Eighteen

            Przeszłość

            - Lynn, przestań się dąsać - wymruczał przytulając mnie do siebie mocniej, na co jedynie przewróciłam oczami.
            Od tamtego pocałunku Brandon stał się zaborczy i chociaż nie było oficjalnego chcę tego, wszyscy szybko dowiedzieli się o naszym związku. Jakimkolwiek związku. Nie powiedziałam tego głośno, ale totalnie mnie to nudziło. I obrzydzało. Godziłam się na to chyba tylko dlatego, że wtedy mogłam przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Kiedy mnie całował, nie musiałam udawać, że było rewelacyjnie, bo nie było, a on nie patrzył na moją twarz. Kiedy staliśmy przytuleni, mogłam krzywić się do woli, aby nikt nie widział. On natomiast szczerzył się i chwalił mną, jakbym była jakąś zabawką. Mówiłam już, że to było obrzydliwe?
            Oraz Max wszystko widział.
            Za każdym razem, kiedy nas mijał, widziałam powagę na jego twarzy oraz niemalże bawiło mnie to, jak bardzo próbował nie patrzeć w moją stronę. Niemalże, bo mimo wszystko o wiele bardziej to bolało. Auć. Chciałam znowu zobaczyć ciepły uśmiech oraz radosne iskierki w jego oczach, bo choć widziałam je tylko przez chwilę, pragnęłam, aby zobaczyć je znowu. On potrafił zahipnotyzować człowieka po prostu będąc, z pewnością kobiety kłaniały mu się do stóp, więc dlaczego miałby zawracać sobie mną głowę? Dlaczego miałby myśleć o jakimś błędzie, który nie powinien był nigdy mieć miejsca?
            - Auuu, Lynn, co ty wyprawiasz? - syknięcie czarnowłosego chłopaka przywróciło mnie do rzeczywistości.
            Zaciskałam paznokcie na jego udzie tak mocno, iż dziwne było, że jeszcze nie przebiły materiału. Gdyby nie mocny chwyt, Brandon z pewnością byłby w siódmym niebie, że moja dłoń znalazła się na jego udzie. Nigdy go nie dotykałam. Pozwalałam siebie całować, umiarkowanie dotykać, lecz zostawałam bierna w tej sprawie. Jak bardzo trzeba być tępym, aby nie zauważyć, że dziewczyna nie jest totalnie zainteresowana chłopakiem? Niczego nie czułam, gdy mnie dotykał, całował czy robił inne rzeczy, jak lubieżne gapienie się na moje ciało - blee - więc jak mogłabym na to jakkolwiek odpowiadać? A nie sądziłam, aby był tak bardzo zdesperowany, aby chodzić z dziewczyną zombie. No bo chyba nikt nie jest, prawda?
            Potrząsnęłam głową, zabierając dłoń z jego ciała. Gdy zadzwonił dzwonek, podniosłam się i ruszyłam w przeciwnym kierunku niż reszta osób.
            - Lynn, psychologia w drugą stronę - powiedział Luke, patrząc na mnie z troską w oczach.
            Ach tak, wciąż omijałam psychologię.
            - Pójdę poćwiczyć, eliminacje są za kilka dni.
            Nie chciałam patrzeć na Cath, bo powiedziałam co bym na niej zobaczyła. Jeszcze więcej troski, podejrzliwości i Bóg jeden wie czego jeszcze, a to nie pomogłoby mi przetrwać tamtego dnia. Ani żadnego innego, dopóki nie poukładałabym tego bałaganu, który miałam w głowie i w sercu.
            Nie odwracając się, ruszyłam na salę gimnastyczną. Było ciepło, więc większość klas wychodziła na kompleks atletyczny, w związku z czym sala była niemalże cały czas wolna. Skręcając w lewo w głowie miałam nowe ruchy do choreografii, które mogłam dodać, albo zamienić inne, słabsze posunięcia. Chciałam je wypróbować, bo wtedy przestałabym myśleć o tym, że w tej chwili uciekałam przed przedmiotem, który kochałam najmocniej. A raczej przed mężczyzną, który je prowadził. Niewielka różnica.
