Przeszłość
Przez
następnych kilka dni każdą wolną chwilę oddawałam na ćwiczenia w sali.
Wykorzystywałam każdą sposobność i chwilę, gdy sala była wolna. Wchodziłam na
nią i zatracałam się w muzyce, dopracowując układ, potykając się i za każdym
razem podnosząc jeszcze bardziej zdeterminowana. Tamta podłoga w ciągu kilku
dni widziała więcej moich łez niż Cath przez miesiące. Na nogach i ramionach
zaczęły pojawiać się nowe siniaki, znacznie niepokojąc rodziców, lecz zbywałam
ich wzruszeniem ramion i zamykałam się w swoim pokoju.
Szczerze?
Nie potrafiłam sobie poradzić z tym wszystkim. Czułam się jak emocjonalny wrak
i nie miałam pojęcia dlaczego.
Opuszczałam
psychologię.
Kilkakrotnie
natknęłam się na korytarzu na profesora Bradly'eja, lecz starałam się albo jak
najszybciej uciekać w każdy możliwy zakamarek, albo po prostu pod byle
pretekstem robiłam w tył zwrot. Nie chodziło o to, że sądziłam iż by mnie
zatrzymał (szczerze? Miałam na to ogromną nadzieję) lecz wolałam być przezornie
ubezpieczona w razie takiej ewentualności.
-
Lynn - usłyszałam zniecierpliwiony głos przyjaciółki, który sprowadził mnie na
ziemię.
Leżałam
w łóżku, z pustym wzrokiem utkwionym w suficie. Nie wiedziałam jak długo tak
leżałam, nie wiedziałam nawet, w którym momencie weszła Cath. Czekaj, co do
cholery Cath robiła w moim pokoju? Nie, nie interesowało mnie to. Było z
pewnością już wystarczająco późno, abym mogła udawać zmęczoną. Było ciemno, a
ja byłam w domu, więc musiało być trochę po zamknięciu szkoły. Dwudziesta druga?
Możliwe. Ach tak, udawać zmęczoną. Nie, nie chciało mi się przekręcić na drugi
bok. Niczego mi się nie chciało. Niczego oprócz wrócenia na salę i wznowienia
treningu.
-
Lynn, nie ignoruj mnie!
Ignorowanie
tej chodzącej piszczałki było naprawdę trudne. Jak można ignorować kogoś, kto
drze ci się do ucha? Trochę ciężkie do zrobienia. Kochałam ją, ale w tamtym
momencie działała mi na nerwy i to potwornie. Zresztą jak każdy, kto nie dawał
mi spokojnie egzystować w ciszy i spokoju. Każdy czasem potrzebuje takiego
czasu, prawda? Dlaczego nie mogli po prostu zostawić mnie samej sobie? Z
pewnością szybciej bym sobie wtedy poradziła. Tak przynajmniej mi się wydaje.
-
Brandon się martwi.
Ach
tak. Poznałam go z miesiąc wcześniej, jeśli nie dłużej, na jednej z imprez.
Przez jakieś trzy tygodnie zbierał się, aby do mnie zagadać po tamtym
zdarzeniu, akurat wtedy, kiedy nie chciałam z nikim gadać. Rzuciłam luźne, że
może się umówimy, ale tylko dlatego, aby się odczepił. Nie zadziałało.
Poza
tym Brandon brzmi prawie jak Bradly'ej, prawda? Nie? Cóż, dla mnie tak. Brandon
był żałosny, albo słodki. Zależy od mojego humoru. Tak, zależnie od humoru
nazywam żałosnym to, co jest słodkie, a w słodkim znajduję oznaki słabości.
Słodkość jest słabością, ponieważ jest przeciwieństwem charyzmy.
Przeciwieństwem kontroli. Władzy. Ja zawsze mam władzę. Kręcę z facetami, po
czym się wycofuję, aby myśleli, że to oni działają, lecz znam każdy ich krok,
zanim jeszcze go wykonają.
Faceci
są tacy prości.
Słodcy
faceci są słabi.
-
Lynn, ktoś cię skrzywdził? - Uporczywy głos nie dawał mi spokoju.
-
Cath, nie masz swojego domu? - westchnęłam i wzięłam głęboki oddech, oblizując
wargi.
-
Mam też przyjaciółkę, która od kilku dni jest bardziej duchem, niż człowiekiem.
Zamknęłaś się i to nawet przede mną! Przed swoją mamą! Przed Lucasem, przed
każdym! Lynn...
-
Potrzebuję czasu, aby sobie wszystko ułożyć, okey? Kończę szkołę i muszę
pomyśleć co dalej, to mnie przytłacza, rozumiesz? - powiedziałam przetaczając
się na bok i wtuliłam się w poduszkę. - Kilka dni i wszystko wróci do normy.
Miałam
ogromną nadzieję, że tak się właśnie stanie. Kilka dni i będę jak nowo
narodzona.
-
Mam nadzieję, mała. Mam nadzieję - szepnęła wsuwając się pod kołdrę,
przyglądając mi się w milczeniu.
Udałam,
że śpię, aby nie musieć ciągnąć dalej tej rozmowy, choć byłam przekonana, że
ona i tak wiedziała.
To
był moment, gdy zyskałam wolną rękę na działanie.
* * *
Oczywiście
Cath podwiozła mnie pod same drzwi i poczekała aż przekroczę szkolny próg.
Westchnęłam potrząsając głową, po czym pchnęłam drzwi, poprawiając torbę na
ramieniu. Niemalże od razu go zauważyłam. Jego, oraz jego ciepłe oczy, które
zatrzymały się na moich. Poczułam jak serce podskoczyło mi w piersi na jego
widok, a chwilę później zacisnęło się, wciskając w oczy łzy. Byłam na niego
wściekła. Byłam wściekła na to, że okazał się jak każdy inny facet, nie wiedząc
czego chciał.
Cholera,
on nawet nie był w moim typie. Był bezczelny i zadziorny. Miał władzę, a co
gorsze, przy nim czułam, że ja swoją tracę. Gdy byłam blisko niego, zawsze
czułam, że walczyliśmy ze sobą o to, kto jest górą. Ja zawsze miałam władzę. A
później pojawił się on.
Nienawidziłam
go za to.
Bardzo
chciałam go za to nienawidzić.
Normalnie
odwróciłabym się i zniknęła, lecz byłam już i tak spóźniona na test z
angielskiego. Kilka minut dodatkowej straty to ocena niżej, a ja nie mogłam
sobie na to pozwolić. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam przed siebie, starając
się patrzeć przed siebie, a nie na jego idealny profil, albo brązowe włosy poprzeplatane
promieniami słońca. Dopiero kiedy doszłam bliżej, zobaczyłam, że nie stał sam.
Za rzędem szafek zauważyłam blond dziunię, której od razu miałam ochotę
wydrapać oczy, gdy słodki uśmieszek wykrzywił jej szkarłatne wargi. Czy on z
nią flirtował? Czy on z nią cholernie flirtował?
Książki
wyleciały mi z rąk, a ja zaraz za nimi osunęłam się na kolana. Starałam się za
wszelką cenę opanować drżenie rąk, by już po chwili usłyszeć cichsze uderzenie.
Przeklęłam pod nosem, czując jak serce zaczęło jeszcze szybciej bić. Jego
smukłe palce przesunęły po okładce zeszytu, zanim mi go podał.
-
Zostaw - warknęłam jak najostrzej potrafiłam, lecz tak cicho, że tylko Max mógł
to usłyszeć.
-
Unikasz mnie - powiedział równie cicho, uparcie zbierając moje książki.
-
Brawo za spostrzegawczość - syknęłam wyrywając mu swoją własność. - Coś
jeszcze, profesorze Bradly'ej?
-
Eve...
-
Nie waż się tak do mnie mówić nigdy więcej - odparłam lodowato, patrząc mu
prosto w oczy, a wzdłuż kręgosłupa poczułam zimny dreszcz. - Wracaj do swojej
blond wiedźmy. Dogłębne poznawanie wychodzi ci doskonale.
-
To nie tak jak myślisz - rzucił, wstając równocześnie ze mną, nie spuszczając
wzroku z mojego ciała.
-
Już to słyszałam. Widocznie jestem idiotką, skoro zawsze się mylę - mruknęłam
poprawiając książki na ręce i wyminęłam go, idąc przed siebie.
-
Chcę cię zobaczyć dziś na psychologii - zawołał, odwracając się w moją stronę.
-
Mam teraz test, profesorze Bradly, nie chcę mieć kłopotów - powiedziałam z
chłodnym uśmieszkiem, po czym spojrzałam z niesmakiem na blond francę z
francuskiego.
Jak
dobrze, że nie wybrałam tego języka jako prowadzącego.
* * *
Oczywiście
nie poszłam na psychologię. Zamiast tego weszłam na salę gimnastyczną i
włączyłam swoją playlistę. Na rozgrzewkę poszło The Silent Comedy -
Bartholomew.
1.
2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14. 15.
Krok
w bok i obrót dookoła. Włosy próbujące dogonić ciało, opadające na jedno z
ramion. Prawa ręka do przodu, zaraz po niej równie mocno, lewa i gest, który
był lepszym wykonaniem Nossa. Kółeczka ramionami do tyłu i powoli mostek
ze stania, by zaraz pociągnąć nogi do gwiazdy. Dłonie powoli zsuwające się po
udach, a włosy zasłaniają głowę, która gdyby należała do mężczyzny, miałaby
niezłe widoki. Następnie gwałtownie odrzucona do góry i...
Dalej
to był instynkt. Każdy następny ruch pochodził z wnętrza mnie. Nie z głowy,
lecz z serca. Każdy obrót, poruszenie dłoni, czy zejście do parteru. Nie
myślałam o tym, co powinnam zrobić, ja to czułam. Czułam jedność z muzyką oraz
nieokreślony spokój, tak jakby tylko ona rozumiała przez co przechodziłam. To
było wspaniałe uczucie, dlatego gdy dobiegła do końca byłam zaskoczona zarówno
tym, że już po piosence, jak i wilgotną mgiełką, która zrosiła moje ciało.
Przeczesałam
włosy palcami i z ulgą przyjęłam następną piosenkę. Justin Bieber - She
don't like the lights.
Wraz
z początkiem piosenki zaczęłam poruszać się w sposób mechaniczny, niczym robot,
albo lalka na sznurkach, lecz gdy rozbrzmiał głos Jussa, dałam się ponieść.
Wyłączyłam myślenie i oddałam się temu uczuciu, które towarzyszy człowiekowi,
gdy coś dogłębnie go poruszy. To było jak delikatny dotyk piórka, który
jednocześnie jest przyjemny i wywołuje dreszcze, a na dodatek przez niego rodzi
się to dziwne uczucie w podbrzuszu, którego tak naprawdę nie można opisać, to
po prostu trzeba przeżyć.
To
było jak podmuch wiosennego wiatru, podczas którego bierzesz głęboki oddech,
aby poczuć życie, poczuć każdy jego aspekt oraz rozkwit tego, co może nam
ofiarować najlepszego. Jak zapach szczęścia, który rozprzestrzenia się w ciele
podobnie do narkotyku. Uczucie lekkości i nieświadomości wszystkiego, co otacza
Cię dookoła. W tym momencie liczy się tylko muzyka i to ona porusza ciałem,
duszą oraz całym światem.
Gdy
dźwięki ucichły, osunęłam się na kolana, biorąc głęboki oddech, a wilgotne
włosy zsunęły się na oczy. Skóra niemalże płonęła, a serce biło tak szybko,
jakby chciało wyskoczyć i wrócić pieszo do domu. Mimo to czułam przepełniające
mnie szczęście, coś co czułam jedynie tańcząc, pozwalając muzyce mówić moim
ciałem.
-
To było niesamowite - usłyszałam niski głos i podniosłam głowę, aby dostrzec
średniego wzrostu chłopaka, który wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem oraz
podziwem. Możliwe, że także uwielbieniem, ale tego nie chciałam zobaczyć w jego
szarych oczach.
Skinęłam
głową zmęczona i wzięłam głęboki oddech, po czym dźwignęłam się na nogi, stając
prosto. Nie lubiłam, jeśli ktoś stał nade mną, a tym bardziej jeśli była to
osoba, której nie znałam. Może jeszcze bardziej przerażało mnie to, że on tak
bardzo chciał mnie poznać, a ja tak naprawdę nie miałam na to najmniejszej
ochoty. Jego czarne jak smoła włosy były postawione na żelu do góry i w innych
okolicznościach prawdopodobnie uznałabym go za przystojnego, lecz w tamtym czasie
miałam w głębokim poważaniu cały rodzaj męski. Oprócz Lucasa. I taty,
oczywiście.
-
Dziękuję, Brandon - odparłam spokojnie i postarałam się przywołać na usta
chociaż cień uśmiechu, choć nie byłam pewna w jakiej mierze mógł on być
przekonywujący. W każdym bądź razie mnie by nie przekonał, lecz on nie znał
mnie na tyle dobrze. Jeśli w jakikolwiek sposób można kogoś poznać na jednej
imprezie, ale to już inna sprawa.
Splotłam
ręce na piersi, próbując zachować jak najbardziej nonszalancką postawę, choć
tak naprawdę chciałam się po prostu oprzeć o ścianę i móc dojść do siebie przed
następną piosenką. To była dopiero rozgrzewka, wyrzucenie z siebie negatywnych
emocji i pozwolenie sobie na odprężenie, zanim musiałabym wziąć się do pracy na
poważnie. Dopracowując kroki, sprawdzając różne kombinacje, analizując
możliwości i wybierając najlepsze opcje. Chciałam wziąć udział w zawodach, a
żeby to zrobić, musiałam przejść przez eliminacje szkolne. Chciałam dość do
tego własną pracą i zawdzięczać to jedynie sobie. Żadnym osobom trzecim, pseudo
nauczycielom. Jak mówią? Jeśli ktoś nie potrafi czegoś zrobić, uczy innych jak
to robić.
-
To jak się poruszasz... widać, że to kochasz - powiedział lustrując mnie
spojrzeniem swoich oczu, które kolorem przypominały mi brudną wodę.
Wzruszyłam
obojętnie ramieniem, zastanawiając się, co powinnam na to odpowiedzieć, dlatego
też zbyłam to niewyraźnym uśmiechem. Albo załapał, że nie chciałam o tym
rozmawiać, albo dał się nabrać. W każdym bądź razie dał mi spokój na jakiś
czas, rozglądając się po sali gimnastycznej, jakby oceniał możliwości, które
można tutaj stworzyć. Albo przeliczał metry kwadratowe. W końcu z jakiegoś
powodu wziął rozszerzoną matmę - serio, kto bierze rozszerzoną matmę? Rozumiem
angielski, psychologię, albo cokolwiek innego, co naprawdę jest przydatne w
życiu, ale matmę? Całkowity bezsens. Byle zaliczyć i nie mam na myśli relacji
damsko-męskich (matematyczka miała koło 50tki i była starą panną, wierzcie, nie
było mowy o relacjach damsko-męskich).
Gdy
spojrzałam w bok, zobaczyłam w rogu szyby jakiś ruch i przymrużyłam powieki,
aby się temu lepiej przyjrzeć. Czarny sweter i brązowe włosy były nie do
pomylenia. Myślałam, że ma pan lekcje, panie Bradly'ej. I jak na zawołanie
przed oczami stanął mi obraz jego i tej blond małpy z kokieteryjnym
uśmieszkiem, który pewnie łapał za serca wielu facetów, jeśli nie także za ich
rozporki.
Jednakże
nie to zabolało tak bardzo. Bardziej ukuło mnie to, że wybrał JĄ. I że
zrobił to tak szybko. Wcale nie chodziło o to, że byłam jego uczennicą. Nie
chodziło o relacje, chodziło o mnie. O to, że ja nie byłam w jego typie, czy
cokolwiek roiło się w tej jego głowie. Zabawa na jedną noc, a ja dałam się
ponieść wyobraźni o jakiejś kiepskiej bajce. Byłam naiwna, byłam dziecinna. Nie
zamierzałam być taka już nigdy więcej.
Zanim
zdążyłam pomyśleć, wspięłam się na palce, przyciągając do siebie Brandona i
pocałowałam go. Nie czułam ani smaku jego ust, ani tego jaki był ich kształt,
siła oraz umiejętność. W głowie cały czas huczał mi ból oraz wściekłość.
Chciałam aby go zabolało. Chciałam, aby poczuł się tak samo jak ja, kiedy ich
zobaczyłam. Nie wiedziałam jak to miało coś zmienić, jak miałoby to zadziałać,
skoro po prostu mnie odtrącił, nie chcąc mnie, ale chciałam odzyskać władzę.
Miałam władzę.
Kiedy
się odsunęłam od chłopaka, znowu spojrzałam w kierunku widowni. Cały czas tam
stał. Nie zareagował tak, jak się spodziewałam. Nie odszedł wściekły, nie
patrzył z żalem, nie przepełniała go furia. Jego wzrok był lodowaty do tego
stopnia, że tak jak chwilę wcześniej płonęłam z wysiłku, tak w tamtym momencie
zamarzałam.
Zamknęłam
oczy przekonana o tym, że przegrałam tę walkę. Znowu straciłam kontrolę, a ona
pociągnęła za sobą władzę.
Max
miał władzę.
Przegrałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz