Teraźniejszość
- Chcę wrócić do domu.
Nie miałam pojęcia, co tam na mnie zastanie, lecz wiedziałam, iż
nie mogłam znowu pozwolić Maxowi odejść. Nawet, jeśli między nami było jeszcze
wiele tajemnic i spraw do obgadania, byłam pewna, że jakoś przez to przejdziemy.
A jeśli nie, to trudno. Mogłam znowu wyjechać. Byłam naprawdę dobra w uciekaniu
przed tym, czego pragnęłam, więc nikogo by to już chyba nie zdziwiło. W ciągu
ostatnich kilku dni Max spędzał w moim mieszkaniu sporo czasu. Praktycznie cały
czas, więc zaproponowałam, aby wymeldował się z hotelu. Po dwóch godzinach
marudzenia, w końcu się zgodził.
Musiałam iść do pracy i powiedzieć Andreasowi, że wyjeżdżam.
Cholera, musiałam powiedzieć Maxowi, że byłam gotowa wrócić do domu. A co jeśli
on nie chciał mnie w domu? Przełknęłam ślinę, potrząsając przy tym głową. Gdyby
mnie nie chciał, nie fatygowałby się aż do Nowego Jorku, prawda? Z pewnością
tak było.
Jednakże moich myśli wciąż nie opuszczała Leah. Jeśli ona wciąż
była w mieście, nie byłoby tam miejsca dla nas obu. Zacisnęłam powieki starając
się uspokoić przyspieszony oddech, gdy tylko pojawiła się w moich myślach. Nie
potrafiłam wyobrazić sobie tego, jak przez dwa lata próbowała zagarnąć dla
siebie wszystko, co było moje. MOJE! Nie mogła tego zrobić, to było nieetyczne
i niemoral... tsa. Leah zawsze była niemoralna, więc czego innego mogłam się po
niej spodziewać?
Zastanawiałam się jak wiele powiedziała Maxowi po tym, jak
odzyskał pamięć. Jak bardzo starała się, żeby mnie znienawidził. Może w tamtej
chwili to wszystko było dalszą sprawą, lecz byłam pewna, że gdy wrócimy do
domu, to wszystko wróci ze zdwojoną mocą. Gdybyśmy znaleźli się w znajomym
otoczeniu, miejscach otaczających nas wspomnieniami i ludzi, którzy samą swoją
osobą przypominaliby o tamtych wydarzeniach, wszystko zaczęłoby się
komplikować. Zdecydowanie musieliśmy sobie wszystko wyjaśnić i to jak
najszybciej, lecz był jeden problem. Nie miałam zielonego pojęcia jak
powiedzieć mu o tym całym koszmarze.
- Słucham? - Max spojrzał na mnie przez oparcie kanapy, jakby
nie dosłyszał tego, co powiedziałam.
- Chcę wrócić do domu, Max. Chcę wrócić do Dally City -
powiedziałam głośniej, biorąc przy tym głęboki oddech.
* * *
- Veronica, ty nie mówisz poważnie - mruknął Andreas,
przeczesując palcami swoje włosy, a jego błagalne spojrzenie było utkwione we
mnie.
Oblizałam wargi, przyglądając się szefowi w zamyśleniu. Wpadłam
do jego biura nie mając kompletnie żadnego planu i nie miałam pojęcia jak
rozegrać to tak, jak chciałam. Tak, jak potrzebowałam to zrobić. A gdy nie ma
się planu, wszystko zaczyna się sypać, dlatego na dzień dobry zamiast
przygotować go na to, wybadać grunt, rzuciłam "odchodzę, wyjeżdżam z
miasta" i czekałam na jego reakcję. Doskonale wiedziałam, że jego doza
zrozumienia i taryfy ulgowej wobec mnie wykorzystała się, gdy wymusiłam na nim
urlop, w sumie z tego samego powodu, z którego teraz odchodziłam. Prawie.
- Nie przesadzaj, masz innych dobrych redaktorów - odparłam
opierając dłonie o oparcie krzesła. - Potrzebuję tego, Andree - dodałam ciszej,
modląc się w duchu, aby mnie zrozumiał.
- Jeśli coś się stało, możesz mi o tym powiedzieć, Nikkie.
Poradzimy coś na to - upierał się, szukając odpowiedzi w mojej twarzy.
- Po prostu muszę wyjechać. Ja chcę wyjechać -
westchnęłam. Nie sądziłam, że ta rozmowa będzie trudna, lecz też nie uważałam,
że będzie tak męcząca.
- On cię znalazł, prawda? Ten mężczyzna, który dzwonił do
wydawnictwa... to przed nim uciekasz?
Spojrzałam na niego, szukając zrozumienia i osunęłam się na
krzesło. Przesunęłam dłońmi po twarzy i zaczerpnęłam głęboki oddech, próbując
rozgryźć sytuację, w której się znalazłam oraz to, jakim cudem w ogóle do niej
doszło. Moje życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i miałam ruszyć w
kierunku, w którym zaczęłam. Czyli w sumie trzysta sześćdziesiąt stopni. Prawie
jak na diabelskim kole.
- Tak i nie. Posłuchaj, wszystko jest okey, naprawdę...
- Jeśli on cię szantażuje...
- Broń Boże! Max to naprawdę wspaniały mężczyzna. To naprawdę
długa i pokręcona historia, ale jest wszystko okey – powiedziałam, uśmiechając
się delikatnie. Miło było porozmawiać z kimś o Maxie, tak po prostu powiedzieć
to wszystko. Na samą myśl o tym, zaśmiałam się cicho. - Naprawdę wyglądam na
zastraszoną, Andree?
Przez pewien czas przyglądał mi się w milczeniu, po czym
westchnął, odchylając się do tyłu. Jeśli chodzi o niego, to był skomplikowaną
osobą - a to ci niespodzianka - jak każdy z mojego otoczenia. Był wymagającym
szefem i wzbudzał wręcz niezdrowy respekt, lecz jednoczenie potrafił być
wyrozumiały i można z nim było porozmawiać. Tak jak ja w tamtej chwili.
Widziałam w jego oczach wahanie i wiedziałam, że nie potrafiłabym go przekonać,
aby mnie puścił, gdyby tego nie chciał, ponieważ sama nie byłam pewna czy aby
na pewno chcę wyjechać z Nowego Jorku. Albo inaczej - czy aby na pewno chcę
stawić czoło Dally City i wszystkim osobom, które tam porzuciłam i zraniłam.
Gdy ponownie spojrzałam na swojego przełożonego, patrzył na mnie
tak, jakby próbował coś oszacować, rozważał różne opcje, odpływając w swój
świat fantazji. Zastanawiałam się jak szybko poruszają się zębatki w jego
głowie, ponieważ wydawało się, że mózg Andreasa pracował na najwyższych
obrotach. Zmarszczył brwi, jakby nie zgadzał się z jakąś ze swoich myśli.
Dopiero, gdy na mnie spojrzał, zdałam sobie sprawę, że to nie był objaw
wewnętrznej walki, lecz dopasowywania do siebie puzzli. Uśmiechnął się
delikatnie, jakby krzepiąco, a gdy się odezwał, jego głos był przyjemny,
niemalże kojący.
- Opowiedz mi tę historię.
Więc zrobiłam to. Opowiedziałam historię moją i Maxa, począwszy
od momentu, gdy wpadł na swoją pierwszą lekcję psychologii, a ja wpadłam pod
ławkę, przechodząc przez wszystkie złe chwile, gdy trzymaliśmy się z daleka,
przez Leah, do wypadku i mojego wyjazdu do Nowego Jorku, aż w końcu dotarłam do
tego dnia, gdy postanowiłam złożyć rezygnację w pracy. Opowiedziałam o tym, że
od dwóch lat nie miałam kontaktu z przyjaciółmi i rodzicami oraz jak trudna
była dla mnie rozmowa z mamą. Gdy już zaczęłam mówić, wylał się ze mnie potok
słów. Mówiłam o tym jak się czułam, gdy Max stracił pamięć oraz o tym, jak
przeżywałam każdy dzień w mieście, do którego uciekłam. Opisywałam upór Maxa
oraz jego determinację do tego, aby wszystko wyjaśnić, tak naprawdę bez
dotykania najważniejszej sprawy. Na zmianę śmiałam się i płakałam, wyrzucając z
siebie wszystkie emocje tłumione przez te miesiące spędzone z dala od domu i
gdy spojrzałam na niego, widziałam w jego oczach zrozumienie i aprobatę.
Wiedział, że nie mógł mnie zatrzymać, ponieważ to byłoby niesprawiedliwe.
Musiałam w końcu stawić czoła swojemu życiu i wypić piwa, którego naważyłam, a
jak przypuszczałam, miało ono mieć słodko-gorzki smak. Wyrzuciłam z siebie całe
poczucie winy, nie licząc na litość, czy rozgrzeszenie, a on o nic nie pytał,
po prostu słuchał i to było właśnie to, czego potrzebowałam. Wzdychałam z
czułym uśmiechem, na wspomnienie tego, jak pierwszy raz usłyszałam od Maxa, że
mnie kocha oraz to, jakim był niepoprawnym romantykiem, czerpiąc pomysły z
moich ulubionych książek. Śmiałam się, opowiadając mu o tym, jak kazałam Maxowi
wyrzucić szczątki stolika, który zniszczyłam wcześniej po tym, jak do mnie
zadzwonił, po czym płakałam wspominając swoje załamanie, gdy zdałam sobie
sprawę, że on tam jest, że mój Max jest w Nowym Jorku i nie zrezygnował.
Wypluwałam z siebie słowa jak pociski, robiąc tylko rzadkie przerwy na
zaczerpnięcie oddechu, po czym wracałam do opowiadania historii, na którą
miałam nadzieję, że czekał happy end.
Gdy skończyłam, czułam się o dziesięć kilo lżejsza i
spokojniejsza. Nie wiedziałam, w którym momencie postanowiłam zaufać Andreasowi
na tyle, aby zdradzić mu to wszystko, lecz zwaliłam to na to, że wyjeżdżałam.
Przez dwa lata trzymałam buzię zamkniętą na kłódkę, więc gdy wyjeżdżałam, chyba
mogłam to z siebie wyrzucić.
Przed wyjściem z jego gabinetu, odwróciłam się, uśmiechając do
szefa.
- I nie mów do mnie Nikkie, tylko Lynn. Nienawidzę imienia
Veronica - odparłam, wzruszając przy tym ramionami.
- Przez dwa lata używałaś tego imienia - zaoponował zaskoczony.
Zaśmiałam się cicho, patrząc na niego z dozą sympatii.
- Pamiętaj, że nienawidziłam siebie przez dwa lata - rzuciłam,
po czym zamknęłam za sobą drzwi.
Po opuszczeniu gabinetu, wzięłam głęboki oddech, przyglądając
się moim współpracownikom. Dziękowałam w duchu Maxowi, że zabrał moje rzeczy z
biurka. Gdy wyjeżdżaliśmy z domu, ustaliliśmy że ja idę porozmawiać z
Andreasem, on zapakuje moje rzeczy do pudła i pojedzie załatwić więcej pudeł,
aby spakować to, co jest w mieszkaniu, a następnie poczeka na mnie pod
wydawnictwem. Biorąc pod uwagę, że siedziałam w gabinecie przełożonego ponad
godzinę, miałam nadzieję że czekał już na dole.
Przygryzłam wargę, próbując się nie rozpłakać i uśmiechnęłam się
promiennie, robiąc krok w ich stronę. Później wszystko potoczyło się samo.
Widziałam przygnębioną minę Marco, więc chciałam się z nim pożegnać na samym
końcu. Pierwszy porwał mnie w ramiona Henry, przez co roześmiałam się, dopóki
nie zabrakło mi powietrza. Ściskał mnie zbyt mocno.
- Będzie nam ciebie brakowało, Nikkie. Mimo twojej smutnej dupy
snującej się z kąta w kąt, byłaś tutaj...
- Jak mebel - mruknęłam próbując ukryć rozbawienie.
- Tak, jak pieprzenie stara szafa, której nikt nie używa, ale
fajnie czasem popatrzyć na ten antyk - odparł błyskając promiennym uśmiechem,
co tylko wzmogło mój śmiech.
- Jej, to takie słodkie. Właśnie porównałeś mnie do zbędnego,
martwego gruchota - rzuciłam, marszcząc przy tym nos w uśmiechu i wzięłam
głęboki oddech. - Nie mówcie do mnie Nikkie. Wiem, że trochę późno, ale wolałabym,
abyście mówili Lynn, tak jak przyjaciele - odpowiedziałam i jęknęłam z bólu,
gdy jego silne ramiona jeszcze mocniej mnie oplotły.
- Nasze maleństwo dorasta. Wystarczyły tylko dwa lata! - zawołał
jak dumny ojciec, przez co śmiałam się i płakałam jednocześnie.
Wzięłam głęboki oddech, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć,
lecz nie potrafiłam znaleźć słów, które byłyby odpowiednie. Uśmiechnęłam się
jedynie do niego i pozwoliłam Lily przytulić się, przez co obie się
roześmiałyśmy w strugach łez. Wtedy po raz kolejny pomyślałam o tym, że
naprawdę mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, gdybyśmy poznały się w innych
okolicznościach. Nie była taka jak Cath, lecz była... sobą. Nie umiem tego
wytłumaczyć, ale była po prostu osobą, której potrzebowałam i którą naprawdę
mogłabym polubić, gdybym dała nam na to szansę.
- Przez dwa lata próbowałam pozbyć się twoich nudnych ciuchów - powiedziała
wybuchając śmiechem, a ja zaraz po niej.
- Twoje modlitwy zostały wysłuchane! - zawołałam równie
radośnie, jeszcze mocniej się w nią wtulając, po czym odsunęła mnie od siebie,
aby móc przyjrzeć się twarzy.
- Lynn... Lynn, tak? - spytała, na co pokiwałam entuzjastycznie
głową, uśmiechając się łzawo. - Gdy tutaj przyjechałaś, byłaś bardzo smutną
osobą. Boże, byłaś tak depresyjna, że czasem ja chciałam wyskoczyć przez okno!
- Dzięki, to wiele dla mnie znaczy - mruknęłam udając obrażoną,
lecz tylko zachichotałam.
- Nie przerywaj mi, ruda - powiedziała mrużąc powieki, choć mimo
tego nie potrafiła ukryć rozbawienia. - Mam na myśli to, że czekałam na to, aż
się otworzysz i pozwolisz sobie na szczęście. A teraz... oto jesteś. Radosna,
odmieniona. Kobieto, spójrz na siebie, nie pomyślałabym, że możesz tak
wyglądać! - powiedziała wybuchając śmiechem.
Faktycznie, jeszcze nigdy mnie takiej nie widzieli. Rude loki
nie były już upięte w kok, lecz rozpuszczone, kaskadą spływające po plecach, a
zamiast niemalże zakonnych ubrań, miałam na sobie dopasowane dżinsy oraz opięty
top ze sporym dekoltem, który podkreślał moje krągłości i odkrywał cienki pasek
nagiej skóry, płaskiego brzucha. Na twarzy miałam delikatny, aczkolwiek
widoczny makijaż i biżuterię, a buty na wysokim obcasie.
- Dzięki za wiarę, kobieto - roześmiałam się i pocałowałam ją w
policzek. - Dzwoń do mnie, dobrze? - spytałam, po czym zaśmiałam się nerwowo.
Brzmiało to tak nie na miejscu, a jednocześnie normalnie.
- Och, nie omieszkam. Myślisz, że uciekniesz przede mną?
- Broń Boże, nie! - rzuciłam roześmiana i ucałowałam jej
policzki, po czym podeszłam do Marco.
- Chodź - rzucił, biorąc mnie za rękę i prowadząc w stronę
drzwi.
- Będę za wami tęskniła! - zawołałam, czując, że już tam nie
wrócę.
- A my za tobą! Uważaj na siebie! - odkrzyknęli chórem i już
mnie nie było.
Kiedy drzwi się zatrzasnęły za nami, wzięłam głęboki oddech. Nie
zapowiadało się na miłą rozmowę i nie miałam pojęcia czego się mogłam po nim
spodziewać. Miałam nadzieję na spokojne pożegnanie, lecz z wyrazu jego twarzy,
wcale się na to nie zanosiło. Przeczesał włosy palcami, wpatrując się w sufit
przez pewien czas, po czym spojrzał na mnie oczami, których nie potrafiłam
rozszyfrować.
- Zostań.
I tylko tyle. Żadnego argumentu, niczego. Jedno słowo.
Rozchyliłam wargi, biorąc głęboki oddech, zastanawiając się, o co do cholery
chodzi. Potrząsnęłam głową, świadoma tego, że musiałam go źle zrozumieć.
Zrobiłam krok w jego stronę, lecz wtedy i on zrobił krok w moją, przez co
byliśmy blisko siebie. Zbyt blisko.
- Nie wyjeżdżaj z nim. Zostań ze mną.
- Marco...
- Nikkie, proszę.
- Nie znasz mnie. Znasz wersję mnie, której szczerze nienawidzę
i nie chcę nią być. Chcę odzyskać swoje życie, chcę znowu być Lynn, cieszyć się
życiem, naprawić swoje błędy...
- Oni ci nie wybaczą.
Spojrzałam na niego, otwierając szeroko oczy i zaczerpnęłam
głęboki oddech, tak naprawdę nie wierząc w to, co przed chwilą powiedział. W
to, że to powiedział. Zupełnie tak, jakby czas się zatrzymał, a mózg się
wyłączył. Część mnie wiedziała, że mówił prawdę. Nie zasługiwałam na
wybaczenie, po tym co zrobiłam najbliższym, lecz druga część miała ochotę mu przyłożyć.
Oni cię kochają, powtarzała mi podświadomość i chciałam jej wierzyć.
Naprawdę chciałam.
-
Przestań...
- Zostań - powiedział robiąc kolejny krok w moją stronę, a gdy
ja się cofałam, oparłam się o okno, biorąc głęboki oddech.
- Marco...
- Tutaj jest twoja przyszłość. Ze mną.
- Przestań.
Jeśli mam być szczera, zaczynałam się wtedy bać. Zachowywał się
jak ktoś, komu się nie ufa. O takich osobach słyszy się w telewizji, z
nadzieją, że nam się to nigdy nie przytrafi. Omija się ich na ulicy, przechodząc
na drugą stronę. Psychoza maniakalna? Chyba tak. Cóż, przynajmniej tak się
zachowywał. Najbardziej przestraszyła mnie ta jego nagła zmiana. Przez cały
czas był miły, niemalże czuły, choć go odtrącałam raz po raz, a odkąd Max
pojawił się w mieście, zupełnie tak jakby się coś w nim aktywowało. I to było
złe, zdecydowanie.
- Nikkie...
- Nie mów tak...
- Nie zostawiaj mnie - powiedział zaciskając palce na moich
ramionach, przez co pisnęłam cicho, zaskoczona tym gestem.
Boże, Boże, co robić? Próbowałam się skupić na
czymkolwiek, lecz mózg wyłączył myślenie. Tak, czułam się jak idiotka w
horrorze, która zamiast uciekać, wchodzi do pomieszczenia z seryjnym mordercą.
Boże, dlaczego w tych filmach ładne dziewczyny na ogół giną pierwsze? Naprawdę
lubiłam życie.
Później poczułam, jak jego dłonie zsunęły się z mojego ciała, a
gdy otworzyłam oczy, Marco leżał na podłodze, ciskając piorunami z oczu. Idąc
za jego spojrzeniem, natknęłam się na burzę brązowych włosów i odetchnęłam z
ulgą, wtulając się w mężczyznę.
- Poczekaj na dole - powiedział stanowczo, pocierając dłonią
moje plecy.
- Max...
- Po prostu to zrób - rzucił, nie spuszczając wzroku z
ciemnowłosego chłopaka.
Nie chciałam aby zrobił mu krzywdę, lecz prawda była taka, że
chciałam też stamtąd wyjść. Móc zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć o całym tym
zdarzeniu, choć nie byłam pewna, czy to będzie możliwe. Oblizałam wargi,
delikatnie kiwając głową i już chciałam się odwrócić, kiedy coś przykuło mój
wzrok. Podczas szamotaniny, Marco zgubił telefon, który teraz rozbłysnął, gdy
przyszła do niego wiadomość. Z ciekawości spojrzałam na nadawcę i poczułam, jak
serce mi zamiera. Bez zastanowienia, rzuciłam się po niego, zanim właściciel
mógł go odebrać i otworzyłam ją. Po przeczytaniu, byłam pewna, że krew
odpłynęła mi z twarzy i - cholera - ze wszystkiego. Zrobiło mi się słabo, więc
podparłam się parapetu, patrząc zagubiona to na bruneta, to na Maxa, a usta
zaczęły mi drżeć tak jak tuż przed płaczem.
- Jak mogłeś mi to zrobić? - szepnęłam cicho, lecz byłam pewna,
że mimo to, słyszał to jak krzyk. Skrzywił się, nie potrafiąc spojrzeć mi w
oczy.
- Posłuchaj...
- JAK MOGŁEŚ?! - wykrzyczałam, rzucając w niego tym przeklętym
telefonem, czując jak cała zaczynałam się trząść. Byłam daleka od płaczu, to
było pewne.
- Eve...
- Nie, Max! Pieprzenie nie! Wiesz co on zrobił?! Pieprzenie nie
wierzę! - powiedziałam i gdyby nie jego ramiona, rzuciłabym się na imitację
Somerhaldera (kiepską do tego) i wydrapałabym mu te błękitne oczy.
Chwilę później otworzyły się drzwi, a stanęła w nich przerażona
Lily, Henry i Andree, zastanawiając się, co się do cholery dzieje, lecz nawet
to nie mogło mnie powstrzymać, od prób wyszarpnięcia się chłopakowi i
rozszarpania tego podłego kolesia, który zrobił... to. Boże, nie wierzyłam, że
to możliwe. Nie wierzyłam, że ktoś mógłby zrobić drugiej osobie coś tak
podłego. Czułam, że brakuje mi powietrza, a ściany się niemiłosiernie zbliżają,
chcąc mnie zmiażdżyć.
- Nienawidzę cię - powiedziałam, patrząc na niego wściekle, po
czym zostałam wyprowadzona z budynku.
* * *
Przez całą drogę powrotną, nie odezwałam się ani słowem,
wiedząc, jak blisko byłam wybuchu. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko, w podłość
ludzką, do tego stopnia. Wbijałam krwistoczerwone paznokcie w uda, myśląc tylko
o tym, jak do tego wszystkiego doszło. Jak mogłam dać się tak zmanipulować oraz
jakim cudem, można było zaplanować wszystko tak, aby przy tym nie wpaść. Boże,
nienawidziłam ich. Nienawidziłam tego, jak potoczyło się moje życie i na samą
myśl o tym, byłam bliska łez. Chciałam tam wrócić i wykrzyczeć mu, jak
zniszczył moje życie, aby zobaczył jakiego dna sięgnęłam przez cholerną
bezmyślność tego faceta. Sprzedał obcą osobę pod groźbą jakiś zdjęć? Jakim
trzeba być człowiekiem, aby zniszczyć kogoś za tak marną rzecz?
- Eve, co tam było? - Max znowu podjął temat i znowu nie uzyskał
odpowiedzi na to pytanie.
Gdy dojechaliśmy do domu, nie czekając aż zgasi silnik,
wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę mieszkania. Zostawiłam otwarte drzwi
klatki i zaczęłam wspinać się po schodach, a już w połowie poczułam obok siebie
obecność chłopaka. Otworzyłam drzwi i przytrzymałam je otwarte, gdy ten wnosił
pudła, pudełka i skrzynki. Gdy je postawił na podłodze, zamknęłam drzwi, ściągając
buty i kurtkę, odkładając rzeczy na miejsce i ruszyłam do kuchni, lecz objęły
mnie jego ramiona, opierając głowę na barku.
- Powiedz mi, co cię tak zdenerwowało.
- Leah jest w mieście? - spytałam, zaciskając palce. To pytanie
cały czas błądziło mi po głowie, nie dając spokoju.
- Wiesz... nie było mnie tam jakiś czas...
- Jak wyjeżdżałeś to była? - zacisnęłam powieki, podświadomie
napinając mięśnie w oczekiwaniu na odpowiedź.
Przez jakiś czas się wahał. Wyczułam to w jego postawie,
usłyszałam jak wypuścił powietrze przy moim uchu i mocniej przytulił mnie do swojego
ciała. Już chciałam się odwrócić, gdy zatrzymało mnie brzmienie jego głosu,
unieruchamiając w miejscu. Jedno słowo, a poczułam się tak, jakby ktoś kopnął
mnie w żołądek. I jakby ten ktoś nosił szpilki o rozmiarze 6 i pół.
- Była.
Nie wiedziałam dlaczego było to dla mnie tak ważne, ale nie
chciałam aby tam była. Była w moim mieście, w czasie, gdy ja musiałam wyjechać
i dobrze wiedziała, że to zrobię, gdy mi to zasugerowała. Wiedziała, że wyjadę
i gdzie wyjadę, bo sama stworzyła mi tę alternatywę. Nienawidziłam jej. Tak
bardzo jej nienawidziłam iż gotowa byłam wsiąść w pierwszy lepszy samolot i
rozszarpać ją gołymi rękami. Za te wszystkie miesiące bólu i odseparowania.
Miałaś wybór.
Byłam przerażona!
Mogłaś liczyć na bliskich.
Nie miałam siły walczyć.
Nie musiałaś.
Mogłam pozwolić mu na życie, na jakie zasługiwał!
Później wewnętrzny głos już nie próbował się ze mną kłócić.
Każdy, kto wiedział jak było między mną, a Maxem, wiedział że zawsze wybrałabym
jego. Jego szczęście było ponad moim własnym i nie wierzyłam w to, jak łatwo
ktoś mógł to wykorzystać. Nie spodziewałam się tego nawet po niej. Jak ja nie
doceniłam tej kobiety.
- Dlaczego o to pytasz?
I powiedziałam mu. Powiedziałam mu, co było w tej wiadomości, a
jego reakcja była jeszcze gorsza niż moja.
Zatrzymaj ją w mieście za wszelką cenę. Rozdziel ich,
cokolwiek będziesz musiał zrobić. Jesteś mi to winny, albo zdjęcia trafią do
sieci. Pamiętaj, o tym, albo ten szczeniak się dowie, że to twoja zasługa.
Podpisano:
Leah.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz