Teraźniejszość
Spojrzałam
przez okno, przyglądając się zachodzącemu słońcu. Westchnęłam próbując nie
mrużyć oczu, ponieważ jego głęboko pomarańczowy kolor był piękny. Uwielbiałam
go oraz to, jak moja skóra wyglądała w tym blasku. Lubiłam nawet plamki, które
widziałam przed oczami po tym, jak za długo się w nie wpatrywałam. Ciepło,
które otaczało moją skórę potrafiło wywołać uśmiech nawet w najgorszy dzień, a
im dłużej na nie patrzyłam, tym większa wydawała się jego łuna. Kochałam
zachody słońca.
Próbowałam
oczyścić głowę i poddać się temu ciepłu, które próbowało zanieść mnie jak
najdalej z tamtego miejsca, lecz świadomość nieubłagalnego tempa czasu wciąż
wisiała nad moją głową. Zostały mi dwa dni do końca urlopu
"zdrowotnego", a ja nie miałam zielonego pojęcia co dalej. Max nie
mówił nic o powrocie do domu, lecz wiedziałam iż musiał o tym myśleć. Nie pytał
też o to, dlaczego siedziałam w domu, lecz z pewnością podejrzewał iż wzięłam
wolne. I z pewnością był tak samo boleśnie świadomy tego, że to nie może trwać
wiecznie. Musieliśmy podjąć decyzję, w którym kierunku to ma się dalej
potoczyć. Ja musiałam podjąć decyzję w którym kierunku to ma się dalej
potoczyć.
Musicie
coś wiedzieć - nienawidziłam podejmowania decyzji. Często zrzucałam to na barki
innych osób, ponieważ tak było łatwiej. Jeśli były dwie opcje, które mnie
satyskacjonowały - było mi obojętne, która z nich zostanie wybrana. Jeśli dwie
były złe - tak czy siak byłam skazana na porażkę. Nie znosiłam podejmowania
trudnych decyzji, ponieważ w 90% podejmowałam te najgorsze, które można było
wybrać. Złych facetów, złe drogi do rozwiązywania problemów, złe metody
działania. To zabawne, biorąc pod uwagę jak dobrą miałam orientację w terenie
oraz z jaką łatwością podsuwałam odpowiednie rozwiązania problemów znajomych,
lecz gubiłam się w swoich własnych. Chyba powinnam była iść z tym do
psychologa, lecz odpowiedni moment na to już dawno minął. Musiałam się pogodzić
z tym, jak było.
Słońce
chyliło się coraz bliżej horyzontowi i zmieniało barwę na niemalże krwistą.
Zawsze powtarzałam sobie, że to dlatego iż cierpi, spalając się z miłości,
ponieważ zbyt bardzo kochało księżyc, aby móc przyćmić jego blask. Byłam
romantyczką. Cholernie niepoprawną romantyczką. W swoim miasteczku wyjeżdżałam
rowerem daleko od domu, dojeżdżając do terenów niezabudowaych i siadałam na
pagórku, przygądając się tej smutno-słodkiej scenie i widziałam w tym przykład
pięknej, szczerej i prawdziwej miłości. Przykład wyrzeczenia się samego siebie
w imię miłości. Słońce spalało się co wieczór, krwawiąc z bólu, aby dać szansę
się pokazać księżycowi, nawet jeśli swoim własnym kosztem. Robiłam tak odkąd
miałam kilkanaście lat i zawsze chciałam się zakochać w taki sposób. Poczuć do
kogoś tak silne uczucie, aby móc poświęcić siebie dla szczęścia tej drugiej
osoby.
Spojrzałam
przez ramię na drzwi łazienki, w której był Max i na moich wargach pojawił się
subtelny uśmiech. Objęłam się ramionami opierając o ścianę, tuż przy oknie i
zamknęłam powieki, próbując skupić się na tym przyjemnym uczuciu. Wciąż czułam
ciepłe promienie słońca na swoim policzku, choć to zaszło już chwilę wcześniej
i wiedziałam, że nie chodziło o tę świetlistą gwiazdę, lecz o moje własne
słońce. Oblizałam wargi, biorąc głęboki oddech, przypominając sobie słowa,
które zmieniły wszystko.
Zniszczy
mu to życie, wiesz o tym. Musisz zniknąć.
I
zrobiłam to. Kochałam tak mocno, że postanowiłam zniknąć, aby nie narazić
jedynego męczyzny, którego byłam w stanie pokochać w tak silny sposób. Stałam
się słoncem i postanowiłam chronić mój księżyc, zanim zdążyłby się rozpaść i
zniknąć, tak jak księżyc zanika każdego ranka, aby dać żyć swojemu słońcu. Nie
chciałam, aby znikał z mojego powodu. Nie miałam prawa zabierać mu szczęścia,
ponieważ wtedy byłabym cholerną egoistką. Zostając zniszczyłabym mu karierę,
odebrałabym źródło utrzymania i prawdopodobnie zrujnowała życie społeczne.
Musiałby znosić nieprzyjemności tylko dlatego, że ja popełniłam błąd.
Usłyszałam
dźwięk wibrującego na stole telefonu i zmarszczyłam brwi. Naprawdę nie chciałam
rozmawiać z Andreasem. Praca była ostatnią rzeczą, którą chciałam sobie
zaprzątać głowę, a kto inny mógłby dzwonić? Tylko osoby z pracy miały mój numer
telefonu, w końcu prowadziłam naprawdę ubogie życie towarzyskie, jeśli w ogóle
jakiekolwiek prowadziłam. A nawet jeśli to nie był Andreas, to nie chciałam
rozmawiać z Lils, czy po raz kolejny odtrącać Marco. Chociaż po tamtym
wieczorze w restauracji nie byłam pewna, czy jeszcze kiedykolwiek próbowałby
jeszcze się ze mną umówić. Henry też nie był najbardziej upragnioną osobą.
Postanowiłam
ignorować telefon, lecz ten nie przestawał dzwonić. Jęknęłam cicho i podeszłam
do stołu, ujmując go w dłoń. Spojrzałam na wyświetlacz, mrużąc powieki. Numer
prytwatny. Pewnie jakaś pomyłka, w końcu kto mógłby dzwonić z numeru prywatnego?
Mimo wszystko poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku i zacisnęłam mocniej palce
na telefonie, świadoma tego, jak bardzo oddech mi przyspieszył. Był to zły
znak.
-
Słucham? - spytałam przełamując się, aby nacisnąć zieloną słuchawkę.
Przez
dłuższy czas nikt nie odzywał się po drugiej stronie. Jedyne co słyszałam, to
cichy oddech, który świadczył o tym, że wbrew pozorom (i moim prośbom) ktoś tam
był. To zaczęło robić się naprawdę chore i zdecydowanie nie komfortowe. Od razu
stanęło mi przed oczami wiele scen z różnych horrorów, w których takie telefony
zwiastowały jedynie kłopoty.
-
Słucham? - powtórzyłam pytanie.
Nieodebrane
połączenie. Może umrę cicho oddychając? Atak serca czy coś w tym stylu.
-
Jak możesz patrzeć spokojnie w lustro? - usłyszałam spokojny, wręcz chłodny
głos po drugiej stronie telefonu i poczułam zimne dreszcze przechodzące po
moich plecach.
Głos
był kobiecy, lecz ciężko mi było przypomnieć sobie, czy skądś go znam. Wydawało
mi się, że brzmiał znajomo, lecz nie byłam pewna w którym momencie mojego życia
zdarzyło mi się z nią rozmawiać, ani kim była owa ona. Rozchyliłam
wargi, czując mocniejszy ucisk w żołądku i złapałam się parapetu, ponieważ
kolana zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa.
-
Przepraszam? - próbowałam powiedzieć to spokojnie, mając nadzieję, że to jakaś
pomyłka, lecz jakiś głosik w podświadomości podpowiadał mi, że to nawine
myślenie.
-
Wiem co zrobiłaś. I on też to wie - mimo iż każde słowo wypowiadała
cicho, miałam wrażenie że krzyczy wprost do mojego ucha, co z pewnością byłoby
o wiele mniej przerażające. Wszystko co mówiła, było wręcz przesiąknięte jadem,
a mnie zalała fala mdłości. - Przegrałaś tę grę, jeszcze zanim się zaczęła.
Dama pik została rzucona.
A
później usłyszałam jedynie urywany dźwięk zakończonego połączenia.
Jeśli
pierwsza część mnie przestraszyła, to ostatnie słowa przeraziły mnie na śmierć.
Rzuciłam się z miejsca i wpadłam do kuchni, opróżniając zawartość żołądka do
kosza na śmierci. Raz. Drugi. Trzeci. Szybko przestałam mieć czym wymiotować, a
mimo to moim ciałem wciąż targały torsje, wyciągając ze mnie tyle żółci, ile
tylko dały radę. Zanim się zorientowałam, skończyłam na kolanach, obejmując
kosz tak, jakby to była moja ostatnia deska ratunku.
Usłyszałam
otwierające się drzwi od łazienki i przeknęłam w duchu. Teraz? Serio,
teraz?! Jęknęłam, czując jak znowu moim ciałem zaczęły targać dreszcze.
Szybko usłyszałam jak się zerwał z miejsca i niemalże zapłakałam. Widocznie
musiałam wydawać z siebie bardzo nieatrakcyjne dźwięki. Jego dłonie objęły mnie
pewnie, a palce przesuwały się wzdłuż długości kręgosłupa, starając się mnie
uspokoić. Słyszałam jak szeptał jakieś kojące słowa, a przynajmniej tak mi się
wydawało, ponieważ jego głos brzmiał przyjemnie, jednakże w głowie zbyt mocno
mi huczało, abym mogła wyłapać cokolwiek konkretnego.
Jakiś
czas później wymiotownie chyba zbyt mocno mnie zmęczyło (szybko, prawda?),
ponieważ osunęłam się w dół i gdyby nie refleks Maxa, wylądowałabym twarzą we
własnych wymiocinach. Ble. Tylko tego byłoby mi potrzeba w tym wszystkim.
Spojrzałam zamglonym wzrokiem na mężczyznę, który klęczał z moją głową na
swoich kolanach, próbując się podnieść, lecz jedynie ramiona mi zadrżały, więc
osunęłam się z powrotem na jego ciało.
-
Odpoczywaj, kochanie. Pewnie coś ci zaszkodziło - wyszeptał głaszcząc mnie po
policzku, a ja zamknęłam powieki, chcąc się odsunąć, lecz ciało było zbyt
zmęczone, aby współpracować z mózgiem.
Nie
wiedziałam w której chwili, ale musiałam być zbyt zmęczona tym wszystkim, choć
nie wiem czy bardziej zasnęłam z wyczerpania, czy po prostu zemdlałam z natłoku
sprzecznych emocji.
Nie
wypłukałam ust po wymiotach.
* * *
Obudziłam
się na kanapie i pierwsze co zrobiłam, to spojrzałam na zegarek. Było grubo po
jedenastej, więc spałam kilka godzin. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nudne,
białe kasetony, które zaczęły się przebarwiać w kilku miejscach. Każdy z nich
był nieznacznie prążkowany, a przez to, że każdy z nich był taki sam, poczułam
się tym przytłoczona i mdłości znowu wróciły. Pewnie gdyby nie to, że nie miałam
czym wymiotować, a ciało z pewnością miało dość tego piekielnego bólu
towarzyszącemu buntowi organów wewnętrznych. A może to nie bunt, lecz próba
ucieczki? Może zamiast krwi, w moich żyłach płynęła trucizna, a one po prostu
chciały żyć. Może ja już nie żyłam, lecz po prostu egzystowałam. Z pewnością
robiłam to przez dwa lata, lecz czy nadal tak było, gdy Max ponownie pojawił
się w moim życiu? Nie byłam pewna, czy ktoś, kto umarł, mógł znowu od tak
powrócić do życia.
Na
myśl o truciźnie przypomniałam sobie o słowach osoby odpowiedzialnej za
tajemniczy telefon.
Dama
pik została rzucona.
Poczułam
jak wszystko we mnie zaczęło zamarzać. Panika wzbierała we mnie z każdą
mijającą sekundą i wiedziałam, że musiałam odepchnąć od siebie to pełne jadu
zdanie. Nie chciałam myśleć o nim ani chwili dłużej, ponieważ nie dałabym rady
wtedy usiedzieć w jednym miejscu. Czułam, jak zacznało mi brakować powietrza,
albo płuca zaczęły zamarzać. Może to po prostu zasługa trucizny, która zaczęła
wsączać się w moje serce. Nie byłam pewna czynników, lecz wiedziałam, że to
mnie zabija.
-
Eve? Eve... - usłyszałam spanikowany głos u swoich stóp i spróbowałam spokoić
się na tyle, aby spojrzeć na drugi koniec kanapy.
Max
siedział z otwartą ksiażką oraz moimi nogami ułożonymi na swoich udach. Dopiero
w kontraście z jego ciałem zobaczyłam, jak bardzo drżałam w tamtym czasie i to
przestraszyło mnie jeszcze bardziej. To nie działało tylko na moją psychikę,
lecz także miało swoje skutki w strefie fizycznej. Słyszałam, że Max coś
do mnie mówi, lecz nie byłam w stanie go słuchać. Jedynie kojąca barwa
jego głosu dawała radę przebić się przez barierę w mojej głowie i chyba tylko
dzięki temu dałam radę się uspokoić i nie poddać całkowicie panice.
-
Eve, co się stało? - spytał i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że już nie
leżałam na kanapie, lecz tkwiłam w jego ramionach , otulona niczym mała
dziewczynka przez swojego starszego brata, bądź tatę. Przez bohatera
dzieciństwa, który ma za zadanie wypędzanie potworów spod łóżka oraz szafy.
Przed
moimi oczami znowu pojawił się obraz jednej z wielu kart w talii. Czarna
kobieta z ciemnym kielichem w dłoniach, a w rogu znak odwróconego serca z
czymś, co przypomina wystającą z niego strzałę. Ból, nieszczęście i śmierć.
Zbierająca największe żniwo, kobieta beznadziejna, bez skrupułów. Najgorsze
oblicze kobiety, bezwzględne i żądne zemsty. Nigdy nie została królową, nigdy
nie dostąpiła zaszczytu wzniosłego tytułu. Zawsze za królem, schowana w jego
cieniu. Podstępna, ukrywająca truciznę w kielichu pełnym wina oraz kilkoma
kroplami płynnej śmierci, tak doskonale ukrytymi.
Dama
pik.
-
Zły sen - zbyłam go starając się przywołać na twarz jak najbardziej naturalny
uśmiech, lecz wiedziałam iż nie zdołam go oszukać.
Może
i nie widzieliśmy się przez dwa lata, lecz przez poprzedni rok poznaliśmy się
lepiej niż ja i Cath przez lata wspólnej przyjaźni. Zupełnie tak, jakbyśmy
znali się od zawsze, a w tamtym momencie po prostu się odnaleźliśmy. Nie, nie
wierzę w przeznaczenie, czy coś takiego jak druga połówka. Żadne
bajeczki dla małych dziewczynek o wspaniałym życiu i o tym, jak to kiedyś
pojawi się książę na białym koniu, czy że ktoś jest komuś z góry przeznaczony.
Nie wierzyłam w te brednie. Skoro Bóg dał nam wolną wolę, dlaczego odebrałby ją
nam w sprawach miłości? Czy wolna wolna nie jest głównie wyzwolonym sercem?
-
Naprawdę nic mi nie jest - szepnęłam już spokojniej i wtuliłam się w mężczyznę,
aby w jakiś sposób mu do udowodnić. - Cieszę się, że mnie odnalazłeś - dodałam
cicho i uśmiechnęłam się, lecz chwilę później w mojej głowie pojawiła się inna
myśl, równie nieproszona i sprawiająca ogromny ból.
On
też to wie.
Jeśli
ta kobieta chciała pogrzebać mnie żywcem pod gruzem mojej przeszłości i
ciężarem złych decyzji, to wybrała odpowiednią drogę. Trucizna jej słów z
przerażającą prędkością rozlewała się po moim ciele, otulając serce i
zaciskając je coraz mocniej, próbując je zdusić swoją toksyną.
-
Muszę iść pod prysznic - powiedziałam i chciałam go pocałować, lecz w porę
sobie przypomniałam, że nie myłam zębów po bliskim spotkaniu z koszem na
śmieci.
-
Nie zamykaj drzwi - odparł patrząc na mnie znacząco, lecz widząc moją minę,
roześmiał się głośno. - Gdyby coś ci się stało, abym mógł wejść - dodał i
przytulił mnie mocniej do swojego boku. - A teraz leć, zanim nie postanowię do
ciebie dołączyć.
-
Nie wyobrażaj sobie za dużo - odparłam z delikatnym uśmiechem i podniosłam się,
zmierzwiając jego włosy. - Nie jesteś aż tak fantastyczny, jak uważasz.
-
Zabolało! - zawołał za mną, gdy wchodziłam do łazienki, a mimo to usłyszałam
rozbawienie w jego głosie, co pozwoliło mi się nieco rozluźnić.
* * *
Nie
byłam w stanie wziąć prysznicu, nogi wciąż były słabe, choć nie miałam
zielonego pojęcia dlaczego. Zamiast tego leżałam w wannie pełnej wody i piany
unoszącej się dookoła mnie, co było niebezpieczne biorąc pod uwagę, że zostałam
sama ze swoimi myślami. To zdecydowanie nie było dobre połączenie, tym
bardziej, że słowa tajemniczej rozmówczyni wciąż błąkały się po mojej głowie,
strając się poskładać kawałki układanki w jedną całość. Musiało być w tym coś
więcej. Doskonale wiedziałam co oznaczała uwaga rzucona o damie pik. Wiedziałam
o kim to powiedziałam i nagle mnie olśniło komu to powiedziałam. Nie
powiedziałam tego tylko Cath, wiedziałą o tym jeszcze jedna osoba. Jeszcze jedna
kobieta.
Dama
pik w kierkach była najwyżej punktowaną kartą. Była warta połowę stawki.
Dostanie jej byłoby więc cudowne, gdyby nie to, że zasady mówią iż wygrywa ten,
kto zbierze jak najmniej punktów. Tak więc dama pik pociągała na dno tego, kto
musiał ją wziąć ze stołu. Gdy ktoś rzucił damę pik, każdy robił się nerwowy,
błagając aby inny gracz miał wyższą kartę i mógł go przebić. Aby musiał go
przebić. Wzięcie tej karty opłacało się jedynie wtedy, gdy zebrało się
wszystkie kierki. Jedną damę mogło okiełznać tylko trzynaście innych kart.
Trzynaście niewinnych serc musiało przyjść na siebie truciznę mściwej damy, aby
gracz nie był stratny. Oczywiście każdy wie, jak wielkie jest takie
prawdopodobieństwo. Zawistna kobieta, dążąca po trupach do celu, gotowa
pociągnąć każdego na dno, kto stanie na jej drodze. Podstępna, mściwa i
bezwzględna, nie bojąca się ryzyka. Jak Lady Makbet, nieubłaganie dążąca do
autodestrukcji, choć sama nieświadoma swojego obłędu.
Oblizałam
wargi, biorąc głęboki oddech, dokładnie mając w pamięci chwilę, gdy
powiedziałam Cath o moim skojarzniu z tą kartą podczas jednego z tych nudnych
wieczorów, kiedy Max sprawdzał testy mojej klasy, a wszystkie ambitne (ciekawe)
filmy zostały obejrzane i grałyśmy w kierki. Skojarzenie to utkwiło mi w głowie
tak głęboko, że podczas następnej kłótni powiedziałam jej to. Pamiętałam
każde słowo, które wtedy padło z moich ust.
Kiedy
myślę o tobie, w głowie mam tylko jedną myśl. Jedną cholerną myśl, która napawa
mnie obrzydzeniem, ponieważ nic nie może kojarzyć się dobrze z taką żmiją jak
ty. Jesteś toksyczna, trująca i pociągasz za sobą ludzi, którzy stoją między
tobą, a twoim celem, ale to nie jest cholerna gra. Chcesz zdjąć każdego, kto
może ci zagrażać i robisz to tak, aby nie zobaczył tego on. Wiem doskonale co
robisz i nie myśl, że pozwolę ci go zniszczyć. Jesteś nikim. Jak Lady Makbet
doprowadzisz go do zguby, gdy tylko będziesz miała okazję, więc jej nie
dostaniesz, rozumiesz to? Zatruwasz coś, co powinno być słodkie i masz nadzieję
obserwować jak twoja trucizna rozchodzi się miedzy ludźmi. Grałaś kiedyś w
kierki? Kiedy przyjechałaś do Daly City dama pik została rzucona.
Przyjrzałam
się wtedy jej twarzy, próbując zachować spokój, lecz patrzenie w jej dwulicowe,
podłe oczy sprawiały, że jednocześnie mdliło mnie oraz przepełniała mnie ochota
rozszarpania jej gardła. Nienawidziłam każdej części tego jej przegniłego ciała
i sposobu, w jaki doprowadzała mnie do paranoi. Chciałam aby zniknęła. Dama pik
miała prawo pokazać się tylko raz w całym rozdaniu, a później zniknąć, a ja nie
zamierzałam dać pociągnąć się na dno.
Widocznie
ktoś się pomylił. W tej tali znalazły się dwie damy pik.
Chłodny
uśmiech na jej wargach przyspieszył moje bicie serca, a ona widocznie była
dumna z tego, co powiedziała. Nie byłam taka jak ona, choćby powtarzała to
milion razy. Kłamstwo powtórzone sto razy wcale nie staje się prawdą. Nie
wiedziałam kto to kiedyś powiedział, ale nie miał na ten temat zielonego
pojęcia.
Natomiast
ja wiedziałam, kto zadzwonił tego wieczora i ta myśl zmroziła moje serce. Nie
miałam pojęcia jakim cudem dostała ten numer i jak znalazła sposób, aby znowu
wsączyć się między nas, niczym trujący gaz, którego nie można dostrzec, lecz
jego skutki po czasie stają się nieubłagalnie odczuwalne. Ten gaz nosił
najbardziej znienawidzone przeze mnie imię.
Leah.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz