Sixteen

Teraźniejszość

            Nie wiedziałam, w którym momencie zasnęłam. Wieczorem włączyliśmy jakiś film, a następnie obudziłam się z głową na jego kolanach. Nie powiem, było to naprawdę miłe uczucie, czuć ciężkość jego dłoni, która zastygła w pół ruchu w moich włosach. Nie wiele ze sobą rozmawialiśmy, niewiele robiliśmy, po prostu siedzieliśmy obok siebie, podjadając popcorn, albo od czasu do czasu rzucając nim w siebie nawzajem. Co jakiś czas padał komentarz a propos któregoś z aktorów, aby zrobić drugiej osobie na złość, ale to sprawiało mi przyjemność. Naprawdę mi go brakowało.
            W końcu zsunęłam się z kanapy i uśmiechnęłam promiennie, słysząc jego cichy pomruk. W ciągu ostatnich dni, jego szczęka pokryła się delikatnym zarostem i będąc tak blisko niego, musiałam przyznać, że dodawał mu atrakcyjności (jeśli w ogóle było to jeszcze możliwe). Przykryłam go cienkim kocem i weszłam do kuchni, aby zrobić śniadanie. Przygryzłam wargę i niemalże automatycznie wyciągnęłam składniki na naleśniki.
            Max uwielbiał naleśniki.
            Nucąc coś cicho pod nosem, rozpoczęłam swoje krzątanie się po kuchni. Spojrzałam na kalendarz i westchnęłam cicho. Urlop zdecydowanie zmierzał do końca, a to mi się nie podobało. Poza tym nie byłam pewna, na jak długo przyjechał Max, a nie chciałam spędzić ostatnich dni w pracy, zanim wyjedzie. Wcale nie chciałam aby wyjeżdżał i nie wiedziałam co zrobić z tą wiadomością. Miałam tu pracę, względnie ułożone życie.
            Zanim przyjechał, nie miałaś żadnego życia.
            Racja.
            Ataki ustały.
            Poza tym nawet jeśli bym się zwolniła i wróciła z nim do domu, pozostawała jeszcze jedna sprawa. Wszyscy, których zraniłam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić spotkania z Cath, spotkania z rodzicami, spotkania z Luke'iem. Przerażała mnie wizja tego, poczucie winy przytłaczało mnie, a wspomnienia z tym związane, wypalały we mnie dziurę. Natomiast jeśli w mieście nadal była Leah, chętnie zamieniłabym z nią słowo. Albo i nie. No bo co miałabym jej powiedzieć? To nie była jej wina, że wyjechałam. Teoretycznie. Wykorzystała zaistniałą sytuację. Gdyby tego nie zrobiła, nie pomyślałabym o ucieczce.
            Okey, to była jej wina.
            Przełknęłam ślinę, spoglądając na wyrobione na naleśniki ciasto, a następnie w stronę śpiącego na kanapie mężczyzny. Jego telefon leżał obok i na myśl o tym, co chciałam zrobić, poczułam w oczach łzy. Ostawiłam ciasto, w końcu i tak musiałam to zrobić na chwilę, aby zgęstniało i podeszłam cicho. Przyjrzałam się jego twarzy, aby być pewną, że śpi i wzięłam jego telefon, po czym najciszej jak potrafiłam, weszłam do swojej sypialni, siadając na parapecie. Szybko złamałam hasło jego telefonu i na myśl o tym, serce zabiło mi szybciej. Data kiedy pierwszy raz powiedział, że mnie kocha. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie jego słowa.
            A teraz słuchaj uważnie, panno Catharsis, ponieważ mówię, że cię kocham.
            Tekst typowo zerżnięty z Trylogii Moorehawke, ale pewnie dlatego był taki uroczy. Uwielbiałam Christofera i Wynter, od samego początku wiedziałam, że będą razem. Oboje byli pyskaci, ale razem byli wręcz rozkoszni. Nie mogłam odeprzeć wrażenia, że tak samo było ze mną i Maxem. Odkąd po raz pierwszy przeczytałam tę trylogię, cały czas wyobrażałam sobie nas na ich miejscu. Uwielbiałabym życie w zamku, wiedziałam o tym.
            Otrząsnęłam się ze wspomnień i weszłam w jego kontakty. W każdej chwili mógł się obudzić, a nie byłam pewna, jak szybko znowu zbiorę się na odwagę, aby zrobić to, co wtedy zamierzałam. Przygryzłam mocno wargę, zatrzymując się nad szukaną nazwą i wodziłam palcem w powietrzu nad przyciskiem zielonej słuchawki. Co zamierzałam jej powiedzieć? Czy było cokolwiek, co mogłam powiedzieć, co by jej ulżyło, zmniejszyło ból, a nie go wzmocniło? To wszystko było bez sensu. Choć nie byłam też przekonana, czy brak wiadomości również jest dobry. W końcu przeżyli tak dwa lata. Lecz byłam pewna, że o wyjeździe Maxa za mną, wiedzieli wszyscy. Skoro wszyscy się martwili, to mieli także nadzieję. On im dał nadzieję. Cholera jasna.
            Wybrałam numer i przyłożyłam telefon do ucha, czując jak serce zaczynało mi bić coraz szybciej i szybciej. To był zły pomysł, bardzo zły pomysł. Już miałam się rozłączyć, gdy sygnał oczekiwania został przerwany, a po drugiej stronie usłyszałam rozbudzony głos.
            - Tak, słucham? - Opanowany głos, tak bardzo znajomy głos zadziałał na mnie, jak kopnięcie w żołądek. Nie słyszałam jej głosu przez dwa lata. Dwa, długie lata, a w tamtej chwili wszystko wróciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bez problemy wyobraziłam sobie, jak marszczy delikatnie brwi, oczekując odpowiedzi, oraz nieznacznie zaciska wargi. Nieświadomie nauczyłam się od niej tego ruchu.
            Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Całkowicie mnie zamurowało. Usłyszałam po drugiej stronie szum, z pewnością sprawdziła numer dzwoniącego, ponieważ chwilę później rozbrzmiało:
            - Maximilianie, coś się stało?
            Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przez okno, starając się odgonić łzy. Przestań. Przestań. Przestań. Byłaś na tyle dużą, głupią dziewczyną, aby stworzyć ten cały burdel, to teraz trzeba zbierać tego owoce. Jednakże jedyne co potrafiłam, to poruszać ustami, niczym ryba bez wody, ponieważ głos utknął gdzieś głęboko i ani myślał o opuszczeniu mojego ciała. Wściekłe łzy zaczęły spływać mi po policzkach, a ciało weszło w nieznaczne spazmy.
            - Maximilianie, jesteś...
            - Jestem, mamo - szepnęłam cicho, po czym wypuściłam z siebie zrozpaczone westchnienie.
            - Veronica... - Chwilę później słychać było dźwięk uderzanego telefonu o podłogę.
            Lepiej telefon, niż mama. Co ja sobie, do cholery, myślałam? Że zadzwonię i co? To cokolwiek zmieni? Boże, powinnam była siedzieć cicho, nie mącić ich spokoju. Z pewnością sobie ułożyli życie, po moim wyjeździe. Tak samo, jak w końcu doszli do siebie, po tym jak zabrakło w domu Tess. Nie miałam prawa tego burzyć, ani prosić o wybaczenie. Z resztą czy naprawdę chciałam to zrobić? Chciałam prosić o wybaczenie? Nie miałam zielonego pojęcia dlaczego zadzwoniłam do mamy.
            Znowu słychać było jakiś hałas, mama z pewnością sięgnęła po telefon. Wyobraziłam sobie, jak przygląda się wyświetlanej nazwie dzwoniącego, z szokiem wymalowanym na twarzy. Wyglądała wtedy tak młodo, czasem nawet młodziej ode mnie. Wargi rozchylone, a brwi cały czas się mrużyły i rozprostowywały.
            - Veronica... - powtórzyła trochę głośniej, jakby się bała, że gdy powie normalnie moje imię, to okaże się to paskudnym snem.
            - Jestem tu, mamo - powiedziałam łamiącym się głosem. Jak mogłam doprowadzić mamę do takiego stanu? Słyszałam w tle jej drżący oddech i w głowie stanęły mi jej załzawione oczy. - Jestem...
            - Boże, tak bardzo się o ciebie martwiliśmy...
            - Przepraszam, mamo - powiedziałam próbując zebrać się w całość, lecz prawda była taka, że nie potrafiłam. Zaczęłam płakać, a każda próba wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa, kończyła się kolejną falą płaczu. Tak, jakbym przez te dwa lata nie wypłakała się wystarczająco. - Tak bardzo was przepraszam...
            - Shhh...
            Przez jakiś czas, po prostu płakałyśmy. Obie. Słyszałam, jak mama pociągała nosem, choć starała się to robić jak najciszej, od czasu do czasu mówiąc jakieś kojące słowa, aby mnie uspokoić, lecz prawda była taka, że nie było słów. Nie było słów, które potrafiłyby umniejszyć jej ból, po stracie dziecka. Drugiego dziecka. Ani które potrafiłyby wygłuszyć moje wyrzuty sumienia, czy ciężar noszenia tego tylko na swoich barkach. Nie było słów, były łzy, które z każdą chwilą, oczyszczały nas, nawet jeśli to miało pomóc tylko na chwilę.
            - Powiedz, co u ciebie, skarbie. Ułożyłaś sobie życie w... Boże, gdzie ty jesteś? - zacisnęłam powieki, gdy w ostatnich słowach znowu usłyszałam jej żal i rozpacz.
            Dopiero wtedy dotarło do mnie, co zafundowałam mojej mamie, tacie. Rodzicom. Nie mieli zielonego pojęcia, gdzie byłam. Nie wiedzieli, czy wciąż żyję, czy nic mi nie jest. W pewnym sensie byłam pewna, że to było gorsze niż sprawa Teresy. W jej przypadku, przynajmniej wiedzieli co się stało. W moim nie wiedzieli niczego. Ani czy żyję, ani gdzie jestem. Gdybym umarła, nawet nie mieliby gdzie złożyć kwiatów. Nikt by nie wiedział.
            - W pewnym sensie. Mam pracę, mamo. Pracuję w nowojorskim wydawnictwie - starałam się zapanować nad drżeniem głosu, choć szczerze mówiąc, kiepsko mi to wychodziło. Oparłam czoło o kolana. Przynajmniej zgięty brzuch nie bolał, aż tak bardzo.
            - Nowy Jork?! - zawołała moja mama, a ja jęknęłam na tę myśl. Miałam nadzieję, że nie poczuła się urażona tym, jak daleko wyjechałam. W końcu nie chciałam uciekać od nich. W pewnym sensie.
            - Tak, mamo, jestem w Nowym Jorku - westchnęłam.
            - No dobrze, ale nie samymi pieniędzmi się żyje. Pytałam, czy ułożyłaś sobie życie.
            Westchnęłam cicho i oblizałam suche wargi. Żadne rozwiązanie nie wydawało się dobre. Prawda pokazałaby, że mój wyjazd niczego nie wniósł, a wszystko schrzanił. Kłamstwo mogłoby ją zranić. Ułożyłam sobie życie, mamo. Jestem zaręczona i mam fantastycznych przyjaciół. Powinnaś ich poznać! Świadczyłoby to o tym, że znalazłam sobie nową rodzinę, zastępując ją starą. Byłyby to dwie rzeczy, których nie potrafiłam zrobić. Okłamać mamy i jej zranić.
            - Nie wiem, mamo. Przeżyłam. A teraz jest Max i...
            - Dawno cię znalazł?
            - Wiedziałaś, że jedzie do mnie? - spytałam, nie wiadomo dlaczego tak bardzo zaskoczona. W końcu przecież sama to podejrzewałam.
            - Catherine wspomniała. Poza tym Maximilian też przyszedł pożyczyć GPS. Nauczycielom powinno się więcej płacić!
            Niemalże się roześmiałam i byłam pewna, że moja mama również. Rozmowa zaczęła przebiegać jak z czasów, zanim wyjechałam. Odkąd się dowiedziała, że spotykałam się z Maxem (po fazie niepewności) często mówiła, że płacą im zbyt mało. Nie byłam pewna, czy chodziło jej o to, że w przyszłości mieszkałabym z nim, czy o to, jak niewiele dostawał, w stosunku ile czasu pracy musiał poświęcić. Często siedział wieczorami, poprawiając testy, przez co czułam się jak duch. Oczywiście, nie mogłam być, gdy poprawiał moją klasę. Chociaż pozory moralności.
            - Wiem, mamo. To jest skandal! Przecie...
            - Kiedy wracasz, kochanie?
            Westchnęłam cicho, mocniej dociskając głowę do kolan. Mamo... nie wiedziałam jak to dokończyć. Rozmowa z nią przez telefon to jedno, ale spotkanie się z nią. Z tatą. Z Cath. Z Luke'iem. Ugh. To było chyba ponad moje siły. Lecz w końcu był jakiś powód, że zadzwoniłam. Dałam jej nadzieję. Cholera, dałam jej nadzieję. Dałam nam nadzieję. Cholera.
            - Niedługo przyjadę, mamo.
            - Ver...
            - Mamo, proszę. Porozmawiamy jak przyjadę - powiedziałam pocierając czołem o kolana i cicho westchnęłam. - Mamo?
            - Tak, kochanie?
            - Kocham cię - szepnęłam, biorąc głęboki oddech.
            - Ja ciebie też - odpowiedziała, jakby z ulgą, co wywołało delikatny uśmiech na moich ustach.
            - Pozdrów tatę.
            Z tymi słowami zakończyłam połączenie. Chciałam się zastanowić nad tym, co czułam, lecz tak naprawdę czułam się zagubiona. To chyba lepsze niż wieczne, przygniatające poczucie winy, jednakże wewnątrz mnie dwa uczucia toczyły między sobą wojnę. Ulga i poczucie winy nowej generacji. Dałam mamie nadzieję i naprawdę, nie chciałam jej jej odbierać. Wystarczająco dużo wycierpiała z mojej winy. Koniec z bólem, musiałam o to zadbać.
            Jeszcze przez jakiś czas nie potrafiłam opuścić parapetu. Uspokojenie się i doprowadzenie do stanu możliwego do zaakceptowania zajęło dobrych kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu minut. Ciasto na naleśniki powinno być już idealne. Wyszłam z pokoju i zmarszczyłam brwi, widząc, a raczej nie widząc Maxa na kanapie. Westchnęłam i poszłam za źródłem jakichkolwiek dźwięków do kuchni. Oparłam się o próg, przyglądając się jego działaniom i nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który zaczął kwitnąć na moich wargach.         
            - Hej - szepnęłam, przyglądając się z czułością jego profilowi. - Dawno się obudziłeś?
            Gdy jego głowa powędrowała w moją stronę, niemalże podskoczyłam z radości. Wyglądał idealnie. On był idealny. Wilgotne włosy nieznacznie kręciły się na czole, a reszta pozostawała zmierzwiona w artystycznym nieładzie. Nie miał na sobie koszuli, a spodnie wisiały na jego biodrach. Dobry Boże, za taki widok można by dać się...
            - Jakiś czas temu, choć obudzenie się bez dziewczyny, z którą się zasypiało, trochę mnie zaskoczyło. No wiesz, mi się nie wymykają - odparł, dodając do tego swój najbardziej uwodzicielski uśmiech i jęknęłam rzucając w niego ścierką, którą miałam pod ręką. - Ałć. A tak serio to słyszałem, że rozmawiasz, więc nie chciałem przeszkadzać. Oddasz mi telefon, skarbie?
            - Nie wiem czy zasłużyłeś, jeszcze nie sprawdziłam, czy nie dzwoniłeś do jakiś dziewczyn, gdy ja ufnie spałam na twoich kolanach - wymruczałam z miną wyrażającą zauważalną podejrzliwość. Max zdecydowanie nie był dobrym chłopcem. Nigdy.
            - O, to przy okazji powiedz Lizzy, że dziś wieczorem jest aktualne i żeby założyła coś specjalnego - rzucił, przewracając naleśnika na drugą stronę. - Och, ta dziewczyna jest wspaniała - widząc moją minę, roześmiał się znacznie i potrząsnął głową. - Nie martw się, wrócę na kolację, ona pracuje na rogu.
            - Na rogu pracuje Rick, gratuluję gustu - powiedziałam spod przymrużonych powiek, po czym oboje się roześmialiśmy.
            Podeszłam bliżej i wtuliłam się w jego bok, jednocześnie zarabiając buziaka w czubek głowy. Oparłam policzek na jego torsie, przymykając powieki. Jednak czułam się oczyszczona, w pewnym sensie. Jakby ten ogromny ciężar, który nosiłam w sercu zaczął się kruszyć i powoli rozpadać. Powoli, ale jednak. Wzięłam głęboki oddech, wdychając zapach ciała młodego mężczyzny, co wywołało jeszcze szerszy, głupkowaty uśmiech. Pachniał świeżymi, czekoladowymi ciasteczkami, świeżym, morskim wiatrem oraz po prostu sobą. Tak dobrze znany zapach.
            - Mam nadzieję, że ta rozmowa ci pomogła, skarbie - szepnął z ustami wciąż przy mojej skórze, przez co jego oddech przyjemnie ją połechtał.
            - Tak mi się wydaje, dziękuję - odpowiedziałam równie cicho i wspięłam się na palce, całując go miękko i jednocześnie delikatnie.
            Poczułam jak jego ręka owija się wokół mojej tali i przyciska mocniej do siebie. Zaśmiałam się, czując rozpierające mnie szczęście. Nie wiedziałam jak zasłużyłam na tego mężczyznę, ale wiedziałam, że był najlepszą rzeczą, która mnie w życiu spotkała. Wspięłam się na palce, przedłużając pocałunek, lecz po chwili się odsunęłam, patrząc z wyrzutem na naleśnik.
            - Pilnuj ich, bo się spalą - rzuciłam, niechętnie wysuwając się z jego objęć, a on widząc to, wybuchł donośnym śmiechem.
            Wyciągnęłam z szafki talerze i sztućce, po czym nakryłam na podłodze. Stół był niczemu winny, lecz stał w złym miejscu i o złej porze, gdy wpadłam w szał. A później Max musiał wynosić jego szczątki na śmietnik w zamian za kawę. Cóż, Cath zawsze powtarzała, że jestem wybuchowa i najwidoczniej miała rację.
            Cath.
            Do niej też wypadałoby zadzwonić, lecz nie teraz. Nie byłam gotowa, tym bardziej, że rozmowa z nią byłaby o wiele głośniejsza niż z mamą. Co do tego również nie miałam żadnych wątpliwości. Piski, krzyki, pytania. Nie wiedziałam czy lepiej załatwić to przez telefon, czy twarzą w twarz. Obie wersje wydawały się beznadziejne, a jednak nie wybranie żadnej, było jeszcze gorsze. Ale prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czy powinnam wracać do Daly City. Co by mnie tam czekało? Powrót do dawnego życia, lecz rany i bariery, które powstały w czasie mojego pobytu w Nowym Jorku... nie wiedziałam czy da się to przeskoczyć.
            - Tu Ziemia - zawołał Max przy moim uchu i zaśmiałam się pod wpływem tego zwykłego gestu.
            Wzięłam naleśnik na talerz i nałożyłam na niego gęstej, bitej śmietany oraz jagód. To było pyszne! Zawinęłam go i wsunęłam sobie do ust, po czym zamruczałam pod wpływem smaku. Ostatni raz jadłam to w domu. To było ostatnie śniadanie, które zjedliśmy razem z Maxem, w dniu wypadku. Przygryzłam dolną wargę, melancholijnie przyglądając się naleśnikowi. Delikatnie zadrżałam, starając się stłumić w sobie falę łez, która nadciągała jakby znikąd i zamrugałam.
            Zjedliśmy śniadanie, a później pojechaliśmy, aby spędzić resztę dnia na słońcu. Chcieliśmy zrobić piknik, popływać w jeziorze, poopalać się na kocu oraz poczytać książki w swoim towarzystwie. Odkąd mogliśmy pokazywać się publicznie, robiliśmy to niemalże notorycznie, a nawet dyrekcja, gdy widywała nas na mieście, mówiła że ładnie razem wyglądaliśmy. Wyglądacie na szczęśliwych, powtarzano nam raz po raz i jeśli mam być szczera, byliśmy niesamowicie szczęśliwi, ja byłam niesamowicie szczęśliwa. Miałam najwspanialszego mężczyznę pod słońcem i cóż, czego można chcieć więcej? W drodze nad jezioro zdarzył się wypadek, który zmienił wszystko.
            - Przestań - usłyszałam jego ciepły szept. Widocznie sam o tym samym myślał. Uśmiechnęłam się delikatnie i oparłam głowę na jego ramieniu.
            - Chciałabym wrócić do tamtego dnia. Chciałabym, aby następne dwa lata się nie wydarzyły - szepnęłam łamiącym się głosem i zacisnęłam powieki, nie mając pojęcia dlaczego to powiedziałam. To była moja wina i nie mogłam go nią obarczać.
            - Nie myśl o tym - powiedział i pochylił się, czule całując mój policzek.
            Widząc jego uśmiech oraz dołeczek, który pojawił się na policzkach mężczyzny, nie mogłam powstrzymać tego, który pojawiał się również na moich ustach. Gdy sięgnął ręką po miseczkę z bitą śmietaną, trzepnęłam jego dłoń, warcząc przy tym.
            - Nie rusz, moje - mruknęłam, próbując ukryć rozbawienie.
            - O mnie też byś tak walczyła? - spytał z zabójczo seksownym i dwuznacznym uśmieszkiem.
            Przypomniałam sobie wszystkie sprawy, wszystkie momenty i kłótnie z blond flądrą, która robiła wszystko aby wedrzeć się między mnie, a Maxa i poczułam jak żołądek sam się zaciska. Wiele paskudnych rzeczy, które usłyszałam, powiedziałam i zrobiłam, byle tylko utrzymać to, co miałam i chronić to nade wszystko. To ile rzeczy musiałam przemilczeć, walczyć z samą sobą, ani nie dać temu wiary. Ile rzeczy musiałam znosić tylko dlatego, że chciałam być szczęśliwa, że chciałam abyśmy oboje byli szczęśliwi.
            Spojrzałam na niego, usiłując przywołać swobodny uśmiech.
            - Nie, o ciebie bym nie walczyła - powiedziałam, czule przyglądając się jego rysom twarzy.

            - Tak też myślałem, femme fatale - wymruczał, z uśmiechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz