Two.

Teraźniejszość.


            Ból nadszedł jak zawsze znikąd. Wygięłam się w głośnym wrzasku, kręcąc się jak przy ataku padaczki. Łzy spływały po policzkach, a krzyk niemiłosiernie palił gardło. Nie słyszałam własnych myśli, jeśli jakiekolwiek miałam wtedy w swojej głowie. Każdy mięsień był boleśnie napięty, zapewne przez ból oraz niedobór tlenu. Krzyczałam najgłośniej jak potrafiłam, nie potrafiąc przy tym złapać oddechu. Czułam się tak, jakby zaraz miała mi pęknąć głowa, a skóra odejść sparzona od ciała. Nie potrafiłam wytrzymać z tym wszystkim, ledwo budząc się ze snu.
            Lecz po chwili jak ręką odjął, wszystko minęło. Zmęczenie wzięło górę nad bólem i całe ciało się rozluźniło, pulsując jak po przebiegnięciu maratonu. Oparłam głowę o poduszkę, próbując się uspokoić, lecz po policzkach wciąż spływały łzy. Niemalże mogłam usłyszeć chrzęst ponownie pękającego serca. Wstrząsnął mną spazm szlochu i odwróciłam się na brzuch, wtulając twarz w poduszkę i wybuchając głośnym, szczerym, żałosnym płaczem. Nienawidziłam, gdy bolało. Gdy tak cholernie bardzo bolało, a ja nic nie mogłam z tym zrobić. Chyba nawet nie chciałam niczego z tym zrobić, wiedząc jak bardzo sobie na to wszystko zasłużyłam.
            Nie miałam mobilizacji, aby ściągnąć się z łóżka i ogarnąć do funkcjonowania. Nie goniły mnie terminy, nie działa na mnie presja czasu, ani nikt mnie nigdzie nie oczekiwał. Ta świadomość była dołująca, w sumie jak każda, która towarzyszyła mojemu życiu. Samotność. Pustka. Właśnie to było tym, na co się godziłam. Było tym, co zafundowałam wielu osobom, które mnie kochały, dlatego sama też musiałam się z tym zmierzyć. W zdecydowanie większej dawce. W zdecydowanie bardziej bolesnej dawce.
            Czułam swój przyspieszony oddech, widząc szybko unoszącą się i opadającą klatkę piersiową, choć starałam się powstrzymać histerię. Nie dlatego, że chciałam przestać w końcu płakać. Dlatego, aby mieć więcej do wypłakania później. Nie mogłam pozwolić bólowi odejść, to by było zdecydowanie nie w porządku. Ponad rok cudownego życia wyrzuciłam do kosza, zniszczyłam, podarłam, wyrzuciłam. Całkiem jak niepotrzebną, pobrudzoną kartkę papieru. Każdego dnia myślałam o tym, dlaczego tak łatwo się poddałam. Jakim cudem mogłam być tak naiwna i tak łatwo uciec stamtąd bez upewnienia się wszystkiego? Odpowiedź była prosta.
            Ona.
            Ona wszystko zniszczyła. Wszystko, co było dla mnie ważne i co kochałam. A na koniec z pewnością zagarnęła to wszystko dla siebie. Durna blondynka. Nie, nie była durna. Była zbyt inteligentna, przebiegła i za bardzo pewna siebie. Pewniejsza, niż ja sama byłam. Dlatego tamtego popołudnia wzięłam nogi za pas i uciekłam w jedyne miejsce, gdzie mogłam stworzyć przyszłość od zaraz. Gdzie nie musiałam polegać na innych i mogłam przeżywać swój ból w samotności, torturując się cały czas i nie musząc przed nikim tłumaczyć. Bóg jeden wie, jak bardzo destrukcyjne to było.
            Gdy zaczęło mi burczeć w brzuchu, w końcu zsunęłam się z łóżka. Upięłam włosy w niechlujny kok na czubku głowy i przechodząc przez salon weszłam do kuchni, wstawiając mleko na gaz oraz wodę w czajniku. Miałam na sobie tę samą spraną koszulkę, w której spałam każdego dnia od lat. Jedyną koszulkę, którą miałam po nim, z tamtego życia. Mogłam zabrać cokolwiek chciałam, jakąkolwiek jego osobistą rzecz. A mimo to wzięłam czarną, zdecydowanie na mnie za dużą, bluzkę z napisem "live fast die young". Zawsze, gdy czytałam ten napis przed snem, zdawałam sobie sprawę z ironii sytuacji. Żyłam tak intensywnie jak tylko mogłam. Korzystałam ze wszystkich uroków tego, co mi oferowano, nie odmawiałam sobie przyjemności, radości ani miłości. I umarłam przez to tak bardzo młodo. Lecz nikt nie przechodził przeze mnie żałoby. Byłam pewna, że z początku byli wściekli, później rozgoryczeni, a później z czasem obojętnieli. Moja nieobecność nie trafiła ich jak piorun. Nie myśleli o mojej ucieczce, jako o śmierci idealnej przyjaciółki. Zadbałam o to, aby skrzywdzić ich wszystkich tak, jak tylko byłam w stanie. Wiedziałam, że to podłe. Ale przez to nigdy nie przyszła mi do głowy myśl o powrocie. Za bardzo się bałam odtrącenia po tym, co zrobiłam.
            To znaczy, nie tak, że nigdy o tym nie myślałam. Miałam taki okres, kiedy chciałam wrócić do domu, rzucić się w ramiona rodzicom, wybuchając płaczem i błagać o wybaczenie. Spotkać się z przyjaciółmi, wytłumaczyć im wszystko i modlić się o to, aby zrozumieli. Spojrzeć na niego i nie widzieć nienawiści w jego oczach. Co noc śniły mi się jego czułe ramiona, które otulały mnie z tak dobrze znaną czułością. Karmelowe oczy, które patrzyły tak, jakby mogły przekazać samym spojrzeniem wszystko to, czego nie da się wyrazić słowami, to, co po prostu trzeba przeżyć. Marzyłam o tym, aby to wszystko się nie spieprzyło, albo chociaż o tym, aby dało się to wszystko jeszcze naprawić.
            Lecz tak nie było, a ja nigdy tego nie spróbowałam. Myśl o powrocie paraliżowała mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie tego zrobić. Wiedziałam ile złego wyrządziłam tym, dla których byłam wszystkim i nie miałam prawa znowu pojawiać się w ich życiu. Sama skazałam siebie na wygnanie, paląc za sobą mosty, aby nikt mnie nie szukał, abym ja nie chciała szukać nikogo z przeszłości.
            Usiadłam na kanapie, odstawiając na stolik kubek z kawą i zaczęłam flegmatycznie jeść płatki z mlekiem. Spojrzałam w stronę torebki z ukrytym w środku tabletem i westchnęłam cicho. Wystarczyłoby wejść na starą skrzynkę mailową. Byłam pewna, że przez pierwsze miesiące po moim zniknięciu, chociaż moja przyjaciółka do mnie pisała, mając nadzieję na kontakt. Wystarczyłoby to sprawdzić i wiedziałabym jak się sprawy mają. Wiedziałabym jak bardzo jest źle, albo może wręcz przeciwnie - że powinnam wrócić. Obu opcji panicznie się bałam.
            W pierwszym przypadku musiałabym się zmierzyć z tym, że mnie nienawidzą. Nie dryfowałabym już w strefie domniemań, lecz znałabym twarde fakty, a chyba cały czas miałam nadzieję, że nie było tak źle, jak sądziłam, że było. Lubiłam tę nadzieję. Czasem nawet dawała radę wywołać ledwo widoczny uśmiech, ale to działo się naprawdę rzadko. Już się nie uśmiechałam.
            W drugim zaś wypadku zaczęłabym pragnąć tam wrócić. Znowu odnaleźć swoje miejsce między tymi ramionami, których dotyk wciąż kochałam. Bałabym się, że nic nie byłoby już tak proste jak kiedyś. Bałabym się, że to, co się wydarzyło, rzutowałoby nieodwracalnie na całą naszą przyszłość. Nic nie byłoby już tak naturalne jak kiedyś, nie byłoby tego zaufania, jak dawniej. Nie byłoby niczego, co było kiedyś. Na zawsze pozostałabym tą, która egoistycznie zraniła wszystkich, aby uniknąć odpowiedzialności. W najlepszym razie by mnie zrozumieli. Lecz daleko rozumowi do serca i nie byłam taka pewna, czy wiedza mogłaby cokolwiek wskórać, gdyby w grę weszły uczucia, a takie pojawiłyby się na pewno.
            I dlatego po raz kolejny nie ruszyłam się po tableta, kończąc jeść swoje płatki. Włączyłam radio, przyciszając je jedynie, aby grało cicho w tle. Byle tylko nie było takiej żałobnej ciszy. Zatopiłam wargi w ciepłej kawie i podkuliłam nogi pod brodę, opatulając się kocem. Nie miałam przyjaciółki, do której mogłabym zadzwonić i poprosić, aby wpadła do mnie i pomogła mi się rozerwać, jak robiłam to kiedyś. Mogłabym zadzwonić chociażby do Lily, gdym miała taką ochotę, wiedziałam, że z przyjemnością przyjęłaby ten akt sympatii. Ale był jeden problem. Musiałabym chcieć. A ja przecież nie zasługiwałam na przyjaciół, nie po tym wszystkim, co zrobiłam innym ludziom, którzy ufali mi ponad wszystko.
            Odkąd wyjechałam, zrobiłam wszystko, aby się odciąć od swojego dawnego życia. Zmieniłam numer telefonu, e-mail, wyniosłam się o setki kilometrów dalej, zacierając po sobie ślady tak dobrze, jak tylko byłam w stanie. Nigdzie nie płaciłam kartą, nie zdobywałam mandatów i nie brałam pożyczek. Nie brałam żadnego udziału w życiu społecznym, nie wychylałam się i nie robiłam niczego, co choć w niewielkiej części mogłoby zyskać rozgłos. Ostrożność na najwyższym poziomie. Nawet przestałam używać swojego drugiego imienia. Kiedyś uwielbiałam, gdy mówiono do mnie Evelyn, zawsze się tak przedstawiałam, a przyjaciele skracali to do Lynn. Tylko jedna osoba mówiła Eve. Lecz Evelyn umarła, dając życie Veronice, marnemu cieniowi tamtej radosnej dziewczyny.
            Eve.
            Uwielbiałam tamtą dziewczynę. Wiecznie roześmianą, pełną radości i życia. Jej uśmiech, który potrafił oczarować oraz to uczucie, które wprawiało ją w stan podobny do upojenia. Lecz nie byłam pewna czy można upić się miłością. Była niesamowita i wyjątkowa. Była. Odkąd odeszła, nie pamiętałam jak to było się uśmiechać, a dopiero, co to znaczyło się śmiać. Szczerze, radośnie i do rozpuku. Oczywiście, od czasu do czasu zdarzał mi się histeryczny, nerwowy śmiech, który równie szybko przeradzał się w kolejną falę płaczu. A nawet, jeśli przypominałam sobie dawne czasy, to było to tak bolesne, że kończyłam roztrzęsiona i rozbita do tego stopnia, że do końca dnia nie wiedziałam, co miałam ze sobą zrobić.
            Przygryzłam wargę, czując targające mną dreszcze. Przymknęłam powieki, próbując odgonić wspomnienia, które były tak żywe, jakby wydarzyły się dzień wcześniej, a nie ponad trzy lata. Rozchylone wargi starały się unormować oddech i złapać najwięcej powietrza, świadome tego, że zaczyna płucom go coraz bardziej brakować. Lecz niczego nie mogłam zrobić. Przez dwa lata doszłam do perfekcji w sztuce masochizmu psychicznego i takie były tego efekty. Nie mogłam zatrzymać lawiny, która pędziła na mnie, przygniatając i raniąc. Nie potrafiłam kazać sobie samej nie wywoływać tej lawiny. To było bezwarunkowe. Im więcej bólu było w moim życiu tym bardziej czułam, że żyłam.
            Przed oczami stanęły mi obrazy tamtego dnia. Zmierzwione brązowe włosy, jakby poprzeplatane promieniami słońca. Obraz ten był tak bardzo realny, że aż bolesny. Poruszałam ustami jak ryba bez wody, próbując złapać trochę życiodajnego powietrza, lecz na marne. Wyobrażenie sobie jego było jak ostateczna strzała, przebijająca serce i wyrywająca je ze swojego miejsca. Ból. Ból czułam w każdej komórce swojego ciała. Reakcja na niego była niemalże natychmiastowa. Kiedyś reagowałam dreszczem i uśmiechem, teraz czułam jedynie poczucie winy, ból i frustrację. Zniszczyłam jedynego człowieka, którego kochałam ponad wszystko, kiedykolwiek i jakkolwiek.
            Ból to było jedyne, co mi pozostało po tym wszystkim.
            Towarzyszył mi w każdej chwili mojego nędznego życia.

2 komentarze:

  1. Boooże, tak cudnie piszesz opisy - a mam na ich punkcie obsesję, bo mi nigdy nie wychodzą ;__; ♥ Nie mogę się doczekać dalszych losów :3

    OdpowiedzUsuń
  2. cudowne. *-*
    czekam na więcej słoneczko. <3

    OdpowiedzUsuń