            Nie chodziło o to, że byłam zakochana w Maxie - zdecydowanie nie. Nie można zakochać się w kimś, kogo zna się tak krótko, a tak naprawdę praktycznie w ogóle go nie znałam. Raz uratował mnie z opresji, raz przenocował u siebie. Kilka razy spotkaliśmy się aby przygotować do konkursu i to by było na tyle. Nie ważne, że podczas tych chwil czułam się z nim naprawdę dobrze i tak, jakby nie dzieliła nas przepaść stanowisk, czy niewielka różnica wieku. Wszystko było do przeskoczenia, jeśli tak naprawdę by się tego chciało. Ale gra nie była warta świeczki, co jasno dał mi do zrozumienia. Mógł mieć praktycznie każdą kobietę - nie dziewczynę, lecz kobietę! - więc dlaczego miałby zawracać sobie głowę mną, skoro to byłoby naprawdę do kitu? Nigdzie nie moglibyśmy się pokazywać razem, a siedzenie w jego mieszkaniu cały czas... pewnie zaczęłabym działać mu niemiłosiernie na nerwy.
            Wbiłam paznokcie w dłonie, mając nadzieję, że ból odwróci moją uwagę od tamtych wydarzeń. To nigdy nie miałoby szans na wypalenie, więc lepiej że skończyło się, zanim zaczęło. Mniej bólu. Tsa, jasne.
            Uniosłam głowę i w samą porę, bo wtedy zza zakrętu wyszedł Max, a ja musiałam wziąć głęboki oddech, aby chociażby nie zemdleć. Nie rozmawiałam z nim od momentu, gdy widziałam go z tamtą blond harpią i brakowało mi wszystkiego, cholernego wszystkiego. Brzmienia jego głosu, intensywności spojrzenia oraz tego, jak miękły mi kolana w jego obecności. To wszystko było przypisane do przeszłości, a ja chciałam czytać ten rozdział w kółko i w kółko i w kółko. To było tak cholernie niesprawiedliwe. Jak miałam ogarnąć swój bałagan, skoro sama jego obecność robiła jeszcze większy syf w mojej głowie? To było naprawdę żałosne.
            Gdy nasze spojrzenia się spotkały, oboje się zatrzymaliśmy, wpatrując się w siebie. Gdyby ktoś z boku nas zobaczył, byłam pewna że nie mógłby tego nazwać czymś normalnym. W momencie, gdy ruszył w moją stronę, uderzyłam w drzwi z takim impetem, że obolałe po treningach miejsca zawyły z bólu. Wpadłam do damskiej łazienki, opierając się plecami o drzwi. Usłyszałam jak zatrzymał się po drugiej stronie i przez jakiś czas tam stał. Serce waliło mi jak oszalałe, a po głowie przepływała fala myśli.
            Czy on tu wejdzie? Błagam, niech tego nie robi, to DAMSKA łazienka.
            Nie, niech wejdzie. Chcę aby wszedł.
            Nie, nie chcesz tego idiotko, on cię może tylko zniszczyć.
            Jak można zniszczyć coś, co jest zniszczone?
            A przez kogo to jest zniszczone?
            Zamknij się, chcę go zobaczyć. Wyjdę do niego.
            Nie, nie zrobisz tego!
            Idę!
            Nie, nie idziesz!
            Zamknij się, albo kopnę cię w twarz.
            Ktoś powinien przyłożyć ci w macicę.
            Jęknęłam sfrustrowana, osuwając się na podłogę. Rozmowa z samą sobą jest jedną z rzeczy, które są do dupy. Kto normalny kłóci się z samym sobą? Albo inaczej - kto chce sam sobie przyłożyć w twarz i macicę jednocześnie? Cholera, jak mogłam chcieć przyłożyć sobie w macicę? Przecież to by musiało cholernie boleć. Jestem idiotką. Jestem głupią idiotką. Zaraz, czy mogą być mądre idiotki? To chyba czyni mnie jeszcze większą idiotką.
            Może sobie to tylko wyobrażałam, lecz usłyszałam jego cichy szept po drugiej stronie drzwi. Przepraszam, Eve. Zacisnęłam wargi i wcisnęłam głowę między uda, powtarzając sobie w kółko, że bardzo chciałam to usłyszeć. Nie mogłam tego naprawdę słyszeć. To musiał być wytwór mojej wyobraźni, a później usłyszałam jego oddalające się kroki i dopiero kiedy wypuściłam oddech, zdałam sobie sprawę, że przez cały czas go wstrzymywałam.
            - Jesteś pieprzonym dupkiem - szepnęłam i uderzyłam głową w drzwi.
            W tym samym czasie z jednej z kabin wyszła dziewczyna z pierwszego roku (tak myślę) i spojrzała na mnie z mieszaniną współczucia i rozbawienia jednocześnie.
            - Gówniany dzień? - spytała podchodząc do umywalki i umyła dłonie, co jakiś czas spoglądając na mnie z delikatnym uśmiechem, który uroczo wykrzywiał jej wargi.
            - Yup - mruknęłam wpatrując się w sufit.
            - Jutro będzie lepiej - odparła wzruszając ramionami i wytarła dłonie w swoje jeansy.
            - Powtarzam to sobie od tygodni - westchnęłam podnosząc się i spróbowałam przywołać na twarz choć cień uśmiechu, po czym przepuściłam ją przez drzwi, wzruszając ramieniem.
            Tym razem ja podeszłam do umywalki i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Nie wyglądałam źle. Jeśli miałam być szczera, wyzwalając głęboko ukryte pokłady pewności siebie, wyglądałam cholernie dobrze. Rude loki zsuwały się z jednego ramienia, kręcąc się na piersi, a policzki miały ładny, różowy kolor. Może usta miały smutny wyraz ale kurczę, od tygodni nie miałam żadnego powodu, aby to zmieniać. Lubiłam moje oczy. Miały głęboki, zielony kolor, niemalże koci. Większość facetów za nim szalało, a Luke nawet po zerwaniu nie mógł oderwać od nich wzroku. Nie miałam zmarszczek. Przysunęłam twarz do lustra, aby lepiej się sobie przyjrzeć i westchnęłam. Tak, nie miałam zmarszczek. Wyglądałam młodo. Może na więcej niż tych moich osiemnaście lat, lecz nie jak dojrzała kobieta. Zamrugałam i przyjrzałam się swoim długim rzęsom, które poruszały się jak wachlarze. Byłam ładna. Kto nie lubi ładnych dziewczyn? Dlaczego on nie lubił ładnych dziewczyn?
            Westchnęłam potrząsając głową i spryskałam twarz zimną wodą. Powinnam w końcu przestać o nim myśleć, to było totalnie do kitu. Nie pierwszy raz byłam zainteresowana kimś, kto nie był zainteresowany mną i nie robiłam z tego wielkiej sprawy. Jednakże nienawidziłam tego, jak ktoś się kimś bawił, a zdecydowanie czułam się wykorzystana. Nie można kogoś całować, tak całować, a potem tak go traktować, to totalnie nieetyczne.
            Jeszcze raz spojrzałam na swoje odbicie w lustrze po czym skinęłam głową. Mogłam to zrobić. Mogłam iść dalej ze swoim życiem. Z takim nastawieniem wyszłam z łazienki.


* * *

            Jestem bałaganem. Nie mogłam zatracić się w muzyce, choć tak bardzo chciałam. Dawno nie czułam takiej frustracji, że nie mogłam znaleźć ujścia temu całemu syfowi, który rozmnażał się wewnątrz mnie jak króliki. Króliczki są słodkie, prawda? Cóż, te we mnie były krwiożercze i nie na taki słodki sposób jak kapcie Myrnina z Wampirów z Morganville. Raz jeszcze uderzyłam głową w parkiet, siedząc na nim z nogami rozrzuconymi po bokach. Naprawdę byłam ogromnym bałaganem.
            Na początku spróbowałam się rozkręcić, lecz szybko dotarło do mnie że nici z treningu tamtego dnia, więc opadłam na parkiet, przeklinając w duchu każdą część mojego przeklętego ciała i każdą durną myśl, która nie chciała odejść, nawet pod hipnotycznym wpływem muzyki.
            Podniosłam głowę jak czujna surykatka i zmarszczyłam brwi, zaskoczona obecnością Lucasa.
            - Hej ty - powiedział z delikatnym uśmiechem, przemierzając salę gimnastyczną pewnym krokiem.
            - Nie powinieneś być na psychologii?
            - Bradly zrobił wolną lekcję. Znowu - powiedział przewracając oczami, po czym jego tyłek wylądował obok mojego biodra, przez co musiałam przewrócić się na plecy, aby móc obserwować jego twarz.
            - Jak to znowu? - spytałam jeszcze bardziej brwi.
            - No znowu. Ostatnio dosyć często to robi. Jakieś sprawy osobiste. Dopóki nie kablujemy dyrekcji, mamy wolną godzinę - powiedział wzruszając ramieniem, a ja przełknęłam ślinę. Mogłam dać sobie wyciąć lewy jajnik, że chodziło o tę blondynę od francuskiego. Sprawy osobiste? Ta, jasne.
            - Więc niewiele omijam - odparłam siląc się na swobodny ton, wzruszając przy tym ramieniem.
            Przez jakiś czas czułam na sobie spojrzenie przyjaciela i musiałam zacisnąć wargi, aby na niego nie warknąć. Byłam naprawdę wystarczająco zirytowana tym, że nie mogłam oddać się muzyce i nie potrzebowałam jeszcze przyjacielskiej nadopiekuńczości. A jeszcze gorsze było to, że nie mogłam powiedzieć mu o tym, co mnie gnębiło z dwóch cholernych powodów. Po pierwsze, chodziło o nauczyciela. Po drugie, chodziło o faceta. A Luke to Luke.
            - Porozmawiaj ze mną, Lynn - westchnął przesuwając wzrokiem po moich nogach, nagim brzuchu, aż zatrzymał się na mojej twarzy.
            - Nie ma o czym - odparłam przewracając oczami. Błagam, odpuść, Luke.
            - Nie ma o czym? Nie rozśmieszaj mnie. Od tygodni nie jesteś sobą. Zachowujesz się jak zombie. I to nie takie fajne zombie, którym się rozwala głowy, lecz bardzo wredne zombie, od których się ucieka, aby nie zostać zaatakowanym. To nie jest atrakcyjne - powiedział marszcząc przy tym uroczo nos. Zbyt wiele czasu ze mną spędzał, to było widać.
            Jęknęłam głośno, zakrywając twarz ramieniem i uniosłam dłoń pokazując mu środkowy palec. Tak z pewnością nie zachowałby się żądny jego mózgu zombie. Poczułam na palcu jego wargi i jęknęłam roześmiana, wyrywając dłoń.
            - Jesteś okropny, Luke - mruknęłam odciągając ramię od twarzy.
            - Dlaczego jesteś z Brandonem?
            Jego pytanie mnie zaskoczyło i wciągnęłam głęboko oddech. Podparłam się na łokciach, przyglądając się jego poważnej twarzy, oblizując leniwie wargi. Chciałam mu odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ zawsze byłam z nim szczera. Okey, we wszystkim oprócz Maxa. I Jacka. Wolałam, aby wierzył, że uciekł przez okno niż przez drzwi, które zapomniałam zamknąć. Poza tym ten futrzak i tak nigdy mnie nie lubił. Bye bye, Jack.
            - Nie rozumiem - powiedziałam ostrożnie, patrząc w jego oczy, modląc się o to, aby mnie nie rozgryzł.
            - Och, doskonale rozumiesz. Widać, że cię nie pociąga. Lynn, ty go nawet nie lubisz. Wydajesz się być znudzona, a nawet rozdrażniona, gdy przy nim jesteś, a kiedy cię całuje albo dotyka? Wyglądasz jakbyś miała zwymiotować i naprawdę jestem pod wrażeniem jak on może tego nie zauważać, więc mam jedno cholerne pytanie. Dlaczego? - spytał patrząc na mnie z taką intensywnością, że musiałam odwrócić wzrok.
            Bo to pomaga mi zapomnieć.
            Zacisnęłam zęby wiedząc, że nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Każda wersja pokazałaby mnie z paskudnej strony, ponieważ widocznie wykorzystywałam zadurzonego we mnie faceta. Mruknęłam pod nosem, próbując dobrać słowa, lecz nagle miałam w głowie całkowitą pustkę. Nie miałam żadnego powodu aby być z tym kolesiem poza tym, aby wkurzyć Maxa i próbować iść ze swoim życiem dalej, lecz prawda była taka, że nie chciałam iść dalej w swoim życiu z Brandonem. Chciałam zostawić go za sobą tak daleko, jak się dało.
            - On naprawdę cię złamał, Lynn - westchnął, a ja odwróciłam głowę w jego stronę tak szybko, że to aż zabolało.
            - Słucham?
            - Ten facet. Wtedy, kiedy chciałaś mnie pocałować, byłaś udręczona, skarbie. Widziałem to w twoich oczach, a później się rozsypałaś. To nie minęło, prawda? Nadal masz te smutne oczy i często ściągasz wargi, jakbyś próbowała się nie rozpłakać. I nie chodzisz na psychologię. Kochasz psychologię, Lynn. Zamykasz się w domu i mogę dać sobie uciąć prawe jądro, że wtedy ryczysz jak mała dziewczynka, ale jesteś zbyt dumna, aby to powiedzieć na głos - powiedział dobitnie, cały czas patrząc w moje oczy.
            Westchnęłam czując się odkryta i to bolało. Uniosłam dumnie głowę, patrząc w bok. Zaskakujące było to, że oboje mieliśmy takie seksualne zapewnienia. To chyba też był wpływ zbyt częstego przebywania razem.
            - Prawe jądro, huh? To poważna sprawa. Lewe to jeszcze spoko, ale wiesz. Prawe to już coś - powiedziałam, próbując się uśmiechnąć, lecz jedynie uniosłam kącik ust i to też nieznacznie.
            - Przestań. Powiedz co się dzieje. Chodzi o Bradly'eja? Dlatego omijasz? Jesteś taka od konkursu, coś ci zrobił, prawda?
            - Nic mi nie zrobił - warknęłam ostro i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie wyszło dosyć przekonywująco. - Luke, naprawdę. Konkurs pokazał mi, że nie mam zielonego pojęcia co chcę robić w przyszłości, a Boże, za kilka miesięcy kończę szkołę. Powinnam wiedzieć takie rzeczy, prawda? To po prostu...
            - Nie przekonywujące, Lynn. To mnie po prostu nie przekonuje. Cath przymknęła oko na to kłamstwo, ale Lynn... pamiętam cię jak byłaś szczęśliwa. Pamiętam uśmiechniętą, szaloną dziewczynę i cholera, strasznie za nią tęsknię - powiedział przyciągając mnie do siebie tak, że musiałam usiąść i ujął swoje dłonie w moje. - Nie chcesz, nie musisz mówić o kogo chodzi, ale obiecaj mi jedną rzecz.
            - Wszystko. Obiecuję wszystko - szepnęłam boleśnie świadoma tego, jak bardzo w tamtej chwili kłamałam.
            - Obiecaj mi, że porozmawiasz z nim. Kimkolwiek jest, obiecaj że to wyjaśnisz, bo widzę, że nie umiesz zapomnieć. Lynn, kocham cię i nie mogę patrzeć na to, jak cierpisz. Nie mówię, że masz mu powiedzieć, co czujesz i cholera, chyba nawet ja nie chcę o tym wiedzieć, bo dobrze wiesz, że chciałbym, abyś czuła to do mnie, ale chociaż spróbuj, albo skończysz jak ja i uwierz mi, to jest naprawdę do dupy.
            - Nie powinieneś mnie tak kochać, Luke...
            - Wiem. A ty wiesz, że nie powinnaś kochać jego. Więc oboje jesteśmy cholernymi masochistami. Ale ja się z tym pogodziłem, a ty musisz coś zrobić, bo zwariujesz.
            - Luke...
            - Obiecaj, że chociaż spróbujesz.
            Spojrzałam w jego oczy, biorąc głęboki oddech, za wszelką cenę próbując się nie rozpłakać.
            Dobrze wiesz, że nie chcesz tego robić.
            Dobrze wiesz, że muszę to zrobić.
            Nie potrzebujesz więcej bólu.
            Może pozwoli bólowi odejść.
            Jak? Mówiąc, że nie jesteś dość dobra?
            Uważasz, że nie jestem dość dobra?
            Jesteś zbyt dobra dla niego, skoro tego nie zauważa.
            Jest moim nauczycielem, nie powinien tego zauważać.
            Chcesz, aby to zauważał.
            Dobry Boże, to jedyne czego pragnę.

            - Obiecuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz