Seventeen

Teraźniejszość

            Spojrzałam przez okno, przyglądając się zachodzącemu słońcu. Westchnęłam próbując nie mrużyć oczu, ponieważ jego głęboko pomarańczowy kolor był piękny. Uwielbiałam go oraz to, jak moja skóra wyglądała w tym blasku. Lubiłam nawet plamki, które widziałam przed oczami po tym, jak za długo się w nie wpatrywałam. Ciepło, które otaczało moją skórę potrafiło wywołać uśmiech nawet w najgorszy dzień, a im dłużej na nie patrzyłam, tym większa wydawała się jego łuna. Kochałam zachody słońca.
            Próbowałam oczyścić głowę i poddać się temu ciepłu, które próbowało zanieść mnie jak najdalej z tamtego miejsca, lecz świadomość nieubłagalnego tempa czasu wciąż wisiała nad moją głową. Zostały mi dwa dni do końca urlopu "zdrowotnego", a ja nie miałam zielonego pojęcia co dalej. Max nie mówił nic o powrocie do domu, lecz wiedziałam iż musiał o tym myśleć. Nie pytał też o to, dlaczego siedziałam w domu, lecz z pewnością podejrzewał iż wzięłam wolne. I z pewnością był tak samo boleśnie świadomy tego, że to nie może trwać wiecznie. Musieliśmy podjąć decyzję, w którym kierunku to ma się dalej potoczyć. Ja musiałam podjąć decyzję w którym kierunku to ma się dalej potoczyć.
            Musicie coś wiedzieć - nienawidziłam podejmowania decyzji. Często zrzucałam to na barki innych osób, ponieważ tak było łatwiej. Jeśli były dwie opcje, które mnie satyskacjonowały - było mi obojętne, która z nich zostanie wybrana. Jeśli dwie były złe - tak czy siak byłam skazana na porażkę. Nie znosiłam podejmowania trudnych decyzji, ponieważ w 90% podejmowałam te najgorsze, które można było wybrać. Złych facetów, złe drogi do rozwiązywania problemów, złe metody działania. To zabawne, biorąc pod uwagę jak dobrą miałam orientację w terenie oraz z jaką łatwością podsuwałam odpowiednie rozwiązania problemów znajomych, lecz gubiłam się w swoich własnych. Chyba powinnam była iść z tym do psychologa, lecz odpowiedni moment na to już dawno minął. Musiałam się pogodzić z tym, jak było.
            Słońce chyliło się coraz bliżej horyzontowi i zmieniało barwę na niemalże krwistą. Zawsze powtarzałam sobie, że to dlatego iż cierpi, spalając się z miłości, ponieważ zbyt bardzo kochało księżyc, aby móc przyćmić jego blask. Byłam romantyczką. Cholernie niepoprawną romantyczką. W swoim miasteczku wyjeżdżałam rowerem daleko od domu, dojeżdżając do terenów niezabudowaych i siadałam na pagórku, przygądając się tej smutno-słodkiej scenie i widziałam w tym przykład pięknej, szczerej i prawdziwej miłości. Przykład wyrzeczenia się samego siebie w imię miłości. Słońce spalało się co wieczór, krwawiąc z bólu, aby dać szansę się pokazać księżycowi, nawet jeśli swoim własnym kosztem. Robiłam tak odkąd miałam kilkanaście lat i zawsze chciałam się zakochać w taki sposób. Poczuć do kogoś tak silne uczucie, aby móc poświęcić siebie dla szczęścia tej drugiej osoby.
            Spojrzałam przez ramię na drzwi łazienki, w której był Max i na moich wargach pojawił się subtelny uśmiech. Objęłam się ramionami opierając o ścianę, tuż przy oknie i zamknęłam powieki, próbując skupić się na tym przyjemnym uczuciu. Wciąż czułam ciepłe promienie słońca na swoim policzku, choć to zaszło już chwilę wcześniej i wiedziałam, że nie chodziło o tę świetlistą gwiazdę, lecz o moje własne słońce. Oblizałam wargi, biorąc głęboki oddech, przypominając sobie słowa, które zmieniły wszystko.
            Zniszczy mu to życie, wiesz o tym. Musisz zniknąć.
            I zrobiłam to. Kochałam tak mocno, że postanowiłam zniknąć, aby nie narazić jedynego męczyzny, którego byłam w stanie pokochać w tak silny sposób. Stałam się słoncem i postanowiłam chronić mój księżyc, zanim zdążyłby się rozpaść i zniknąć, tak jak księżyc zanika każdego ranka, aby dać żyć swojemu słońcu. Nie chciałam, aby znikał z mojego powodu. Nie miałam prawa zabierać mu szczęścia, ponieważ wtedy byłabym cholerną egoistką. Zostając zniszczyłabym mu karierę, odebrałabym źródło utrzymania i prawdopodobnie zrujnowała życie społeczne. Musiałby znosić nieprzyjemności tylko dlatego, że ja popełniłam błąd.
            Usłyszałam dźwięk wibrującego na stole telefonu i zmarszczyłam brwi. Naprawdę nie chciałam rozmawiać z Andreasem. Praca była ostatnią rzeczą, którą chciałam sobie zaprzątać głowę, a kto inny mógłby dzwonić? Tylko osoby z pracy miały mój numer telefonu, w końcu prowadziłam naprawdę ubogie życie towarzyskie, jeśli w ogóle jakiekolwiek prowadziłam. A nawet jeśli to nie był Andreas, to nie chciałam rozmawiać z Lils, czy po raz kolejny odtrącać Marco. Chociaż po tamtym wieczorze w restauracji nie byłam pewna, czy jeszcze kiedykolwiek próbowałby jeszcze się ze mną umówić. Henry też nie był najbardziej upragnioną osobą.
            Postanowiłam ignorować telefon, lecz ten nie przestawał dzwonić. Jęknęłam cicho i podeszłam do stołu, ujmując go w dłoń. Spojrzałam na wyświetlacz, mrużąc powieki. Numer prytwatny. Pewnie jakaś pomyłka, w końcu kto mógłby dzwonić z numeru prywatnego? Mimo wszystko poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku i zacisnęłam mocniej palce na telefonie, świadoma tego, jak bardzo oddech mi przyspieszył. Był to zły znak.
            - Słucham? - spytałam przełamując się, aby nacisnąć zieloną słuchawkę.
            Przez dłuższy czas nikt nie odzywał się po drugiej stronie. Jedyne co słyszałam, to cichy oddech, który świadczył o tym, że wbrew pozorom (i moim prośbom) ktoś tam był. To zaczęło robić się naprawdę chore i zdecydowanie nie komfortowe. Od razu stanęło mi przed oczami wiele scen z różnych horrorów, w których takie telefony zwiastowały jedynie kłopoty.
            - Słucham? - powtórzyłam pytanie.
            Nieodebrane połączenie. Może umrę cicho oddychając? Atak serca czy coś w tym stylu.
            - Jak możesz patrzeć spokojnie w lustro? - usłyszałam spokojny, wręcz chłodny głos po drugiej stronie telefonu i poczułam zimne dreszcze przechodzące po moich plecach.
            Głos był kobiecy, lecz ciężko mi było przypomnieć sobie, czy skądś go znam. Wydawało mi się, że brzmiał znajomo, lecz nie byłam pewna w którym momencie mojego życia zdarzyło mi się z nią rozmawiać, ani kim była owa ona. Rozchyliłam wargi, czując mocniejszy ucisk w żołądku i złapałam się parapetu, ponieważ kolana zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa.
            - Przepraszam? - próbowałam powiedzieć to spokojnie, mając nadzieję, że to jakaś pomyłka, lecz jakiś głosik w podświadomości podpowiadał mi, że to nawine myślenie.
            - Wiem co zrobiłaś. I on też to wie - mimo iż każde słowo wypowiadała cicho, miałam wrażenie że krzyczy wprost do mojego ucha, co z pewnością byłoby o wiele mniej przerażające. Wszystko co mówiła, było wręcz przesiąknięte jadem, a mnie zalała fala mdłości. - Przegrałaś tę grę, jeszcze zanim się zaczęła. Dama pik została rzucona.
            A później usłyszałam jedynie urywany dźwięk zakończonego połączenia.
            Jeśli pierwsza część mnie przestraszyła, to ostatnie słowa przeraziły mnie na śmierć. Rzuciłam się z miejsca i wpadłam do kuchni, opróżniając zawartość żołądka do kosza na śmierci. Raz. Drugi. Trzeci. Szybko przestałam mieć czym wymiotować, a mimo to moim ciałem wciąż targały torsje, wyciągając ze mnie tyle żółci, ile tylko dały radę. Zanim się zorientowałam, skończyłam na kolanach, obejmując kosz tak, jakby to była moja ostatnia deska ratunku.
            Usłyszałam otwierające się drzwi od łazienki i przeknęłam w duchu. Teraz? Serio, teraz?! Jęknęłam, czując jak znowu moim ciałem zaczęły targać dreszcze. Szybko usłyszałam jak się zerwał z miejsca i niemalże zapłakałam. Widocznie musiałam wydawać z siebie bardzo nieatrakcyjne dźwięki. Jego dłonie objęły mnie pewnie, a palce przesuwały się wzdłuż długości kręgosłupa, starając się mnie uspokoić. Słyszałam jak szeptał jakieś kojące słowa, a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ jego głos brzmiał przyjemnie, jednakże w głowie zbyt mocno mi huczało, abym mogła wyłapać cokolwiek konkretnego.
            Jakiś czas później wymiotownie chyba zbyt mocno mnie zmęczyło (szybko, prawda?), ponieważ osunęłam się w dół i gdyby nie refleks Maxa, wylądowałabym twarzą we własnych wymiocinach. Ble. Tylko tego byłoby mi potrzeba w tym wszystkim. Spojrzałam zamglonym wzrokiem na mężczyznę, który klęczał z moją głową na swoich kolanach, próbując się podnieść, lecz jedynie ramiona mi zadrżały, więc osunęłam się z powrotem na jego ciało.
            - Odpoczywaj, kochanie. Pewnie coś ci zaszkodziło - wyszeptał głaszcząc mnie po policzku, a ja zamknęłam powieki, chcąc się odsunąć, lecz ciało było zbyt zmęczone, aby współpracować z mózgiem.
            Nie wiedziałam w której chwili, ale musiałam być zbyt zmęczona tym wszystkim, choć nie wiem czy bardziej zasnęłam z wyczerpania, czy po prostu zemdlałam z natłoku sprzecznych emocji.
            Nie wypłukałam ust po wymiotach.


* * *

            Obudziłam się na kanapie i pierwsze co zrobiłam, to spojrzałam na zegarek. Było grubo po jedenastej, więc spałam kilka godzin. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nudne, białe kasetony, które zaczęły się przebarwiać w kilku miejscach. Każdy z nich był nieznacznie prążkowany, a przez to, że każdy z nich był taki sam, poczułam się tym przytłoczona i mdłości znowu wróciły. Pewnie gdyby nie to, że nie miałam czym wymiotować, a ciało z pewnością miało dość tego piekielnego bólu towarzyszącemu buntowi organów wewnętrznych. A może to nie bunt, lecz próba ucieczki? Może zamiast krwi, w moich żyłach płynęła trucizna, a one po prostu chciały żyć. Może ja już nie żyłam, lecz po prostu egzystowałam. Z pewnością robiłam to przez dwa lata, lecz czy nadal tak było, gdy Max ponownie pojawił się w moim życiu? Nie byłam pewna, czy ktoś, kto umarł, mógł znowu od tak powrócić do życia.
            Na myśl o truciźnie przypomniałam sobie o słowach osoby odpowiedzialnej za tajemniczy telefon.
            Dama pik została rzucona.
            Poczułam jak wszystko we mnie zaczęło zamarzać. Panika wzbierała we mnie z każdą mijającą sekundą i wiedziałam, że musiałam odepchnąć od siebie to pełne jadu zdanie. Nie chciałam myśleć o nim ani chwili dłużej, ponieważ nie dałabym rady wtedy usiedzieć w jednym miejscu. Czułam, jak zacznało mi brakować powietrza, albo płuca zaczęły zamarzać. Może to po prostu zasługa trucizny, która zaczęła wsączać się w moje serce. Nie byłam pewna czynników, lecz wiedziałam, że to mnie zabija.
            - Eve? Eve... - usłyszałam spanikowany głos u swoich stóp i spróbowałam spokoić się na tyle, aby spojrzeć na drugi koniec kanapy.
            Max siedział z otwartą ksiażką oraz moimi nogami ułożonymi na swoich udach. Dopiero w kontraście z jego ciałem zobaczyłam, jak bardzo drżałam w tamtym czasie i to przestraszyło mnie jeszcze bardziej. To nie działało tylko na moją psychikę, lecz także miało swoje skutki w strefie fizycznej. Słyszałam, że Max coś do mnie mówi, lecz nie byłam w stanie go słuchać. Jedynie kojąca barwa jego głosu dawała radę przebić się przez barierę w mojej głowie i chyba tylko dzięki temu dałam radę się uspokoić i nie poddać całkowicie panice.
            - Eve, co się stało? - spytał i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że już nie leżałam na kanapie, lecz tkwiłam w jego ramionach , otulona niczym mała dziewczynka przez swojego starszego brata, bądź tatę. Przez bohatera dzieciństwa, który ma za zadanie wypędzanie potworów spod łóżka oraz szafy.
            Przed moimi oczami znowu pojawił się obraz jednej z wielu kart w talii. Czarna kobieta z ciemnym kielichem w dłoniach, a w rogu znak odwróconego serca z czymś, co przypomina wystającą z niego strzałę. Ból, nieszczęście i śmierć. Zbierająca największe żniwo, kobieta beznadziejna, bez skrupułów. Najgorsze oblicze kobiety, bezwzględne i żądne zemsty. Nigdy nie została królową, nigdy nie dostąpiła zaszczytu wzniosłego tytułu. Zawsze za królem, schowana w jego cieniu. Podstępna, ukrywająca truciznę w kielichu pełnym wina oraz kilkoma kroplami płynnej śmierci, tak doskonale ukrytymi.
            Dama pik.
            - Zły sen - zbyłam go starając się przywołać na twarz jak najbardziej naturalny uśmiech, lecz wiedziałam iż nie zdołam go oszukać.
            Może i nie widzieliśmy się przez dwa lata, lecz przez poprzedni rok poznaliśmy się lepiej niż ja i Cath przez lata wspólnej przyjaźni. Zupełnie tak, jakbyśmy znali się od zawsze, a w tamtym momencie po prostu się odnaleźliśmy. Nie, nie wierzę w przeznaczenie, czy coś takiego jak druga połówka. Żadne bajeczki dla małych dziewczynek o wspaniałym życiu i o tym, jak to kiedyś pojawi się książę na białym koniu, czy że ktoś jest komuś z góry przeznaczony. Nie wierzyłam w te brednie. Skoro Bóg dał nam wolną wolę, dlaczego odebrałby ją nam w sprawach miłości? Czy wolna wolna nie jest głównie wyzwolonym sercem?
            - Naprawdę nic mi nie jest - szepnęłam już spokojniej i wtuliłam się w mężczyznę, aby w jakiś sposób mu do udowodnić. - Cieszę się, że mnie odnalazłeś - dodałam cicho i uśmiechnęłam się, lecz chwilę później w mojej głowie pojawiła się inna myśl, równie nieproszona i sprawiająca ogromny ból.
            On też to wie.
            Jeśli ta kobieta chciała pogrzebać mnie żywcem pod gruzem mojej przeszłości i ciężarem złych decyzji, to wybrała odpowiednią drogę. Trucizna jej słów z przerażającą prędkością rozlewała się po moim ciele, otulając serce i zaciskając je coraz mocniej, próbując je zdusić swoją toksyną.
            - Muszę iść pod prysznic - powiedziałam i chciałam go pocałować, lecz w porę sobie przypomniałam, że nie myłam zębów po bliskim spotkaniu z koszem na śmieci.
            - Nie zamykaj drzwi - odparł patrząc na mnie znacząco, lecz widząc moją minę, roześmiał się głośno. - Gdyby coś ci się stało, abym mógł wejść - dodał i przytulił mnie mocniej do swojego boku. - A teraz leć, zanim nie postanowię do ciebie dołączyć.
            - Nie wyobrażaj sobie za dużo - odparłam z delikatnym uśmiechem i podniosłam się, zmierzwiając jego włosy. - Nie jesteś aż tak fantastyczny, jak uważasz.
            - Zabolało! - zawołał za mną, gdy wchodziłam do łazienki, a mimo to usłyszałam rozbawienie w jego głosie, co pozwoliło mi się nieco rozluźnić.


* * *

            Nie byłam w stanie wziąć prysznicu, nogi wciąż były słabe, choć nie miałam zielonego pojęcia dlaczego. Zamiast tego leżałam w wannie pełnej wody i piany unoszącej się dookoła mnie, co było niebezpieczne biorąc pod uwagę, że zostałam sama ze swoimi myślami. To zdecydowanie nie było dobre połączenie, tym bardziej, że słowa tajemniczej rozmówczyni wciąż błąkały się po mojej głowie, strając się poskładać kawałki układanki w jedną całość. Musiało być w tym coś więcej. Doskonale wiedziałam co oznaczała uwaga rzucona o damie pik. Wiedziałam o kim to powiedziałam i nagle mnie olśniło komu to powiedziałam. Nie powiedziałam tego tylko Cath, wiedziałą o tym jeszcze jedna osoba. Jeszcze jedna kobieta.
            Dama pik w kierkach była najwyżej punktowaną kartą. Była warta połowę stawki. Dostanie jej byłoby więc cudowne, gdyby nie to, że zasady mówią iż wygrywa ten, kto zbierze jak najmniej punktów. Tak więc dama pik pociągała na dno tego, kto musiał ją wziąć ze stołu. Gdy ktoś rzucił damę pik, każdy robił się nerwowy, błagając aby inny gracz miał wyższą kartę i mógł go przebić. Aby musiał go przebić. Wzięcie tej karty opłacało się jedynie wtedy, gdy zebrało się wszystkie kierki. Jedną damę mogło okiełznać tylko trzynaście innych kart. Trzynaście niewinnych serc musiało przyjść na siebie truciznę mściwej damy, aby gracz nie był stratny. Oczywiście każdy wie, jak wielkie jest takie prawdopodobieństwo. Zawistna kobieta, dążąca po trupach do celu, gotowa pociągnąć każdego na dno, kto stanie na jej drodze. Podstępna, mściwa i bezwzględna, nie bojąca się ryzyka. Jak Lady Makbet, nieubłaganie dążąca do autodestrukcji, choć sama nieświadoma swojego obłędu.
            Oblizałam wargi, biorąc głęboki oddech, dokładnie mając w pamięci chwilę, gdy powiedziałam Cath o moim skojarzniu z tą kartą podczas jednego z tych nudnych wieczorów, kiedy Max sprawdzał testy mojej klasy, a wszystkie ambitne (ciekawe) filmy zostały obejrzane i grałyśmy w kierki. Skojarzenie to utkwiło mi w głowie tak głęboko, że podczas następnej kłótni powiedziałam jej to. Pamiętałam każde słowo, które wtedy padło z moich ust.
            Kiedy myślę o tobie, w głowie mam tylko jedną myśl. Jedną cholerną myśl, która napawa mnie obrzydzeniem, ponieważ nic nie może kojarzyć się dobrze z taką żmiją jak ty. Jesteś toksyczna, trująca i pociągasz za sobą ludzi, którzy stoją między tobą, a twoim celem, ale to nie jest cholerna gra. Chcesz zdjąć każdego, kto może ci zagrażać i robisz to tak, aby nie zobaczył tego on. Wiem doskonale co robisz i nie myśl, że pozwolę ci go zniszczyć. Jesteś nikim. Jak Lady Makbet doprowadzisz go do zguby, gdy tylko będziesz miała okazję, więc jej nie dostaniesz, rozumiesz to? Zatruwasz coś, co powinno być słodkie i masz nadzieję obserwować jak twoja trucizna rozchodzi się miedzy ludźmi. Grałaś kiedyś w kierki? Kiedy przyjechałaś do Daly City dama pik została rzucona.
            Przyjrzałam się wtedy jej twarzy, próbując zachować spokój, lecz patrzenie w jej dwulicowe, podłe oczy sprawiały, że jednocześnie mdliło mnie oraz przepełniała mnie ochota rozszarpania jej gardła. Nienawidziłam każdej części tego jej przegniłego ciała i sposobu, w jaki doprowadzała mnie do paranoi. Chciałam aby zniknęła. Dama pik miała prawo pokazać się tylko raz w całym rozdaniu, a później zniknąć, a ja nie zamierzałam dać pociągnąć się na dno.
            Widocznie ktoś się pomylił. W tej tali znalazły się dwie damy pik.
            Chłodny uśmiech na jej wargach przyspieszył moje bicie serca, a ona widocznie była dumna z tego, co powiedziała. Nie byłam taka jak ona, choćby powtarzała to milion razy. Kłamstwo powtórzone sto razy wcale nie staje się prawdą. Nie wiedziałam kto to kiedyś powiedział, ale nie miał na ten temat zielonego pojęcia.
            Natomiast ja wiedziałam, kto zadzwonił tego wieczora i ta myśl zmroziła moje serce. Nie miałam pojęcia jakim cudem dostała ten numer i jak znalazła sposób, aby znowu wsączyć się między nas, niczym trujący gaz, którego nie można dostrzec, lecz jego skutki po czasie stają się nieubłagalnie odczuwalne. Ten gaz nosił najbardziej znienawidzone przeze mnie imię.

            Leah.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz