Eighteen

            Przeszłość

            - Lynn, przestań się dąsać - wymruczał przytulając mnie do siebie mocniej, na co jedynie przewróciłam oczami.
            Od tamtego pocałunku Brandon stał się zaborczy i chociaż nie było oficjalnego chcę tego, wszyscy szybko dowiedzieli się o naszym związku. Jakimkolwiek związku. Nie powiedziałam tego głośno, ale totalnie mnie to nudziło. I obrzydzało. Godziłam się na to chyba tylko dlatego, że wtedy mogłam przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Kiedy mnie całował, nie musiałam udawać, że było rewelacyjnie, bo nie było, a on nie patrzył na moją twarz. Kiedy staliśmy przytuleni, mogłam krzywić się do woli, aby nikt nie widział. On natomiast szczerzył się i chwalił mną, jakbym była jakąś zabawką. Mówiłam już, że to było obrzydliwe?
            Oraz Max wszystko widział.
            Za każdym razem, kiedy nas mijał, widziałam powagę na jego twarzy oraz niemalże bawiło mnie to, jak bardzo próbował nie patrzeć w moją stronę. Niemalże, bo mimo wszystko o wiele bardziej to bolało. Auć. Chciałam znowu zobaczyć ciepły uśmiech oraz radosne iskierki w jego oczach, bo choć widziałam je tylko przez chwilę, pragnęłam, aby zobaczyć je znowu. On potrafił zahipnotyzować człowieka po prostu będąc, z pewnością kobiety kłaniały mu się do stóp, więc dlaczego miałby zawracać sobie mną głowę? Dlaczego miałby myśleć o jakimś błędzie, który nie powinien był nigdy mieć miejsca?
            - Auuu, Lynn, co ty wyprawiasz? - syknięcie czarnowłosego chłopaka przywróciło mnie do rzeczywistości.
            Zaciskałam paznokcie na jego udzie tak mocno, iż dziwne było, że jeszcze nie przebiły materiału. Gdyby nie mocny chwyt, Brandon z pewnością byłby w siódmym niebie, że moja dłoń znalazła się na jego udzie. Nigdy go nie dotykałam. Pozwalałam siebie całować, umiarkowanie dotykać, lecz zostawałam bierna w tej sprawie. Jak bardzo trzeba być tępym, aby nie zauważyć, że dziewczyna nie jest totalnie zainteresowana chłopakiem? Niczego nie czułam, gdy mnie dotykał, całował czy robił inne rzeczy, jak lubieżne gapienie się na moje ciało - blee - więc jak mogłabym na to jakkolwiek odpowiadać? A nie sądziłam, aby był tak bardzo zdesperowany, aby chodzić z dziewczyną zombie. No bo chyba nikt nie jest, prawda?
            Potrząsnęłam głową, zabierając dłoń z jego ciała. Gdy zadzwonił dzwonek, podniosłam się i ruszyłam w przeciwnym kierunku niż reszta osób.
            - Lynn, psychologia w drugą stronę - powiedział Luke, patrząc na mnie z troską w oczach.
            Ach tak, wciąż omijałam psychologię.
            - Pójdę poćwiczyć, eliminacje są za kilka dni.
            Nie chciałam patrzeć na Cath, bo powiedziałam co bym na niej zobaczyła. Jeszcze więcej troski, podejrzliwości i Bóg jeden wie czego jeszcze, a to nie pomogłoby mi przetrwać tamtego dnia. Ani żadnego innego, dopóki nie poukładałabym tego bałaganu, który miałam w głowie i w sercu.
            Nie odwracając się, ruszyłam na salę gimnastyczną. Było ciepło, więc większość klas wychodziła na kompleks atletyczny, w związku z czym sala była niemalże cały czas wolna. Skręcając w lewo w głowie miałam nowe ruchy do choreografii, które mogłam dodać, albo zamienić inne, słabsze posunięcia. Chciałam je wypróbować, bo wtedy przestałabym myśleć o tym, że w tej chwili uciekałam przed przedmiotem, który kochałam najmocniej. A raczej przed mężczyzną, który je prowadził. Niewielka różnica.
            Nie chodziło o to, że byłam zakochana w Maxie - zdecydowanie nie. Nie można zakochać się w kimś, kogo zna się tak krótko, a tak naprawdę praktycznie w ogóle go nie znałam. Raz uratował mnie z opresji, raz przenocował u siebie. Kilka razy spotkaliśmy się aby przygotować do konkursu i to by było na tyle. Nie ważne, że podczas tych chwil czułam się z nim naprawdę dobrze i tak, jakby nie dzieliła nas przepaść stanowisk, czy niewielka różnica wieku. Wszystko było do przeskoczenia, jeśli tak naprawdę by się tego chciało. Ale gra nie była warta świeczki, co jasno dał mi do zrozumienia. Mógł mieć praktycznie każdą kobietę - nie dziewczynę, lecz kobietę! - więc dlaczego miałby zawracać sobie głowę mną, skoro to byłoby naprawdę do kitu? Nigdzie nie moglibyśmy się pokazywać razem, a siedzenie w jego mieszkaniu cały czas... pewnie zaczęłabym działać mu niemiłosiernie na nerwy.
            Wbiłam paznokcie w dłonie, mając nadzieję, że ból odwróci moją uwagę od tamtych wydarzeń. To nigdy nie miałoby szans na wypalenie, więc lepiej że skończyło się, zanim zaczęło. Mniej bólu. Tsa, jasne.
            Uniosłam głowę i w samą porę, bo wtedy zza zakrętu wyszedł Max, a ja musiałam wziąć głęboki oddech, aby chociażby nie zemdleć. Nie rozmawiałam z nim od momentu, gdy widziałam go z tamtą blond harpią i brakowało mi wszystkiego, cholernego wszystkiego. Brzmienia jego głosu, intensywności spojrzenia oraz tego, jak miękły mi kolana w jego obecności. To wszystko było przypisane do przeszłości, a ja chciałam czytać ten rozdział w kółko i w kółko i w kółko. To było tak cholernie niesprawiedliwe. Jak miałam ogarnąć swój bałagan, skoro sama jego obecność robiła jeszcze większy syf w mojej głowie? To było naprawdę żałosne.
            Gdy nasze spojrzenia się spotkały, oboje się zatrzymaliśmy, wpatrując się w siebie. Gdyby ktoś z boku nas zobaczył, byłam pewna że nie mógłby tego nazwać czymś normalnym. W momencie, gdy ruszył w moją stronę, uderzyłam w drzwi z takim impetem, że obolałe po treningach miejsca zawyły z bólu. Wpadłam do damskiej łazienki, opierając się plecami o drzwi. Usłyszałam jak zatrzymał się po drugiej stronie i przez jakiś czas tam stał. Serce waliło mi jak oszalałe, a po głowie przepływała fala myśli.
            Czy on tu wejdzie? Błagam, niech tego nie robi, to DAMSKA łazienka.
            Nie, niech wejdzie. Chcę aby wszedł.
            Nie, nie chcesz tego idiotko, on cię może tylko zniszczyć.
            Jak można zniszczyć coś, co jest zniszczone?
            A przez kogo to jest zniszczone?
            Zamknij się, chcę go zobaczyć. Wyjdę do niego.
            Nie, nie zrobisz tego!
            Idę!
            Nie, nie idziesz!
            Zamknij się, albo kopnę cię w twarz.
            Ktoś powinien przyłożyć ci w macicę.
            Jęknęłam sfrustrowana, osuwając się na podłogę. Rozmowa z samą sobą jest jedną z rzeczy, które są do dupy. Kto normalny kłóci się z samym sobą? Albo inaczej - kto chce sam sobie przyłożyć w twarz i macicę jednocześnie? Cholera, jak mogłam chcieć przyłożyć sobie w macicę? Przecież to by musiało cholernie boleć. Jestem idiotką. Jestem głupią idiotką. Zaraz, czy mogą być mądre idiotki? To chyba czyni mnie jeszcze większą idiotką.
            Może sobie to tylko wyobrażałam, lecz usłyszałam jego cichy szept po drugiej stronie drzwi. Przepraszam, Eve. Zacisnęłam wargi i wcisnęłam głowę między uda, powtarzając sobie w kółko, że bardzo chciałam to usłyszeć. Nie mogłam tego naprawdę słyszeć. To musiał być wytwór mojej wyobraźni, a później usłyszałam jego oddalające się kroki i dopiero kiedy wypuściłam oddech, zdałam sobie sprawę, że przez cały czas go wstrzymywałam.
            - Jesteś pieprzonym dupkiem - szepnęłam i uderzyłam głową w drzwi.
            W tym samym czasie z jednej z kabin wyszła dziewczyna z pierwszego roku (tak myślę) i spojrzała na mnie z mieszaniną współczucia i rozbawienia jednocześnie.
            - Gówniany dzień? - spytała podchodząc do umywalki i umyła dłonie, co jakiś czas spoglądając na mnie z delikatnym uśmiechem, który uroczo wykrzywiał jej wargi.
            - Yup - mruknęłam wpatrując się w sufit.
            - Jutro będzie lepiej - odparła wzruszając ramionami i wytarła dłonie w swoje jeansy.
            - Powtarzam to sobie od tygodni - westchnęłam podnosząc się i spróbowałam przywołać na twarz choć cień uśmiechu, po czym przepuściłam ją przez drzwi, wzruszając ramieniem.
            Tym razem ja podeszłam do umywalki i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Nie wyglądałam źle. Jeśli miałam być szczera, wyzwalając głęboko ukryte pokłady pewności siebie, wyglądałam cholernie dobrze. Rude loki zsuwały się z jednego ramienia, kręcąc się na piersi, a policzki miały ładny, różowy kolor. Może usta miały smutny wyraz ale kurczę, od tygodni nie miałam żadnego powodu, aby to zmieniać. Lubiłam moje oczy. Miały głęboki, zielony kolor, niemalże koci. Większość facetów za nim szalało, a Luke nawet po zerwaniu nie mógł oderwać od nich wzroku. Nie miałam zmarszczek. Przysunęłam twarz do lustra, aby lepiej się sobie przyjrzeć i westchnęłam. Tak, nie miałam zmarszczek. Wyglądałam młodo. Może na więcej niż tych moich osiemnaście lat, lecz nie jak dojrzała kobieta. Zamrugałam i przyjrzałam się swoim długim rzęsom, które poruszały się jak wachlarze. Byłam ładna. Kto nie lubi ładnych dziewczyn? Dlaczego on nie lubił ładnych dziewczyn?
            Westchnęłam potrząsając głową i spryskałam twarz zimną wodą. Powinnam w końcu przestać o nim myśleć, to było totalnie do kitu. Nie pierwszy raz byłam zainteresowana kimś, kto nie był zainteresowany mną i nie robiłam z tego wielkiej sprawy. Jednakże nienawidziłam tego, jak ktoś się kimś bawił, a zdecydowanie czułam się wykorzystana. Nie można kogoś całować, tak całować, a potem tak go traktować, to totalnie nieetyczne.
            Jeszcze raz spojrzałam na swoje odbicie w lustrze po czym skinęłam głową. Mogłam to zrobić. Mogłam iść dalej ze swoim życiem. Z takim nastawieniem wyszłam z łazienki.


* * *

            Jestem bałaganem. Nie mogłam zatracić się w muzyce, choć tak bardzo chciałam. Dawno nie czułam takiej frustracji, że nie mogłam znaleźć ujścia temu całemu syfowi, który rozmnażał się wewnątrz mnie jak króliki. Króliczki są słodkie, prawda? Cóż, te we mnie były krwiożercze i nie na taki słodki sposób jak kapcie Myrnina z Wampirów z Morganville. Raz jeszcze uderzyłam głową w parkiet, siedząc na nim z nogami rozrzuconymi po bokach. Naprawdę byłam ogromnym bałaganem.
            Na początku spróbowałam się rozkręcić, lecz szybko dotarło do mnie że nici z treningu tamtego dnia, więc opadłam na parkiet, przeklinając w duchu każdą część mojego przeklętego ciała i każdą durną myśl, która nie chciała odejść, nawet pod hipnotycznym wpływem muzyki.
            Podniosłam głowę jak czujna surykatka i zmarszczyłam brwi, zaskoczona obecnością Lucasa.
            - Hej ty - powiedział z delikatnym uśmiechem, przemierzając salę gimnastyczną pewnym krokiem.
            - Nie powinieneś być na psychologii?
            - Bradly zrobił wolną lekcję. Znowu - powiedział przewracając oczami, po czym jego tyłek wylądował obok mojego biodra, przez co musiałam przewrócić się na plecy, aby móc obserwować jego twarz.
            - Jak to znowu? - spytałam jeszcze bardziej brwi.
            - No znowu. Ostatnio dosyć często to robi. Jakieś sprawy osobiste. Dopóki nie kablujemy dyrekcji, mamy wolną godzinę - powiedział wzruszając ramieniem, a ja przełknęłam ślinę. Mogłam dać sobie wyciąć lewy jajnik, że chodziło o tę blondynę od francuskiego. Sprawy osobiste? Ta, jasne.
            - Więc niewiele omijam - odparłam siląc się na swobodny ton, wzruszając przy tym ramieniem.
            Przez jakiś czas czułam na sobie spojrzenie przyjaciela i musiałam zacisnąć wargi, aby na niego nie warknąć. Byłam naprawdę wystarczająco zirytowana tym, że nie mogłam oddać się muzyce i nie potrzebowałam jeszcze przyjacielskiej nadopiekuńczości. A jeszcze gorsze było to, że nie mogłam powiedzieć mu o tym, co mnie gnębiło z dwóch cholernych powodów. Po pierwsze, chodziło o nauczyciela. Po drugie, chodziło o faceta. A Luke to Luke.
            - Porozmawiaj ze mną, Lynn - westchnął przesuwając wzrokiem po moich nogach, nagim brzuchu, aż zatrzymał się na mojej twarzy.
            - Nie ma o czym - odparłam przewracając oczami. Błagam, odpuść, Luke.
            - Nie ma o czym? Nie rozśmieszaj mnie. Od tygodni nie jesteś sobą. Zachowujesz się jak zombie. I to nie takie fajne zombie, którym się rozwala głowy, lecz bardzo wredne zombie, od których się ucieka, aby nie zostać zaatakowanym. To nie jest atrakcyjne - powiedział marszcząc przy tym uroczo nos. Zbyt wiele czasu ze mną spędzał, to było widać.
            Jęknęłam głośno, zakrywając twarz ramieniem i uniosłam dłoń pokazując mu środkowy palec. Tak z pewnością nie zachowałby się żądny jego mózgu zombie. Poczułam na palcu jego wargi i jęknęłam roześmiana, wyrywając dłoń.
            - Jesteś okropny, Luke - mruknęłam odciągając ramię od twarzy.
            - Dlaczego jesteś z Brandonem?
            Jego pytanie mnie zaskoczyło i wciągnęłam głęboko oddech. Podparłam się na łokciach, przyglądając się jego poważnej twarzy, oblizując leniwie wargi. Chciałam mu odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ zawsze byłam z nim szczera. Okey, we wszystkim oprócz Maxa. I Jacka. Wolałam, aby wierzył, że uciekł przez okno niż przez drzwi, które zapomniałam zamknąć. Poza tym ten futrzak i tak nigdy mnie nie lubił. Bye bye, Jack.
            - Nie rozumiem - powiedziałam ostrożnie, patrząc w jego oczy, modląc się o to, aby mnie nie rozgryzł.
            - Och, doskonale rozumiesz. Widać, że cię nie pociąga. Lynn, ty go nawet nie lubisz. Wydajesz się być znudzona, a nawet rozdrażniona, gdy przy nim jesteś, a kiedy cię całuje albo dotyka? Wyglądasz jakbyś miała zwymiotować i naprawdę jestem pod wrażeniem jak on może tego nie zauważać, więc mam jedno cholerne pytanie. Dlaczego? - spytał patrząc na mnie z taką intensywnością, że musiałam odwrócić wzrok.
            Bo to pomaga mi zapomnieć.
            Zacisnęłam zęby wiedząc, że nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Każda wersja pokazałaby mnie z paskudnej strony, ponieważ widocznie wykorzystywałam zadurzonego we mnie faceta. Mruknęłam pod nosem, próbując dobrać słowa, lecz nagle miałam w głowie całkowitą pustkę. Nie miałam żadnego powodu aby być z tym kolesiem poza tym, aby wkurzyć Maxa i próbować iść ze swoim życiem dalej, lecz prawda była taka, że nie chciałam iść dalej w swoim życiu z Brandonem. Chciałam zostawić go za sobą tak daleko, jak się dało.
            - On naprawdę cię złamał, Lynn - westchnął, a ja odwróciłam głowę w jego stronę tak szybko, że to aż zabolało.
            - Słucham?
            - Ten facet. Wtedy, kiedy chciałaś mnie pocałować, byłaś udręczona, skarbie. Widziałem to w twoich oczach, a później się rozsypałaś. To nie minęło, prawda? Nadal masz te smutne oczy i często ściągasz wargi, jakbyś próbowała się nie rozpłakać. I nie chodzisz na psychologię. Kochasz psychologię, Lynn. Zamykasz się w domu i mogę dać sobie uciąć prawe jądro, że wtedy ryczysz jak mała dziewczynka, ale jesteś zbyt dumna, aby to powiedzieć na głos - powiedział dobitnie, cały czas patrząc w moje oczy.
            Westchnęłam czując się odkryta i to bolało. Uniosłam dumnie głowę, patrząc w bok. Zaskakujące było to, że oboje mieliśmy takie seksualne zapewnienia. To chyba też był wpływ zbyt częstego przebywania razem.
            - Prawe jądro, huh? To poważna sprawa. Lewe to jeszcze spoko, ale wiesz. Prawe to już coś - powiedziałam, próbując się uśmiechnąć, lecz jedynie uniosłam kącik ust i to też nieznacznie.
            - Przestań. Powiedz co się dzieje. Chodzi o Bradly'eja? Dlatego omijasz? Jesteś taka od konkursu, coś ci zrobił, prawda?
            - Nic mi nie zrobił - warknęłam ostro i dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie wyszło dosyć przekonywująco. - Luke, naprawdę. Konkurs pokazał mi, że nie mam zielonego pojęcia co chcę robić w przyszłości, a Boże, za kilka miesięcy kończę szkołę. Powinnam wiedzieć takie rzeczy, prawda? To po prostu...
            - Nie przekonywujące, Lynn. To mnie po prostu nie przekonuje. Cath przymknęła oko na to kłamstwo, ale Lynn... pamiętam cię jak byłaś szczęśliwa. Pamiętam uśmiechniętą, szaloną dziewczynę i cholera, strasznie za nią tęsknię - powiedział przyciągając mnie do siebie tak, że musiałam usiąść i ujął swoje dłonie w moje. - Nie chcesz, nie musisz mówić o kogo chodzi, ale obiecaj mi jedną rzecz.
            - Wszystko. Obiecuję wszystko - szepnęłam boleśnie świadoma tego, jak bardzo w tamtej chwili kłamałam.
            - Obiecaj mi, że porozmawiasz z nim. Kimkolwiek jest, obiecaj że to wyjaśnisz, bo widzę, że nie umiesz zapomnieć. Lynn, kocham cię i nie mogę patrzeć na to, jak cierpisz. Nie mówię, że masz mu powiedzieć, co czujesz i cholera, chyba nawet ja nie chcę o tym wiedzieć, bo dobrze wiesz, że chciałbym, abyś czuła to do mnie, ale chociaż spróbuj, albo skończysz jak ja i uwierz mi, to jest naprawdę do dupy.
            - Nie powinieneś mnie tak kochać, Luke...
            - Wiem. A ty wiesz, że nie powinnaś kochać jego. Więc oboje jesteśmy cholernymi masochistami. Ale ja się z tym pogodziłem, a ty musisz coś zrobić, bo zwariujesz.
            - Luke...
            - Obiecaj, że chociaż spróbujesz.
            Spojrzałam w jego oczy, biorąc głęboki oddech, za wszelką cenę próbując się nie rozpłakać.
            Dobrze wiesz, że nie chcesz tego robić.
            Dobrze wiesz, że muszę to zrobić.
            Nie potrzebujesz więcej bólu.
            Może pozwoli bólowi odejść.
            Jak? Mówiąc, że nie jesteś dość dobra?
            Uważasz, że nie jestem dość dobra?
            Jesteś zbyt dobra dla niego, skoro tego nie zauważa.
            Jest moim nauczycielem, nie powinien tego zauważać.
            Chcesz, aby to zauważał.
            Dobry Boże, to jedyne czego pragnę.

            - Obiecuję.

Seventeen

Teraźniejszość

            Spojrzałam przez okno, przyglądając się zachodzącemu słońcu. Westchnęłam próbując nie mrużyć oczu, ponieważ jego głęboko pomarańczowy kolor był piękny. Uwielbiałam go oraz to, jak moja skóra wyglądała w tym blasku. Lubiłam nawet plamki, które widziałam przed oczami po tym, jak za długo się w nie wpatrywałam. Ciepło, które otaczało moją skórę potrafiło wywołać uśmiech nawet w najgorszy dzień, a im dłużej na nie patrzyłam, tym większa wydawała się jego łuna. Kochałam zachody słońca.
            Próbowałam oczyścić głowę i poddać się temu ciepłu, które próbowało zanieść mnie jak najdalej z tamtego miejsca, lecz świadomość nieubłagalnego tempa czasu wciąż wisiała nad moją głową. Zostały mi dwa dni do końca urlopu "zdrowotnego", a ja nie miałam zielonego pojęcia co dalej. Max nie mówił nic o powrocie do domu, lecz wiedziałam iż musiał o tym myśleć. Nie pytał też o to, dlaczego siedziałam w domu, lecz z pewnością podejrzewał iż wzięłam wolne. I z pewnością był tak samo boleśnie świadomy tego, że to nie może trwać wiecznie. Musieliśmy podjąć decyzję, w którym kierunku to ma się dalej potoczyć. Ja musiałam podjąć decyzję w którym kierunku to ma się dalej potoczyć.
            Musicie coś wiedzieć - nienawidziłam podejmowania decyzji. Często zrzucałam to na barki innych osób, ponieważ tak było łatwiej. Jeśli były dwie opcje, które mnie satyskacjonowały - było mi obojętne, która z nich zostanie wybrana. Jeśli dwie były złe - tak czy siak byłam skazana na porażkę. Nie znosiłam podejmowania trudnych decyzji, ponieważ w 90% podejmowałam te najgorsze, które można było wybrać. Złych facetów, złe drogi do rozwiązywania problemów, złe metody działania. To zabawne, biorąc pod uwagę jak dobrą miałam orientację w terenie oraz z jaką łatwością podsuwałam odpowiednie rozwiązania problemów znajomych, lecz gubiłam się w swoich własnych. Chyba powinnam była iść z tym do psychologa, lecz odpowiedni moment na to już dawno minął. Musiałam się pogodzić z tym, jak było.
            Słońce chyliło się coraz bliżej horyzontowi i zmieniało barwę na niemalże krwistą. Zawsze powtarzałam sobie, że to dlatego iż cierpi, spalając się z miłości, ponieważ zbyt bardzo kochało księżyc, aby móc przyćmić jego blask. Byłam romantyczką. Cholernie niepoprawną romantyczką. W swoim miasteczku wyjeżdżałam rowerem daleko od domu, dojeżdżając do terenów niezabudowaych i siadałam na pagórku, przygądając się tej smutno-słodkiej scenie i widziałam w tym przykład pięknej, szczerej i prawdziwej miłości. Przykład wyrzeczenia się samego siebie w imię miłości. Słońce spalało się co wieczór, krwawiąc z bólu, aby dać szansę się pokazać księżycowi, nawet jeśli swoim własnym kosztem. Robiłam tak odkąd miałam kilkanaście lat i zawsze chciałam się zakochać w taki sposób. Poczuć do kogoś tak silne uczucie, aby móc poświęcić siebie dla szczęścia tej drugiej osoby.
            Spojrzałam przez ramię na drzwi łazienki, w której był Max i na moich wargach pojawił się subtelny uśmiech. Objęłam się ramionami opierając o ścianę, tuż przy oknie i zamknęłam powieki, próbując skupić się na tym przyjemnym uczuciu. Wciąż czułam ciepłe promienie słońca na swoim policzku, choć to zaszło już chwilę wcześniej i wiedziałam, że nie chodziło o tę świetlistą gwiazdę, lecz o moje własne słońce. Oblizałam wargi, biorąc głęboki oddech, przypominając sobie słowa, które zmieniły wszystko.
            Zniszczy mu to życie, wiesz o tym. Musisz zniknąć.
            I zrobiłam to. Kochałam tak mocno, że postanowiłam zniknąć, aby nie narazić jedynego męczyzny, którego byłam w stanie pokochać w tak silny sposób. Stałam się słoncem i postanowiłam chronić mój księżyc, zanim zdążyłby się rozpaść i zniknąć, tak jak księżyc zanika każdego ranka, aby dać żyć swojemu słońcu. Nie chciałam, aby znikał z mojego powodu. Nie miałam prawa zabierać mu szczęścia, ponieważ wtedy byłabym cholerną egoistką. Zostając zniszczyłabym mu karierę, odebrałabym źródło utrzymania i prawdopodobnie zrujnowała życie społeczne. Musiałby znosić nieprzyjemności tylko dlatego, że ja popełniłam błąd.
            Usłyszałam dźwięk wibrującego na stole telefonu i zmarszczyłam brwi. Naprawdę nie chciałam rozmawiać z Andreasem. Praca była ostatnią rzeczą, którą chciałam sobie zaprzątać głowę, a kto inny mógłby dzwonić? Tylko osoby z pracy miały mój numer telefonu, w końcu prowadziłam naprawdę ubogie życie towarzyskie, jeśli w ogóle jakiekolwiek prowadziłam. A nawet jeśli to nie był Andreas, to nie chciałam rozmawiać z Lils, czy po raz kolejny odtrącać Marco. Chociaż po tamtym wieczorze w restauracji nie byłam pewna, czy jeszcze kiedykolwiek próbowałby jeszcze się ze mną umówić. Henry też nie był najbardziej upragnioną osobą.
            Postanowiłam ignorować telefon, lecz ten nie przestawał dzwonić. Jęknęłam cicho i podeszłam do stołu, ujmując go w dłoń. Spojrzałam na wyświetlacz, mrużąc powieki. Numer prytwatny. Pewnie jakaś pomyłka, w końcu kto mógłby dzwonić z numeru prywatnego? Mimo wszystko poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku i zacisnęłam mocniej palce na telefonie, świadoma tego, jak bardzo oddech mi przyspieszył. Był to zły znak.
            - Słucham? - spytałam przełamując się, aby nacisnąć zieloną słuchawkę.
            Przez dłuższy czas nikt nie odzywał się po drugiej stronie. Jedyne co słyszałam, to cichy oddech, który świadczył o tym, że wbrew pozorom (i moim prośbom) ktoś tam był. To zaczęło robić się naprawdę chore i zdecydowanie nie komfortowe. Od razu stanęło mi przed oczami wiele scen z różnych horrorów, w których takie telefony zwiastowały jedynie kłopoty.
            - Słucham? - powtórzyłam pytanie.
            Nieodebrane połączenie. Może umrę cicho oddychając? Atak serca czy coś w tym stylu.
            - Jak możesz patrzeć spokojnie w lustro? - usłyszałam spokojny, wręcz chłodny głos po drugiej stronie telefonu i poczułam zimne dreszcze przechodzące po moich plecach.
            Głos był kobiecy, lecz ciężko mi było przypomnieć sobie, czy skądś go znam. Wydawało mi się, że brzmiał znajomo, lecz nie byłam pewna w którym momencie mojego życia zdarzyło mi się z nią rozmawiać, ani kim była owa ona. Rozchyliłam wargi, czując mocniejszy ucisk w żołądku i złapałam się parapetu, ponieważ kolana zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa.
            - Przepraszam? - próbowałam powiedzieć to spokojnie, mając nadzieję, że to jakaś pomyłka, lecz jakiś głosik w podświadomości podpowiadał mi, że to nawine myślenie.
            - Wiem co zrobiłaś. I on też to wie - mimo iż każde słowo wypowiadała cicho, miałam wrażenie że krzyczy wprost do mojego ucha, co z pewnością byłoby o wiele mniej przerażające. Wszystko co mówiła, było wręcz przesiąknięte jadem, a mnie zalała fala mdłości. - Przegrałaś tę grę, jeszcze zanim się zaczęła. Dama pik została rzucona.
            A później usłyszałam jedynie urywany dźwięk zakończonego połączenia.
            Jeśli pierwsza część mnie przestraszyła, to ostatnie słowa przeraziły mnie na śmierć. Rzuciłam się z miejsca i wpadłam do kuchni, opróżniając zawartość żołądka do kosza na śmierci. Raz. Drugi. Trzeci. Szybko przestałam mieć czym wymiotować, a mimo to moim ciałem wciąż targały torsje, wyciągając ze mnie tyle żółci, ile tylko dały radę. Zanim się zorientowałam, skończyłam na kolanach, obejmując kosz tak, jakby to była moja ostatnia deska ratunku.
            Usłyszałam otwierające się drzwi od łazienki i przeknęłam w duchu. Teraz? Serio, teraz?! Jęknęłam, czując jak znowu moim ciałem zaczęły targać dreszcze. Szybko usłyszałam jak się zerwał z miejsca i niemalże zapłakałam. Widocznie musiałam wydawać z siebie bardzo nieatrakcyjne dźwięki. Jego dłonie objęły mnie pewnie, a palce przesuwały się wzdłuż długości kręgosłupa, starając się mnie uspokoić. Słyszałam jak szeptał jakieś kojące słowa, a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ jego głos brzmiał przyjemnie, jednakże w głowie zbyt mocno mi huczało, abym mogła wyłapać cokolwiek konkretnego.
            Jakiś czas później wymiotownie chyba zbyt mocno mnie zmęczyło (szybko, prawda?), ponieważ osunęłam się w dół i gdyby nie refleks Maxa, wylądowałabym twarzą we własnych wymiocinach. Ble. Tylko tego byłoby mi potrzeba w tym wszystkim. Spojrzałam zamglonym wzrokiem na mężczyznę, który klęczał z moją głową na swoich kolanach, próbując się podnieść, lecz jedynie ramiona mi zadrżały, więc osunęłam się z powrotem na jego ciało.
            - Odpoczywaj, kochanie. Pewnie coś ci zaszkodziło - wyszeptał głaszcząc mnie po policzku, a ja zamknęłam powieki, chcąc się odsunąć, lecz ciało było zbyt zmęczone, aby współpracować z mózgiem.
            Nie wiedziałam w której chwili, ale musiałam być zbyt zmęczona tym wszystkim, choć nie wiem czy bardziej zasnęłam z wyczerpania, czy po prostu zemdlałam z natłoku sprzecznych emocji.
            Nie wypłukałam ust po wymiotach.


* * *

            Obudziłam się na kanapie i pierwsze co zrobiłam, to spojrzałam na zegarek. Było grubo po jedenastej, więc spałam kilka godzin. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nudne, białe kasetony, które zaczęły się przebarwiać w kilku miejscach. Każdy z nich był nieznacznie prążkowany, a przez to, że każdy z nich był taki sam, poczułam się tym przytłoczona i mdłości znowu wróciły. Pewnie gdyby nie to, że nie miałam czym wymiotować, a ciało z pewnością miało dość tego piekielnego bólu towarzyszącemu buntowi organów wewnętrznych. A może to nie bunt, lecz próba ucieczki? Może zamiast krwi, w moich żyłach płynęła trucizna, a one po prostu chciały żyć. Może ja już nie żyłam, lecz po prostu egzystowałam. Z pewnością robiłam to przez dwa lata, lecz czy nadal tak było, gdy Max ponownie pojawił się w moim życiu? Nie byłam pewna, czy ktoś, kto umarł, mógł znowu od tak powrócić do życia.
            Na myśl o truciźnie przypomniałam sobie o słowach osoby odpowiedzialnej za tajemniczy telefon.
            Dama pik została rzucona.
            Poczułam jak wszystko we mnie zaczęło zamarzać. Panika wzbierała we mnie z każdą mijającą sekundą i wiedziałam, że musiałam odepchnąć od siebie to pełne jadu zdanie. Nie chciałam myśleć o nim ani chwili dłużej, ponieważ nie dałabym rady wtedy usiedzieć w jednym miejscu. Czułam, jak zacznało mi brakować powietrza, albo płuca zaczęły zamarzać. Może to po prostu zasługa trucizny, która zaczęła wsączać się w moje serce. Nie byłam pewna czynników, lecz wiedziałam, że to mnie zabija.
            - Eve? Eve... - usłyszałam spanikowany głos u swoich stóp i spróbowałam spokoić się na tyle, aby spojrzeć na drugi koniec kanapy.
            Max siedział z otwartą ksiażką oraz moimi nogami ułożonymi na swoich udach. Dopiero w kontraście z jego ciałem zobaczyłam, jak bardzo drżałam w tamtym czasie i to przestraszyło mnie jeszcze bardziej. To nie działało tylko na moją psychikę, lecz także miało swoje skutki w strefie fizycznej. Słyszałam, że Max coś do mnie mówi, lecz nie byłam w stanie go słuchać. Jedynie kojąca barwa jego głosu dawała radę przebić się przez barierę w mojej głowie i chyba tylko dzięki temu dałam radę się uspokoić i nie poddać całkowicie panice.
            - Eve, co się stało? - spytał i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że już nie leżałam na kanapie, lecz tkwiłam w jego ramionach , otulona niczym mała dziewczynka przez swojego starszego brata, bądź tatę. Przez bohatera dzieciństwa, który ma za zadanie wypędzanie potworów spod łóżka oraz szafy.
            Przed moimi oczami znowu pojawił się obraz jednej z wielu kart w talii. Czarna kobieta z ciemnym kielichem w dłoniach, a w rogu znak odwróconego serca z czymś, co przypomina wystającą z niego strzałę. Ból, nieszczęście i śmierć. Zbierająca największe żniwo, kobieta beznadziejna, bez skrupułów. Najgorsze oblicze kobiety, bezwzględne i żądne zemsty. Nigdy nie została królową, nigdy nie dostąpiła zaszczytu wzniosłego tytułu. Zawsze za królem, schowana w jego cieniu. Podstępna, ukrywająca truciznę w kielichu pełnym wina oraz kilkoma kroplami płynnej śmierci, tak doskonale ukrytymi.
            Dama pik.
            - Zły sen - zbyłam go starając się przywołać na twarz jak najbardziej naturalny uśmiech, lecz wiedziałam iż nie zdołam go oszukać.
            Może i nie widzieliśmy się przez dwa lata, lecz przez poprzedni rok poznaliśmy się lepiej niż ja i Cath przez lata wspólnej przyjaźni. Zupełnie tak, jakbyśmy znali się od zawsze, a w tamtym momencie po prostu się odnaleźliśmy. Nie, nie wierzę w przeznaczenie, czy coś takiego jak druga połówka. Żadne bajeczki dla małych dziewczynek o wspaniałym życiu i o tym, jak to kiedyś pojawi się książę na białym koniu, czy że ktoś jest komuś z góry przeznaczony. Nie wierzyłam w te brednie. Skoro Bóg dał nam wolną wolę, dlaczego odebrałby ją nam w sprawach miłości? Czy wolna wolna nie jest głównie wyzwolonym sercem?
            - Naprawdę nic mi nie jest - szepnęłam już spokojniej i wtuliłam się w mężczyznę, aby w jakiś sposób mu do udowodnić. - Cieszę się, że mnie odnalazłeś - dodałam cicho i uśmiechnęłam się, lecz chwilę później w mojej głowie pojawiła się inna myśl, równie nieproszona i sprawiająca ogromny ból.
            On też to wie.
            Jeśli ta kobieta chciała pogrzebać mnie żywcem pod gruzem mojej przeszłości i ciężarem złych decyzji, to wybrała odpowiednią drogę. Trucizna jej słów z przerażającą prędkością rozlewała się po moim ciele, otulając serce i zaciskając je coraz mocniej, próbując je zdusić swoją toksyną.
            - Muszę iść pod prysznic - powiedziałam i chciałam go pocałować, lecz w porę sobie przypomniałam, że nie myłam zębów po bliskim spotkaniu z koszem na śmieci.
            - Nie zamykaj drzwi - odparł patrząc na mnie znacząco, lecz widząc moją minę, roześmiał się głośno. - Gdyby coś ci się stało, abym mógł wejść - dodał i przytulił mnie mocniej do swojego boku. - A teraz leć, zanim nie postanowię do ciebie dołączyć.
            - Nie wyobrażaj sobie za dużo - odparłam z delikatnym uśmiechem i podniosłam się, zmierzwiając jego włosy. - Nie jesteś aż tak fantastyczny, jak uważasz.
            - Zabolało! - zawołał za mną, gdy wchodziłam do łazienki, a mimo to usłyszałam rozbawienie w jego głosie, co pozwoliło mi się nieco rozluźnić.


* * *

            Nie byłam w stanie wziąć prysznicu, nogi wciąż były słabe, choć nie miałam zielonego pojęcia dlaczego. Zamiast tego leżałam w wannie pełnej wody i piany unoszącej się dookoła mnie, co było niebezpieczne biorąc pod uwagę, że zostałam sama ze swoimi myślami. To zdecydowanie nie było dobre połączenie, tym bardziej, że słowa tajemniczej rozmówczyni wciąż błąkały się po mojej głowie, strając się poskładać kawałki układanki w jedną całość. Musiało być w tym coś więcej. Doskonale wiedziałam co oznaczała uwaga rzucona o damie pik. Wiedziałam o kim to powiedziałam i nagle mnie olśniło komu to powiedziałam. Nie powiedziałam tego tylko Cath, wiedziałą o tym jeszcze jedna osoba. Jeszcze jedna kobieta.
            Dama pik w kierkach była najwyżej punktowaną kartą. Była warta połowę stawki. Dostanie jej byłoby więc cudowne, gdyby nie to, że zasady mówią iż wygrywa ten, kto zbierze jak najmniej punktów. Tak więc dama pik pociągała na dno tego, kto musiał ją wziąć ze stołu. Gdy ktoś rzucił damę pik, każdy robił się nerwowy, błagając aby inny gracz miał wyższą kartę i mógł go przebić. Aby musiał go przebić. Wzięcie tej karty opłacało się jedynie wtedy, gdy zebrało się wszystkie kierki. Jedną damę mogło okiełznać tylko trzynaście innych kart. Trzynaście niewinnych serc musiało przyjść na siebie truciznę mściwej damy, aby gracz nie był stratny. Oczywiście każdy wie, jak wielkie jest takie prawdopodobieństwo. Zawistna kobieta, dążąca po trupach do celu, gotowa pociągnąć każdego na dno, kto stanie na jej drodze. Podstępna, mściwa i bezwzględna, nie bojąca się ryzyka. Jak Lady Makbet, nieubłaganie dążąca do autodestrukcji, choć sama nieświadoma swojego obłędu.
            Oblizałam wargi, biorąc głęboki oddech, dokładnie mając w pamięci chwilę, gdy powiedziałam Cath o moim skojarzniu z tą kartą podczas jednego z tych nudnych wieczorów, kiedy Max sprawdzał testy mojej klasy, a wszystkie ambitne (ciekawe) filmy zostały obejrzane i grałyśmy w kierki. Skojarzenie to utkwiło mi w głowie tak głęboko, że podczas następnej kłótni powiedziałam jej to. Pamiętałam każde słowo, które wtedy padło z moich ust.
            Kiedy myślę o tobie, w głowie mam tylko jedną myśl. Jedną cholerną myśl, która napawa mnie obrzydzeniem, ponieważ nic nie może kojarzyć się dobrze z taką żmiją jak ty. Jesteś toksyczna, trująca i pociągasz za sobą ludzi, którzy stoją między tobą, a twoim celem, ale to nie jest cholerna gra. Chcesz zdjąć każdego, kto może ci zagrażać i robisz to tak, aby nie zobaczył tego on. Wiem doskonale co robisz i nie myśl, że pozwolę ci go zniszczyć. Jesteś nikim. Jak Lady Makbet doprowadzisz go do zguby, gdy tylko będziesz miała okazję, więc jej nie dostaniesz, rozumiesz to? Zatruwasz coś, co powinno być słodkie i masz nadzieję obserwować jak twoja trucizna rozchodzi się miedzy ludźmi. Grałaś kiedyś w kierki? Kiedy przyjechałaś do Daly City dama pik została rzucona.
            Przyjrzałam się wtedy jej twarzy, próbując zachować spokój, lecz patrzenie w jej dwulicowe, podłe oczy sprawiały, że jednocześnie mdliło mnie oraz przepełniała mnie ochota rozszarpania jej gardła. Nienawidziłam każdej części tego jej przegniłego ciała i sposobu, w jaki doprowadzała mnie do paranoi. Chciałam aby zniknęła. Dama pik miała prawo pokazać się tylko raz w całym rozdaniu, a później zniknąć, a ja nie zamierzałam dać pociągnąć się na dno.
            Widocznie ktoś się pomylił. W tej tali znalazły się dwie damy pik.
            Chłodny uśmiech na jej wargach przyspieszył moje bicie serca, a ona widocznie była dumna z tego, co powiedziała. Nie byłam taka jak ona, choćby powtarzała to milion razy. Kłamstwo powtórzone sto razy wcale nie staje się prawdą. Nie wiedziałam kto to kiedyś powiedział, ale nie miał na ten temat zielonego pojęcia.
            Natomiast ja wiedziałam, kto zadzwonił tego wieczora i ta myśl zmroziła moje serce. Nie miałam pojęcia jakim cudem dostała ten numer i jak znalazła sposób, aby znowu wsączyć się między nas, niczym trujący gaz, którego nie można dostrzec, lecz jego skutki po czasie stają się nieubłagalnie odczuwalne. Ten gaz nosił najbardziej znienawidzone przeze mnie imię.

            Leah.

Sixteen

Teraźniejszość

            Nie wiedziałam, w którym momencie zasnęłam. Wieczorem włączyliśmy jakiś film, a następnie obudziłam się z głową na jego kolanach. Nie powiem, było to naprawdę miłe uczucie, czuć ciężkość jego dłoni, która zastygła w pół ruchu w moich włosach. Nie wiele ze sobą rozmawialiśmy, niewiele robiliśmy, po prostu siedzieliśmy obok siebie, podjadając popcorn, albo od czasu do czasu rzucając nim w siebie nawzajem. Co jakiś czas padał komentarz a propos któregoś z aktorów, aby zrobić drugiej osobie na złość, ale to sprawiało mi przyjemność. Naprawdę mi go brakowało.
            W końcu zsunęłam się z kanapy i uśmiechnęłam promiennie, słysząc jego cichy pomruk. W ciągu ostatnich dni, jego szczęka pokryła się delikatnym zarostem i będąc tak blisko niego, musiałam przyznać, że dodawał mu atrakcyjności (jeśli w ogóle było to jeszcze możliwe). Przykryłam go cienkim kocem i weszłam do kuchni, aby zrobić śniadanie. Przygryzłam wargę i niemalże automatycznie wyciągnęłam składniki na naleśniki.
            Max uwielbiał naleśniki.
            Nucąc coś cicho pod nosem, rozpoczęłam swoje krzątanie się po kuchni. Spojrzałam na kalendarz i westchnęłam cicho. Urlop zdecydowanie zmierzał do końca, a to mi się nie podobało. Poza tym nie byłam pewna, na jak długo przyjechał Max, a nie chciałam spędzić ostatnich dni w pracy, zanim wyjedzie. Wcale nie chciałam aby wyjeżdżał i nie wiedziałam co zrobić z tą wiadomością. Miałam tu pracę, względnie ułożone życie.
            Zanim przyjechał, nie miałaś żadnego życia.
            Racja.
            Ataki ustały.
            Poza tym nawet jeśli bym się zwolniła i wróciła z nim do domu, pozostawała jeszcze jedna sprawa. Wszyscy, których zraniłam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić spotkania z Cath, spotkania z rodzicami, spotkania z Luke'iem. Przerażała mnie wizja tego, poczucie winy przytłaczało mnie, a wspomnienia z tym związane, wypalały we mnie dziurę. Natomiast jeśli w mieście nadal była Leah, chętnie zamieniłabym z nią słowo. Albo i nie. No bo co miałabym jej powiedzieć? To nie była jej wina, że wyjechałam. Teoretycznie. Wykorzystała zaistniałą sytuację. Gdyby tego nie zrobiła, nie pomyślałabym o ucieczce.
            Okey, to była jej wina.
            Przełknęłam ślinę, spoglądając na wyrobione na naleśniki ciasto, a następnie w stronę śpiącego na kanapie mężczyzny. Jego telefon leżał obok i na myśl o tym, co chciałam zrobić, poczułam w oczach łzy. Ostawiłam ciasto, w końcu i tak musiałam to zrobić na chwilę, aby zgęstniało i podeszłam cicho. Przyjrzałam się jego twarzy, aby być pewną, że śpi i wzięłam jego telefon, po czym najciszej jak potrafiłam, weszłam do swojej sypialni, siadając na parapecie. Szybko złamałam hasło jego telefonu i na myśl o tym, serce zabiło mi szybciej. Data kiedy pierwszy raz powiedział, że mnie kocha. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie jego słowa.
            A teraz słuchaj uważnie, panno Catharsis, ponieważ mówię, że cię kocham.
            Tekst typowo zerżnięty z Trylogii Moorehawke, ale pewnie dlatego był taki uroczy. Uwielbiałam Christofera i Wynter, od samego początku wiedziałam, że będą razem. Oboje byli pyskaci, ale razem byli wręcz rozkoszni. Nie mogłam odeprzeć wrażenia, że tak samo było ze mną i Maxem. Odkąd po raz pierwszy przeczytałam tę trylogię, cały czas wyobrażałam sobie nas na ich miejscu. Uwielbiałabym życie w zamku, wiedziałam o tym.
            Otrząsnęłam się ze wspomnień i weszłam w jego kontakty. W każdej chwili mógł się obudzić, a nie byłam pewna, jak szybko znowu zbiorę się na odwagę, aby zrobić to, co wtedy zamierzałam. Przygryzłam mocno wargę, zatrzymując się nad szukaną nazwą i wodziłam palcem w powietrzu nad przyciskiem zielonej słuchawki. Co zamierzałam jej powiedzieć? Czy było cokolwiek, co mogłam powiedzieć, co by jej ulżyło, zmniejszyło ból, a nie go wzmocniło? To wszystko było bez sensu. Choć nie byłam też przekonana, czy brak wiadomości również jest dobry. W końcu przeżyli tak dwa lata. Lecz byłam pewna, że o wyjeździe Maxa za mną, wiedzieli wszyscy. Skoro wszyscy się martwili, to mieli także nadzieję. On im dał nadzieję. Cholera jasna.
            Wybrałam numer i przyłożyłam telefon do ucha, czując jak serce zaczynało mi bić coraz szybciej i szybciej. To był zły pomysł, bardzo zły pomysł. Już miałam się rozłączyć, gdy sygnał oczekiwania został przerwany, a po drugiej stronie usłyszałam rozbudzony głos.
            - Tak, słucham? - Opanowany głos, tak bardzo znajomy głos zadziałał na mnie, jak kopnięcie w żołądek. Nie słyszałam jej głosu przez dwa lata. Dwa, długie lata, a w tamtej chwili wszystko wróciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bez problemy wyobraziłam sobie, jak marszczy delikatnie brwi, oczekując odpowiedzi, oraz nieznacznie zaciska wargi. Nieświadomie nauczyłam się od niej tego ruchu.
            Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Całkowicie mnie zamurowało. Usłyszałam po drugiej stronie szum, z pewnością sprawdziła numer dzwoniącego, ponieważ chwilę później rozbrzmiało:
            - Maximilianie, coś się stało?
            Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przez okno, starając się odgonić łzy. Przestań. Przestań. Przestań. Byłaś na tyle dużą, głupią dziewczyną, aby stworzyć ten cały burdel, to teraz trzeba zbierać tego owoce. Jednakże jedyne co potrafiłam, to poruszać ustami, niczym ryba bez wody, ponieważ głos utknął gdzieś głęboko i ani myślał o opuszczeniu mojego ciała. Wściekłe łzy zaczęły spływać mi po policzkach, a ciało weszło w nieznaczne spazmy.
            - Maximilianie, jesteś...
            - Jestem, mamo - szepnęłam cicho, po czym wypuściłam z siebie zrozpaczone westchnienie.
            - Veronica... - Chwilę później słychać było dźwięk uderzanego telefonu o podłogę.
            Lepiej telefon, niż mama. Co ja sobie, do cholery, myślałam? Że zadzwonię i co? To cokolwiek zmieni? Boże, powinnam była siedzieć cicho, nie mącić ich spokoju. Z pewnością sobie ułożyli życie, po moim wyjeździe. Tak samo, jak w końcu doszli do siebie, po tym jak zabrakło w domu Tess. Nie miałam prawa tego burzyć, ani prosić o wybaczenie. Z resztą czy naprawdę chciałam to zrobić? Chciałam prosić o wybaczenie? Nie miałam zielonego pojęcia dlaczego zadzwoniłam do mamy.
            Znowu słychać było jakiś hałas, mama z pewnością sięgnęła po telefon. Wyobraziłam sobie, jak przygląda się wyświetlanej nazwie dzwoniącego, z szokiem wymalowanym na twarzy. Wyglądała wtedy tak młodo, czasem nawet młodziej ode mnie. Wargi rozchylone, a brwi cały czas się mrużyły i rozprostowywały.
            - Veronica... - powtórzyła trochę głośniej, jakby się bała, że gdy powie normalnie moje imię, to okaże się to paskudnym snem.
            - Jestem tu, mamo - powiedziałam łamiącym się głosem. Jak mogłam doprowadzić mamę do takiego stanu? Słyszałam w tle jej drżący oddech i w głowie stanęły mi jej załzawione oczy. - Jestem...
            - Boże, tak bardzo się o ciebie martwiliśmy...
            - Przepraszam, mamo - powiedziałam próbując zebrać się w całość, lecz prawda była taka, że nie potrafiłam. Zaczęłam płakać, a każda próba wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa, kończyła się kolejną falą płaczu. Tak, jakbym przez te dwa lata nie wypłakała się wystarczająco. - Tak bardzo was przepraszam...
            - Shhh...
            Przez jakiś czas, po prostu płakałyśmy. Obie. Słyszałam, jak mama pociągała nosem, choć starała się to robić jak najciszej, od czasu do czasu mówiąc jakieś kojące słowa, aby mnie uspokoić, lecz prawda była taka, że nie było słów. Nie było słów, które potrafiłyby umniejszyć jej ból, po stracie dziecka. Drugiego dziecka. Ani które potrafiłyby wygłuszyć moje wyrzuty sumienia, czy ciężar noszenia tego tylko na swoich barkach. Nie było słów, były łzy, które z każdą chwilą, oczyszczały nas, nawet jeśli to miało pomóc tylko na chwilę.
            - Powiedz, co u ciebie, skarbie. Ułożyłaś sobie życie w... Boże, gdzie ty jesteś? - zacisnęłam powieki, gdy w ostatnich słowach znowu usłyszałam jej żal i rozpacz.
            Dopiero wtedy dotarło do mnie, co zafundowałam mojej mamie, tacie. Rodzicom. Nie mieli zielonego pojęcia, gdzie byłam. Nie wiedzieli, czy wciąż żyję, czy nic mi nie jest. W pewnym sensie byłam pewna, że to było gorsze niż sprawa Teresy. W jej przypadku, przynajmniej wiedzieli co się stało. W moim nie wiedzieli niczego. Ani czy żyję, ani gdzie jestem. Gdybym umarła, nawet nie mieliby gdzie złożyć kwiatów. Nikt by nie wiedział.
            - W pewnym sensie. Mam pracę, mamo. Pracuję w nowojorskim wydawnictwie - starałam się zapanować nad drżeniem głosu, choć szczerze mówiąc, kiepsko mi to wychodziło. Oparłam czoło o kolana. Przynajmniej zgięty brzuch nie bolał, aż tak bardzo.
            - Nowy Jork?! - zawołała moja mama, a ja jęknęłam na tę myśl. Miałam nadzieję, że nie poczuła się urażona tym, jak daleko wyjechałam. W końcu nie chciałam uciekać od nich. W pewnym sensie.
            - Tak, mamo, jestem w Nowym Jorku - westchnęłam.
            - No dobrze, ale nie samymi pieniędzmi się żyje. Pytałam, czy ułożyłaś sobie życie.
            Westchnęłam cicho i oblizałam suche wargi. Żadne rozwiązanie nie wydawało się dobre. Prawda pokazałaby, że mój wyjazd niczego nie wniósł, a wszystko schrzanił. Kłamstwo mogłoby ją zranić. Ułożyłam sobie życie, mamo. Jestem zaręczona i mam fantastycznych przyjaciół. Powinnaś ich poznać! Świadczyłoby to o tym, że znalazłam sobie nową rodzinę, zastępując ją starą. Byłyby to dwie rzeczy, których nie potrafiłam zrobić. Okłamać mamy i jej zranić.
            - Nie wiem, mamo. Przeżyłam. A teraz jest Max i...
            - Dawno cię znalazł?
            - Wiedziałaś, że jedzie do mnie? - spytałam, nie wiadomo dlaczego tak bardzo zaskoczona. W końcu przecież sama to podejrzewałam.
            - Catherine wspomniała. Poza tym Maximilian też przyszedł pożyczyć GPS. Nauczycielom powinno się więcej płacić!
            Niemalże się roześmiałam i byłam pewna, że moja mama również. Rozmowa zaczęła przebiegać jak z czasów, zanim wyjechałam. Odkąd się dowiedziała, że spotykałam się z Maxem (po fazie niepewności) często mówiła, że płacą im zbyt mało. Nie byłam pewna, czy chodziło jej o to, że w przyszłości mieszkałabym z nim, czy o to, jak niewiele dostawał, w stosunku ile czasu pracy musiał poświęcić. Często siedział wieczorami, poprawiając testy, przez co czułam się jak duch. Oczywiście, nie mogłam być, gdy poprawiał moją klasę. Chociaż pozory moralności.
            - Wiem, mamo. To jest skandal! Przecie...
            - Kiedy wracasz, kochanie?
            Westchnęłam cicho, mocniej dociskając głowę do kolan. Mamo... nie wiedziałam jak to dokończyć. Rozmowa z nią przez telefon to jedno, ale spotkanie się z nią. Z tatą. Z Cath. Z Luke'iem. Ugh. To było chyba ponad moje siły. Lecz w końcu był jakiś powód, że zadzwoniłam. Dałam jej nadzieję. Cholera, dałam jej nadzieję. Dałam nam nadzieję. Cholera.
            - Niedługo przyjadę, mamo.
            - Ver...
            - Mamo, proszę. Porozmawiamy jak przyjadę - powiedziałam pocierając czołem o kolana i cicho westchnęłam. - Mamo?
            - Tak, kochanie?
            - Kocham cię - szepnęłam, biorąc głęboki oddech.
            - Ja ciebie też - odpowiedziała, jakby z ulgą, co wywołało delikatny uśmiech na moich ustach.
            - Pozdrów tatę.
            Z tymi słowami zakończyłam połączenie. Chciałam się zastanowić nad tym, co czułam, lecz tak naprawdę czułam się zagubiona. To chyba lepsze niż wieczne, przygniatające poczucie winy, jednakże wewnątrz mnie dwa uczucia toczyły między sobą wojnę. Ulga i poczucie winy nowej generacji. Dałam mamie nadzieję i naprawdę, nie chciałam jej jej odbierać. Wystarczająco dużo wycierpiała z mojej winy. Koniec z bólem, musiałam o to zadbać.
            Jeszcze przez jakiś czas nie potrafiłam opuścić parapetu. Uspokojenie się i doprowadzenie do stanu możliwego do zaakceptowania zajęło dobrych kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu minut. Ciasto na naleśniki powinno być już idealne. Wyszłam z pokoju i zmarszczyłam brwi, widząc, a raczej nie widząc Maxa na kanapie. Westchnęłam i poszłam za źródłem jakichkolwiek dźwięków do kuchni. Oparłam się o próg, przyglądając się jego działaniom i nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który zaczął kwitnąć na moich wargach.         
            - Hej - szepnęłam, przyglądając się z czułością jego profilowi. - Dawno się obudziłeś?
            Gdy jego głowa powędrowała w moją stronę, niemalże podskoczyłam z radości. Wyglądał idealnie. On był idealny. Wilgotne włosy nieznacznie kręciły się na czole, a reszta pozostawała zmierzwiona w artystycznym nieładzie. Nie miał na sobie koszuli, a spodnie wisiały na jego biodrach. Dobry Boże, za taki widok można by dać się...
            - Jakiś czas temu, choć obudzenie się bez dziewczyny, z którą się zasypiało, trochę mnie zaskoczyło. No wiesz, mi się nie wymykają - odparł, dodając do tego swój najbardziej uwodzicielski uśmiech i jęknęłam rzucając w niego ścierką, którą miałam pod ręką. - Ałć. A tak serio to słyszałem, że rozmawiasz, więc nie chciałem przeszkadzać. Oddasz mi telefon, skarbie?
            - Nie wiem czy zasłużyłeś, jeszcze nie sprawdziłam, czy nie dzwoniłeś do jakiś dziewczyn, gdy ja ufnie spałam na twoich kolanach - wymruczałam z miną wyrażającą zauważalną podejrzliwość. Max zdecydowanie nie był dobrym chłopcem. Nigdy.
            - O, to przy okazji powiedz Lizzy, że dziś wieczorem jest aktualne i żeby założyła coś specjalnego - rzucił, przewracając naleśnika na drugą stronę. - Och, ta dziewczyna jest wspaniała - widząc moją minę, roześmiał się znacznie i potrząsnął głową. - Nie martw się, wrócę na kolację, ona pracuje na rogu.
            - Na rogu pracuje Rick, gratuluję gustu - powiedziałam spod przymrużonych powiek, po czym oboje się roześmialiśmy.
            Podeszłam bliżej i wtuliłam się w jego bok, jednocześnie zarabiając buziaka w czubek głowy. Oparłam policzek na jego torsie, przymykając powieki. Jednak czułam się oczyszczona, w pewnym sensie. Jakby ten ogromny ciężar, który nosiłam w sercu zaczął się kruszyć i powoli rozpadać. Powoli, ale jednak. Wzięłam głęboki oddech, wdychając zapach ciała młodego mężczyzny, co wywołało jeszcze szerszy, głupkowaty uśmiech. Pachniał świeżymi, czekoladowymi ciasteczkami, świeżym, morskim wiatrem oraz po prostu sobą. Tak dobrze znany zapach.
            - Mam nadzieję, że ta rozmowa ci pomogła, skarbie - szepnął z ustami wciąż przy mojej skórze, przez co jego oddech przyjemnie ją połechtał.
            - Tak mi się wydaje, dziękuję - odpowiedziałam równie cicho i wspięłam się na palce, całując go miękko i jednocześnie delikatnie.
            Poczułam jak jego ręka owija się wokół mojej tali i przyciska mocniej do siebie. Zaśmiałam się, czując rozpierające mnie szczęście. Nie wiedziałam jak zasłużyłam na tego mężczyznę, ale wiedziałam, że był najlepszą rzeczą, która mnie w życiu spotkała. Wspięłam się na palce, przedłużając pocałunek, lecz po chwili się odsunęłam, patrząc z wyrzutem na naleśnik.
            - Pilnuj ich, bo się spalą - rzuciłam, niechętnie wysuwając się z jego objęć, a on widząc to, wybuchł donośnym śmiechem.
            Wyciągnęłam z szafki talerze i sztućce, po czym nakryłam na podłodze. Stół był niczemu winny, lecz stał w złym miejscu i o złej porze, gdy wpadłam w szał. A później Max musiał wynosić jego szczątki na śmietnik w zamian za kawę. Cóż, Cath zawsze powtarzała, że jestem wybuchowa i najwidoczniej miała rację.
            Cath.
            Do niej też wypadałoby zadzwonić, lecz nie teraz. Nie byłam gotowa, tym bardziej, że rozmowa z nią byłaby o wiele głośniejsza niż z mamą. Co do tego również nie miałam żadnych wątpliwości. Piski, krzyki, pytania. Nie wiedziałam czy lepiej załatwić to przez telefon, czy twarzą w twarz. Obie wersje wydawały się beznadziejne, a jednak nie wybranie żadnej, było jeszcze gorsze. Ale prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czy powinnam wracać do Daly City. Co by mnie tam czekało? Powrót do dawnego życia, lecz rany i bariery, które powstały w czasie mojego pobytu w Nowym Jorku... nie wiedziałam czy da się to przeskoczyć.
            - Tu Ziemia - zawołał Max przy moim uchu i zaśmiałam się pod wpływem tego zwykłego gestu.
            Wzięłam naleśnik na talerz i nałożyłam na niego gęstej, bitej śmietany oraz jagód. To było pyszne! Zawinęłam go i wsunęłam sobie do ust, po czym zamruczałam pod wpływem smaku. Ostatni raz jadłam to w domu. To było ostatnie śniadanie, które zjedliśmy razem z Maxem, w dniu wypadku. Przygryzłam dolną wargę, melancholijnie przyglądając się naleśnikowi. Delikatnie zadrżałam, starając się stłumić w sobie falę łez, która nadciągała jakby znikąd i zamrugałam.
            Zjedliśmy śniadanie, a później pojechaliśmy, aby spędzić resztę dnia na słońcu. Chcieliśmy zrobić piknik, popływać w jeziorze, poopalać się na kocu oraz poczytać książki w swoim towarzystwie. Odkąd mogliśmy pokazywać się publicznie, robiliśmy to niemalże notorycznie, a nawet dyrekcja, gdy widywała nas na mieście, mówiła że ładnie razem wyglądaliśmy. Wyglądacie na szczęśliwych, powtarzano nam raz po raz i jeśli mam być szczera, byliśmy niesamowicie szczęśliwi, ja byłam niesamowicie szczęśliwa. Miałam najwspanialszego mężczyznę pod słońcem i cóż, czego można chcieć więcej? W drodze nad jezioro zdarzył się wypadek, który zmienił wszystko.
            - Przestań - usłyszałam jego ciepły szept. Widocznie sam o tym samym myślał. Uśmiechnęłam się delikatnie i oparłam głowę na jego ramieniu.
            - Chciałabym wrócić do tamtego dnia. Chciałabym, aby następne dwa lata się nie wydarzyły - szepnęłam łamiącym się głosem i zacisnęłam powieki, nie mając pojęcia dlaczego to powiedziałam. To była moja wina i nie mogłam go nią obarczać.
            - Nie myśl o tym - powiedział i pochylił się, czule całując mój policzek.
            Widząc jego uśmiech oraz dołeczek, który pojawił się na policzkach mężczyzny, nie mogłam powstrzymać tego, który pojawiał się również na moich ustach. Gdy sięgnął ręką po miseczkę z bitą śmietaną, trzepnęłam jego dłoń, warcząc przy tym.
            - Nie rusz, moje - mruknęłam, próbując ukryć rozbawienie.
            - O mnie też byś tak walczyła? - spytał z zabójczo seksownym i dwuznacznym uśmieszkiem.
            Przypomniałam sobie wszystkie sprawy, wszystkie momenty i kłótnie z blond flądrą, która robiła wszystko aby wedrzeć się między mnie, a Maxa i poczułam jak żołądek sam się zaciska. Wiele paskudnych rzeczy, które usłyszałam, powiedziałam i zrobiłam, byle tylko utrzymać to, co miałam i chronić to nade wszystko. To ile rzeczy musiałam przemilczeć, walczyć z samą sobą, ani nie dać temu wiary. Ile rzeczy musiałam znosić tylko dlatego, że chciałam być szczęśliwa, że chciałam abyśmy oboje byli szczęśliwi.
            Spojrzałam na niego, usiłując przywołać swobodny uśmiech.
            - Nie, o ciebie bym nie walczyła - powiedziałam, czule przyglądając się jego rysom twarzy.

            - Tak też myślałem, femme fatale - wymruczał, z uśmiechem.