Twenty four

Przeszłość

            Chaos panował wszędzie dookoła. Rzeczy porozrzucane, krzesła rozstawione w całkowitym nieładzie, a resztki obiadu czekały na stercie, przytulone do podłogi. Ludzie cały dzień usuwali mi się z drogi, choć nawet nie otworzyłam ust. Dlaczego? Tego dnia miały przyjść wyniki. Po przedostaniu się ze szczebla szkolnego, pojechałam na przesłuchanie do San Francisco. Jeśli przeszłabym dalej, mogłabym wystąpić na zawodach stanowych w Nowym Jorku. O co była ta cała zabawa? Nie o jakiś tam puchar, wyróżnienie. Najlepsza trójka automatycznie dostawała zaproszenia na przesłuchanie do Juilliarda.
Nie wierzyłam, że mogłoby mi się to udać, lecz mimo to cały dzień byłam podminowana. Najpierw musiałam dostać się na zawody stanowe.
Zmyłam podłogę, pozbywając się roztartego piure oraz kawałków marchewki z groszkiem, po czym zabrałam się za składanie ubrań, które wcześniej sama rozrzuciłam po salonie. Rodzice wyszli na taras, widocznie nie chcąc wpaść pod nóż, którym z pewnością byłam gotowa w kogoś rzucić. Warczałam na wszystko i wszystkich. To, bo ziemniaki za wolno się gotowały, to, bo sos zaczął mi się przypalać. Nawet na to, że sok był za słony (jak mógł?!). Odrzucałam połączenia od wszystkich. Od Luke’a, od Cath. Nawet od Maxa.
Właśnie, Max. Od szkolnego przesłuchania zaczęło się jakoś układać. Przez te dwa miesiące wychodziliśmy na kolacje, chodziliśmy do kina, czy też spacery. Oczywiście, za każdym razem musieliśmy jechać do innego miasta, jak najbardziej oddalonego od Daly City, aby nie spotkać nikogo znajomego. Mimo to, najwięcej czasu spędzaliśmy w jego mieszkaniu. Przestałam unikać psychologii i tak naprawdę, miałam z tego niezłą frajdę. Oboje mieliśmy.
Jednakże tego dnia nie chciałam nikogo widzieć. Zeszłam do piwnicy i wzięłam do ręki rzutki. Pierwsza głęboko wbiła się w drewno, stosunkowo daleko od tarczy. Drugiej udało się trafić w pierścień nagradzany jednym punktem. Trzecia odbiła się od lamy. Zaklęłam w tym samym momencie, w którym rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Rzuciłam się w górę, potykając o własne nogi raz za razem, krok za krokiem. Niemalże wyrwałam klamkę, zamaszyście otwierając drzwi.
- Tak? – sapnęłam, wpatrując się w mężczyznę stojącego naprzeciw mnie.
- Pani Veronica Catharsis? – spytał niepewnie, przyglądając się mojej postawie.
Pewnie zastanawiał się, czy byłam wariatką. Rozczochrane rude loki, kłębiące się dookoła głowy, rozszerzone, przekrwione oczy i rozmazany makijaż. Trup, trup, trup, trup. Zombie.
- Uhum – pokiwałam entuzjastycznie głową, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Miałam nadzieję, że przyniósł mi to, czego oczekiwałam.
- List polecony priorytetowy – odparł, podając mi kopertę.
Mruknęłam coś w odpowiedzi, wyrywając mu przesyłkę i trzasnęłam drzwiami, wchodząc do chaosu panującego w salonie. Usiadłam na wywróconym krześle i oblizałam wargi, przesuwając palcami po gruboziarnistym papierze i wytłoczonym na nich literach akademii tańca w Nowym Jorku.
Ostatecznie wstałam i wyszłam na taras, stając z kopertą na wprost rodziców. Oboje unieśli pytająco swoje brwi, na co rzuciłam pakunek na stolik, pomiędzy nich, siadając na betonie.
- Otwórzcie, ja nie dam rady – jęknęłam, podciągając nogi pod brodę i oparłam ją na kolanach, mocno przygryzając dolną wargę.
Widząc ich dziwne, zdumione miny, miałam ochotę znowu zacząć warczeć. I śmiać się. Okey, nie było ze mną wszystko okey. Pokazałam głową, aby otworzyli kopertę i mocniej przycisnęłam do siebie nogi. Tata ujął w palce elegancki papier i najdelikatniej jak potrafił, rozdarł i wyciągnął kremową kartkę. Przebiegł wzrokiem po tym, co zostało tam napisane, po czym podał go mamie. Ona również zrobiła to samo, po czym oboje spojrzeli na mnie. Z ich twarzy wyczytałam to, czego obawiałam się najbardziej.
Nie dostałam się.
Zacisnęłam wargi, nakazując sobie być twardą. Próbowałam odpędzić łzy. Nie chodziło o to, że rozczulałam się nad sobą. Byłam na siebie wściekła. Wbiłam palce w piszczele, usiłując się uspokoić.
- Veronica – powiedział spokojnie tata.
Nic.
- Veronica… - powtórzył po chwili. – Nikkie, spójrz na mnie – westchnął łagodnie, przez co zrobiłam to, o co prosił. Uśmiechnął się do mnie delikatnie i znowu spojrzał na kartkę. – Z ogromną przyjemnością chcielibyśmy zaprosić panią, Veronicę Evelyn Catharsis na zawody stanowe w tańcu nowoczesnym w Nowym Jorku. Bylibyśmy zaszczyceni spotkaniem z panią osobiście dnia piętnastego marca bieżącego roku – kiedy skończył czytać, spojrzał na mnie.
- Nikkie? – spytała mama, widząc mój brak reakcji, a w mojej głowie zaczęły obracać się trybiki, niczym w wielkim zegarze.
Dostałam się?
Dostałam się.
Dostałam się!
- O Boże, dostałam się! – szepnęłam, spoglądając to na jedno, to na drugie, po czym wybuchłam głośnym śmiechem, czując jak napięcie zaczęło opuszczać moje ramiona i ciało, odchodząc w zapomnienie.

* * *

Zapukałam do drzwi, kołysząc się na piętach, a głupi uśmiech nie chciał zejść z mojej twarzy. Musiałam mu o tym powiedzieć. Ciągle chichotałam pod nosem, czując jak energia mnie rozpierała. Nieliczni dostawali się na zawody stanowe, a ja byłam jedną z nich!
Gdy tylko drzwi się otworzyły, wskoczyłam na chłopaka, całując go i śmiejąc się jednocześnie. Poczułam jak jego ciało stężało pod wpływem zaskoczenia, a później objął mnie ramionami. Wydawał się inny, mniej… jak on.
- Eve? – usłyszałam zaskoczony głos mężczyzny z boku i zesztywniałam.
Odsunęłam się od chłopaka, na którym wisiałam i spojrzałam w stronę szatyna, wycierającego ręce w ścierkę. Max patrzył na mnie rozszerzonymi oczami, widocznie zaskoczony. Pewnie wyglądałam tak samo. Spojrzałam na chłopaka, na którego się rzuciłam. Blondyn o niebieskich oczach i lekko zadartym nosie. Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Różnili się całkowicie!
- Mmm, hej, Steve – powiedział chłopak, uśmiechając się niczym nieskrępowany.
Jęknęłam, cofając się krok do tyłu. I jeszcze jeden, aż uderzyłam plecami o ścianę.
- Max, ja nie… - zaczęłam, czując wzbierającą panikę.
- Wiem, Eve, spokojnie – zaśmiał się, przyciągając mnie do siebie i złożył pocałunek na czubku głowy. – Eve, to mój przyjaciel, Steve. Dupku Steve, poznaj Eve.
- Twoją dziewczynę, Eve? – spytał zaskoczony i wtedy zobaczyłam błysk zainteresowania w jego oczach. – Eve?
- Uhum – warknął Max, zaborczo przyciskając mnie do swojego boku.
- Tę Eve? Coś ty mu naopowiadał? – spytałam, chichocząc cicho i spojrzałam w jego karmelowe oczy, które tak uwielbiałam.
- Z pewnością nie mówił, że tak całujesz. Cholera, masz szczęście, stary – westchnął Steve, udając, że mdleje, przez co wybuchłam śmiechem, czując jak na policzki zaczęły występować rumieńce.
- Bo nie powinieneś się o tym nigdy dowiedzieć, dupku – warknął, prowadząc mnie do kuchni i posadził na krześle. – Głodna? Zaraz będzie spaghetti.
- Albo czytaj: rozgotowany makaron i przypalony sos – zawołał za nami blondyn.
- Miel tym ozorem dalej, a będziesz żarł chleb z cukrem – zawołał szatyn, rzucając ścierką w przyjaciela.
- Ałć, męska duma, huh? Spokojnie, sądzę, że twoja dziewczyna już wie, że jesteś kijowym kucharzem, stary.
- W sumie to robi dobre tosty – wtrąciłam się z rozbawieniem, wspominając pierwsze śniadanie, które mi zrobił.
- Widzisz! – krzyknął Max, uśmiechając się do mnie z dumą i pocałował mnie przeciągle, układając dłonie na tali.
Zamruczałam z uśmiechem, czując smak jego wargi roztaczający się dookoła zapach jego ciała. Zupełnie tak, jakbym odkrywała świat na nowo. Na nowo uczyła się żyć i to życie było fantastyczne. Oparłam policzek na jego ramieniu, poddając się delikatnemu kołysaniu jego ciała. Przymknęłam powieki z uśmiechem, gdy ujął moją dłoń w swoją, powoli przemierzając kuchnię, tańcząc bez muzyki.
- Zakochani, ble – jęknął blondyn, wrzucając sobie do ust makaron. – Rozgotowany, ble.
Oboje spojrzeliśmy na niego, na siebie i znowu na niego, po czym roześmialiśmy się głośno.

* * *

- Więc przyszłaś ot, tak czy masz jakiś interes? Oprócz nie dopuszczenia do tego, aby Max całkowicie się otruł tym, co nazywa jedzeniem – spytał Steve, siedząc na poduszce z miską makaronu z sosem pieczarkowym (spaghetti Maxa faktycznie było nie jadalne).
- Właśnie! – pisnęłam podekscytowana i odwróciłam się w stronę chłopaka. – Zgadnij co.
- Nie wiem, Eve – zaśmiał się Max, patrząc na mnie z rozbawieniem.
- Pobaw się ze mną i zgaduj! – jęknęłam.
- Wiesz, znam przyjemniejsze zaba… - zaczął blondyn, lecz uciszyło go uderzenie poduszką.
- Max…
- Eve…
- No zgadnij! – jęknęłam, wydymając niezadowolona wargi.
- Podpowiedź?
- Co dziś jest?
- Piątek…? – spytał, mrużąc powieki, przyglądając mi się uważnie. Po chwili na jego twarzy błysnęło zrozumienie. – O matko, dostałaś się! – krzyknął radośnie i przyciągnął mnie do siebie, przytulając czule.
- Uhum! – roześmiałam się, całując go przeciągle, mrucząc przy tym zadowolona.
- Dostałaś się gdzie? – spytał Steve.
Jemu się serio buzia nie zamykała. Nie wiedział chyba, co to skrępowanie. Znałam go od godziny, a już go lubiłam. I zauważyłam, że jest cholernie pewny siebie, przez co nie czuje żadnego nietaktu, angażując się w życie dziewczyny, której nawet nie znał.
- Na zawody stanowe w tańcu nowoczesnym – odparłam z dumą, pozwalając ramionom ukochanego jeszcze mocniej mnie otulić.
- No to gratulacje, ruda – odparł, błyskając zębami w uśmiechu. – Co teraz, Eve?
- Lynn – powiedzieliśmy jednocześnie z Maxem.
- Mów mi Lynn – dodałam rozbawiona i splotłam swoje palce z chłopakiem, siedzącym za moimi plecami.
- W każdym bądź razie, wypada to jakoś uczcić – odparł z uśmiechem blondyn, pokazując na nas. – I czuję, że nie chcę tego oglądać – dodał, wybuchając śmiechem.
Zmarszczyłam brwi, uśmiechając się przy tym nie wyraźnie. Wydawało mi się, że nie był niczym skrępowany. A Max przy nim także wydawał się… swobodniejszy. Chociaż ciągle na siebie warczeli, widać było, że są przyjaciółmi, ponieważ nie wyczuwało się między nimi żadnego spięcia. Byli wobec siebie bezpośredni i otwarci. Wredni, ale nie wątpiłam w to, że byli ze sobą blisko.
- Nie słyszeliście? Dzieciaki, wynoście się z domu i to już – westchnął, podnosząc się z kanapy i ku mojemu zdziwieniu, dosłownie pokazał nam drzwi.

* * *

- Okey, wyjaśnisz mi dlaczego rzuciłaś się na mojego przyjaciela, witając go tak, jak ja chciałbym być witany codziennie, do końca świata? – usłyszałam rozbawiony głos Maxa, gdy skręcił w najbliższy zakręt.
- Przestań! – pisnęłam, zakrywając twarz dłońmi. To było takie upokarzające. – Byłam pewna, że to ty! Od kiedy ktoś inny otwiera TWOJE drzwi?
- Nie wiedziałem, że przyjaciele nie mogą mnie odwiedzać, skarbie – wyrzucił z siebie, śmiejąc się przy tym. – Poza tym jesteśmy całkiem inni!
- TERAZ WIEM! – jęknęłam roześmiana i zapadłam się w fotelu. – Byłam tak podekscytowana zawodami, że chyba nawet przeleciałabym twoją matkę, gdyby otworzyła drzwi.
- O Boże, nie chciałem sobie tego wyobrażać!
- Whooops. – Wybuchłam śmiechem, spoglądając na niego, widocznie rozbawiona.
Nie miałam zielonego pojęcia, dokąd jechaliśmy. Przed wyjściem Max zdążył jedynie zgarnąć kurtkę i kluczyki od samochodu, zanim Steve wyrzucił nas, zatrzaskując za nami drzwi. Chyba serio miał nas dość. Czy coś. Tak więc już od jakiegoś czasu jechaliśmy w bliżej nie określonym kierunku. Zgubiłam się po dwudziestu minutach jazdy uliczkami, których nigdy wcześniej nie widziałam.
I zdecydowanie nie czułam się wyjściowa. Spojrzałam na swój strój. Miałam na sobie krótkie, postrzępione jeansowe spodenki oraz przykrótki, biały top, odsłaniający brzuch. Liczyłam na miły wieczór w mieszkaniu, z popcornem i filmem. W tamtym momencie czułam się skrępowana i zbyt odsłonięta.
- Wiedziałem, że się dostaniesz – odparł ni stąd ni zowąd. – Byłaś niesamowita.
- Dziękuję – szepnęłam, przygryzając dolną wargę.
- Mam nadzieję, że będziesz tak sprawna podczas…
- MAX! – pisnęłam, wybuchając śmiechem.
- ...zawodów stanowych, zboczeńcu! – roześmiał się, parkując pomiędzy drzewami.
Zmarszczyłam brwi, próbując cokolwiek dojrzeć, lecz późna pora i brak słońca mi to zdecydowanie utrudniała. Dookoła rosły drzewa, gdzieś w oddali słychać było szum liści. Wody? Wysoko księżyc odbijał blask słoneczny. Miło.
- Chodź – odparł Max, wysiadając z samochodu i wyciągnął z bagażnika koc, paczkę chipsów oraz butelkę wody. – Przepraszam, wziąłbym więcej, cokolwiek, gdybym wiedział, co będziemy robić – westchnął skrępowany.
- Jest okey – powiedziałam, podchodząc do niego i wyciągnęłam napój z chrupkami z jego rąk. – Naprawdę, jest okey – dodałam i wspięłam się na palce, czule całując wargi mężczyzny.
Po chwili ruszyliśmy ramię w ramię, w kierunku, którego nie znałam. Chociaż niczego nie mówiliśmy, cisza, która powstała między nami nie była krępująca. Wręcz przeciwnie, była nadzwyczajnie kojąca. Co chwila spoglądałam na niego, uśmiechając się przy tym. Mocno zarysowany kształt jego szczęki i delikatny zarost. Poczułam subtelne wibracje w podbrzuszu, po czym znowu spojrzałam przed siebie. Dobrze, że było ciemno i nikt nie mógł zobaczyć rumieńców plamiących moje policzki.
Im dalej szliśmy, tym pewniejsza byłam, że słyszałam w oddali szum wody. Okey, chyba powinnam była pójść do toalety przed wyjściem. Jakiś czas później to zobaczyłam. Atramentowe lustro, niczym nie wzburzone, idealnie gładkie i ciche. Spojrzałam na Maxa, a ten już rozkładał koc na plaży. Uśmiechnęłam się na ten widok i zsunęłam trampki ze stóp, zagłębiając palce w chłodny piasek. To było to.
- Chodź tutaj – zaśmiał się, wyciągając do mnie rękę, gdy już sam usiadł. Nie oponowałam.
- Mówiłam już, że lubię z tobą wychodzić? – spytałam z uśmiechem, opierając głowę na jego ramieniu, przyglądając się majaczącemu w oddali odbiciu księżyca na tafli wody.
- Chyba tak – zaśmiał się, całując moją skroń. Uwielbiałam tę jego czułość.
- Chyba dobrze – szepnęłam, spoglądając mu w oczy. Ich kolor wydawał się głębszy, niemalże brunatny, choć wciąż widać w nich było ten bliżej nieokreślony błysk, który mnie urzekł miesiące wcześniej.
- Mogę o coś zapytać? – spytał cicho, tuż przy moim uchu.
- Mmm?
- Dlaczego nie lubisz imienia Veronica?
Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc. Wiedziałam, że pewnego dnia będziemy musieli porozmawiać, ale nie że w dniu w którym powinnam się cieszyć. Nie lubiłam o tym rozmawiać. Spojrzałam w stronę jeziora, zastanawiając się, co powiedzieć, lecz nie było słów, którymi można by to wyrazić.
- Moja siostra tak do mnie mówiła, gdy byłam mała – westchnęłam, bawiąc się jego palcami.
- Co się z nią stało? – spytał, opierając brodę na mojej głowie.
- Nie żyje – odparłam, oblizując wargi. – Miała wypadek. Pokłóciła się z rodzicami o jakiś głupi wyjazd. Pobiegłam za nią. Mogłam nalegać, aby została, aby nie jechała. Zadowoliłam się głupimi lodami. Odwróciłam się, aby wracać do domu i wtedy wjechała w nią ciężarówka. Z lodami – wyszeptałam, nieświadomie wbijając paznokcie w dłonie chłopaka.
- Tak mi przykro, Eve…
- Po prostu tego dnia część mnie umarła, wiesz? – ciągnęłam dalej. – Ona była dla mnie jak druga mama. Wszyscy mówią, że starsze rodzeństwo to masakra. Kochałam swoją siostrę. Była moją przyjaciółką, chociaż była starsza o dziesięć lat. Kochałam ją. Była najlepsza. Zawsze mówiła do mnie „Nikkie”. To było słodkie i sposób, w jaki to wypowiadała był…
- Jej – dopowiedział Max.
- Dokładnie. Tak jak twoje „Eve”. Dlatego gdy jej zabrakło…
- Zabrakło Nikkie.
- Tak... – szepnęłam i oparłam się o jego tors.
Dobrze było mieć go obok siebie. To, jak dobrze się rozumieliśmy było niesamowite. Z nikim tak się nie dogadywałam od czasów Tessy. Z rodzicami miałam fantastyczną więź, ale to nie było to samo. Z Cath i Lucasem byliśmy przyjaciółmi, wygłupialiśmy się, rozumieliśmy swoje poczucie humoru, potrafiliśmy przeżywać wszystko razem. Nie potrafiłam określić na czym polegała ta różnica, jednak ją czułam. I było to coś dobrego.
- Mam ochotę popływać – powiedziałam, uśmiechając się delikatnie.
Nie chciałam się smucić. Nie tego dnia.
- Jest noc, Eve…
- Tchórzysz? – zaśmiałam się, ściągając koszulkę. Widziałam to, jak wciągnął powietrze do płuc oraz jak jego wzrok przesuwał się po moim ciele, gdy ściągałam spodenki i odrzuciłam je obok niego. – Jak chcesz – zawołałam z uśmiechem, wbiegając do wody i zanurzając się pod jej powierzchnię.
Chłód otulił mnie z każdej strony, owijając ciało niczym satyna. Ciężar tego dnia spłynął na dno, uwalniając mnie z wszelkich myśli, uczuć i zmartwień. Wszystko przestało się liczyć, mogłam po prostu płynąć. Do momentu, gdy poczułam na tali cudze dłonie. Ujęłam jego twarz pod wodą i złożyłam na ustach pocałunek, czując jak przekazał mi przy tym trochę powietrza. Robił to przez cały czas.
Ratował mnie przed życiem.

Twenty three

Teraźniejszość


Od dobrych piętnastu minut siedziałam w samochodzie, wpatrując się w dom stojący naprzeciw. Ogród tętnił życiem, chociaż był grudzień. Tutaj to nic specjalnego, lecz w porównaniu do Nowego Jorku – całkiem inny świat. Chciałabym móc powiedzieć, że zapomniałam, jak to jest w Kalifornii, lecz nigdy tak się nie stało. Cały czas nosiłam ją w sercu jak kamień uwiązany do nogi. Nie czułam się ani przynależna do Nowego Jorku, ani do Daly City. Jak cudzoziemiec we własnym kraju.
Zobaczyłam ruch w oknie i wstrzymałam oddech na kilka sekund. Niemożliwe było, aby zobaczyli mnie z samochodu, lecz z drugiej strony nie mogłam liczyć na to, że nie rzucałam się w oczy. Kto normalny siedzi około dwudziestu minut w samochodzie? Samochodzie z rejestracją zupełnie innej części kraju. Zupełnie innego stanu. Dobra, Catharsis, czas wyjść z samochodu. Tylko jak się zmobilizować?
Wzięłam głęboki oddech i wysiadłam, zabierając spory haust powietrza. Klucze ciążyły mi w dłoni niczym stukilowa sztanga, więc wcisnęłam je w kieszeń spodni. Niewiele to zmieniło.
Serce dudniło mi w piersi wraz z każdym krokiem stawianym na podjeździe. Stojąc przed dużymi, białymi drzwiami jeszcze rozważałam swoją ostatnią szansę odwrotu, lecz zanim się na nią zdecydowałam, nacisnęłam dzwonek. W tym samym momencie rozległ się przyjemny dla ucha dźwięk, coś innego niż te wszystkie budzące zmarłych, wwiercające się w mózgi „dzwonki”. Oblizałam nerwowo wargi i wypuściłam wstrzymywane powietrze, akurat wtedy, kiedy drzwi otworzyły się na oścież.
Moim oczom ukazał się postawny mężczyzna o miedzianych włosach, z policzkami zarumienionymi od śmiechu. Jednakże niemalże natychmiast grymas uśmiechu odszedł w zapomnienie, a jego szaro-niebieskie oczy rozszerzyły się w wyrazie zaskoczenia. Przestąpiłam z nogi na nogę, niepewna tego, co powinnam powiedzieć.
- Veronica… - Jego głos był niewiele głośniejszy od westchnienia, co ani trochę nie pasowało do jego solidnej postury.
- Hej, tato – odparłam niepewnie, przez co musiałam odchrząknąć, aby odzyskać władzę nad głosem. – Mogę…
- Kto przyszedł, Josh? – Usłyszałam z oddali głos mamy, a chwilę później trzask szkła rozbijającego się o podłogę. Wiedziałam, że stała w progu jeszcze zanim na nią spojrzałam.
- Hej, mamo – dodałam i wysiliłam się na uśmiech, starając się nadać mu jak najszczerszy wyraz. Chyba kiepsko mi to wyszło.
- Boże, kochanie! – wykrzyknęła, a jej blond loki podskakiwały przy każdym jej kroku.
Wtuliłam się w matkę, gdy tylko porwała mnie w ramiona i nie potrafiłam powstrzymać łez spływających mi po policzkach. Poczułam się znowu jak mała dziewczynka, w bezpiecznych, solidnych objęciach mamy. Bezbronna, ale jednocześnie chroniona przez swoich stróży.
Możliwe, że staliśmy tam minutę, a może dziesięć. Możliwe, że przyglądało nam się całe sąsiedztwo, a także, że nikt nie zwrócił na to uwagi, ale nieszczególnie mnie to interesowało. Jedyne czego w tamtej chwili chciałam, to cofnąć się o kilka lat, kiedy wszystko było o wiele prostsze i mniej bolesne.
Usiadłam na kanapie między rodzicami, zgarniając palcami rozmazany tusz, tym samym gestem co mama i wzięłam głęboki oddech, podciągając nogi pod brodę.
- Przepraszam – powiedziałam, przygryzając mocno dolną wargę.
Tak naprawdę nie wiedziałam co powinnam była powiedzieć. Czy jest coś, co mówi się w takich sytuacjach, aby ulżyć innym? Nie miałam pojęcia. Może przed przyjściem tam powinnam była przejrzeć google w celu znalezienia takiej przemowy? Od czego zacząć? Od tego, że wiedziałam, iż byłam bardzo złą córką, która była totalnie zapatrzoną w siebie idiotką i która pozornie myślała o innych, a tak naprawdę sięgała po najpaskudniejsze środki, aby ich od siebie odepchnąć?
Zacisnęłam palce na łydkach, przyciskając je bliżej piersi i oparłam brodę na kolanach. Chciałam powiedzieć im tak wiele, że wszystko było nieprawdą, że nie chciałam ich skrzywdzić i że tak naprawdę są dla mnie wszystkim. Że nigdy nie powinnam była mówić tego wszystkiego. Było tyle do wyjaśnienia, lecz nie było słów, które mogłyby naprawić wyrządzoną krzywdę, cofnąć słów, które zostały wypowiedziane i zmienić tego, co się wydarzyło.
Spojrzałam na sufit, chcąc odgonić łzy i powiedziałam jedyną rzecz, którą wiedziałam, że muszę powiedzieć. Którą chciałam powiedzieć, ponieważ wyżerała mnie od środka niczym trująca ciecz.
- Wcale nie myślę jak Tess. I wiem, że Tess tak nie myślała – starałam się mówić spokojnie i energicznie potrząsnęłam głową, gdy mama otworzyła usta. – Muszę to powiedzieć, bo drugi raz mogę nie zdołać – dodałam szybko, biorąc kolejny oddech. – Nigdy nie powinnam była tego mówić. Prawda jest taka, że nie mogę powiedzieć, co robiłam mówiąc to, bo wiedziałam doskonale i przepraszam za to. Mamo, tato, tak bardzo przepraszam że to zrobiłam, ale to był jedyny sposób, abyście pozwolili mi wyjechać – dokończyłam łamiącym się głosem i zacisnęłam powieki, czując wilgoć wzbierającą pod nimi.
- Shhh – szepnął tato, przyciągając mnie do siebie. – Nie czuj poczucia winy, to wyniszcza człowieka od środka – dodał, gładząc moje plecy czułym, ojcowskim gestem.
Czułam się tak, jakbym rozpadła się na milion kawałków, a oni próbowali mnie poskładać na nowo.

Gdzieś na dole słyszałam szum, więc wyszłam z pokoju. Podeszłam do balustrady i zmarszczyłam brwi. Tessa krzyczała. Tessa rzadko krzyczała. Zaczęłam powoli schodzić w dół, gdy z kuchni wypadła burza rudoblond loków. Moja siostra była śliczna. Miała duże, błękitne oczy, jasne jak niebo w bezchmurny dzień. Często zabierała mnie na lody i pomagała mi z matematyki – narzędzie szatana. Pozwalała mi spać ze sobą, gdy śniły mi się koszmary i często zabierała mnie na lody. Nie często się denerwowała, ale tym razem widziałam jej twarz mokrą od łez. Poczułam jak samej zbiera mi się na płacz – nie lubiłam kiedy Tess płakała.
- Mam osiemnaście lat, mam prawo robić to, co chcę! – krzyknęła, wciskając swoje drobne stopy w pierwsze trampki, które miała pod ręką.
- Theresa, to nie jest dla ciebie… - podjęła temat mama, drżącym z emocji głosem.
- Dobre? Za cholerę nie wiedzie co jest dla mnie dobre! Nawet się nie wysililiście aby to sprawdzić! Jeśli będę chciała, wyjadę na pieprzone Bahamy i nic mi nie zrobicie! – wykrzyczała, przerzucając torbę przez ramię.
- Thereso! – zawołał tata, przez co skuliłam się, obejmując ramionami. W domu rzadko ktokolwiek z kimkolwiek się kłócił.
- Ojcze! Prosiłam tylko o jeden weekend ze znajomymi! Bez ćpania, palenia i orgii! Mała grupka znajomych i domek nad jeziorem!
- Dobrze wiesz, że nie o to chodzi… - westchnęła mama, robiąc krok w stronę Tessy.
- Teraz nie obchodzi mnie, o co wam chodzi! – zawołała, otwierając drzwi. – Jeśli tu zostanę, minie mnie jedyna szansa na normalne życie. MOJE ŻYCIE! I nie macie tutaj nic do powiedzenia! Najchętniej zamknęlibyście mnie w klatce, a ja nie jestem waszym cholernym słowikiem na pokaz! Chcę żyć, a wy mnie jedynie dusicie! – wykrzyczała, idąc przed siebie.
- Tess! – zawołałam, przeskakując po kilka schodów i wybiegłam za nią, próbując nadążyć. – Tess!
Dziewczyna odwróciła się i zobaczyłam ból wymalowany na jej twarzy. Cudowne, niebieskie oczy przesłonięte zasłoną łez. Kucnęła, ujmując moje dłonie i spojrzała mi w oczy.
- Wracaj do domu, Nikkie – szepnęła, kreśląc palcami kółka na mojej skórze.
- Chcę iść z tobą, nie chcę żebyś płakała – wydukałam, przytulając ją mocno do siebie.
- Wrócę za kilka dni, skarbie. Jest okey. Z nami będzie okey – powiedziała spokojnie i odsunęła mnie na długość ramienia. – Jak wrócę, pójdziemy na duże lody, dobrze?
Przyjrzałam się jej niepewnie, lecz mimo to skinęłam głową. Tessa zawsze wiedziała co robi. Odwzajemniłam jej uśmiech i wolnym krokiem zawróciłam w stronę domu. Pięć, trzask zamykanych drzwi. Dziesięć, dźwięk odpalanego silnika. Piętnaście kroków później usłyszałam huk.
- Tessa! – wykrzyknęła mama, mijając mnie, a zaraz za nią pobiegł tata, więc również odwróciłam się w tamtą stronę. Przymrużyłam powieki, próbując dojrzeć moją siostrę.
Wiedziałam tylko tył jej samochodu, wychodzący spod ciężarówki.

Nigdy więcej nie jadłam lodów Ben&Jerry’s. Nigdy więcej nie było ich u nas w domu. Za każdym razem, gdy w sklepie widziałam ich opakowanie, miałam ochotę rzucić je przez okno. Pewnego dnia wykupiłam wszystkie opakowania, jakie były w sklepie, tylko po to by je porozrzucać po całej ulicy, kopiąc w nie, skacząc po nich i rzucając nimi ile tylko miałam siły. Nie potrafiłam już nigdy więcej spojrzeć na nie, nie mając przed oczami czterech krów, które odebrały życie najlepszemu człowiekowi, jakiego znałam.
Zaczęłam przysypiać w ramionach taty, gdy ostatnia łza stoczyła się w dół, po policzku.

- Pali się? – spytał tata, gdy tylko wbiegłam do domu, pędząc do swojego pokoju. – Myślałem, że jeszcze cię przytrzymają w szpitalu. Jak z Maxem?
- Nie wiem – rzuciłam ostro, wpychając do torby najpotrzebniejsze rzeczy. Paszport. Portfel. Trochę ciuchów.
- Jak to nie wiesz? I co robisz? – ciągnął dalej, a ja chciałam jedynie, aby nie zadawał tylu pytań. Wolałabym, aby ich nie było w domu, abym nie musiała mówić tego, co powiedzieć musiałam.
- Wyjeżdżam – wycedziłam przez zęby, wrzucając do środka szczoteczkę do zębów i najważniejsze kosmetyki.
- Oświecisz nas dokąd? – westchnął tata, a zza niego wyszła mama z widocznie zaspaną twarzą. Nie chciałam im tego robić.
- Jak najdalej stąd.
- Coś się stało? Max coś powiedział? Kochanie… - zaczęła mama, lecz tylko prychnęłam z niesmakiem.
- Max niczego nie zrobił. I niczego nie zrobi. – Fuknęłam, przepychając się między nimi do wyjścia. Błagałam w myślach, aby pozwolili mi wyjść, abym nie musiała robić tego, co w innym wypadku zrobić bym musiała.
- Nigdzie nie pójdziesz – powiedział tata, łapiąc mnie za ramię.
Kocham was.
- Duszę się, rozumiecie? Duszę się przy was! Nie mogę żyć, brakuje mi powietrza! Tess miała rację. Nie zamkniecie nas w klatce, potrzebujemy NASZEGO życia. Jednej z nas już je odebraliście. Nie pozwolę wam zmarnować swojego – wycedziłam przez zęby z mrożącym krew w żyłach spokojem.
Wiedziałam, że nie będą próbowali mnie już zatrzymywać.
Wyszłam z domu i wsiadłam do taksówki, zanim złamałabym się i wróciłabym do domu, przepraszając za to, jak bardzo ich zraniłam. Miałam nadzieję jedynie na to, że kiedyś będą potrafili mi to wybaczyć.


* * *

Resztę dnia spędziłam z rodzicami. Odkąd się obudziłam na kanapie, żadne z nas nie wracało tematem do mojej dwuletniej nieobecności. Ani do ostatnich słów wypowiedzianych przed wyjazdem. W pewnym sensie to było dla nas pewnym marginesem bezpieczeństwa, lecz chyba każde z nas było świadome tego, iż ta rozmowa jeszcze nie została zakończona. Po prostu żadne z nas nie było gotowe aby się jej podjąć.
Wieczorem wróciłam do domu. A w sumie do mieszkania Maxa. Wciąż nie wiedziałam gdzie był mój dom, gdzie powinien on być. Zaczynało do mnie docierać to, jak naiwne było myślenie, że wszystko będzie prostsze po powrocie do Daly City – nic prostsze nie było. Wręcz przeciwnie, pojawiły się nowe tematy, którym trzeba było stawić czoła. Chociażby taki, jak sprawa mieszkania. Czy też dziecka. Nie byłam gotowa na wyznanie prawdy o dziecku. Nie wiedziałam, co by go bardziej złamało – wiara w kłamstwa, którymi był karmiony, czy brutalna prawda. Nie wiedziałam, czy ja bym przeżyła to po raz drugi.
Po wejściu do domu, otoczył mnie zapach świeżo upieczonych cynamonowych babeczek. Podążając za tym zapachem trafiłam do kuchni, gdzie na stole był ich około tuzin, a obok stała szklanka z mlekiem. Rozejrzałam się dookoła i spojrzałam znowu na przysmak. Jedna przecież nikogo nie zbawi, prawda? Oblizałam wargi, skradając się ku niej, po czym pisnęłam głośno, czując jak grunt zaczął uciekać mi spod stóp.
- Mama nie uczyła, że nie wolno kraść? – Usłyszałam męski baryton i całe napięcie zeszło z ramion.
- Jakoś jej to umknęło. Poza tym oddałabym. – Próbowałam się bronić.
- Mhmmm, chyba w naturze – odparował, wybuchając następnie śmiechem.
Kiedy postawił mnie na ziemi, odwrócił w swoją stronę i pocałował. Był to pewny, a jednocześnie czuły pocałunek. Pocałunek, którego w ogóle się nie spodziewałam. Poczułam zawroty głowy, więc musiałam się go przytrzymać. Smakował mlekiem i czekoladą, oraz czymś specjalnym, tak bardzo jego. Dotyk jego palców na moim karku wywołał gęsią skórkę oraz pobudził te części ciała, które były nieaktywne przez cały dzień. Delikatność i stanowczość okazywała się doskonałym połączeniem w każdym jego ruchu. Pozornie zaprzeczając sobie, lecz tak naprawdę doskonale siebie dopełniając. Każdy pocałunek był jak sekretna obietnica odzyskania czegoś, co wydawało się na zawsze utracone. Jak klucz do Edenu, a jednocześnie jak jabłko, oznaczające wygnanie z raju. Pełne sprzeczności, a jednakże wszystko takie nęcące, kuszące. Podniecające.
Westchnęłam cicho, gdy odsunął się ode mnie, a ciężkie powieki nie miały najmniejszego zamiaru się podnieść. Uniósł palcami mój podbródek, zmuszając do spojrzenia mu w oczy. Wciągnęłam głęboko powietrze, widząc dzikość jego spojrzenia, pełnego pożądania i miłości. Zapomniałam o wszystkim, co działo się wcześniej, utonęłam w wachlarzu uczuć tego mężczyzny, głębi karmelowych oczu i każdym, nawet przelotnym dotyku jego ciała. Potrzebowałam czuć go przy sobie, że jest ze mną. Że liczyło się tu i teraz. Widziałam w nim, że potrzebował tego samego, dlatego nie oponowałam, gdy prowadził mnie do sypialni ani gdy znowu mnie pocałował. Potrzebowałam by zabrał cały ból i żal, zastępując je miłością, namiętnością i pożądaniem.


* * *

Uwielbiałam patrzeć jak spał. Wyglądał wtedy nie tyle niewinnie, co jak ktoś, kto nie miał większych zmartwień. Tak było od zawsze. Uwielbiałam zasypiać przy nim, a później budzić się w nocy i studiować jego twarz na pamięć. Każdy mięsień, zarys ust, kontur nosa, ostrość kości policzkowych. Wszystko wydawało się takie idealne. Wszystko było takie idealne. On był idealny. I choć nie wiedziałam dlaczego mimo wszystko trzymał mnie przy sobie, wiedziałam że było warto. Dla tych kilku chwil szczęścia, uszczkniętych z nieba, warto byłoby później znieść upadek na ziemię. Nawet jeśli miałby mnie złamać na milion różnych sposobów. W końcu nabierałam wprawy w podnoszeniu się po paskudnych uderzeniach.
Przyglądałam się rzęsom, okalającym jego policzki nawet w nocnych ciemnościach. Obserwowałam go już tak długo, że zaczęłam dostrzegać nawet najdrobniejsze szczegóły takie, jak pieprzyk na lewym uchu. Uśmiechnęłam się na wspomnienie tego, ile razy go całowałam w tamto miejsce. Był to jedyny pieprzyk, który można było znaleźć na jego twarzy, jeśli w ogóle ucho można zaliczyć do twarzy.
Kochałam w nim wszystko, dosłownie wszystko. Lekko zakrzywiony nos w miejscu, gdzie miał kiedyś złamany po jednej ze szkolnych bójek, miękkie usta, które kusiły swoim idealnym kształtem. Zmarszczki w kącikach ust, które powstały od częstego śmiania się i mrużenia oczu. Złocisty odcień skóry, który zapewniała Kalifornia. Oraz to doskonałe dopasowanie, które tworzyły nasze ciała. Jego ręka na moim biodrze wydawała się rzeczą tak naturalną, iż zadziwiające było to, że kiedyś mogło jej tam nie być. Poduszka przesiąknięta zapachem Maxa była niczym ulubiony kocyk dla małego dziecka.
Wtuliłam się w jego rozgrzany, nagi tors, niczym dziecko chowające się przed niebezpieczeństwem i przymknęłam powieki, kreśląc palcami nieokreślone wzory na rozłożystych plecach mężczyzny. Usłyszałam jak cicho zamruczał, przytulając mnie mocniej do siebie. Nie musiałam bać się tego, że mogłabym go obudzić. Max miał dwie fazy snu – ciężką i lekką. Podczas pierwszej nawet trzecia wojna światowa by go nie obudziła, przy drugiej zaś otwierał oczy na każdy szmer. Z pierwszej w drugą przechodził koło czwartej, piątej nad ranem, co dawało mi jeszcze kilka godzin na obserwowanie go śpiącego.
Robiłam to przez miesiące przed swoim wyjazdem i jeszcze przez kilka nocy, które spędziliśmy razem w Nowym Jorku i nigdy nie wydawało mi się tu nudne. Mogłabym robić to do końca świata, dzień po dniu, noc w noc. Za każdym razem próbowałam doszukać się czegoś nowego, czy może się zmienił w ciągu danego dnia, czy też od momentu, kiedy miałam okazję obserwować go ostatni raz. Nie każdej wspólnej nocy miałam okazję to robić. Czasem byłam tak zmęczona, że budziłam się dopiero nad ranem. Niekiedy udawałam, że śpię, ponieważ wiedziałam, że to on obserwował mnie. Było w tym coś zadziwiająco kojącego.
Jednakże za każdym razem, każdej nocy, której mogłam do woli studiować rysy jego twarzy, ramion i reszty ciała, umacniałam się w przekonaniu, że byłam beznadziejnie w nim zakochana. Najdrobniejszy cień uśmiechu sprawiał, że motylki w moim brzuchu budziły się do życia. Każdy nieświadomy dotyk przez sen, ruch, podrywał serce do góry. Max był mężczyzną wręcz idealnym i nie raz myślałam, że na niego nie zasługiwałam. Z pewnością tak też właśnie było.
Mimo to warto było ukraść tych kilka chwil z człowiekiem, który był całym moim światem, nawet jeśli to oznaczało późniejsze rozsypanie się w proch. Wiedziałam jakie to niosło za sobą konsekwencje i jak ciemne chmury roztaczała nad nami prawda, wisząca w powietrzu niczym ostrze kata.

Lecz właśnie dla tych chwil gotowa byłam odłożyć prawdę na dalszy tor i tak długo wypierać ją ze świadomości, jak to tylko było możliwe.

Twenty two

Teraźniejszość


Po otworzeniu oczu zatraciłam się w czasoprzestrzeni. Który jest rok? Miałam wrażenie, że zaraz zadzwoni budzik wzywający mnie do szkoły. Kolor ścian nic się nie zmienił, choć minęły dwa lata. A może kilka dni? Przekręciłam głowę w bok i zobaczyłam to zdjęcie. Mimowolnie się uśmiechnęłam, dokładnie pamiętając dzień, w którym zostało ono zrobione. Wciąż nie byłam pewna tego, co się dzieje, więc wyciągnęłam rękę, sięgając po telefon. Nie musiałam sprawdzać kalendarza. Po wyjeździe do Nowego Jorku zmieniłam aparat. Oblizałam wargi i przerzuciłam nogi przez łóżko, siadając na nim.
Podeszłam do okna i wyjrzałam na zewnątrz, wciągając do płuc spory haust powietrza. Nic się nie zmieniło, a zarazem wszystko wydawało się inne. Myślałam, że to moje miejsce na ziemi, lecz czułam się całkowicie nie na miejscu. Dlaczego czas nie mógł zatrzymać się wraz z moim wyjazdem? Ale się nie zatrzymał i płynął dalej. W zabójczym tempie.
Wyszłam z sypialni i zmarszczyłam brwi. Pudła piętrzyły się w przedpokoju, poustawiane pod ścianą. Przesunęłam opuszkami palców po kartonach, wchodząc do kuchni. Wstawiłam wodę na kawę i usiadłam na krześle, wodząc palcami po krawędzi stołu. Oblizałam usta, przypominając sobie pierwszy raz, gdy się tam znalazłam i nieznacznie się uśmiechnęłam na to wspomnienie. Byłam pełna podziwu, że przez cały ten czas nic się nie zmieniło w tym mieszkaniu. Rozkład mebli, miejsce gdzie były schowane kubki, sztućce. Nikt niczego nie zmienił. W chwili słabości pomyślałam, że Max czekał na mnie, dlatego wszystko pozostało na swoim miejscu. Abym mogła się później połapać.
Lecz on mnie przecież nie pamiętał. Ta myśl uderzyła mnie z siłą pociągu expressowego. Przez długi czas poruszał się w tym mieszkaniu, dotykając tych samych przedmiotów i nie mając z nimi żadnych wspomnień. Głośno wciągnęłam powietrze i skuliłam się w sobie. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobić z tą wiedzą.
Wstałam i zalałam kawę wrzątkiem, w tym samym momencie, w którym otworzyły się drzwi wejściowe. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i automatycznie się uśmiechnęłam. Zobaczyłam zmierzwioną burzę brązowych włosów oraz policzki zarumienione od zmęczenia.
- Myślałem, że zdążę zanim się obudzisz – powiedział dokładając kolejny karton do sterty, po czym podszedł do mnie, całując w usta.
Zapomniałam jak się oddycha. Zamknęłam powieki, rozchylając wargi, pozwalając zalać się finezją uczuć, a na języku eksplodowała orgia smaków, odczuć i – cholera – podniecenia. Wsunęłam palce w jego włosy, ciągnąc za nie delikatnie, w odpowiedzi słysząc jego niskie warknięcie. Poczułam go jeszcze intensywniej, gdy naparł na mnie swoimi biodrami. Nogi zniknęły gdzieś między podbrzuszem, a podłogą. Jakim cudem jeszcze stałam? Czułam się jak na miękkiej chmurce. Może to wata?
- Nie masz pojęcia jak dobrze cię tu widzieć – wymruczał w moją szyję, przez co odchyliłam głowę z leniwym uśmiechem.
- Tak? – Chrząknęłam, aby pozbyć się chrypki.
- Szczególnie w mojej koszuli – dodał, przyciągając mnie bliżej siebie.
Spojrzałam w dół i poczułam jak policzki zalewają mi rumieńce. Faktycznie byłam w jego koszuli. Niemalże tylko jego koszuli. Od bardzo dawna nie byliśmy w takiej sytuacji. Upływ dwóch lat nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Przesunęłam palcami po jego policzku, pochylając się w stronę ucha.
- Kawa mi wystygnie – szepnęłam, muskając jego płatek przy każdym wypowiadanym słowie.
Drżenie jego ciała wprawiło w ruch także moje, a śmiech był zaraźliwy. Uśmiechnęłam się promiennie do mężczyzny i odepchnęłam go płynnym ruchem bioder, łapiąc w dłonie kubek z napojem. Upiłam łyk, podchodząc do krzesła i zajęłam miejsce, przyglądając się szatynowi zza kubka.
- Tak w ogóle to dzień dobry, kochanie – rzucił, wzruszając ramionami i usiadł naprzeciwko mnie.
- Mhmmm – wymruczałam przełykając kolejny łyk.
- Chyba powinniśmy porozmawiać – dodał niepewnie, pocierając dłonią kark.
- Y-ym – mruknęłam, przybierając niezadowoloną minę.
Nie lubiłam poważnych rozmów. Zawsze słowa „musimy porozmawiać” wywoływały przewroty w moim żołądku, napawając mnie niepokojem. To zdanie zawsze zwiastowało kłopoty. Chłopak chce z tobą zerwać? „Musimy porozmawiać” o tym, że do siebie nie pasujemy. Przyjaciel odwołuje wyjście dla jakiejś barbie z baru? „Musimy porozmawiać”. Sąsiadka przejechała ci kota? „Musimy porozmawiać”. Dobra, to ostatnie nigdy mi się nie przydarzyło, ale wiadomo, o co chodzi. Zwrot „musimy porozmawiać” oznacza „przykro mi, że nie mam dobrych wieści”. Delikatnie rzecz ujmując.
- Eve…
- Przeniosłeś pudła – rzuciłam, chcąc zmienić temat. A może oddalić nieuniknione. Jak zwał, tak zwał.
- Evelyn…
- Nic się tu nie zmieniło, wszystko wydaje się takie…
- Veronica!
Spojrzałam na niego zaskoczona. Max dobrze wiedział, jak nie znosiłam tego imienia. Wiedział doskonale dlaczego go nie znosiłam i wiedział, że nie powinien go używać, gdy sytuacja tego nie wymagała. Oblizałam wargi, patrząc w jego oczy, czując jak ucisk w podbrzuszu jeszcze bardziej się powiększa.
- Nie możesz unikać tej rozmowy, Eve. Są rzeczy, które muszą zostać powiedziane i wiesz o tym – dodał spokojniej, niemalże przepraszająco, na co nieznacznie potaknęłam, choć wcale nie uważałam, że miał rację. Zasługiwał na to. Po prostu.
Rocky Balboa. On powiedział pewne słowa, które niegdyś mnie motywowały do działania. Słowa, które w tamtej sytuacji zrobiły to po raz kolejny.
„Świat to nie tylko słońce i tęcza. To podłe i okrutne miejsce. Jaki twardy byś nie był, powali cię na kolana, dopóki czegoś nie zrobisz. Ty, ja ani nikt inny nie bije tak mocno jak życie. Ale nie chodzi o to, jak mocno potrafisz uderzyć tylko o to, jak mocny cios możesz przyjąć i iść na przód. Ile możesz znieść i ciągle przeć do przodu. Tak się zostaje zwycięzcą. Jeśli znasz swoją wartość, to bierz, co ci się należy. Ale musisz być gotowy przyjąć ciosy, a nie wskazywać paluchem, że nie powodzi ci się przez niego, nią, czy kogokolwiek. Tchórze tak robią, a ty nim nie jesteś. Stać cię na więcej!”
Przełknęłam ślinę, zbierając się w sobie. Chciałam prawdy. On zasługiwał na prawdę. Zasługiwał na to, aby dowiedzieć się, co było przyczyną całego nieszczęścia. Musiałam ponieść konsekwencje własnych decyzji i nie obwiniać o to jej. Musiałam to zrobić. Dla niego. Dla siebie.
Ale jeszcze nie wtedy.
- Opowiedz mi o amnezji – szepnęłam ledwie słyszalnie, kuląc się na krześle. Nie chciałam o tym słuchać. Nie chciałam czuć poczucia winy, nie chciałam brać na siebie tego ciężaru. Lecz skoro nie byłam gotowa zrzucić z siebie swojego, musiałam przyjąć jego. Tak było trzeba. To właśnie była miłość.
Widziałam jak jego twarz stężała, mięśnie się napięły, a skóra pobielała. Żadne z nas nie było gotowe na rozmowę, którą – miał rację – trzeba było przeprowadzić. Po prostu nie byłam gotowa by być tą, która musi wyznać swoje grzechy. Byłam małym pasożytem, który żerował na jego dobroci, cieple i zaufaniu, którym mnie darzył. Na wszystkim, co zapewniało mi bezpieczeństwo u jego boku, sprawiało, że czułam się silniejsza. Że byłam silniejsza.
- Eve…
- Opowiedz jak to było – powiedziałam łamiącym się głosem, po czym przymknęłam powieki. – Proszę – dodałam ciszej, zaciskając palce na kubku.
- Evelyn… - zaczął, lecz widocznie zobaczył coś w mojej twarzy, ponieważ nieznacznie się rozluźnił i coś się zmieniło, choć sama nie potrafiłam dokładnie określić co. – Było do kitu. Naprawdę. Pewnego dnia się obudziłem i nie miałem zielonego pojęcia, gdzie jestem. Nie wiedziałem, kim jestem, Eve. Jakiś obcy człowiek coś do mnie mówi, a ja nie mam zielonego pojęcia co. Nie pamiętam, kiedy byłem tak przerażony. Później pojawiła się kobieta, która mówi, że mnie nie opuści, a ja nie wiem, kim ona do cholery jest.
- Leah… - szepnęłam, zaciskając mocniej palce na kubku.
- Nie wiedziałem, kim jest, więc jej uwierzyłem. Nie wiedziałem o sobie nic, całkowicie nic. Przerażało mi to, a skoro mogłem się tego dowiedzieć… Chciałem odkryć, co się stało. Wszyscy mówili o wypadku, o niesamowitym szczęściu, lecz nie wiedziałem, o co chodziło. Ludzie patrzyli na mnie ze współczuciem, płakali, a ja nie wiedziałem, kim byli, Eve. To było straszne. Dezorientujące – powiedział, oblizując wargi i pochylił się nad stołem, patrząc mi w oczy. – Część mówiła o Lynn. Pytali, co z nią, jak się czuje. Czy przeżyła. Nie miałem pojęcia, o kim mówili. Nie widziałem jej. Nie pamiętałem wypadku. Wszystkiego dowiedziałem się od innych. Ludzie nie przestawali przychodzić. Szczególnie jedna dziewczyna. Nie przestawała pytać. Nie przestawała drążyć. Działała mi na nerwy. Ciągle pytała, czy coś sobie przypomniałem i opowiadała mi różne historie. Niektóre piękne, niektóre zabawne, a inne tak żałosne, że miałem ochotę udusić ludzi, o których mówiła. Evelyn, Cath przychodziła przez cały czas, tydzień, w tydzień.
Odwróciłam głowę, zaciskając powieki, czując palące łzy. Spodziewałam się tego. A w zasadzie nie, nie spodziewałam się. Nie spodziewałam się tego cholernego bólu, który wypełniał mnie od wewnątrz, oplatając wszystko, tłumiąc tlen i odbierając czynności życiowe. Potrzebowałam powietrza. Potrzebowałam oddychać. Potrzebowałam kogoś, kto nauczyłby mnie tego na nowo. Słuchanie o ludziach, których porzuciłam, o sytuacjach, których byłam sprawcą, o czymś, czego powinnam być częścią, a nie byłam – to wszystko to było dla mnie zbyt wiele.
- Max…
- Opowiadała o dziewczynie, która była niesamowita. Zabawna, zadziorna i zaradna. Stwarzała pozory tak pewnej siebie, że każdy uważał ją za niezależną. I taka naprawdę była. Była niezależna, lecz była także wrażliwa i potrzebowała kogoś, na kim mogła się oprzeć. Nie dlatego, że nie dałaby sobie rady, lecz dlatego, że nie chciała dawać sobie rady sama. Była intrygująca i chciałem ją poznać. Żałowałem, że nie miałem okazji. Wiedziałem, że bym ją polubił, gdybym miał okazję.
- Max…
- Leah ciągle kłóciła się z Cath. Nie chciała, aby mówiła o Lynn, choć nie chciała też abym o tym wiedział. Pewnego dnia podsłuchałem to, gdy szedłem do łazienki. Stały w przedpokoju i zażarcie kłóciły się szeptem. Leah upierała się, że nie można rozdrapywać starych ran, że powinna pozwolić mi żyć na nowo, bez cierpienia, poczucia straty – mówiąc to, spoglądał na jakiś odległy przedmiot, a może widział tam coś, czego ja nie mogłam dojrzeć. Zagryzłam wargę w momencie, gdy spojrzał mi w oczy. – Ale ja nie cierpiałem, Eve. Uwielbiałem słuchać o niej, bo była kimś, kim sam chciałem być. Chociaż nie wiedziałem, kim była, czułem, że coś nas łączyło. Nie wiem skąd, po prostu wiedziałem, że opowieści Cath o mnie i o niej były prawdziwe. To doprowadzało Leah do szału.
- Nie trudno doprowadzić ją do szału – mruknęłam, mocniej zaciskając wargi.
- Owszem – odparł, śmiejąc się cicho i ujął moją dłoń w swoją, kreśląc palcami małe kółeczka. – Niecały rok później pojawił się pierwszy sen. Widziałem w nim piękną, roześmianą rudą dziewczynę, która biegła przez polanę i rozsypywała kwiaty dookoła siebie. Nic nie mówiła, tylko się śmiała. To był piękny dźwięk. Zaraz po obudzeniu się żałowałem, że to zrobiłem. Nie miałem pojęcia, kim była, choć czułem, że to dziewczyna z opowiadań Cath. Intrygowała mnie. Była pełna życia, radosna. Zacząłem się zastanawiać, dlaczego zniknęła – dodał ciszej i przeniósł spojrzenie na nasze splecione dłonie. – Sny pojawiały się coraz częściej, a moje wątpliwości wzrastały. Analizowałem wszelkie scenariusze, dlaczego ta dziewczyna zniknęła. Aż pewnego dnia się obudziłem i wiedziałem. Wiedziałem, że ta dziewczyna miała na imię Veronica, choć zawsze nazywałem ją Eve. Wiedziałem, że była całym moim życiem, pamiętałem ostatnie sekundy, gdy miałem ją przy sobie i czułem na sobie każdy jej dotyk, pocałunek, słyszałem echo jej głosu. Pamiętałem wszystko – Zacisnęłam powieki, gdy pierwsza łza stoczyła się po policzku. – Pamiętałem, a ciebie nie było obok. Poczułem ogromną pustkę. W ciągu roku nie pojawiłaś się ani razu, aby zobaczyć, co u mnie. Po raz pierwszy wymiotowałem. Leah od razu się zorientowała. Kłóciliśmy się i wtedy mi powiedziała. Tuż przed tym, zanim zatrzasnęła drzwi, odwróciła się w moją stronę, spojrzała mi w oczy i powiedziała spokojnym głosem, że wyjechałaś usunąć nasze dziecko. – Jego głos był niewiele głośniejszy od szeptu. Zasłoniłam dłonią usta, nie chcąc krzyczeć, nie chcąc płakać. Nie chciałam robić scen. Nie chciałam. Nie chciałam. Nie chciałam. Boże, nie chciałam.
Zerwałam się z miejsca. Musiałam gdzieś uciec. Musiałam zniknąć. To było za wiele, za wiele, za wiele. Za wiele. Wpadłam do łazienki, zamykając drzwi na zamek i odkręciłam wodę. Nie chciałam słyszeć słów, które echem odbijały mi się w głowie. Nie chciałam słyszeć swojego krzyku, kwilenia. Nie miałam prawa płakać. Miał rację, wyjechałam i nie zamierzałam dać mu możliwości wychowywania dziecka. Nie zasługiwałam na wybaczenie. Nie zasługiwałam, aby znowu pojawić się w jego życiu. Usiadłam pod prysznicem, płacząc głośno, całą sobą. Nie zwróciłam uwagi, w którym momencie woda zmieniła się w lodowatą, a drżenie nie było już wywołane natłokiem żalu i nienawiści do samej siebie. Siedziałam, patrząc na swoje ręce i zastanawiając się, kto dał mi prawo do zniszczenia nam życia.
Nikt.

* * *

Gdy wyszłam z łazienki, Maxa już nie było. Zostawił kartkę na lodówce, że rozumie, iż muszę sobie wszystko przemyśleć. Owszem, musiałam sobie to wszystko przemyśleć. To, czego się dowiedziałam, złamało mnie. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tym, co przeszłam, nic nie mogłoby mnie już ściągnąć na dno, jednakże widok cierpienia ukochanej osoby? Cierpienia, którego samemu jest się sprawcą? Niezależnie od tego, co przeszło się wcześniej, to jest ta rzecz, która złamie serce każdemu.
Byłam wyziębiona, więc ubrałam dresowe spodnie Maxa, których musiałam podwinąć nogawki oraz jedną z jego flanelowych koszul. Zabawne, bałam się je założyć. Bałam się, że jeśli otoczę się jego zapachem, jego osobą, znowu rozkleję się jak dziecko.
Była jedna osoba, z którą koniecznie musiałam porozmawiać. Z którą koniecznie chciałam porozmawiać. Potrzebowałam. Oblizałam wargi, bawiąc się telefonem, obracając go w palcach i nie wiedząc, co teraz zrobić, aby świat wcale nie był taki zły. Aby cokolwiek trzymało się kupy i nie rozpadło w drobny mak. Musiałam to zrobić, aby odzyskać równowagę. Oczywiście, to nie była jedyna rzecz, którą musiałam zrobić, lecz od czegoś trzeba było zacząć.
Wybrałam numer i z niepewnością przyłożyłam słuchawkę do ucha. Próbowałam się skupić na wszystkich trudnych sytuacjach, w których to właśnie ta osoba była jedyną, która podtrzymywała mnie na duchu, pomagała mi i nigdy nie pozostawiła mnie samej sobie. Może to i okrutne, ale musiałam przypomnieć sobie wszystkie „za” tym, aby się nie rozłączyć jak tchórz i nie zakopać się pod kołdrę jak przerażone dziecko. To byłoby takie łatwe.
Po czterech sygnałach usłyszałam hałas, a następnie zdyszany oddech.
- Tak? – Dźwięczny głos rozległ się w słuchawce, przez co musiałam mocno zacisnąć powieki. – Halo?
Zastanawiałam się ile osób zna tę samą wersję, co Max. Ile osób uważa mnie za podłą, wyrachowaną, zimną kobietę bez serca. Jak wiele osób mnie za to nienawidzi, jak wiele się na mnie zawiodło. Jak wiele osób nie zna prawdy i jest karmionych kłamstwami, w które sama kiedyś wierzyłam. Jak wiele osób powinno poznać prawdę.
- Haaalooo – jęknął już lekko znudzony i rozdrażniony głos po drugiej stronie. – Jeśli jesteś jakimś zboczeńcem, znajdę się, nakopię do tyłka, a później poćwiartuję i zakopię w ogródku.
Wzięłam głęboki oddech, czując się o sto kilo lżej. Uwielbiałam to poczucie humoru. Łzy wezbrały mi pod powiekami, a w zasadzie to oczy zaczęły się pocić. Kochałam ją i byłam jej tak bardzo wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiła mimo tego, jak bardzo ją skrzywdziłam. Jak bardzo skrzywdziłam wszystkich.

- Dziękuję – szepnęłam, czując jak świat znowu rozsypywał się wokół mnie, a ja razem z nim.

Twenty one

Przeszłość

            Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Cholera jasna.
            Byłam bliska wyrwania sobie włosów z głowy. Pociągnęłam je we wszystkie strony, przyglądając się z frustracją swojemu odbiciu w lustrze. To był ten dzień. Dzień, kiedy miałam pokazać, na co mnie stać i dostać możliwość robić to na skalę światową. Ta perspektywa mnie przerażała i podniecała jednocześnie.
            Był tylko jeden problem - panikowałam.
            Od momentu, w którym się obudziłam, skręcałam się w sobie na myśl o pokazie. Nogi mi się plątały, a nic nie było w stanie przejść przez moje usta, nie wspominając już o przełyku. To było straszne. Całkowicie. Dlatego też poszłam pobiegać, chcąc wyrzucić z siebie całą złą energię. Cath mówiła, że jej to pomaga. Byłam tym zaskoczona, ponieważ nigdy nie widziałam jej ćwiczącej na wf'ie i podejrzane było to, aby można było zobaczyć ją od tak biegającą po ulicy. Później się dowiedziałam, że zerwała ze Scottem. BAM! Zagadka rozwiązana.
            Tak czy siak postanowiłam wypróbować ten sposób, więc zarzuciłam na siebie luźne ubrania i wybiegłam z domu. Biegnąc chodnikiem starałam się nie myśleć o tym, że musiałam pokazać z siebie sto procent podczas przesłuchania. Nie mogłam pozwolić sobie na to, aby choć raz podwinęła mi się noga i nie dlatego, że konkurencja była tak ostra (choć była), lecz dlatego, że nie miałam trenera. Nie miałam nikogo, kto mógłby się wkupywać w cudze łaski, lizać tyłki jurorom, czy też samemu siadać w komisji. Zostałam sama z tym całym syfem i to na własne życzenie. Jestem żałosna. Skręciłam za róg, ciągnąc za sobą nogę za nogą, przemierzając kolejne metry. Po dwóch kilometrach byłam bliska wyplucia płuc. Nie miałam kondycji i zapomniałam od tego, aby nie zaczynać sprintem. Straciłam równowagę i wpadłam w krzaki. Rzygałam.
            Usiadłam na krawędzi krawężnika, chowając głowę między udami i stałam się złapać oddech. Wciąż kręciło mi się w głowie, a pot zrosił moje ciało. Czułam jak każdy mięsień pulsował, paląc żywym ogniem, lecz jednocześnie nie czułam niczego oprócz tego. Całkowita pustka. Totalne otępienie. Przyjemne zmęczenie. Próbowałam się podnieść, lecz nie znalazłam w sobie ani krzty siły. Nic nie szkodzi, przyjemnie siedziało się na krawężniku. Powieki same opadały w dół, ale to nie ważne, nie miałam nic przeciwko. Było to niemalże rozkoszne. Mimo palenia w płucach, szumieniu w głowie i niemalże bezwładowi mięśni.
            To wszystko nie miało znaczenia przy rozkosznej, błogiej pustce, która mnie ogarnęła.
            Poczułam jak chłodne krople spływają mi po karku i znikają pod koszulką, spływając wzdłuż kręgosłupa, jedna po drugiej. Kojący, przyjemny chłód w parny poranek. Lodowate, powodujące dreszcze przy zetknięciu w rozgrzaną skórą. Jak to możliwe, abym pociła się lodem? Może jakikolwiek z wodą w tym upale wydawał się orzeźwiający. Nie, żebym kiedykolwiek słuchała na biologii w szkole, ale coś mi tu nie pasowało. Powoli podniosłam do góry ociężałą głowę, a na ustach sam pojawił się leniwy uśmiech.
            - Hej - szepnęłam przeciągle, przymrużając powieki pod wpływem rażącego oczy słońca.
            - Wyglądasz jak kupa nieszczęścia, kochanie - westchnęła Cath, siadając obok mnie. - Co tu robisz? - spytała podając mi butelkę zimnej wody, która wręcz nią opływała. Zimny pot? Jaaaasne.
            - Biegałam - westchnęłam przekręcając nakrętkę. - I chyba zarzygałam ci ogródek - dodałam upijając łyk napoju.
            - Fuu, jesteś okropna - jęknęła trącając mnie ramieniem.
            - Ta, wiem.
            - Co jest?
            - Mmmm? - wymamrotałam przełykając kolejny łyk życiodajnej substancji.
            - Biegasz. Lynn, kiedy ostatni raz biegałaś z własnej, nieprzymuszeniewuefowo woli? - spytała przechylając głowę na bok.
            Spojrzałam na asfalt, który rozciągał się między moimi nogami. Prawda była taka, że nie mogłam sobie tego przypomnieć. Sama do dzisiejszego ranka nie rozumiałam jak można biegać dla przyjemności. To chore i męczące. I byłam przekonana, że wcale nie wyglądałam zniewalająco seksownie, jak kobiety na filmach. Byłam spocona, czerwona i z pewnością moje włosy przypominały gniazdo szerszeni, albo chociaż miejsce, w którym mógłby zamieszkać szop pracz. Ohyda. Mimo to postanowiłam, że spróbuję biegać częściej. Ta pusta w głowie i całkowite zmęczenie - to było coś przyjemnego w tym wszystkim.
            - Stresuję się konkursem - westchnęłam, oblizując spierzchnięte wargi. Upiłam kolejny łyk.
            - Tylko?
            - Mhmmm.
            - Od kiedy stresujesz się tańcem, kochanie? Robisz to odkąd pamiętam. Na imprezach nie można cię ściągnąć z parkietu, a nikt nie może oderwać od ciebie wzroku. Tańczysz, kiedy tylko możesz - ciągnęła Cath, przyglądając mi się z widoczną troską. - Możesz ten kit wciskać każdemu, komu tylko zapragniesz ale nie mnie, bo znam cię za dobrze, aby w to uwierzyć. No i nie Luke'owi, on chyba też by cię zbyt szybko rozgryzł. Więc co się dzieje, skarbie?
            Przygryzłam mocno dolną wargę i wzięłam głęboki oddech. Ciągle po głowie chodziła mi rozmowa z Lucasem na temat moich uczuć i tego, że czas najwyższy je rozwiązać. Prawda była taka, że się tego panicznie bałam. Wypracowałam sobie doskonałą zdolność do unikania Maxa przez cały czas w ciągu szkoły, więc w tamtym momencie myśl o konfrontacji z nim całkowicie mnie przerażała. Co miałabym mu powiedzieć? Zgodziłam się na układ, że to co było, było błędem. Kazałam mu zapomnieć. I nagle co? Miałabym stanąć przed nim i powiedzieć "cześć, wiesz co? Nie mogę zapomnieć. Sorry, próbowałam, ale coś nie pykło. To tyle, siemanko". Taaa, jasne, już to widzę. Samo stanięcie z nim twarzą w twarz wydawało mi się niemożliwe, a rozmowa? O uczuciach? To byłoby czyste szaleństwo. Wyszłabym na kompletą idiotkę, mówiąc o tym wszystkim jemu, swojemu NAUCZYCIELOWI! Po co? Aby oczyścić swoje sumienie? Aby przekonać się, że to przeszłość, błąd, który nigdy nie powinien się wydarzyć? Nie byłam przekonana, czy to wszystko było tego warte.
            - Pogubiłam się - szepnęłam w końcu, przygryzając koniuszek języka i spojrzałam na drugą stronę ulicy w zamyśleniu. - Nic nie jest takie, jakie się wydaje. Mam wrażenie, że już sama siebie nie rozumiem - dodałam zrezygnowana, wzruszając dodatkowo ramionami.
            - Tego się domyśliłam. Nigdy, przenigdy, gdybyś była przy zdrowych zmysłach, nie byłabyś z Brandonem - odparła, śmiejąc się cicho.
            - Czy to jest dla was wszystkich takie oczywiste? - jęknęłam żałośnie, spoglądając przez ramię na przyjaciółkę.
            - Tak, chyba tak - odparła, unosząc barki. - On nawet nie jest w twoim typie, kochanie.
            - A jaki jest mój typ? - spytałam z zadziornym uśmieszkiem, który wpełzł na moje usta.
            - No nie wiem. Z charakteru uwielbiasz Lucasa, ale jak brata...
            - Uwielbiam go jako mężczyznę, wiesz o tym...
            - Ale nie wystarczająco, wiem, wiem - powiedziała przewracając oczami z widocznym rozbawieniem. - Z pewnością nie Brandon... nie wiem... chyba Bradly...
            Zakrztusiłam się wodą.
            - ...byłby w twoim typie.
            Wyplułam to, co miałam w ustach.
            - Jest za stary - rzuciłam, starając się aby mój głos nie brzmiał zbyt piskliwie.
            - Jest starszy raptem o kilka lat, dzieciaku. Lubisz takich.
            - Luke jest w moim wieku.
            - Luke nie jest w twoim typie, to już ustaliłyśmy.
            Jęknęłam żałośnie.
            - Poza tym, wiesz... ten Bradly jest całkiem seksowny. Nie pogardziłabym, gdyby przyniósł mi śniadanie do łóżka ubrany tylko w...
            - Ble, stop, przestań! - pisnęłam, zasłaniając uszy dłońmi.
            Szczerze? Od razu przypomniałam sobie to, jak obudziłam się w jego mieszkaniu, a na stole w kuchni czekało na mnie śniadanie. Nie, nie pogardziłabym powtórką z rozrywki.
            - Od kiedy Lynn, powszechnie znana famme fatale, jest taką świętoszką? - spytała zaczepnie przyjaciółka.
            - Po prostu zawieź mnie do domu, bezbożnico - rzuciłam, machając butelką w kierunku garażu.
            - Mmm, czy to fabuła jednego z tych fil...
            - IDŹ! - warknęłam, próbując powstrzymać śmiech. - Potrafisz być strasznym wrzodem na dupie.
            - Do usług, kochanie!
            Skinęłam głową, próbując opanować senność. Tak, zdecydowanie nie było dobrze zmęczyć się tak całkiem, tuż przed konkursem, który wymaga właśnie koncentracji i wysiłku fizycznego. Potrzebowałam prysznica. Zimnego, orzeźwiającego. Męskiego. STOP. Cholerna Cath.
            Obiecałam Lucasowi, że porozmawiam z Maxem. Miałam ochotę za to kopnąć się w twarz, lecz prawda była taka, że byłam to winna i jemu i Maxowi i samej sobie. Cholera jasna, w co ja się właściwie wpakowałam? Zacisnęłam wargi, wypuszczając drżący oddech i przewróciłam butelką w dłoniach. Wypiłam duszkiem to, co zostało w środku i podniosłam się, w tym samym momencie, w którym samochód przyjaciółki podjechał do krawężnika.

* * *

            Zimne strumienie wody otulały moje ciało, przyjemnie chłodząc i relaksując zmęczone mięśnie. Mogłabym tak stać pod prysznicem godzinami i rozkoszować się tym uczuciem. Wzięłam głęboki oddech, wyciągając twarz w stronę płynącej wody. Czułam jak woda opływała moje ciało, otulała je i porywała. Odgarnęłam do tyłu mokre kosmyki włosów, a na wargach uśmiech pojawił się znikąd. W głowie zaczęła lecieć piosenka 3 doors down - let me go. Wzięłam głęboki oddech, starając się odegnać wspomnienie twarzy Maxa, gdy przyszłam do niego po olimpiadzie. Zacisnęłam wargi, przeklinając go w duchu. To miało być o wiele łatwiejsze.
            Kiedy w końcu wyszłam z łazienki, usiadłam na łóżku, wypuszczając powietrze. Spojrzałam w stronę szafy widocznie zrezygnowana i jęknęłam. Nie miałam zielonego pojęcia, co powinnam ubrać, aby dobrze się zaprezentować. Ubrania do ćwiczeń odpadały - wygodne, ale nie estetyczne. Ubrania wyjściowe także - estetyczne ale nie wygodne. Lecz jedno było pewne - nie mogłam pójść w ręczniku. A może mogłam?
            Ubrałam bieliznę i wymknęłam się z sypialni, wchodząc do pokoju rodziców. Otworzyłam szafkę i kucnęłam, przeglądając ubrania mamy, gdy nagle usłyszałam za sobą chrząknięcie. Podskoczyłam i upadłam na tyłek, spoglądając w stronę drzwi z wielkimi, zaskoczonymi oczami.
            - Mmm, cześć tato - mruknęłam, czując, że rumieńce zaczęły pokrywać moje policzki. Byłam jedynie w bieliźnie.
            - Bałem się, że zaginęłaś. Rano cię nie było - odparł, wchodząc do środka niczym niezrażony. W końcu to on co rano wyciągał mnie z łóżka.
            - Musiałam to wszystko przemyśleć. No wiesz, oczyścić umysł - westchnęłam, nieznacznie wzruszając ramionami.
            Uniosłam nieznacznie kącik ust, gdy tato przeszedł obok i usiadł obok, obejmując mnie ramieniem. Przez jakiś czas siedzieliśmy tak w milczeniu, każde pochłonięte swoimi sprawami. Zapomniałam już o skrępowaniu, po prostu zamykając oczy i pozwalając działać temu rodzicielskiemu poczuciu bezpieczeństwa. Oblizałam wargi i ponownie westchnęłam, mocniej wtulając się w bohatera mojego dzieciństwa.
            - Boisz się? - usłyszałam niski szept i zaśmiałam się cicho.
            - Jak diabli - jęknęłam, mocniej wciskając twarz w jego ramię.
            - Chcesz o tym porozmawiać?
            Przygryzłam dolną wargę i skinęłam głową. Chciałam móc z kimś w końcu porozmawiać, lecz nie miałam pojęcia jak miałabym zacząć tę rozmowę. Tego chyba nie dało się zrobić. A tata nie naciskał. Kochałam go za to. Za to, że nie musiałam udawać kogoś, kim nie byłam. Mogłam być nieśmiałą dziewczynką i byłam taką akceptowana. Nie musiałam radzić sobie ze wszystkim, ponieważ prawda była taka, że nie radziłam sobie z niczym. Dlatego też zacisnęłam powieki, pozwalając łzom płynąć po policzkach. Myślałam, że sobie z tym wszystkim poradziłam. Że to odeszło, ale prawda jest taka, że najbardziej bolą te kłamstwa, którymi sami siebie karmimy i choć usta potrafią omijać prawdę, to ona zawsze jest widoczna w oczach. Nie miałam już siły zaprzeczać temu, co było widoczne w moich.
            Drżałam, płacząc bezdźwięcznie, bezpiecznie schroniona między ramionami jedynego mężczyzny, który chciał chronić mnie zawsze i mimo wszystko. Jedynego mężczyzny, któremu miałam odwagę ufać. Czułam jak wolną ręką kojąco przesuwał po moich plecach, co działało uspokajająco. Jakiś czas później zauważyłam, że już przestałam płakać, a oddech nie był urywany. Odsunęłam się nieznacznie od taty i spojrzałam mu w oczy.
            - Dziękuję - szepnęłam, przygryzając mocno dolną wargę.
            - Nie ma za co, księżniczko. Też uważam, że ta rozmowa była owocna - powiedział to tak spokojnie, że nie mogłam się nie roześmiać.
            - Dokładnie tato, też tak sądzę - wydusiłam pomiędzy spazmami śmiechu.
            - Okey, a teraz na poważnie - westchnął, wciągając mnie na kolana i jęknęłam głośno, jeszcze co jakiś czas czkając. - Wiem, że wiesz, że możesz zawsze porozmawiać ze mną, albo z mamą, ale wiesz co, skarbie?
            - Mmm?
            - Wiem, że dorastanie to taki czas, kiedy musisz podejmować najważniejsze decyzje w życiu, nie mając o nim zielonego pojęcia, lecz bez względu na to, co teraz dzieje się w twoim życiu, chciałbym abyś pamiętała o dwóch rzeczach - wypowiedział to z ojcowską czułością, przeczesując palcami przez moje włosy. - Pierwszą z nich jest to, żebyś zawsze była sobą i nigdy się tego nie wstydziła, ponieważ oryginał zawsze jest lepszy niż kopia. Jeśli innym to nie odpowiada, to trudno. Życie to coś więcej niż zadowalanie wszystkich wokół, dlatego nigdy nie wstydź się tego, że chcesz być szczęśliwa. Nigdy nie wahaj się po to sięgnąć, bo później będziesz żałować, że spróbowałaś.
            - A to drugie? - szepnęłam, czując jak gardło zaczęło mi się zaciskać ze wzruszenia.
            - O niektóre osoby trzeba walczyć za wszelką cenę. O niektórych trzeba po prostu zapomnieć - dodał ciszej.
            Skinęłam głową, patrząc martwym wzrokiem w punkt po drugiej stronie pokoju, czując jak oczy znowu zaczęły mi zachodzić łzami. Zawsze byłam osobą bardzo dumną i nie pozwalałam sobie na pokazanie słabości. Nie walczyłam nawet o Luke'a, po prostu łatwiej było to skończyć. Wszyscy zawsze musieli walczyć o mnie, ponieważ tak było prościej. Nie byłam pewna, czy byłabym w stanie to zrobić. A jeśli nawet, to skąd mam wiedzieć o kogo warto się starać, a o kogo nie?

* * *

            Ostatecznie mama pożyczyła mi swoje body. Od razu je pokochałam. Uwielbiałam delikatny, czarny materiał, który otulał moje ciało, podkreślając krągłości i doskonale maskował sportowy stanik, który miałam pod spodem. Niby coś zwykłego, lecz wyglądały zniewalająco, tym bardziej ze szmaragdowym kordonkiem, który zdobił brzegi. Upięłam włosy do góry w luźnym koku, a niektóre zbuntowane kosmyki spływały na moje ramiona. Przymrużyłam powieki, przyglądając się sobie w lustrze i sięgnęłam po wodoodporne kosmetyki. Zrobiłam cienkie kreski na górnych powiekach, pociągnęłam rzęsy tuszem oraz przeciągnęłam kredką po wewnętrznej stronie dolnych powiek. Na usta nałożyłam trochę błyszczyku i uśmiechnęłam się nieznacznie. Całkiem nieźle.
            Po wyjściu z łazienki, ubrałam ciemne baletki, wiążąc je wysoko na łydkach (nie powiem jak ciężko było zaleźć czarne baletki) i zeszłam na dół, przerzucając sobie przez ramię torbę z rzeczami do szkoły.
            - Gotowa! - zawołałam ostatni raz sprawdzając telefon i wrzuciłam go do torby, dodając do niego klucze od domu.
            Chwilę później z salonu wystrzeliły dwa pociski, które innym razem nazwałabym swoimi rodzicami. Podniecenie iskrzyło w ich oczach, przez co miałam ochotę się roześmiać. Kto tutaj był tym odpowiedzialnym? Uśmiechnęłam się promiennie, widząc ich ekscytację i przechyliłam głowę na bok, czekając na jakąkolwiek reakcję.
            - Wyglądasz olśniewająco - powiedzieli jednocześnie, przez co wybuchłam śmiechem.
            - Gdybym was nie znała, pomyślałabym, że jesteście bliźniakami - odparłam, lustrując ich wzrokiem. - Dwujajowymi.
            - Mhmmm, pakuj swój niebliźniaczy tyłek do samochodu, bo jeszcze się spóźnisz - rzuciła mama roześmiana i pocałowała tatę czule. - Trzymaj za nią kciuki.
            - Nie mam zamiaru - westchnął, podchodząc do mnie i przyciągnął bliżej siebie. - Moja księżniczka nie potrzebuje szczęścia, aby to wygrać - dodał z dumą w głowie i złożył delikatny pocałunek na moim czole.
            - Kocham was - szepnęłam z uśmiechem i pocałowałam oboje w policzki, po czym wyskoczyłam z domu, wrzucając torbę na tylne siedzenie samochodu.
            Ruszyłyśmy w tym samym momencie, w którym zapięłam pasy. Wyglądałam podekscytowana przez okno, kręcąc się na swoim siedzeniu, co jakiś czas zmieniając stacje radiowe. No dobra, prawie cały czas. W końcu znalazłam coś z żywą muzyką i zostawiłam to. Głowa przeskakiwała mi z jednej strony na drugą i z powrotem. Nie potrafiłam pozbyć się uśmiechu, który pojawił się na moich ustach i przeplatałam nogi średnio dziesięć razy na minutę.
            - Boże, Veronica, masz owsiki? - spytała mama, przez co się roześmiałam.
            - Podejrzewałam nadmiar endorfin, ale to też jest spoko - odparłam, przez co obie się roześmiałyśmy.
            - Uważasz, że posiadanie masy robactwa w tyłku jest spoko? - rzuciła mama, spoglądając na mnie.
            - O Boże, nie! Przestań, jesteś okropna! - jęknęłam i nagle poczułam, że chce mi się siku. Ow-siki. Świetnie. Dzięki mamo!
            - Ty uznałaś, że to jest spoko.
            - Ta, dzięki. Cóż, zmieniłam zdanie - mruknęłam, znowu kręcąc się na siedzeniu.
            - Kobieta.
            - Emm, facet?
            - Matka - podrzuciła i wywróciłam oczami z rozbawieniem.
            Gdy skręciłyśmy za rogiem, rozpoczął się teren szkoły, a ja pisnęłam podekscytowana. Chciałam już zobaczyć listę i dowiedzieć się, która będę w kolejce. Miałam nadzieję, że nie pierwsza. A może w sumie to byłoby najlepsze. Z pewnością nie chciałam być ostatnia, bo wtedy najtrudniej się wybić. Ale też najłatwiej zapadało się w pamięć. Nie miałam pojęcia czego chciałam, oprócz tego, że chciałam dać z siebie wszystko.
            A chwilę później zamarłam. Mama wjechała na parking, lecz ja mogłam tylko patrzeć na czarnego pontiaca. Serce przestało pompować krew. Oddech ugrzązł mi w gardle. Świat się zatrzymał. Strach powrócił. Wiedziałam, że musiałam się z nim zmierzyć, lecz to nie była odpowiednia chwila. Gdy samochód się zatrzymał, z ulgą stwierdziłam, że Maxa, profesora Bradly'a nie było w aucie. Egzekucja odroczona, wysoki sądzie.
            Spojrzałam na mamę i wzięłam głęboki oddech.
            - No to idę - powiedziałam, siląc się na spokojny uśmiech.
            - Będziesz wspaniała - odparła, pocierając kciukiem moją dłoń. - Jak zawsze.
            - Takie geny - wzruszyłam niby obojętnie ramionami, przez co obie się zaśmiałyśmy.
            - Veronica? - szepnęła mama, gdy sięgałam już do klamki.
            - Mmm?
            - Szczerość to jedyna zaleta, za którą ludzie mogą cię znienawidzić.
            - Słucham? - szepnęłam czując się tak, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch.
            - Jesteś nieswoja i, kochanie, widzę to. Wszyscy to widzą i powiem to, ponieważ cię kocham i wiem, jak ważny jest dla ciebie taniec - ciągnęła, spoglądając na jakiś punkt, utkwiony daleko przed samochodem. - Nie zatańczysz dobrze, jeśli tego nie załatwisz. Będzie to zaprzątać ci głowę i coś schrzanisz, słoneczko. Cokolwiek leży ci na sercu, wyrzuć to. Cokolwiek to jest, zasługuje na to, aby zostać uwolnione i nie bój się tego. Zawsze bądź szczera i nie obracaj się, aby zobaczyć co inni na to. Szczerość to jedyna zaleta, za którą ludzie mogą cię znienawidzić.


* * *

            Cały czas w głowie obijały mi się słowa mamy. Musiałam to zrobić. Była już chyba czwartą osobą, która mi to powtarzała, a więc coś musiało w tym być, prawda? Jeśli chodzi o listę - byłam pierwszą po przerwie, co oznaczało, że miałam jakąś godzinę na przygotowanie się do występu. I znalezienie Maxa, aby wszystko sobie wyjaśnić. Szczerze? Miałam nadzieję, że pierwsze zajęcie nie pozostawi mi czasu na to drugie. Sala gimnastyczna oczywiście była zajęta - to tam odbywały się eliminacje. Było osiem uczestniczek. Trzy ze szkolnego kółka tanecznego, cztery z różnych klubów tanecznych i ja. Wiedziałam, że jury będzie krytyczne wobec mnie - jako jedyna nie miałam trenera. Byłam piąta na liście. Nie wiedziałam co to miało znaczyć, lecz chyba nie było źle. Nie przekreślili mnie od razu. Chyba.
            Przed salą stały dwie pierwsze uczestniczki. W małej sali ćwiczyły trzy z kółka tanecznego. W szatniach ćwiczyły pozostałe dwie. Nie miałam miejsca dla siebie. Przeklęłam w duchu i wrzuciłam torbę do szafki, zatrzaskując ją z hukiem. Fantastyczne nastawienie, huh? Zerwałam folię ze spodniej wersji baletek, bojąc się, że mogłabym się przewrócić. Nakleiłam ją przed wyjściem, nie chcąc ubrudzić materiału, lecz to szkoła - nie mogłam ubrudzić ich bardziej niż na sali. Wzięłam ze sobą telefon i spojrzałam na godzinę. Za pięć minut miała wejść pierwsza uczestniczka. Poszłam poszukać miejsca na ćwiczenia.
            Wysłałam Cath sms, czy nie ma jakiegoś genialnego pomysłu i poszłam do łazienki. Zrobiło mi się niedobrze z nerwów, lecz nie miało to nic wspólnego z występem. W sumie ze wszystkim, oprócz występu. Że też tego dnia rodzicom musiało się wziąć na te ich mądre sentencje. Kochałam ich i ich rady życiowe. Oraz wyczucie czasu. Oparłam czoło o lustro i odkręciłam wodę, płucząc dłonie w chłodzie. Następnie je wytarłam i wyszłam na korytarz, mrużąc powieki. Lekcje się już zaczęły, więc tylko kilka osób kręciło się bezczynnie to tu, to tam. Skoro i tak niewiele mogłam zrobić, chciałam chociaż znaleźć Maxa i z nim porozmawiać. Ruszyłam w stronę sali 369. Mimowolnie pomyślałam o tym, jak wiele lekcji psychologii ominęłam w ostatnim czasie. Pociągnęłam za klamkę, która nie chciała ustąpić. Oblizałam wargi i spróbowałam jeszcze raz. Zamknięte. Miałam cholerną nadzieję, że nie zamknął się w środku aby obściskiwać się z tą blondyną od francuskiego. Okey, mdłości zawitały ponownie.
            - Lynn! - usłyszałam aksamitny głos przyjaciółki i odwróciłam się w jej stronę. Machała kluczem, przyczepionym do typowego dla szkoły, drewnianego breloczka.
            - Znalazłam salę, w której mogłabyś ćwiczyć - odparła z promiennym uśmiechem. I wiecie co? Wcisnęła klucz do zamka od salo 369. Zabawne, nie?
            - Umm, dzięki - westchnęłam, unosząc kącik ust do góry i wsunęłam się do środka, gdy tylko drzwi się otworzyły.
            - Wyglądasz pięknie. Z pewnością zrobisz na nim wrażenie - rzuciła radośnie.
            - Nim?
            - Nich! Miałam na myśli ich, jury - dodała pośpiesznie i wyruszyła ramieniem.
            Dlaczego jej nie wierzyłam?
            Od razu zabrałyśmy się za rozsuwanie ławek na boki, aby na środku stworzyć potrzebną do tańca przestrzeń. Rzuciłam okiem na salę i podeszłam do biurka, kładąc na nim telefon, przeszukując pliki, aby znaleźć odpowiednią piosenkę. Gdy już to zrobiłam, pogłośniłam i wróciłam na środek pomieszczenia. Przymknęłam powieki, czując jak z każdym głośniejszym brzmieniem, dźwięki wnikały we mnie z coraz większym natężeniem, aż byłam nimi przepełniona. Czułam wibracje w całym ciele i pozwoliłam się nim ponieść. Każdy ruch był zsynchronizowany, płynny i rytmiczny.
            Obrót. Skok. Każda figura wydawała się być tak naturalna, nie wymagała myślenia. Nie potrafiłam myśleć. Jedyne co czułam, to była muzyka. Płynne dźwięki otulały mnie, jak jedwab, kusząc i zachęcając do poddania się jej. Nie musiała dwa razy powtarzać. Wspięłam się na palce, odchylając głowę do tyłu i wtedy to się stało.
            Zobaczyłam jego twarz, wargi przyciśnięte do moich, ciepły oddech i przyjemny ciężar ramion, otaczających mnie z każdej strony. A później przyszedł ból. Ból tak intensywny, że musiałam zgiąć się w ból. Wydałam stłumiony jęk, gdy kolana uderzyły o podłogę i wcisnęłam pięść w brzuch, starając się nad tym zapanować. To nie mogło się dziać. Nie w tamtej chwili. Próbowałam zaczerpnąć powietrza, ale czułam się tak, jakby ktoś wyssał cały tlen z atmosfery.
            Musiałam się stamtąd wydostać.
            - Lynn! Lynn! - usłyszałam przerażony krzyk przyjaciółki, która znalazła się obok mnie na kolanach. Uniosłam na nią oczy, chcąc coś powiedzieć, lecz żadne słowa nie wypadły z moich ust. - Pielęgniarka, jasne - rzuciła i zerwała się na nogi.
            Złapałam ją za kostkę i ledwo zauważalnie potrząsnęłam głową. Zdecydowanie nie potrzebowałam teraz robić wokół siebie szumu, tym bardziej medycznego. Jeszcze by mnie nie dopuścili do eliminacji, a to by było najgorsze.
            - Wody - wychrypiałam i rozluźniłam palce, obejmując nogi ramionami.
            Cath pokiwała energicznie głową i wyleciała z sali. Chwilę później zawroty głowy i otumaniający ból ustał na tyle, że mogłam wstać na nogi. Oparłam się o jedną z ławek, oblizując spierzchnięte wargi. Wiedziałam, że w takim stanie nie mogłam dać z siebie wszystkiego na eliminacjach. Wypuściłam powietrze długo wstrzymywanie w płucach i odchyliłam głowę do tyłu, potrzebując czegokolwiek, jakiejkolwiek ulgi, której nie mogłam znaleźć.
            Drzwi się otworzyły i spojrzałam w tamtą stronę przekonana, że Cath już wróciła z butelką wody.
            To nie była Cath.
            Oczy koloru płynnego karmelu przesunęły się po pomieszczeniu, a brwi zmarszczyły w wyrazie konsternacji, na widok całkowitego nieładu. A następnie jego wzrok zatrzymał się na mnie. Przełknęłam ślinę, wciągając powietrze głęboko do płuc.
            - Max - szepnęłam, choć nie było to głośniejsze niż westchnienie.
            - Eve, coś się stało? - spytał spoglądając na mnie tak, jakby zobaczył ducha, mocno zaciskając palce na framudze drzwi.
            - Nie, nie, nie. Po prostu musiałam gdzieś poćwiczyć. Eliminacje, wiesz - westchnęłam, oblizując spierzchnięte wargi. - Znaczy, wie pan - dodałam pospiesznie, spoglądając na swoje stopy.
            - Proszę, przestań...
            - Musimy porozmawiać - powiedziałam, podnosząc z determinacją wzrok. - Ja muszę z tobą porozmawiać.
            Widziałam niepewność odbijającą się w jego oczach, lecz ostatecznie skinął głową i zamknął za sobą drzwi, wchodząc do środka. Podszedł do rzędu ławek po przeciwnej stronie niż ja i oparł się o nie, wodząc wzrokiem po mojej postawie. Poczułam jak policzki przybrały ciemniejszy odcień, gdy uzmysłowiłam sobie, że miałam na sobie jedynie sportowy stanik i body. Zdecydowanie za mało. Zaczęłam skubać dolną wargę zębami i odchyliłam głowę mocno do tyłu, wypuszczając sfrustrowany oddech.
            - Miałeś kiedyś tak, że praktycznie nic się nie stało, lecz tak naprawdę świat przewrócił ci się do góry nogami? - spytałam cicho, zastanawiając się jak ubrać w głowa to, co działo się wtedy w mojej głowie. - Czy miałeś tak, że brakowało ci tak naprawdę tylko jednej osoby, a czułeś się jakby nie było nikogo?
            - Eve...
            - Tęskniłeś kiedyś za kimś, kto nie tęsknił za tobą? Tęsknił pan, profesorze Bradly? - spytałam, zaciskając wargi w wąską linię, aby się nie rozpłakać.
            Wręcz z uporem wpatrywałam się w jego oczy, chcąc sprowokować go do jakiejś reakcji. Jakiejkolwiek. Potrzebowałam zobaczyć w jego oczach cokolwiek, co by mnie utwierdziło w swoim przekonaniu, lub całkowicie z niego wytrąciło. Jakikolwiek ślad emocji, uczucia. Coś innego niż chłodna, pokerowa maska. Ta całkowita obojętność popychała mnie na skraj załamania. Nie chciałam się tak czuć. Chciałam go zranić, chciałam zobaczyć co czuł. Chciałam go złamać, aby się otworzył tak, jak ja otworzyłam się przed nim.
            - Miałeś tak, że nie zależało ci na tym, aby widział cię cały świat? Miałeś tak, że nie obchodziło cię zdanie nikogo innego? Nikogo oprócz tej jednej osoby? - ciągnęłam dalej. Rozchyliłam usta i w tym momencie znowu otworzyły się drzwi.
            - Lynn, mam woooo... - Cath spojrzała to na Maxa, to na mnie. Widocznie coś w naszych twarzach powiedziało jej, że to nie jest dobry moment. - Zostawię wodę - rzuciła pospiesznie i podbiegła zostawiając mi butelkę, po czym wyszła.
            - Opowiem ci bajkę - westchnęłam, zaciskając palce na blacie stołu. - Pewnego dnia spotkały się dwie kobiety. Jedna młoda, piękna i powabna, druga starsza, bardziej doświadczona przez życie. Pierwsza miała na imię Miłość, a druga Przyjaźń. Młodsza spytała "po co ty żyjesz, skoro ja jestem?". Na to starsza kobieta się uśmiechnęła, otoczyła ramieniem przyjaciółkę i spojrzała na miasto migoczące w oddali, mówiąc "żyję to po, aby zostawiać uśmiech tam, gdzie ty zostawiasz łzy".
            - Wiem co robisz i przepraszam, Eve...
            Spojrzałam na niego potrząsając głową. Przepraszam? Co mi było po jego przeprosinach. Niewiele myśląc o tym co robiłam, odepchnęłam się od ławki i podeszłam do jego biurka. Wzięłam pierwszą lepszą kartkę papieru i wróciłam do Maxa, podając mu dokument w idealnym stanie.
            - Zgnieć tę kartkę - powiedziałam, a gdy to zrobił, spojrzałam mu w oczy, oblizując wargi pospiesznie. - A teraz niech ją pan przeprosi i zobaczy czy się sama wyprostuje - dodałam i złapałam za butelkę wody, kierując się do drzwi.
            Poczułam jak jego palce zacisnęły się dookoła mojego nadgarstka, uniemożliwiając mi odejście. Zacisnęłam powieki, czując się coraz bardziej zmęczona i bezsilna. Nie podobało mi się to, że nie potrafiłam się bronić. Nie podobało mi się to, że musiałam się bronić.
            - Nie chciałem aby tak wyszło, uwierz mi - usłyszałam jego drżący szept i przełknęłam ślinę, spoglądając na swoje stopy.
            - Uwierz, ja też nie chciałam aby tak wyszło - warknęłam, wyrywając ramię, aby nie poczuł drżenia mojego cała.
            - Evelyn...
            - Profesorze Bradly?
            Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Widziałam w jego spojrzeniu coś, co kazało mi zejść z tonu. Jego oczy były takie... ciepłe. Nie, to nie było dobre określenie. Miałam wrażenie, że widziałam w nich pewnego rodzaju żal, czy nawet smutek. Skojarzył mi się ze skopanym szczeniakiem. Od razu wyrzuciłam z głowy ten obraz.
            - To dla twojego dobra, Eve... - westchnął, kreśląc kciukiem kółka na mojej dłoni.
            - Nie masz pojęcia co jest dla mnie dobre - odparłam przestępując z nogi na nogę.
            - Nie masz pojęcia jakie to może pociągnąć za sobą konsekwencje...
            - I chyba nigdy się nie dowiem - westchnęłam odwracając głowę i wyszarpnęłam dłoń z uścisku Maxa, zrywając się w stronę drzwi.
            Poczułam szarpnięcie w okolicy talii, a chwilę później uderzyłam plecami w inne ciało. Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc, mimowolnie przymykając powieki. Rozchyliłam wargi, czując ciepły oddech na szyi i nieznacznie odchyliłam głowę do tyłu, gdy z głowy uciekła mi wszelka myśl. Każda wypukłość jego ciała idealnie pasowała do mojego, dopasowując się jak para puzzli. Czułam każdy jego ruch, każde drżenie i chciałam się w tym zatracić. Nogi ugięły się w kolanach i gdyby nie jego uścisk, z pewnością upadłabym na podłogę. To było takie... intensywne. On był taki intensywny.
            - Porozmawiamy o tym później - wyszeptał tuż przy moim uchu, muskając je wargami. Poczułam jak wzdłuż kręgosłupa przeszły przyjemne dreszcze, a rozogniona skóra przyjemnie mrowiła.
            - Ale...
            - Chyba masz teraz eliminacje - dodał równie cicho, dotykając ustami mojej szyi, przez co wciągnęłam powietrze.
            - Chyba mam - wychrypiałam i zacisnęłam palce na jego ręce, gdy przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie, wyrywając mi jęk z piersi.
            - Idź i pokaż na co cię stać - wymruczał popychając mnie delikatnie do drzwi.
            Zaśmiałam się cicho i gdy zrobiłam krok, sapnęłam głośno, odwracając się w jego stronę. Pośladek wciąż mnie bolał od uderzenia. Spojrzałam na niego zaskoczona, wciąż mając rozchylone wargi. Widziałam jego rozbawiony wzrok, a gdy zsunął się na moje usta, wzięłam głęboki oddech, widząc zmianę w wyrazie jego twarzy. Uniosłam lekko kącik ust, podejmując się grania według jego zasad. Podeszłam bliżej, popychając go na ławkę. Zaskoczony nie oponował gdy siadałam mu na kolanach. Zobaczyłam błysk zrozumienia w oczach mężczyzny, lecz zanim zdążył zareagować, poruszyłam się. Mocno. Rozchylił wargi, mimowolnie przymykając powieki w momencie, gdy przesunęłam wargami po jego szyi i niewiele myśląc, złapałam zębami jego skórę, w nagrodę słysząc jego niski, męski jęk. Zadrżałam pod wpływem tego dźwięku i poruszyłam się jeszcze raz, mocniej, intensywniej ssąc szyję Maxa. Zaskomlałam cicho, gdy poczułam obce dłonie na biodrach, nadające rytm moim ruchom. Czułam go między udami, twardniejącego i mocniej przycisnęłam się do niego.
            Wiedziałam, że coś, co miało być droczeniem wymknęło się spod kontroli i to bardzo. Mogłabym zrezygnować z eliminacji, tyle to trwało dłużej. I cholera jasna, chciałam więcej i więcej. Musiałam się odsunąć, ale to było takie trudne.
            - Eliminacje - przypomniałam zachrypniętym głosem i zsunęłam się z jego kolan. - Porozmawiamy później - szepnęłam patrząc na niego spragnionym wzrokiem i wyszłam z klasy, zanim wróciłabym na jego kolana i dokończyła to, co zaczęłam.


* * *

            Serce waliło mi jeszcze przed wejściem na salę tak, iż myślałam że wyskoczy mi z piersi. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem, mając wrażenie jakby kamień spadł mi z piersi. Pochyliłam się, chowając głowę między udami i zaczerpnęłam głęboki oddech, lecz mimo to nie mogłam przestać się śmiać. To wszystko wydawało się takie nierealne, a jednocześnie sprawiało, że czułam się nadzwyczaj lekko. Nie wiedziałam już co było prawdziwe, a co nie i w tamtej chwili to nie było ważne. Wciąż czułam na sobie siłę jego warg, dotyk dłoni. Wyprostowałam się, opierając od ścianę, krzyżując nogi. Wciąż czułam go między udami. Oblizałam wargi, wbijając palce w ścianę i wypuściłam długo wstrzymywany oddech.
            Gdy drzwi się otworzyły, wyszła z nich brunetka, której nigdy wcześniej nie widziałam. Była szczupła, a jej nogi świadczyły o tym, że zdecydowanie była tancerką. Włosy upięte w luźny kok, a twarz skupiona, wręcz przerażająca. Hetera. To było pewne. Może i była dobrą nauczycielką, ale po jej twarzy widać było, że to wredna baba, wymagająca o wiele za dużo. O ile w tańcu można było wymagać o wiele za dużo. Miałam tylko nadzieję, że nie oczekiwała figur klasycznych, bo chyba własnoręcznie odgryzłabym jej głowę.
            - Veronica Catharsis - powiedziała swoim wyniosłym tonem, nietolerującym sprzeciwu i odwróciła się, nie czekając aż za nią podążę. Przewróciłam oczami i weszłam, zamykając za sobą drzwi.
            Weszłam do środka z wysoko podniesioną głową, patrząc w jakieś miejsce ponad jury. Nie chciałam uchodzić za zadufaną w sobie, lecz także spuszczanie wzroku - brak pewności siebie - byłby źle odebrany. Tym bardziej u tancerzy. Nie widziałam żadnej twarzy, wszystko rozmywało się w jedno, a moją głowę opuściła wszelka myśl. Czułam się zadziwiająco lekka, jakby nie było rzeczy niemożliwych dla mojego ciała. Wzięłam głęboki oddech, przywołując na usta delikatny, spokojny uśmiech. Po chwili opuściłam spojrzenie na członków jury, przyglądając się każdemu z osobna. Pierwsza z brzegu siedziała kobieta, która zawołała mnie do środka. Ledwo powstrzymałam drwiący uśmiech, który starał się wykrzywić moje wargi. Obok niej siedział mężczyzna w średnim wieku. Jego orzechowe włosy poprzetykane były siwymi kosmykami, lecz zielone oczy błyskały doświadczeniem i pewną dozą sympatii. Nieznacznie skinęłam mu głową, przenosząc spojrzenie dalej. Odetchnęłam z ulgą na widok pani West, która uczyła wychowania fizycznego w naszej szkole oraz powadziła zajęcia gimnastyczne po lekcjach. Ostatecznie przeniosłam wzrok na ostatnią osobę.
            Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc, czując jak rumieńce zalewały mi policzki, lecz mimo to nie mogłam odwrócić wzroku. Mózg zaczął podsuwać jedną, męczącą myśl.
            Przeznaczenie pcha was ku sobie.

            Prychnęłam w duchu, patrząc w karmelowe oczy Maxa.