Thirteen

Teraźniejszość

            Po dwóch latach życia na granicy, pieniądze na moim koncie niemalże się mnożyły. Kupowałam nowe ubrania dopiero wtedy, kiedy poprzednie mi się podarły, albo stały się bezużyteczne z innych powodów. Nie miałam dla kogo się stroić, więc dlaczego miałam kupować ciągle nowe ubrania? Zaoszczędziłam też na kosmetykach. Na jedzeniu, jedząc byle co i też niewiele. Całość po tych kilkudziesięciu miesiącach dała sumę kilku tysięcy w zapasie. Dzięki temu mogłam iść na zakupy i nie przejmować się aż tak tym, że więcej kupić nie mogłam albo cokolwiek co wiąże się z tymi ograniczeniami finansowymi.
            I właśnie przez to stałam w przebieralni patrząc na swoje odbicie w lustrze, jednocześnie walcząc ze łzami, które zawitały do moich oczu. Widziałam starszą wersję siebie sprzed lat, zniszczoną i załamaną życiem. Zmęczoną ciągłą walką. A mimo to, stojąc tam mogłam dostrzec jakiś cień swojej dawnej osobowości. Cień radości, którą kiedyś byłam przepełniona. Malutki płomyk, albo tlący się wewnątrz mnie węgielek. Przygryzłam mocno dolną wargę, musząc się pozbierać, ponieważ to nie był ani czas, ani miejsce na rozczulanie się nad sobą. Stałam na granicy dwóch światów, które uparcie chciałam od siebie odgrodzić grubą linią, a ostatecznie właśnie znalazłam się na tej linii, chwiejąc się niemiłosiernie i nie byłam pewna, w którą stronę miałam polecieć.
            - Eve? Możesz wyjść do mnie? - Usłyszałam łagodny głos Maxa, poprzedzony cichym pukaniem do drzwi.
            - Uhum - mruknęłam cicho i wzięłam głęboki oddech, starając się uspokoić. Ostatni raz spojrzałam na swoje odbicie w lustrze, po czym pchnęłam drzwi, wychodząc do mężczyzny stojącego po drugiej stronie.
            Oparłam się o framugę i niemalże od razu nieznacznie się uśmiechnęłam widząc spojrzenie, jakim mnie obdarzył. Przesuwał nim od góry do dołu, powoli, jakby nie chciał przeoczyć nawet najmniejszej części. Dobrze znałam to spojrzenie i mimo upływu czasu, nie potrafiłam o nim zapomnieć. Nie potrafiłam zapomnieć o niczym, co wiązało się z tym mężczyzną. Gdy wyciągnął do mnie dłoń, delikatnie ją ujęłam, a ten okręcił mną dookoła. Biała sukienka wiązana na szyi, idealnie dopasowana do mojego ciała, a luźno rozszerzająca się od pasa, zakręciła się dookoła mnie, podnosząc się niemalże do połowy ud. Z mojej piersi wydobył się śmiech, co zaskoczyło mnie samą. Dawno tego nie robiłam, a mimo tego ten dźwięk nie wydawał się obcy. Nie przy nim. Gdy się zatrzymałam, sukienka wróciła na swoje miejsce, kończąc się trochę powyżej kolan.
            Dłoń Maxa zsunęła się po moim ramieniu, omijając nagie plecy, aż zatrzymała się na brzuchu. Widziałam jak przez jego twarz przeszedł wyraz bólu i musiałam odwrócić głowę, aby się nie rozpłakać. Od razu przypomniałam sobie, co zrobiłam, a w sumie co nam zrobiono. Przypomniałam sobie, co on o mnie uważa, co z pewnością nakłamano na mój temat po wyjeździe. Nie potrafiłam powiedzieć mu prawdy. Wiedziałam, że nadejdzie czas, gdy będę musiała, ale to nie był tamten czas. Gdyby się dowiedział... nie miałam pojęcia, co by zrobił. Mogłam wrócić, gdy tylko się dowiedziałam... a mimo tego, nie zrobiłam tego. Pozwoliłam mu żyć w świecie beze mnie. Nie było mnie przy nim, aby wyjaśniać przebłyski w pamięci.
            - Przebiorę się - powiedziałam nagle zachrypłym głosem i odwróciłam się, by wrócić do kabiny, gdy poczułam jego palce zaciskające się delikatnie na moim nadgarstku.
            - Eve... - szepnął cicho, niemalże błagalnie, a ja poczułam jak po moim ciele zaczęły rozchodzić się dreszcze.
            - Nic nie mów - odparłam i posłałam mu przez ramię wymuszony uśmiech, wchodząc do środka.
            Oparłam dłonie po obu stronach lustra, patrząc na swoje odbicie z widoczną w oczach desperacją i nienawiścią. Przesunęłam palcami po swoim płaskim brzuchu, zaciskając pięść obok lustra i musiałam się kontrolować, aby nie krzyczeć z frustracji. Gdy uciekłam, wierzyłam w to, że tak właśnie musiałam postąpić. Wierzyłam, że to jedyna szansa, aby pozwolić wszystkim żyć normalnie, abym była jedyną osobą, która musiała zapłacić za tamten błąd. Gdybym wtedy znała prawdę...
            Poruszyłam kilkakrotnie wargami rozchylając je, by po chwili zamknąć i tak kilka razy. Czułam, jak wszystko się sypało, jak ja się sypałam. Jak mogłam być tak naiwna i choć przez chwilę czuć się normalnie? Przez kilka cholernych sekund czuć się jak tamta dziewczyna, która niefortunnie zakochała się w swoim nauczycielu i jedynym jej zmartwieniem było to, czy nikt ich nie przyłapie? Teraz byliśmy starsi, z bagażem doświadczeń o wiele zbyt dużym jak na nasz wiek.
            - Boli? - Usłyszałam za sobą szept i uniosłam wzrok, patrząc na lustrzane odbicie jego oczu. Nawet nie usłyszałam otwierających się drzwi. Ponownie poruszyłam kilkakrotnie wargami, lecz nie miałam zielonego pojęcia, co mogłam mu powiedzieć. Mogłam go zacząć błagać o przebaczenie. Mogłam mu wtedy wszystko powiedzieć i mieć to z głowy. Mogłam pozwolić, aby działo się to, co chce.
            - Boli mnie wiele rzeczy - powiedziałam cicho, bojąc się, że gdybym podniosła głos nawet o ton, zdradziłby on o moim naprawdę kiepskim stanie psychicznym. - Zaraz wyjdę, chcę się przebrać - dodałam i uniosłam lekko kącik ust, patrząc znacząco na chłopaka, który zrozumiał i wyszedł z przebieralni, jednakże zdążyłam pochwycić jego pełne smutku i troski spojrzenie.
            Trochę czasu zajęło mi zebranie wszystkich ubrań i butów, które wybraliśmy. Po przebraniu się, znowu miałam na sobie znoszone, domowe ciuchy i już nie czułam się w nich dobrze. Tym bardziej nie w centrum handlowym. Po położeniu rzeczy na ladzie, sięgnęłam po portfel, lecz wtedy Max wyciągnął również swój.
            - Proszę bardzo - powiedział do ekspedientki, podając swoją.
            - O, nie! Proszę nie przyjmować jej, mogę zapłacić za siebie - pisnęłam i wyciągnęłam szybko swój portfel.
            - Proszę jej nie słuchać, napiła się jakiś ziółek - powiedział obejmując mnie od tyłu, drugą dłonią zasłaniając mi usta.
            Nadepnęłam na jego stopę, przez co zgiął się trochę, lecz mnie nie puścił. Dziewczyna, która stała za kasą miała z nas niezły ubaw i już po chwili oddała chłopakowi jego kartę. Gdy ją schował, złapał za torby z zakupami i ruszył do wyjścia, lecz ja zostałam na swoim miejscu, patrząc na niego tak, że gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno byłby martwy.
            - Potrzebujesz specjalnego zaproszenia, słonko? - spytał obdarzając mnie pełnym rozbawienia spojrzeniem, od którego zakręciło mi się w głowie. Był naprawdę czarujący i musiałam się niesamowicie kontrolować, aby nie poddać się temu tak, jak robiłam często lata wcześniej.
            - Oddaj to - powiedziałam mrużąc powieki i splotłam ramiona na piersi.
            - Bo inaczej nie pójdziesz?
            - Nie.
            - Sama tego chciałaś - powiedział roześmiany i podszedł do mnie, z łatwością przerzucając sobie przez ramię.
            - Ej, tak nie wolno! - pisnęłam zaczynając piszczeć i uderzać dłońmi o jego umięśnione plecy, choć wiedziałam, że tak naprawdę to na nic. Oczywiście, nie był to pierwszy raz, gdy znalazłam się w takiej pozycji.
            - Miłego dnia! - zawołał do ekspedientki, wychodząc ze sklepu obładowany zakupami oraz z przewieszoną przez ramię dziewczyną, czyli mną.
            Ludzie z pewnością nie byli przyzwyczajeni do takich widoków, ponieważ patrzyli na nas z początku zszokowani, po czym śmiali się razem z Maxem. Czułam się jak wieczna złośnica, która piszczała i wręcz żądała, aby postawił ją na podłodze. Jednakże wewnętrznie śmiałam się razem z nimi. To było takie... dziecięce. Przez chwilę, jedną, jedyną chwilę poczułam się tak, jakbym nigdy nie wyjechała do Nowego Jorku. Tak, jakby to wszystko się nie wydarzyło. Jakbyśmy ciągle byli razem. Niezmienieni.
            Chwile później torby z zakupami zaszczyciły tylne siedzenia, ja zaś zostałam posadzona na przednim miejscu dla pasażera. Niemalże od razu chłopak zaczął zapinać mi pasy, przez co poczułam się jak małe dziecko. No halo, miałam już dwadzieścia lat, a to naprawdę nie było takie trudne!
            - Dam radę - powiedziałam rozbawiona, próbując odepchnąć jego dłonie, lecz on zaczął robić to samo z moimi.
            - Wiem, ale lubię się tobą opiekować - odparł, zbyt zaaferowany zapinaniem moich pasów, by spojrzeć mi w oczy.
            Cały czas słyszałam w głowie te słowa, które rozbrzmiewały w kółko, w kółko i w kółko. Lubię się tobą opiekować. Z pewnością nie był świadomy tego, co właśnie powiedział. Zrobił to pod wpływem chwili, co było całkowicie nieprzemyślane i nie powinnam była przywiązywać do tego zbyt wielkiej wagi. Jednakże tak naprawdę to był moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby mogło być dobrze. Gdybyśmy jeszcze mogli wyjść na prostą. Szybko ucięłam tę myśl, przypominając sobie o przepaści kłamstw i bólu, która była między nami, po czym miękko zapadłam się w siedzenie.
            Wsunęłam dłonie pod swoje nogi, aby nie pokazać swoich drżących palców. Patrząc na mijane przez nas drzewa, moje myśli pobiegły do innego, podobnego motywu. Czas, który przepłynął nam między palcami, uciekając nieubłaganie. Zaczęłam się zastanawiać, co mogłam zrobić, aby zapobiec temu, co wydarzyło się kiedyś. Jak mogłam uchronić nas przez rozpadem, przed bólem i przed blond flądrą, która wbiła ostateczny gwóźdź między nas.
            - Nie myśl tyle. - Jego ciepły, spokojny głos momentalnie wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego zaskoczona, napotykając tym samym jego oczy. Poczułam jak momentalnie zadrżałam. Tak bardzo tęskniłam za ich widokiem. - Nie wiem o czym myślisz, ale to nie jest ważne. Nie zamartwiaj się. Wszystko się ułoży...
            - Nic nie wiesz - szepnęłam cicho i rozchyliłam wargi, czując ich drżenie.
            Niemalże od razu samochód zjechał na pobocze, a Max pogłaskał mnie po policzku. Czułość widoczna w jego oczach zabijała mnie z każdą chwilą. Dlaczego mi to robił? Nie widział jak bardzo chciałam wyjechać? No dobra, może nie chciałam, ale on musiał wyjechać! Z resztą i tak pewnie by to zrobił, gdyby dowiedział się całej prawdy. Może znienawidziłby ją bardziej niż mnie. Może znienawidziłby wszystkich, którzy się do tego przyczynili, lecz nie miałam złudzeń, że czułby do mnie jeszcze większą niechęć niż w tamtej chwili.
            - Wiem więcej, niż ci się wydaje - szepnął, przesuwając palcem po mojej dolnej wardze.
            Nie masz pojęcia, jak bardzo bym chciała aby tak było, przemknęło mi przez myśl. Odwróciłam głowę, ponownie patrząc przez okno, czując jak coś zaciskało się wewnątrz mnie. Tak samo jak zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku. Wtedy przeżyłam załamanie. Spojrzałam na swoje nadgarstki, na których widać było cienką pajęczynę blizn. Nie to, że się cięłam. To byłby zbyt duży komfort jak dla mnie. Skupienie się na innym bólu? Nie zasługiwałam na to. Tłukłam wiele rzeczy. Talerze, szklanki, szyby, kopiąc i rzucając odłamkami w ataku histerii. Często te odłamki raniły moje ciało. Dopiero po kilku miesiącach potrafiłam pozbyć się emocji na tyle, aby przestać to robić. Wtedy cały żal, ból i rozpacz zamieniła się w ataki, które wyrywały mnie ze snu. Zamiast zabijać się od zewnątrz, zaczęłam wyniszczać się od wewnątrz. Tak bardzo, że w tamtym momencie niewiele ze mnie pozostało.
            - Przebierz się - westchnął po chwili. Widocznie zobaczył moją zaskoczoną minę, ponieważ się roześmiał. Ten dźwięk przeszył mnie na wskroś. Był przyjemny, bardzo męski i całkowicie uwodzicielski. - Na kolację. Znaczy się, dla mnie możesz iść tak, lecz chyba ty nie czujesz się zbyt komfortowo... leć na tył.
            Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek, po czym przecisnęłam się między siedzeniami na tył. Oczywiście, mogłam wysiąść i kulturalnie przejść na tylne siedzenie, lecz tak było w jakimś filmie i wyglądało całkiem fajnie. Miałam nadzieję, że i mi tak wyszło, w końcu nie słyszałam żadnego "auć", co chyba by nastąpiło, gdybym kopnęła go w ramię, albo co gorsza - w głowę.
            Gdy już miałam ściągnąć koszulkę, zatrzymałam się, patrząc na chłopaka. Niekoniecznie wierzyłam w to, że nie spoglądał do tyłu i chwilę później moje przekonanie się potwierdziło, gdy nasze oczy spotkały się w lusterku wstecznym. Posłał mi jeden ze swoich oszałamiających uśmiechów, tych, w których się zakochałam, co wywołało rumieńce na moich policzkach. Nawet po latach działał na mnie tak samo i byłam niemalże pewna, że doskonale o tym wiedział.
            - Nie patrz - burknęłam, przybierając minę nadąsanego dziecka.
            - Oj weź, widziałem to już - odparł, a uśmiech na jego twarzy się poszerzył, widząc moją minę.
            Max wybuchł śmiechem, gdy koszulka, którą jeszcze kilka sekund wcześniej miałam na sobie, uderzyła z trzaskiem w jego ramię.


* * *

            - Pięknie wyglądasz. - Usłyszałam po raz kolejny tamtego wieczoru, a moje czerwone policzki z pewnością idealnie kontraktowały ze śnieżnobiałą sukienką.
            Fakt, sama byłam zaskoczona, że jeszcze potrafiłam tak dobrze wyglądać. Pięknie to było zdecydowanie zbyt dużo, jak na określenie kobiety tak bardzo zniszczonej, lecz w jego ustach to nie brzmiało jak kłamstwo, lecz jak zbyt wielki komplement. Podkreśliłam oczy czarną kredką, nakładając na rzęsy tusz, a usta lśniły od błyszczyku. Rude włosy upięłam w kok, jeden lok puszczając z boku. Cieszyłam się, że zakupy zaczęliśmy od Rossmana.
            Spuściłam zawstydzona wzrok, wodząc kieliszkiem z winem przy swoich wargach. Czułam się jak księżniczka w bajce, co było spełnieniem moich marzeń. Starałam się nie myśleć o tym, kiedy to wszystko się skończy, chciałam żyć chwilą. Z nim. Upiłam łyk trunku, czując jak już pewna ilość krążyła w moich żyłach. Może dlatego też nie zauważyłam, że coś się zmieniło. Powinnam była szybciej dostrzec bruneta zbliżającego się do naszego stolika.
            - Nikkie, jak miło cię widzieć. - Odwróciłam się gwałtownie, widząc uśmiechniętego Marco, wspartego o moje krzesło.
            Nie miałam pojęcia dlaczego, ale ten widok zmroził mnie do szpiku kości. Miałam swoje życie i miałam do niego całkowite prawo, więc nie wiedziałam dlaczego tak się poczułam. Coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że wszystko się we mnie zacisnęło, a mięśnie napięły niemalże boleśnie. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, lecz wiedziałam, że było to wymuszone. On z pewnością też, choć jak zawsze pozostawał tym faktem niezrażony.
            - Witaj, Marco - powiedziałam starając się zapanować nad drżeniem ciała oraz głosu. - Przyszedłeś tutaj z kimś?
            - Och, to moja ulubiona restauracja. Wiedziałabyś o tym, gdybyś choć raz zgodziła się wyjść ze mną. - Ostatnie słowa podkreślił tak mocno, że aż się cofnęłam. Minimalnie, ale mimo wszystko.
            Czy tylko ja poczułam w tym rozgoryczenie, albo nawet groźbę? Tak, z pewnością po prostu panikowałam. Pewnie sama byłabym urażona, gdyby ktoś odtrącał mnie przez lata, po czym umówił się z kimś całkowicie nowym. To z pewnością nie miało żadnych innych podstaw. Jednakże Max zauważył mowę mojego ciała, które niemalże krzyczało z ogarniającej go paniki. Jeśli z kimś mogłam się porozumiewać bez słów, były to trzy osoby: mama, Cath i Max. I wszystkich ich straciłam dawno temu, przynajmniej tak mi się wydawało.
            - Jest jakiś problem? - Usłyszałam za sobą jego głos i dźwięk odsuwanego powoli krzesła.
            - Max... - westchnęłam cicho, odwracając się do niego.
            - Nie wiedziałem, że Nikkie potrzebuje adwokata - odparł melancholijnie Marco, jakby znudzony.
            Kątem oka widziałam, że nawet kelnerzy się zainteresowali tą sytuacją, widocznie sądząc, że będzie jakaś bójka. Nie mogłam tego wykluczyć, ponieważ tylko Bóg jeden wiedział, jak bardzo Max był porywczy i impulsywny. Kopnęłam go delikatnie pod stołem, a gdy popatrzył na mnie, spojrzałam błagalnie. Nie chciałam awantury. Nie, kiedy zaczynałam wierzyć, że może być dobrze.
            - Nie masz pojęcia, jak dobrze radzi sobie sama - mruknął, a widząc moją zniesmaczoną minę, niemalże się roześmiał. Doskonale wiedział, jak bardzo nienawidziłam imienia Veronica oraz skrótu "Nikkie".
            - Oczywiście, że wiem. A ty wiesz? W końcu tyle ciebie nie było - rzucił spokojnie Marco i nie musiałam na niego patrzeć, aby widzieć szeroki uśmiech. Musiał wiedzieć, że trafił w sedno.
            Wiedziałam, że Max się nie rzuci. Dostrzegłam na jego twarzy ból, gniew, nienawiść oraz widoczne poczucie winy. Czułam, jak serce mi się łamało na ten widok i odwróciłam się w stronę współpracownika.
            - Powinieneś już iść, Marco - syknęłam, po czym ostentacyjnie się odwróciłam w stronę Maxa. Żadne z nas już nie miało ochoty na tę kolację. - Chodźmy do domu - powiedziałam miękko i ujęłam dłoń przyjaciela nad stołem. Nasze spojrzenia się spotkały i uniosłam delikatnie kącik ust, czując jak zabrakło mi powietrza.
            On jak zawsze stanął w mojej obronie. Mimo tego, że narażał się na skopanie, złajanie. Mimo tego, że był o wiele słabszy psychicznie, niż myślałam. I doskonale wiedziałam, dlaczego, przez co poczułam się tak, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek. Mimo tego, wiedziałam że nie chciałam, aby ta bajka się kończyła. Nie mogliśmy liczyć na happy end, lecz chciałam, aby to trwało. Nieważne jak długo, lecz do czasu póki mogłam ukrywać prawdę, zamierzałam dźwigać ją na swoich barkach. Wiedziałam, że później będę musiała ponownie go zranić, lecz za bardzo chciałam mieć go znowu przy sobie.

            Gra była warta świeczki.

2 komentarze:

  1. Skoro ta dzida zamierza go ranić, to niech od razu da mu odejść, a nie =.= Chociaż dobrze, że zaczynają się w miarę dogadywać - przynajmniej Eve nie myśli o ucieczce, jak na razie... No cóż, oby wszystko się powoli ułożyło i żeby przestali ranić się siebie nawzajem, o tyle tylko proszę, ale i tak wiem, że zrobisz im piekło xD

    OdpowiedzUsuń