnęłam dalej. – Ona była dla mnie jak druga mama. Wszyscy mówią, że starsze rodzeństwo to masakra. Kochałam swoją siostrę. Była moją przyjaciółką, chociaż była starsza o dziesięć lat. Kochałam ją. Była najlepsza. Zawsze mówiła do mnie „Nikkie”. To było słodkie i sposób, w jaki to wypowiadała był…
- Jej – dopowiedział Max.
- Dokładnie. Tak jak twoje „Eve”. Dlatego gdy jej zabrakło…
- Zabrakło Nikkie.
- Tak... – szepnęłam i oparłam się o jego tors.
Dobrze było mieć go obok siebie. To, jak dobrze się rozumieliśmy było niesamowite. Z nikim tak się nie dogadywałam od czasów Tessy. Z rodzicami miałam fantastyczną więź, ale to nie było to samo. Z Cath i Lucasem byliśmy przyjaciółmi, wygłupialiśmy się, rozumieliśmy swoje poczucie humoru, potrafiliśmy przeżywać wszystko razem. Nie potrafiłam określić na czym polegała ta różnica, jednak ją czułam. I było to coś dobrego.
- Mam ochotę popływać – powiedziałam, uśmiechając się delikatnie.
Nie chciałam się smucić. Nie tego dnia.
- Jest noc, Eve…
- Tchórzysz? – zaśmiałam się, ściągając koszulkę. Widziałam to, jak wciągnął powietrze do płuc oraz jak jego wzrok przesuwał się po moim ciele, gdy ściągałam spodenki i odrzuciłam je obok niego. – Jak chcesz – zawołałam z uśmiechem, wbiegając do wody i zanurzając się pod jej powierzchnię.
Chłód otulił mnie z każdej strony, owijając ciało niczym satyna. Ciężar tego dnia spłynął na dno, uwalniając mnie z wszelkich myśli, uczuć i zmartwień. Wszystko przestało się liczyć, mogłam po prostu płynąć. Do momentu, gdy poczułam na tali cudze dłonie. Ujęłam jego twarz pod wodą i złożyłam na ustach pocałunek, czując jak przekazał mi przy tym trochę powietrza. Robił to przez cały czas.
Ratował mnie przed życiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz