Teraźniejszość
Oboje
byliśmy tak zdenerwowani, że poszliśmy pobiegać, aby nie zniszczyć niczego w
mieszkaniu. Wystarczyła świadomość tego, iż nie dostanę zwrotu kaucji za
zniszczony stolik, nie potrzebowaliśmy więcej szkód. Wróciliśmy do domu po
dwóch godzinach tak zmęczeni, że nawet relaksujący prysznic nie zdawał się
bardzo przekonujący. Ostatecznie jednak na zmianę się do tego zmusiliśmy, aby
rano znowu zrobić to samo. Po wzięciu prysznica zrobiłam śniadanie, które
zjedliśmy niewiele się do siebie odzywając.
Gdy
ostatnie pudła zostały zapakowane do mojego samochodu, wzięłam głęboki oddech,
rozglądając się po mieszkaniu. Miałam już nigdy tam nie wrócić i nagle zrobiło
mi się przykro, lecz szybko odepchnęłam te uczucia i zeszłam na podwórko,
zaciskając palce dookoła pęku kluczy. Spróbowałam się uśmiechnąć do Maxa,
widząc go opartego o mój samochód, lecz byłam świadoma, iż nie wyszło mi to
zbyt przekonująco, więc tylko westchnęłam, gdy otulił mnie swoimi ramionami.
-
Jest okej, jeśli jest ci smutno, Eve. To był twój dom, a Nowy Jork już zawsze
będzie częścią ciebie - szepnął tuż przy moim uchu i musiałam zacisnąć powieki,
aby się nie rozpłakać.
-
To nie jest dom, to azyl - powiedziałam cicho i chciałam dodać, że byłam tu
bezpieczna, gdy znowu pojawiła się w mojej głowie myśl o długich mackach Leah,
które dosięgnęły mnie aż tam, przez co mocniej zacisnęłam palce na kurtce
mężczyzny.
Zadrżałam,
czując się tak, jakbym miała się rozpaść. Byłam bliska łez i głównie nie
dlatego, że ciężko mi było się rozstać z tym miejscem, lecz dlatego, że bałam
się powrotu do domu. Bałam się zobaczyć rodziców, Cath, Lucasa i jeśli mam być
ze sobą szczera, panicznie bałam się spotkać tę blond wywłokę na ulicy,
ponieważ nie miałam zielonego pojęcia, co bym zrobiła widząc ją tam. To było
moje miasto, a ona nie miała prawa tam być. Powinna była wyjechać i nigdy nie
wracać. Powinna była nigdy się tam nie pojawiać.
-
Jedźmy do domu - szepnęłam cicho i wspięłam się na palce, delikatnie muskając
jego usta, po czym wsiadłam do samochodu.
Ustaliliśmy,
że Max pojedzie do wypożyczalni samochodów załatwić wszystkie formalności, a ja
pojadę do Lily, aby oddała klucze właścicielowi, ponieważ w tamtym czasie nie
było go w mieście. Odpaliłam samochód i wyruszyłam spod klatki, czując dziwne
ukłucie w sercu i oblizałam wargi, ostatni raz patrząc na okno swojego
mieszkania i skręciłam za rogiem, zostawiając to za sobą.
Jakiś
czas później zatrzymałam się pod domem, w którym mieszkała Lily wraz ze swoimi współlokatorkami.
Przesunęłam palcami po kierownicy, po czym zdecydowałam się wysiąść z
samochodu. Zapukałam do mieszkania, przywołując na twarz uśmiech i dopiero
wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak mocno zaciskam palce na pęku kluczy.
Rozwarłam je i skrzywiłam się nieznacznie, widząc średnio atrakcyjne ślady na
skórze, po czym przeniosłam spojrzenie na otwierające się drzwi.
-
Ni... Lynn - odparła kruczoczarna dziewczyna, na co się roześmiałam.
-
Nilynn? Tego jeszcze nie było - rzuciłam z uśmiechem i przytuliłam jej drobne
ciało.
-
Cóż, lubię być oryginalna - dodała, a jej zęby błysnęły w promiennym uśmiechu.
- Wejdziesz na chwilę?
-
Niestety nie, Max będzie na mnie czekał i szczerze, chciałabym być już w
drodze. To cholernie daleko - poskarżyłam się jak dziecko, choć nie mogłam
ukryć podniecenia na samą myśl o powrocie. Do tego o spędzeniu wielu godzin w
samochodzie sam na sam z Maxem. Mój uśmiech zdecydowanie się powiększył.
-
A więc wyjeżdżasz, hmmm? - westchnęła i mimo uśmiechu, widziałam nieznaczny
smutek, czający się w jej oczach. Skinęłam głową, co wywołało u niej kolejne
westchnienie. - Dziwnie będzie pozbyć się naszej starej szafy - rzuciła na
rozluźnienie atmosfery.
Obie
się roześmiałyśmy.
-
Zamknij te pieprzone drzwi, bo mi dupa odmarznie! - zawołał z wnętrza domu
dosyć wkurzony, kobiecy głos.
-
Choć tu i mnie zmuś, a oskarżą cię o ekshibicjonizm! - krzyknęła Lily z
szelmowskim uśmiechem, przez co nie mogłam się nie roześmiać. - Zadzwoń jak
dojedziesz - powiedziała uśmiechając się delikatnie i pokiwałam głową, wsuwając
jej w dłoń pęk kluczy do mojego (już nie) mieszkania.
-
Mam nadzieję, że mnie odwiedzisz - rzuciłam, uśmiechając się przy tym
nieznacznie. Miałam wrażenie, że szybko zaprzyjaźniłaby się z Cath.
Cath..
-
O Boże, tak! Z przyjemnością! - pisnęła radośnie i przyciągnęła mnie do siebie,
chichocząc przy tym. Kiedy mnie w końcu od siebie odsunęła, przyjrzała się
mojej sylwetce i przygryzła dosyć mocno dolną wargę.
-
Coś się stało? - spytałam zaalarmowana jej nagłym milczeniem, lecz dziewczyna
jedynie potrząsnęła głową.
- Chcę
cię zapamiętać właśnie taką. Uśmiechniętą, roześmianą. Piękną. Szczęśliwą.
Zakochaną - powiedziała, a przy każdym głowie jej głos robił dziwne rzeczy.
Mnie samej oczy zaszły łzami, przez co znowu się roześmiałyśmy.
-
Mam nadzieję, że tak pozostanie - szepnęłam, próbując nie myśleć o Leah, lecz
dosyć ciężko mi to wychodziło.
-
On daje ci szczęście. Nie pozwól mu znowu odejść - wymruczała, zaczesując mi za
ucho kosmyk zbłąkanych włosów. - Nowy Jork zawsze będzie stał dla ciebie
otworem, ale obie wiemy, że najszczęśliwsza będziesz tam, gdzie on. I nigdzie
indziej, więc nie pozwól znowu was rozdzielić. Nikomu i niczemu.
* * *
Przez
całą drogę do wypożyczalni zastanawiałam się nad słowami Lily. Ciekawa byłam
czy wiedziała o Leah, bo cholera, tak to właśnie wyglądało. Albo jej słowa były
przypadkowo celne, albo wiedziała coś. Może od Marco. Wdzięczna byłam jej, że
nie wspomniała o nim ani słowem. Nie obchodziło mnie, co się z nim stało, o ile
oznaczało to, że nie będę musiała go więcej oglądać. Wystarczająco wiele rzeczy
było do bani i bez zastanawiania się, co do cholery to wszystko miało znaczyć.
Najbardziej jednak frapowało mnie... frapowało, serio, Eve? Zbyt dużo książek.
Cóż, w każdym bądź razie najbardziej zastanawiało mnie, jakim cudem Leah
dorwała mnie tak daleko od domu. To wszystko było o wiele bardziej pogmatwane
niż mogłoby się wydawać. Wiedziałam, że dowiem się tego prędzej, czy później.
W
każdym bądź razie nie chciałam aby to był temat, który wisiałby między nami jak
kosa, przez całą drogę powrotną do domu, więc musiałam się go jak najszybciej
pozbyć. Nie było tak trudno, jak się wydawało, ponieważ gdy tylko zobaczyłam
profesora Bradly'eja (roześmiałam się na tę myśl. Od dawna tak o nim nie
myślałam), wszystko minęło. Stanął po mojej stronie samochodu i otworzył drzwi,
podając mi rękę, którą przyjęłam z uśmiechem, wysiadając.
-
Więc, jedziemy? - spytałam, próbując ukryć dziecięce podekscytowanie, choć
byłam przekonana, że jest widoczne na mojej twarzy.
-
Mhm - wymruczał z uśmiechem, ujmując moją dłoń, lecz zmarszczyłam brwi, widząc,
że próbuje odciągnąć mnie od samochodu.
-
Co robisz? - uniosłam brew z pytającym wyrazem twarzy, choć mimo to uśmiech nie
potrafił zejść z moich ust.
-
Próbuję być dżentelmenem i zaprowadzić się do samochodu, otworzyć drzwi i te
sprawy? - rzucił z lekkością, a w jego głosie wyraźnie pobrzmiewało
rozbawienie.
-
Chyba nie myślisz, że pozwolę ci prowadzić - odparłam, wybuchając śmiechem.
Cholera, chciałam zobaczyć jego ręce na mojej kierownicy i nie byłam pewna, czy
wciąż myślałam o samochodzie.
-
Owszem i dobrze wiesz, że to zrobisz - wymruczał obejmując mnie w tali, a
ciepło eksplodowało mi w piersi, sukcesywnie zsuwając się w dół.
-
Nie bądź tego taki pewny - szepnęłam i przeklęłam się w duchu za to, że nie potrafiłam
powiedzieć tego głośniej.
-
Wcale nie jestem - powiedział, spoglądając mi w oczy, choć wiedziałam, że jest.
I nienawidziłam go za to. No dobra, kochałam, ale chciałam nienawidzić.
Cholera, wcale nie.
Otworzyłam
usta, aby jeszcze coś powiedzieć, lecz nie było mi dane. I nie było mi przykro
z tego powodu. Poczułam jego miękkie wargi i mimowolnie przymknęłam powieki,
odpowiadając na pocałunek. Był słodki i niespieszny, niczym rozkoszna tortura,
która rozchodziła się po ciele pobudzając każdą jego część. Przesunęłam dłońmi
po jego torsie, szyi, a następnie wsunęłam je w jego włosy, próbując stłumić
jęk, który rodził się wewnątrz. Kiedy uderzyłam plecami o samochód, jego biodra
były przy moich, bardzo blisko. Zacisnęłam palce, czując go nawet poprzez materiał
ubrań. Jęknęłam cicho, gdy się poruszył, przyciskając w najbardziej wrażliwe
wtedy miejsce, powodując drżenie.
Kiedy
się odsunął, musiałam przytrzymać się jego ramion, bo byłam pewna, że nogi nie
były w stanie mnie utrzymać ani przez sekundę dłużej. Otoczył mnie ramieniem,
drugie wsuwając pod kolana i poczułam, jak grunt osunął mi się spod stóp.
Oplotłam go rękami za szyję i słyszałam jego przyspieszony oddech, przez co
przygryzłam wargę w uśmiechu. Miło było wiedzieć, że nie tylko ja tak reagowałam
na to wszystko. Kiedy posadził mnie na miejscu pasażera i pochylił się, aby
zapiąć mi pas, automatycznie tam spojrzałam i wciągnęłam głęboko
powietrze do płuc. On. Był. Duży. Cholera i widziałam to przez jego jeansy,
więc co by było, gdyby...
Zacisnęłam
powieki i uda jednocześnie. Zalała mnie fala obrazów, które za nic w świecie
nie pomagały się skupić na opanowaniu oddechu. Oblizałam leniwie wargi, czując
że stały się nagle suche i otworzyłam oczy. Max nadal się nade mną pochylał,
przyglądając się mojej twarzy z figlarnym uśmiechem.
-
Coś się stało, kochanie? - usłyszałam jego głos, gdy próbował udawać
niewinnego. Cholernie dużo mu do tego brakuje.
-
Ależ skąd - powiedziałam, próbując walczyć o spokój. - Jeźdźmy już.
Mężczyzna
się roześmiał i byłam pewna, że usłyszałam "Już nie możesz się doczekać
więcej", lecz zignorowałam to i wyjrzałam przez okno z uśmiechem, który
rozciągał się od jednego ucha do drugiego. Wiedziałam, że cokolwiek się stanie,
będzie dobrze, ponieważ miałam przy sobie mężczyznę, na którym mogłam polegać.
Cóż więc mogło pójść źle?
* * *
-
Minąłeś zjazd - westchnęłam, pocierając skronie.
-
Nie, Eve, to nie ten - mruknął Max, tłumiąc ziewnięcie w dłoni.
-
Owszem, Max, to był ten i ty go właśnie minąłeś - odparłam stanowczo, jednakże
nie gniewnie. Nie zamierzałam się z nim kłócić.
-
Jestem przekonany, że mamy zjechać następnym i tak właśnie zrobimy - rzucił
szatyn i spojrzał na mnie przelotnie. Oboje byliśmy już zmęczeni wielogodzinną
podróżą.
Uniosłam
ręce w obronnym geście, nie mając zamiaru ciągnąć tego dalej. Musieliśmy się
przespać, choć powinnam zmienić Maxa. Nie miałam kiedy się przespać, ponieważ
moja głowa była pełna natrętnych myśli, które nie chciały wyjść. Skutek był
taki, że oboje byliśmy zmęczeni, lecz uparliśmy się, że nie zostaniemy nigdzie
na noc. Oboje chcieliśmy być już w łóżku, w domu. Kawa powinna była załatwić
wszystko za nas, więc szukaliśmy jakiejkolwiek stacji benzynowej.
-
Powinnaś się przespać - powiedział łagodnie Max, spoglądając na mnie, po czym
znowu utkwił wzrok w drodze.
-
Nie, po stacji cię zmienię. Bardziej potrzebujesz snu.
-
Eve...
-
Jest okey, Max. Siedzisz za kółkiem od początku, moja kolej - odparłam z
subtelnym uśmiechem i położyłam dłoń na jego udzie, delikatnie je masując.
Chociaż
jeśli zjechaliśmy w nie ten zjazd, droga do przebycia nagle znacznie się
wydłużyła.
W
tamtej chwili zadzwonił telefon. Dotknęłam swojej kieszeni i zmarszczyłam brwi.
Nie mój. Spojrzałam na szatyna, który wyciągał komórkę z kieszeni spodni.
-
Nawet nie myśl o tym, że odbierzesz podczas jazdy - fuknęłam, zabierając mu
telefon i zanim zdążył zareagować, odebrałam. - Tutaj telefon pana Maximiliana
Bradly'eja, w czym mogę pomóc? - powiedziałam przesłodkim głosem, przez co Max
niemalże wybuchnął śmiechem.
-
Lynn, jak dobrze cię słyszeć, to znaczy że ten idiota wcisnął cię w ten
pieprzony samochód - usłyszałam głos Steve'a i uśmiechnęłam się promiennie,
jednakże wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
-
Lynn? Przepraszam, ale kim jest Lynn? - spytałam, siląc się na oschły ton, w
który próbowałam wcisnąć choć trochę oburzenia.
-
Eee, przepraszam... eee... musiałem... yyy... - słysząc jego skrępowanie,
zaczęłam wić się na fotelu, próbując powstrzymać śmiech, lecz nie wychodziło mi
to zbyt długo. W końcu wybuchłam, śmiejąc się niemalże do łez, a Max razem ze
mną.
-
Jest okey, Steve, to ja - powiedziałam, kiedy miałam wrażenie, że śmiech zaczął
mnie opuszczać. Przełączyłam na głośnik i oparłam telefon na udzie, aby Max też
mógł go słyszeć.
-
Ty mała.... cholera jasna, jak cię spotkam to...
-...
to ją przytulisz i powiesz jak się cieszysz, że ją widzisz - podsunął mu
szatyn, a ja uśmiechnęłam się do niego promiennie.
-
Taa, to pewnie też. Boże, nie masz pojęcia jak mnie zestresowałaś. Jesteście do
dupy. Oboje - wypluł z siebie rozmówca, choć i tak byłam pewna, że się
uśmiechał. Mogłam to sobie bez trudu wyobrazić.
-
Też cię kochamy, Stevie - zawołałam, chichocząc przy tym jak dziewczynka.
-
Mhm, słyszę właśnie. Za ile będziecie na miejscu? - spytał, a ja spojrzałam na
Maxa. Nie sądziłam, że ktokolwiek wiedział o tym, że wracamy. Uniosłam pytająco
brew, lecz on jedynie wzruszył ramionami.
-
Jeszcze długo nas tam nie będzie, więc musisz spiąć swój tęskny tyłek i
przestać wpatrywać się maślanym wzrokiem w nasze zdjęcia, koleś. To wcale nie
sprawi, że się teleportujemy - rzucił Max, wywołując u mnie kolejny wybuch
śmiechu.
-
Nie? Kurczę, a już kupiłem laleczki vodoo...
-
Stary, one robią ludziom krzywdę - jęknęłam, chowając twarz w dłoniach, cały
czas trzęsąc się ze śmiechu.
-
Pieprzysz. Ustawię je sobie na kominku i będę was miał pod ręką - odparł, a w
jego głosie słychać było szeroki uśmiech.
-
Nie masz kominka - wtrącił Max.
-
W sypialni mam atrapę - bronił się blondyn. - Będę mówił wam dobranoc.
-
Koleś, ty śpisz nago - bąknął Max i zatrząsnął się, widocznie chcąc się
otrzepać z wyobrażenia tego.
-
To obleśne - dodałam, jednakże ciągle rozbawiona.
-
Nie mówiłabyś tak, gdybyś...
-
Przestań zarywać do mojej dziewczyny, okey? - mruknął Max z uśmiechem, jednak
po chwili się spiął. Tak jak ja.
Dziewczyny?
Spojrzeliśmy
na siebie, po czym odwróciliśmy wzrok. Nie rozmawialiśmy o tym, jaki status ma
nasza znajomość. Fakt, całowaliśmy się i to cholernie intensywnie. W ciągu
ostatnich dni przebywał w moim mieszkaniu niemalże 24/h i wszystko wydawało się
być na swoim miejscu. Przed wyjazdem byliśmy parą, ale teraz? Żadne z nas nie
paliło się do rozmowy i co dalej. Oboje wychodziliśmy z założenia, że to
jest oczywiste, ponieważ była to jedyna rzecz, której oboje chcieliśmy. Dlatego
po mnie przyjechał. Dlatego postanowiłam wrócić. Jednakże nawet nie wiedziałam,
jak miało być po powrocie. Miałam wprowadzić się do niego, czy z powrotem do
rodziców? Ani razu o tym nie rozmawialiśmy i czułam się z tym całkowicie nie na
miejscu. Byliśmy już w drodze, a jeśli miałam wprowadzić się do rodziców, to
chyba powinnam była ich o tym jakoś uprzedzić, prawda? Mój mózg pracował na
najwyższych obrotach, a jeszcze nie wypiłam tego kubka kawy.
Jedno
wiedziałam - czas nagle zaczął płynąć za wolno i za szybko jednocześnie.
Cztery
drzemki i pięć postoi później, minęliśmy tablicę, witającą nas w Daly City.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz