Fourteen

Teraźniejszość

            Minęło kilka dni od kolacji w restauracji. Wciąż nie potrafiłam uwierzyć w swoje szczęście oraz w to, że Max był tak blisko mnie. Dlatego też w podziękowaniu za tamtą kolację, postanowiłam w końcu ugotować dla nas obiad. Na jedzeniu w restauracjach w końcu byśmy zbankrutowali, a to było ostatnie czego potrzebowaliśmy w wielkim mieście z dala od kogokolwiek, kto mógłby nas poratować finansowo. Poza tym nie mieliśmy powodu aby trwonić nasze wszystkie środki na życie.
            Z samego rana wybrałam się na zakupy, aby zrobić coś wyjątkowego. Szczerze mówiąc od dawna nie gotowałam czegoś sama, a już z pewnością niczego wyszukanego. W końcu przez te dwa lata żyłam niemalże w ascezie, więc nie poświęcałam sobie zbyt wiele czasu a w szczególności nie miałam ochoty na gotowanie. Dlatego też do zakupów dorzuciłam książkę kucharską, która miałam nadzieje że pomoże mi nadrobić braki w tej dziedzinie.
            Po powrocie z zakupów zabrałam się za wnikliwe analizowanie zakupionego podręcznika. Po przewertowaniu kilkunastu stron natrafiłam na interesujący przepis. Zerwałam się z kanapy, wpadając do kuchni i niemalże natychmiast zabrałam się za przygotowania do posiłku. W między czasie sprzątałam mieszkanie, starając się doprowadzić je do błysku. Od dawna nie czułam takiego zdenerwowania jak w tamtej chwili. Zupełnie jak lata wcześniej, gdy przedstawiałam go swoim rodzicom. Na wspomnienie tamtego wydarzenia, roześmiałam się cicho. Nie miałam pojęcia czym się stresowałam, ale wiedziałam że to nie było zależne ode mnie. To był po prostu Max.
            Z początku obawiałam się, że nie uda mi się zrobić dań, które wybrałam. Na zdjęciach wyglądały naprawdę apetycznie, lecz patrząc prawdzie w oczy - nigdy wcześniej nie robiłam małży, a tym bardziej w dwóch formach! Jednakże wraz z czasem, z ulgą widziałam, że nie było tak źle, jak myślałam. Ostatecznie wybór risotto z małżami i pomidorkami koktajlowymi oraz pikantnej zupy z małżami i zapiekanymi ziemniakami okazał się strzałem w dziesiątkę. Byłam pewna, że Max nigdy wcześniej niczego takiego nie jadł, a i ja byłam ciekawa jak to wszystko wyjdzie. Jednakże koniec końców byłam dumna i wdzięczna książce kucharskiej za tak dobre pokierowanie mną podczas gotowania.
            Spojrzałam na zegarek i uśmiechnęłam się szeroko. Za półgodziny powinien być Max. W tym czasie jedzenie powinno dojść do siebie i nie byłoby potrzeby odgrzewania wszyskiego. Zmniejszyłam ogień pod zupą oraz uszczelniłam ścierką piekarnik. Poszłam do sypialni się przebrać, aby i tak zdecydować się na niezobowiązujący strój. Ubrałam krótkie, dopasowane spodenki oraz luźną bluzkę, która odsłaniała jedno ramię oraz sięgała połowy brzucha. Upięłam włosy w luźny kok określany mianem "artystycznego nieładu" i uśmiechnęłam się do siebie szeroko. Nałożyłam na powieki czarną kredkę do oczu, tusz do rzęs oraz malinowy błyszczyk, kilkukrotnie cmokając ustami. Znowu czułam się jak zakochana nastolatka, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło.
            Gdy wyszłam z sypialni, usłyszałam na korytarzu głos chłopaka i podbiegłam do drzwi, by je otworzyć, lecz coś mnie przed tym zatrzymało. Wzięłam głęboki oddech robiąc coś, czego robić nie powinnam i doskonale o tym wiedziałam. Przyłożyłam ucho do drzwi i zmarszczyłam brwi, próbując wychwycić słowa, które wypowiadał, co z pewnością było rozmową, a nie swobodnym nuceniem, o czym pomyślałam na początku.
            - Tak, znalazłem ją - powiedział spokojnym głosem, jakby zrzucając z ramion ogromny ciężar. - Hej, hej, hej, hej. Spokojnie. Jest cała i zdrowa. Przynajmniej tak myślę, choć czasem wydaje sie... wystraszona - powiedział i usłyszałam wkradającą się nutkę niepokoju.
            Zmarszczyłam brwi, próbując to wszystko przetrawić i jak grom z jasnego nieba, dotarła do mnie prawda. Max nie był jedyną osobą, która wiedziała, że przyjechał do Nowego Jorku. Nie był jedyną osobą, która wiedziała, że znajdowałam się w tym mieście oraz prawdopodobnie przyjechał tutaj w porozumieniu z kimś innym. Przełknęłam ślinę, czując ogarniającą mnie panikę. Możliwe, że wcale nie przyjechał dla mnie, możliwe że zrobił to dlatego, że czegoś potrzebował. Może właśnie rozmawiał z tą flądrą, planując jak zapędzić mnie w kozi róg i złamać po raz kolejny. Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno, a to zrobiłby z całkowitym wyrachowaniem.
            - Uspokój się Cath, cholera. Powiem jej, gdy będzie gotowa - syknął zirytowany, a ja poczułam zawroty głowy, które niemalże sprowadziły mnie do parteru.
            Cath.
            Na wspomnienie najlepszej przyjaciółki poczułam się tak, jakby grunt umykał mi spod stóp. Fakt, swojego czasu poznałam tę dwójkę ze sobą, ale nigdy nie pomyślałabym, że będą ze sobą tak blisko. Skoro działali razem, znaczyło to, że po moim wyjeździe musieli się jeszcze przez jakiś czas spotykać. Po tym jak stracił pamięć, a może gdy już ą odzyskał, w tamtej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Była przy nim, kiedy mnie nie było. Moja własna przyjaciółka. Poczułam, że brakuje mi powietrza. Nie potrafiłam zaczerpnąć oddechu oraz zrobiło mi się gorąco, chociaż krew odpłynęła mi z twarzy i z pewnością reszty ciała.
            Niewiele myśląc, otworzyłam drzwi mieszkania na ościerz i spojrzałam na mężczyznę. Szok na jego twarzy i zmieszanie były nieporównywalne do burzy emocji, która szalała wewnątrz mnie. A wszystko to zmroził przerażający strach i poczucie zdrady. Poczułam jak z początku zaczęły mi drżeć palce, a następnie całe ciało. W jego cudownych oczach, które znaczyły tak wiele, widziałam malujące się poczucie winy, lecz w tamtym momencie nic ono dla mnie nie znaczyło. Jedyne czego chciałam to prawdy, choć sama nie mogłam dać mu tego samego. Hipokryzja, ale ne chciałam tym sobie zaprzątać głowy w tamtym momencie.
            - Dlaczego rozmawiałeś z Cath, Max? - spytałam próbując zachować pewność siebie oraz zapanować nad drżeniem głosu, jednakże bezskutecznie.
            - Eve...
            - Nie, Max. Dlaczego rozmawiałeś o mnie z Cath? - zagrzmiałam, choć wiedziałam, że to nie była rozmowa, którą powinna słyszeć cała klatka schodowa. Pewnie tylko dlatego pozwoliłam chłopakowi wprowadzić siebie do mieszkania, lecz w środku odsunęłam się od niego, cały czas drżąc. - Dlatego tutaj przyjechałeś? Ponieważ ona tego chciała? Co tu się do cholery dzieje?! - krzyknęłam czując przepływającą przez moje ciało desperację.
            - Co? Nie, nie, nie. Eve, uspokój się - powiedział widocznie zaskoczony moją reakcją, albo pytaniami, które mu zadałam. Nie wiedziałam co miało to oznaczać, lecz z pewnością nie zapowiadało się na spokojną rozmowę.
            - Uspokój się?! Dlaczego rozmawiałeś o mnie z Cath, Max?! - krzyknęłam tupiąc nogą, co w efekcie mogło być przeciwną oznaką do dojrzałości, którą chciałam się odznaczać.
            - Ponieważ się o ciebie martwi, okey? Ponieważ wszyscy się cholernie o ciebie martwią! - powiedział podnosząc ton, a ja poczułam przygniatające mnie poczucie winy.
            - Nie mają prawa się o mnie martwić - powiedziałam ciszej, tracąc wcześniejszą pewność swojej racji.
            - Nie mają prawda?! Kobieto, czy ty się słyszysz?! To, że ty postanowiłaś wszystkich zranić, aby o tobie zapomnieli, nie oznacza, że oni to zrobili! Przez dwa lata nikt nie miał od ciebie znaku życia, rozumiesz?! Nikt! Ani rodzice, ani przyjaciele, ani ja do cholery!
            - Nie pamiętałeś mnie!
            - Ale sobie przypomniałem! - krzyknął, marszcząc brwi, a ja musiałam spuścić głowę, czując napływające do oczu łzy. - Przypomniałem sobie. I wiesz jakie to uczucie, gdy przypominasz sobie kogoś i nie masz pojęcia kim jest ta osoba? Gdy przypominasz sobie to, co was łączyło i zdajesz sobie sprawę, że jej przy tobie nie ma? - powiedział ciszej, niemalże szepcząc, lecz we mnie uderzyło to tak, jakby krzyczał. Rozchyliłam wargi, chcąc coś powiedzieć, lecz nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. - Więc nie mów, że nie mieliśmy prawa się o ciebie martwić, bo nie masz w tej sprawie nic do powiedzenia. To ty nas porzuciłaś.
            - Nie masz pojęcia o czym mówisz - szepnęłam drżącym głosem, chcąc aby to się skończyło. Chcąc, aby ostatnich kilka minut wcale się nie wydarzyło.
            - To ty nie masz pojęcia, co zrobiłaś - powiedział łagodniej, jednakże nie potrafiłam pominąć tej chłodnej nuty w jego głosie, która łamała mi serce.
            No dawaj, zapytaj o dziecko. ZRÓB TO!
            - Nic nie wiesz, nie masz prawa mnie osądzać. Po to tu przyjechałeś? Zadręczać mnie? Powiedziała ci i postanowiłeś się zemścić?! - krzyknęłam nie potrafiąc dłużej kryć łez, które jedna po drugiej spływały pomoich policzkach.
            - Widocznie wiem więcej niż myślisz - powiedział z westchnieniem. Chwilę później zobaczyłam jak wyraz jego twarzy się zmienił. Zupełnie tak, jakby coś zaskoczyło, jakby skojrzył fakty. Spojrzał na mnie z mieszającym się poczuciem winy, zmartwieniem oraz gniewiem. - Ona? Leah, prawda? Co takiego zrobiła, że postanowiłaś zostawić nas wszystkich, Evelyn? Co się stało w dzień, wypadku?
            Poczułam jak wargi zaczęły mi drżeć pod wpływem przytłaczających mnie w tamtej chwili emocji. To, co zrobiła tamta kobieta... chciałam aby to zostało za mną. Z pewnością nie chciałam litości Maxa przez to, co tamta zrobiła. Poza tym nie byłam pewna tego, jakby na to zareagował. Nie sprawdziłam niczego i mu nie zaufałam. Jak można było to wszystko wytłumaczyć w logiczny sposób? Odpowiedź była prosta: nie można było.
            Poza tym nie wiedziałam co działo się przez te dwa lata, gdy nie było mnie w domu. Nie wiedziałam kto zaopiekował się Maxem, choć miałam okropne przeczucie, że zrobiła to ta okropna blond charpia i nie pomagało mi to w poczuciu się lepiej. Musiał być jakiś powód, że przyjechał do Nowego Jorku, szukając mnie. Lecz która znajomość (bardzo nie chciana) z Leah pozwoliła mi wierzyć, że to nie był koniec. Wolałam więc nie mówić Maxowi o wszystkim. Zdenerwowałby się, możliwe że bysmy się pokłócili. Zrobiłby awanturę Leah, która z pewnością zmyśliłaby z marszu jakąś historyjkę, aby się wybielić. Nie chciałam przez to przechodzić. Nigdy więcej nie chciałam mieć do czynienia z Leah Caspio.
            - Nic się nie stało, Max - szepnęłam cicho i wzięłam głęboki oddech, tym samym podpisując swój własny akt męki.

* * *

            - Boże, Eve, to było rewelacyjne! - powiedział entuzjastycznie po zjedzeniu obiadu.
            Nie mogłam powiedzieć, że nie odczuwałam nutki satysfakcji z tego powodu. Atmosfera po kłótni rozmyła się nie pozostawiając po sobie nieprzyjemnego śladu. Najpierw zjedliśmy zupę, która była naprawdę niesamowita, a później risotto, które przeszło samo siebie. Nie potrafiłam uwierzyć, że sama to ugotowałam, a Max natomiast nie mógł się mnie nachwalić. Znowu było między nami spokojnie i bez skrępowania. Tak, jakby te dwa lata nigdy nie miały miejsca i jakbyśmy się nigdy nie rozstali.
            Tak naprawdę to się nigdy nie rozstaliśmy. Max stracił pamięć, a ja godzinę później pakowałam walizkę. Poczułam nieprzyjemny smak w ustach i skrzywiłam się z tego powodu. Nie zasługiwałam na to, co się działo. Po tym wszystkim nie zasługiwałam na drugą szansę, lecz nie potrafiłam tego skończyć, gdy patrzyłam w te cudowne oczy chłopaka.
            Niepewnie wysunęłam dłoń w kierunku mężczyzny i po chwili wahania wsunęłam palce w miękkie, brązowe włosy chłopaka patrząc jak jego jaśniejsze kosmyki kontrastowały z ciemniejszymi na mojej skórze. Niemalże zapomniałam jak to było być tak blisko niego, czuć go tak blisko siebie  Wzięłam głęboki oddech, próbując uspokoić rozszalały rytm serca. Chwilę później poczułam delikatne palce Maxa na swoich biodrach i musiałam mocniej zacisnąć żeby na dolnej wardze, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Od dawna nie byłam tak blisko z mężczyzną. Cholera, od dawna nie byłam tak blisko z Maxem i naprawdę mi tego brakowało.
            Dlatego też nie oponowałam, gdy jedna z jego dłoni zaczęła powoli przesuwać się po moich plecach, by w końcu wsunąć się we włosy. Odchyliłam nieznacznie głowę do tyłu, czując jak dreszcze zaczęły przesuwać się po moim ciele. Podniosłam się na kolana, przez co niewiele górowałam nad chłopakiem, co zdecydowanie nie przypadło mu go gustu, więc posadził mnie na swoich kolanach. Zupełnie jak wtedy, gdy byłam w liceum. Nigdy nie lubił, gdy próbowałam go przewyższać, co mnie z kolei zawsze bawiło. Wciągnęłam głęboko powietrze, przymykając powieki, czując jak jego słodki oddech otulił moje usta.
            A po chwili poczułam delikatny nacisk. Pocałunek z początku był niepewny, zupełnie jakbyśmy się bali, że zaraz druga osoba się odsunie. Jednakże z każdą minutą nabierał on pewności i stanowczości. Język chłopaka bez problemu znalazł drogę do moich ust, wywołując tym samym przeciągły jęk. Zacisnęłam palce na włosach Maxa, nieznacznie poruszając się na jego biodrach. Zaczęło robić się nieznośnie gorąco i naprawdę chciałam ściągnąć wszystkie zbędne ubrania, choć i tak miałam na sobie ich niewiele. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mogłam żyć bez tego, żyć bez tego mężczyzny i jego czułości.
            - Tęskniłem za tobą - wyszeptał pomiędzy pocałunkami, próbując przy tym złapać oddech.
            Uśmiechnęłam się przy tym, przygryzając jego dolną partie ust i pociągnęłam ją do siebie, chichocząc przy tym niewinnie, po czym powróciłam do namiętnego go całowania. Nie pamiętałam jak to się stało, lecz jakiś cas później leżałam pod nim, obejmując go nogami w pasie, delikatnie ciągnąc za końc jego włosów. Chciałabym powiedzieć, że zapomniałam jak to było czuć go przy sobie, lecz byłoby to kłamstwo. Przez lata pamiętałam każdy jego dotyk, a gdy znowu go poczułam, wydawał się on całkowicie naturalny. Jakby nigdy nic się nie stało, nic między nami się nie zmieniło.
            Wtuliłam się w szatyna, przeczesując jego włosy palcami i odsunęłam się, chcąc uspokoić ciało, które - tak jak i psychika - w ciągu tych dwóch lat zdążyło się bardziej rozwinąć i przygotować na bliższy kontakt. Zamruczałam cicho, gdy jego opuszki zaczęły się przesuwać w górę i dół mojego policzka, co jakiś czas zsuwając się na szyję, by po chwili znowu powrócić do góry.

            - Też tęskniłam - szepnęłam patrząc w jego ciepłe oczy i wiedziałam, że zrobię wszystko, aby nigdy więcej go nie stracić.

Thirteen

Teraźniejszość

            Po dwóch latach życia na granicy, pieniądze na moim koncie niemalże się mnożyły. Kupowałam nowe ubrania dopiero wtedy, kiedy poprzednie mi się podarły, albo stały się bezużyteczne z innych powodów. Nie miałam dla kogo się stroić, więc dlaczego miałam kupować ciągle nowe ubrania? Zaoszczędziłam też na kosmetykach. Na jedzeniu, jedząc byle co i też niewiele. Całość po tych kilkudziesięciu miesiącach dała sumę kilku tysięcy w zapasie. Dzięki temu mogłam iść na zakupy i nie przejmować się aż tak tym, że więcej kupić nie mogłam albo cokolwiek co wiąże się z tymi ograniczeniami finansowymi.
            I właśnie przez to stałam w przebieralni patrząc na swoje odbicie w lustrze, jednocześnie walcząc ze łzami, które zawitały do moich oczu. Widziałam starszą wersję siebie sprzed lat, zniszczoną i załamaną życiem. Zmęczoną ciągłą walką. A mimo to, stojąc tam mogłam dostrzec jakiś cień swojej dawnej osobowości. Cień radości, którą kiedyś byłam przepełniona. Malutki płomyk, albo tlący się wewnątrz mnie węgielek. Przygryzłam mocno dolną wargę, musząc się pozbierać, ponieważ to nie był ani czas, ani miejsce na rozczulanie się nad sobą. Stałam na granicy dwóch światów, które uparcie chciałam od siebie odgrodzić grubą linią, a ostatecznie właśnie znalazłam się na tej linii, chwiejąc się niemiłosiernie i nie byłam pewna, w którą stronę miałam polecieć.
            - Eve? Możesz wyjść do mnie? - Usłyszałam łagodny głos Maxa, poprzedzony cichym pukaniem do drzwi.
            - Uhum - mruknęłam cicho i wzięłam głęboki oddech, starając się uspokoić. Ostatni raz spojrzałam na swoje odbicie w lustrze, po czym pchnęłam drzwi, wychodząc do mężczyzny stojącego po drugiej stronie.
            Oparłam się o framugę i niemalże od razu nieznacznie się uśmiechnęłam widząc spojrzenie, jakim mnie obdarzył. Przesuwał nim od góry do dołu, powoli, jakby nie chciał przeoczyć nawet najmniejszej części. Dobrze znałam to spojrzenie i mimo upływu czasu, nie potrafiłam o nim zapomnieć. Nie potrafiłam zapomnieć o niczym, co wiązało się z tym mężczyzną. Gdy wyciągnął do mnie dłoń, delikatnie ją ujęłam, a ten okręcił mną dookoła. Biała sukienka wiązana na szyi, idealnie dopasowana do mojego ciała, a luźno rozszerzająca się od pasa, zakręciła się dookoła mnie, podnosząc się niemalże do połowy ud. Z mojej piersi wydobył się śmiech, co zaskoczyło mnie samą. Dawno tego nie robiłam, a mimo tego ten dźwięk nie wydawał się obcy. Nie przy nim. Gdy się zatrzymałam, sukienka wróciła na swoje miejsce, kończąc się trochę powyżej kolan.
            Dłoń Maxa zsunęła się po moim ramieniu, omijając nagie plecy, aż zatrzymała się na brzuchu. Widziałam jak przez jego twarz przeszedł wyraz bólu i musiałam odwrócić głowę, aby się nie rozpłakać. Od razu przypomniałam sobie, co zrobiłam, a w sumie co nam zrobiono. Przypomniałam sobie, co on o mnie uważa, co z pewnością nakłamano na mój temat po wyjeździe. Nie potrafiłam powiedzieć mu prawdy. Wiedziałam, że nadejdzie czas, gdy będę musiała, ale to nie był tamten czas. Gdyby się dowiedział... nie miałam pojęcia, co by zrobił. Mogłam wrócić, gdy tylko się dowiedziałam... a mimo tego, nie zrobiłam tego. Pozwoliłam mu żyć w świecie beze mnie. Nie było mnie przy nim, aby wyjaśniać przebłyski w pamięci.
            - Przebiorę się - powiedziałam nagle zachrypłym głosem i odwróciłam się, by wrócić do kabiny, gdy poczułam jego palce zaciskające się delikatnie na moim nadgarstku.
            - Eve... - szepnął cicho, niemalże błagalnie, a ja poczułam jak po moim ciele zaczęły rozchodzić się dreszcze.
            - Nic nie mów - odparłam i posłałam mu przez ramię wymuszony uśmiech, wchodząc do środka.
            Oparłam dłonie po obu stronach lustra, patrząc na swoje odbicie z widoczną w oczach desperacją i nienawiścią. Przesunęłam palcami po swoim płaskim brzuchu, zaciskając pięść obok lustra i musiałam się kontrolować, aby nie krzyczeć z frustracji. Gdy uciekłam, wierzyłam w to, że tak właśnie musiałam postąpić. Wierzyłam, że to jedyna szansa, aby pozwolić wszystkim żyć normalnie, abym była jedyną osobą, która musiała zapłacić za tamten błąd. Gdybym wtedy znała prawdę...
            Poruszyłam kilkakrotnie wargami rozchylając je, by po chwili zamknąć i tak kilka razy. Czułam, jak wszystko się sypało, jak ja się sypałam. Jak mogłam być tak naiwna i choć przez chwilę czuć się normalnie? Przez kilka cholernych sekund czuć się jak tamta dziewczyna, która niefortunnie zakochała się w swoim nauczycielu i jedynym jej zmartwieniem było to, czy nikt ich nie przyłapie? Teraz byliśmy starsi, z bagażem doświadczeń o wiele zbyt dużym jak na nasz wiek.
            - Boli? - Usłyszałam za sobą szept i uniosłam wzrok, patrząc na lustrzane odbicie jego oczu. Nawet nie usłyszałam otwierających się drzwi. Ponownie poruszyłam kilkakrotnie wargami, lecz nie miałam zielonego pojęcia, co mogłam mu powiedzieć. Mogłam go zacząć błagać o przebaczenie. Mogłam mu wtedy wszystko powiedzieć i mieć to z głowy. Mogłam pozwolić, aby działo się to, co chce.
            - Boli mnie wiele rzeczy - powiedziałam cicho, bojąc się, że gdybym podniosła głos nawet o ton, zdradziłby on o moim naprawdę kiepskim stanie psychicznym. - Zaraz wyjdę, chcę się przebrać - dodałam i uniosłam lekko kącik ust, patrząc znacząco na chłopaka, który zrozumiał i wyszedł z przebieralni, jednakże zdążyłam pochwycić jego pełne smutku i troski spojrzenie.
            Trochę czasu zajęło mi zebranie wszystkich ubrań i butów, które wybraliśmy. Po przebraniu się, znowu miałam na sobie znoszone, domowe ciuchy i już nie czułam się w nich dobrze. Tym bardziej nie w centrum handlowym. Po położeniu rzeczy na ladzie, sięgnęłam po portfel, lecz wtedy Max wyciągnął również swój.
            - Proszę bardzo - powiedział do ekspedientki, podając swoją.
            - O, nie! Proszę nie przyjmować jej, mogę zapłacić za siebie - pisnęłam i wyciągnęłam szybko swój portfel.
            - Proszę jej nie słuchać, napiła się jakiś ziółek - powiedział obejmując mnie od tyłu, drugą dłonią zasłaniając mi usta.
            Nadepnęłam na jego stopę, przez co zgiął się trochę, lecz mnie nie puścił. Dziewczyna, która stała za kasą miała z nas niezły ubaw i już po chwili oddała chłopakowi jego kartę. Gdy ją schował, złapał za torby z zakupami i ruszył do wyjścia, lecz ja zostałam na swoim miejscu, patrząc na niego tak, że gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno byłby martwy.
            - Potrzebujesz specjalnego zaproszenia, słonko? - spytał obdarzając mnie pełnym rozbawienia spojrzeniem, od którego zakręciło mi się w głowie. Był naprawdę czarujący i musiałam się niesamowicie kontrolować, aby nie poddać się temu tak, jak robiłam często lata wcześniej.
            - Oddaj to - powiedziałam mrużąc powieki i splotłam ramiona na piersi.
            - Bo inaczej nie pójdziesz?
            - Nie.
            - Sama tego chciałaś - powiedział roześmiany i podszedł do mnie, z łatwością przerzucając sobie przez ramię.
            - Ej, tak nie wolno! - pisnęłam zaczynając piszczeć i uderzać dłońmi o jego umięśnione plecy, choć wiedziałam, że tak naprawdę to na nic. Oczywiście, nie był to pierwszy raz, gdy znalazłam się w takiej pozycji.
            - Miłego dnia! - zawołał do ekspedientki, wychodząc ze sklepu obładowany zakupami oraz z przewieszoną przez ramię dziewczyną, czyli mną.
            Ludzie z pewnością nie byli przyzwyczajeni do takich widoków, ponieważ patrzyli na nas z początku zszokowani, po czym śmiali się razem z Maxem. Czułam się jak wieczna złośnica, która piszczała i wręcz żądała, aby postawił ją na podłodze. Jednakże wewnętrznie śmiałam się razem z nimi. To było takie... dziecięce. Przez chwilę, jedną, jedyną chwilę poczułam się tak, jakbym nigdy nie wyjechała do Nowego Jorku. Tak, jakby to wszystko się nie wydarzyło. Jakbyśmy ciągle byli razem. Niezmienieni.
            Chwile później torby z zakupami zaszczyciły tylne siedzenia, ja zaś zostałam posadzona na przednim miejscu dla pasażera. Niemalże od razu chłopak zaczął zapinać mi pasy, przez co poczułam się jak małe dziecko. No halo, miałam już dwadzieścia lat, a to naprawdę nie było takie trudne!
            - Dam radę - powiedziałam rozbawiona, próbując odepchnąć jego dłonie, lecz on zaczął robić to samo z moimi.
            - Wiem, ale lubię się tobą opiekować - odparł, zbyt zaaferowany zapinaniem moich pasów, by spojrzeć mi w oczy.
            Cały czas słyszałam w głowie te słowa, które rozbrzmiewały w kółko, w kółko i w kółko. Lubię się tobą opiekować. Z pewnością nie był świadomy tego, co właśnie powiedział. Zrobił to pod wpływem chwili, co było całkowicie nieprzemyślane i nie powinnam była przywiązywać do tego zbyt wielkiej wagi. Jednakże tak naprawdę to był moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby mogło być dobrze. Gdybyśmy jeszcze mogli wyjść na prostą. Szybko ucięłam tę myśl, przypominając sobie o przepaści kłamstw i bólu, która była między nami, po czym miękko zapadłam się w siedzenie.
            Wsunęłam dłonie pod swoje nogi, aby nie pokazać swoich drżących palców. Patrząc na mijane przez nas drzewa, moje myśli pobiegły do innego, podobnego motywu. Czas, który przepłynął nam między palcami, uciekając nieubłaganie. Zaczęłam się zastanawiać, co mogłam zrobić, aby zapobiec temu, co wydarzyło się kiedyś. Jak mogłam uchronić nas przez rozpadem, przed bólem i przed blond flądrą, która wbiła ostateczny gwóźdź między nas.
            - Nie myśl tyle. - Jego ciepły, spokojny głos momentalnie wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na niego zaskoczona, napotykając tym samym jego oczy. Poczułam jak momentalnie zadrżałam. Tak bardzo tęskniłam za ich widokiem. - Nie wiem o czym myślisz, ale to nie jest ważne. Nie zamartwiaj się. Wszystko się ułoży...
            - Nic nie wiesz - szepnęłam cicho i rozchyliłam wargi, czując ich drżenie.
            Niemalże od razu samochód zjechał na pobocze, a Max pogłaskał mnie po policzku. Czułość widoczna w jego oczach zabijała mnie z każdą chwilą. Dlaczego mi to robił? Nie widział jak bardzo chciałam wyjechać? No dobra, może nie chciałam, ale on musiał wyjechać! Z resztą i tak pewnie by to zrobił, gdyby dowiedział się całej prawdy. Może znienawidziłby ją bardziej niż mnie. Może znienawidziłby wszystkich, którzy się do tego przyczynili, lecz nie miałam złudzeń, że czułby do mnie jeszcze większą niechęć niż w tamtej chwili.
            - Wiem więcej, niż ci się wydaje - szepnął, przesuwając palcem po mojej dolnej wardze.
            Nie masz pojęcia, jak bardzo bym chciała aby tak było, przemknęło mi przez myśl. Odwróciłam głowę, ponownie patrząc przez okno, czując jak coś zaciskało się wewnątrz mnie. Tak samo jak zaraz po przyjeździe do Nowego Jorku. Wtedy przeżyłam załamanie. Spojrzałam na swoje nadgarstki, na których widać było cienką pajęczynę blizn. Nie to, że się cięłam. To byłby zbyt duży komfort jak dla mnie. Skupienie się na innym bólu? Nie zasługiwałam na to. Tłukłam wiele rzeczy. Talerze, szklanki, szyby, kopiąc i rzucając odłamkami w ataku histerii. Często te odłamki raniły moje ciało. Dopiero po kilku miesiącach potrafiłam pozbyć się emocji na tyle, aby przestać to robić. Wtedy cały żal, ból i rozpacz zamieniła się w ataki, które wyrywały mnie ze snu. Zamiast zabijać się od zewnątrz, zaczęłam wyniszczać się od wewnątrz. Tak bardzo, że w tamtym momencie niewiele ze mnie pozostało.
            - Przebierz się - westchnął po chwili. Widocznie zobaczył moją zaskoczoną minę, ponieważ się roześmiał. Ten dźwięk przeszył mnie na wskroś. Był przyjemny, bardzo męski i całkowicie uwodzicielski. - Na kolację. Znaczy się, dla mnie możesz iść tak, lecz chyba ty nie czujesz się zbyt komfortowo... leć na tył.
            Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek, po czym przecisnęłam się między siedzeniami na tył. Oczywiście, mogłam wysiąść i kulturalnie przejść na tylne siedzenie, lecz tak było w jakimś filmie i wyglądało całkiem fajnie. Miałam nadzieję, że i mi tak wyszło, w końcu nie słyszałam żadnego "auć", co chyba by nastąpiło, gdybym kopnęła go w ramię, albo co gorsza - w głowę.
            Gdy już miałam ściągnąć koszulkę, zatrzymałam się, patrząc na chłopaka. Niekoniecznie wierzyłam w to, że nie spoglądał do tyłu i chwilę później moje przekonanie się potwierdziło, gdy nasze oczy spotkały się w lusterku wstecznym. Posłał mi jeden ze swoich oszałamiających uśmiechów, tych, w których się zakochałam, co wywołało rumieńce na moich policzkach. Nawet po latach działał na mnie tak samo i byłam niemalże pewna, że doskonale o tym wiedział.
            - Nie patrz - burknęłam, przybierając minę nadąsanego dziecka.
            - Oj weź, widziałem to już - odparł, a uśmiech na jego twarzy się poszerzył, widząc moją minę.
            Max wybuchł śmiechem, gdy koszulka, którą jeszcze kilka sekund wcześniej miałam na sobie, uderzyła z trzaskiem w jego ramię.


* * *

            - Pięknie wyglądasz. - Usłyszałam po raz kolejny tamtego wieczoru, a moje czerwone policzki z pewnością idealnie kontraktowały ze śnieżnobiałą sukienką.
            Fakt, sama byłam zaskoczona, że jeszcze potrafiłam tak dobrze wyglądać. Pięknie to było zdecydowanie zbyt dużo, jak na określenie kobiety tak bardzo zniszczonej, lecz w jego ustach to nie brzmiało jak kłamstwo, lecz jak zbyt wielki komplement. Podkreśliłam oczy czarną kredką, nakładając na rzęsy tusz, a usta lśniły od błyszczyku. Rude włosy upięłam w kok, jeden lok puszczając z boku. Cieszyłam się, że zakupy zaczęliśmy od Rossmana.
            Spuściłam zawstydzona wzrok, wodząc kieliszkiem z winem przy swoich wargach. Czułam się jak księżniczka w bajce, co było spełnieniem moich marzeń. Starałam się nie myśleć o tym, kiedy to wszystko się skończy, chciałam żyć chwilą. Z nim. Upiłam łyk trunku, czując jak już pewna ilość krążyła w moich żyłach. Może dlatego też nie zauważyłam, że coś się zmieniło. Powinnam była szybciej dostrzec bruneta zbliżającego się do naszego stolika.
            - Nikkie, jak miło cię widzieć. - Odwróciłam się gwałtownie, widząc uśmiechniętego Marco, wspartego o moje krzesło.
            Nie miałam pojęcia dlaczego, ale ten widok zmroził mnie do szpiku kości. Miałam swoje życie i miałam do niego całkowite prawo, więc nie wiedziałam dlaczego tak się poczułam. Coś w wyrazie jego twarzy sprawiło, że wszystko się we mnie zacisnęło, a mięśnie napięły niemalże boleśnie. Spróbowałam się do niego uśmiechnąć, lecz wiedziałam, że było to wymuszone. On z pewnością też, choć jak zawsze pozostawał tym faktem niezrażony.
            - Witaj, Marco - powiedziałam starając się zapanować nad drżeniem ciała oraz głosu. - Przyszedłeś tutaj z kimś?
            - Och, to moja ulubiona restauracja. Wiedziałabyś o tym, gdybyś choć raz zgodziła się wyjść ze mną. - Ostatnie słowa podkreślił tak mocno, że aż się cofnęłam. Minimalnie, ale mimo wszystko.
            Czy tylko ja poczułam w tym rozgoryczenie, albo nawet groźbę? Tak, z pewnością po prostu panikowałam. Pewnie sama byłabym urażona, gdyby ktoś odtrącał mnie przez lata, po czym umówił się z kimś całkowicie nowym. To z pewnością nie miało żadnych innych podstaw. Jednakże Max zauważył mowę mojego ciała, które niemalże krzyczało z ogarniającej go paniki. Jeśli z kimś mogłam się porozumiewać bez słów, były to trzy osoby: mama, Cath i Max. I wszystkich ich straciłam dawno temu, przynajmniej tak mi się wydawało.
            - Jest jakiś problem? - Usłyszałam za sobą jego głos i dźwięk odsuwanego powoli krzesła.
            - Max... - westchnęłam cicho, odwracając się do niego.
            - Nie wiedziałem, że Nikkie potrzebuje adwokata - odparł melancholijnie Marco, jakby znudzony.
            Kątem oka widziałam, że nawet kelnerzy się zainteresowali tą sytuacją, widocznie sądząc, że będzie jakaś bójka. Nie mogłam tego wykluczyć, ponieważ tylko Bóg jeden wiedział, jak bardzo Max był porywczy i impulsywny. Kopnęłam go delikatnie pod stołem, a gdy popatrzył na mnie, spojrzałam błagalnie. Nie chciałam awantury. Nie, kiedy zaczynałam wierzyć, że może być dobrze.
            - Nie masz pojęcia, jak dobrze radzi sobie sama - mruknął, a widząc moją zniesmaczoną minę, niemalże się roześmiał. Doskonale wiedział, jak bardzo nienawidziłam imienia Veronica oraz skrótu "Nikkie".
            - Oczywiście, że wiem. A ty wiesz? W końcu tyle ciebie nie było - rzucił spokojnie Marco i nie musiałam na niego patrzeć, aby widzieć szeroki uśmiech. Musiał wiedzieć, że trafił w sedno.
            Wiedziałam, że Max się nie rzuci. Dostrzegłam na jego twarzy ból, gniew, nienawiść oraz widoczne poczucie winy. Czułam, jak serce mi się łamało na ten widok i odwróciłam się w stronę współpracownika.
            - Powinieneś już iść, Marco - syknęłam, po czym ostentacyjnie się odwróciłam w stronę Maxa. Żadne z nas już nie miało ochoty na tę kolację. - Chodźmy do domu - powiedziałam miękko i ujęłam dłoń przyjaciela nad stołem. Nasze spojrzenia się spotkały i uniosłam delikatnie kącik ust, czując jak zabrakło mi powietrza.
            On jak zawsze stanął w mojej obronie. Mimo tego, że narażał się na skopanie, złajanie. Mimo tego, że był o wiele słabszy psychicznie, niż myślałam. I doskonale wiedziałam, dlaczego, przez co poczułam się tak, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek. Mimo tego, wiedziałam że nie chciałam, aby ta bajka się kończyła. Nie mogliśmy liczyć na happy end, lecz chciałam, aby to trwało. Nieważne jak długo, lecz do czasu póki mogłam ukrywać prawdę, zamierzałam dźwigać ją na swoich barkach. Wiedziałam, że później będę musiała ponownie go zranić, lecz za bardzo chciałam mieć go znowu przy sobie.

            Gra była warta świeczki.