Nineteen

Teraźniejszość

     - Chcę wrócić do domu.
     Nie miałam pojęcia, co tam na mnie zastanie, lecz wiedziałam, iż nie mogłam znowu pozwolić Maxowi odejść. Nawet, jeśli między nami było jeszcze wiele tajemnic i spraw do obgadania, byłam pewna, że jakoś przez to przejdziemy. A jeśli nie, to trudno. Mogłam znowu wyjechać. Byłam naprawdę dobra w uciekaniu przed tym, czego pragnęłam, więc nikogo by to już chyba nie zdziwiło. W ciągu ostatnich kilku dni Max spędzał w moim mieszkaniu sporo czasu. Praktycznie cały czas, więc zaproponowałam, aby wymeldował się z hotelu. Po dwóch godzinach marudzenia, w końcu się zgodził.
     Musiałam iść do pracy i powiedzieć Andreasowi, że wyjeżdżam. Cholera, musiałam powiedzieć Maxowi, że byłam gotowa wrócić do domu. A co jeśli on nie chciał mnie w domu? Przełknęłam ślinę, potrząsając przy tym głową. Gdyby mnie nie chciał, nie fatygowałby się aż do Nowego Jorku, prawda? Z pewnością tak było.
     Jednakże moich myśli wciąż nie opuszczała Leah. Jeśli ona wciąż była w mieście, nie byłoby tam miejsca dla nas obu. Zacisnęłam powieki starając się uspokoić przyspieszony oddech, gdy tylko pojawiła się w moich myślach. Nie potrafiłam wyobrazić sobie tego, jak przez dwa lata próbowała zagarnąć dla siebie wszystko, co było moje. MOJE! Nie mogła tego zrobić, to było nieetyczne i niemoral... tsa. Leah zawsze była niemoralna, więc czego innego mogłam się po niej spodziewać?
     Zastanawiałam się jak wiele powiedziała Maxowi po tym, jak odzyskał pamięć. Jak bardzo starała się, żeby mnie znienawidził. Może w tamtej chwili to wszystko było dalszą sprawą, lecz byłam pewna, że gdy wrócimy do domu, to wszystko wróci ze zdwojoną mocą. Gdybyśmy znaleźli się w znajomym otoczeniu, miejscach otaczających nas wspomnieniami i ludzi, którzy samą swoją osobą przypominaliby o tamtych wydarzeniach, wszystko zaczęłoby się komplikować. Zdecydowanie musieliśmy sobie wszystko wyjaśnić i to jak najszybciej, lecz był jeden problem. Nie miałam zielonego pojęcia jak powiedzieć mu o tym całym koszmarze.
     - Słucham? - Max spojrzał na mnie przez oparcie kanapy, jakby nie dosłyszał tego, co powiedziałam.
     - Chcę wrócić do domu, Max. Chcę wrócić do Dally City - powiedziałam głośniej, biorąc przy tym głęboki oddech.


* * *

     - Veronica, ty nie mówisz poważnie - mruknął Andreas, przeczesując palcami swoje włosy, a jego błagalne spojrzenie było utkwione we mnie.
     Oblizałam wargi, przyglądając się szefowi w zamyśleniu. Wpadłam do jego biura nie mając kompletnie żadnego planu i nie miałam pojęcia jak rozegrać to tak, jak chciałam. Tak, jak potrzebowałam to zrobić. A gdy nie ma się planu, wszystko zaczyna się sypać, dlatego na dzień dobry zamiast przygotować go na to, wybadać grunt, rzuciłam "odchodzę, wyjeżdżam z miasta" i czekałam na jego reakcję. Doskonale wiedziałam, że jego doza zrozumienia i taryfy ulgowej wobec mnie wykorzystała się, gdy wymusiłam na nim urlop, w sumie z tego samego powodu, z którego teraz odchodziłam. Prawie.
     - Nie przesadzaj, masz innych dobrych redaktorów - odparłam opierając dłonie o oparcie krzesła. - Potrzebuję tego, Andree - dodałam ciszej, modląc się w duchu, aby mnie zrozumiał.
     - Jeśli coś się stało, możesz mi o tym powiedzieć, Nikkie. Poradzimy coś na to - upierał się, szukając odpowiedzi w mojej twarzy.
     - Po prostu muszę wyjechać. Ja chcę wyjechać - westchnęłam. Nie sądziłam, że ta rozmowa będzie trudna, lecz też nie uważałam, że będzie tak męcząca.
     - On cię znalazł, prawda? Ten mężczyzna, który dzwonił do wydawnictwa... to przed nim uciekasz?
     Spojrzałam na niego, szukając zrozumienia i osunęłam się na krzesło. Przesunęłam dłońmi po twarzy i zaczerpnęłam głęboki oddech, próbując rozgryźć sytuację, w której się znalazłam oraz to, jakim cudem w ogóle do niej doszło. Moje życie wywróciło się o sto osiemdziesiąt stopni i miałam ruszyć w kierunku, w którym zaczęłam. Czyli w sumie trzysta sześćdziesiąt stopni. Prawie jak na diabelskim kole.
     - Tak i nie. Posłuchaj, wszystko jest okey, naprawdę...
     - Jeśli on cię szantażuje...
     - Broń Boże! Max to naprawdę wspaniały mężczyzna. To naprawdę długa i pokręcona historia, ale jest wszystko okey – powiedziałam, uśmiechając się delikatnie. Miło było porozmawiać z kimś o Maxie, tak po prostu powiedzieć to wszystko. Na samą myśl o tym, zaśmiałam się cicho. - Naprawdę wyglądam na zastraszoną, Andree?
     Przez pewien czas przyglądał mi się w milczeniu, po czym westchnął, odchylając się do tyłu. Jeśli chodzi o niego, to był skomplikowaną osobą - a to ci niespodzianka - jak każdy z mojego otoczenia. Był wymagającym szefem i wzbudzał wręcz niezdrowy respekt, lecz jednoczenie potrafił być wyrozumiały i można z nim było porozmawiać. Tak jak ja w tamtej chwili. Widziałam w jego oczach wahanie i wiedziałam, że nie potrafiłabym go przekonać, aby mnie puścił, gdyby tego nie chciał, ponieważ sama nie byłam pewna czy aby na pewno chcę wyjechać z Nowego Jorku. Albo inaczej - czy aby na pewno chcę stawić czoło Dally City i wszystkim osobom, które tam porzuciłam i zraniłam.
     Gdy ponownie spojrzałam na swojego przełożonego, patrzył na mnie tak, jakby próbował coś oszacować, rozważał różne opcje, odpływając w swój świat fantazji. Zastanawiałam się jak szybko poruszają się zębatki w jego głowie, ponieważ wydawało się, że mózg Andreasa pracował na najwyższych obrotach. Zmarszczył brwi, jakby nie zgadzał się z jakąś ze swoich myśli. Dopiero, gdy na mnie spojrzał, zdałam sobie sprawę, że to nie był objaw wewnętrznej walki, lecz dopasowywania do siebie puzzli. Uśmiechnął się delikatnie, jakby krzepiąco, a gdy się odezwał, jego głos był przyjemny, niemalże kojący.
     - Opowiedz mi tę historię.
     Więc zrobiłam to. Opowiedziałam historię moją i Maxa, począwszy od momentu, gdy wpadł na swoją pierwszą lekcję psychologii, a ja wpadłam pod ławkę, przechodząc przez wszystkie złe chwile, gdy trzymaliśmy się z daleka, przez Leah, do wypadku i mojego wyjazdu do Nowego Jorku, aż w końcu dotarłam do tego dnia, gdy postanowiłam złożyć rezygnację w pracy. Opowiedziałam o tym, że od dwóch lat nie miałam kontaktu z przyjaciółmi i rodzicami oraz jak trudna była dla mnie rozmowa z mamą. Gdy już zaczęłam mówić, wylał się ze mnie potok słów. Mówiłam o tym jak się czułam, gdy Max stracił pamięć oraz o tym, jak przeżywałam każdy dzień w mieście, do którego uciekłam. Opisywałam upór Maxa oraz jego determinację do tego, aby wszystko wyjaśnić, tak naprawdę bez dotykania najważniejszej sprawy. Na zmianę śmiałam się i płakałam, wyrzucając z siebie wszystkie emocje tłumione przez te miesiące spędzone z dala od domu i gdy spojrzałam na niego, widziałam w jego oczach zrozumienie i aprobatę. Wiedział, że nie mógł mnie zatrzymać, ponieważ to byłoby niesprawiedliwe. Musiałam w końcu stawić czoła swojemu życiu i wypić piwa, którego naważyłam, a jak przypuszczałam, miało ono mieć słodko-gorzki smak. Wyrzuciłam z siebie całe poczucie winy, nie licząc na litość, czy rozgrzeszenie, a on o nic nie pytał, po prostu słuchał i to było właśnie to, czego potrzebowałam. Wzdychałam z czułym uśmiechem, na wspomnienie tego, jak pierwszy raz usłyszałam od Maxa, że mnie kocha oraz to, jakim był niepoprawnym romantykiem, czerpiąc pomysły z moich ulubionych książek. Śmiałam się, opowiadając mu o tym, jak kazałam Maxowi wyrzucić szczątki stolika, który zniszczyłam wcześniej po tym, jak do mnie zadzwonił, po czym płakałam wspominając swoje załamanie, gdy zdałam sobie sprawę, że on tam jest, że mój Max jest w Nowym Jorku i nie zrezygnował. Wypluwałam z siebie słowa jak pociski, robiąc tylko rzadkie przerwy na zaczerpnięcie oddechu, po czym wracałam do opowiadania historii, na którą miałam nadzieję, że czekał happy end.
     Gdy skończyłam, czułam się o dziesięć kilo lżejsza i spokojniejsza. Nie wiedziałam, w którym momencie postanowiłam zaufać Andreasowi na tyle, aby zdradzić mu to wszystko, lecz zwaliłam to na to, że wyjeżdżałam. Przez dwa lata trzymałam buzię zamkniętą na kłódkę, więc gdy wyjeżdżałam, chyba mogłam to z siebie wyrzucić.
     Przed wyjściem z jego gabinetu, odwróciłam się, uśmiechając do szefa.
     - I nie mów do mnie Nikkie, tylko Lynn. Nienawidzę imienia Veronica - odparłam, wzruszając przy tym ramionami.
     - Przez dwa lata używałaś tego imienia - zaoponował zaskoczony.
     Zaśmiałam się cicho, patrząc na niego z dozą sympatii.
     - Pamiętaj, że nienawidziłam siebie przez dwa lata - rzuciłam, po czym zamknęłam za sobą drzwi.
     Po opuszczeniu gabinetu, wzięłam głęboki oddech, przyglądając się moim współpracownikom. Dziękowałam w duchu Maxowi, że zabrał moje rzeczy z biurka. Gdy wyjeżdżaliśmy z domu, ustaliliśmy że ja idę porozmawiać z Andreasem, on zapakuje moje rzeczy do pudła i pojedzie załatwić więcej pudeł, aby spakować to, co jest w mieszkaniu, a następnie poczeka na mnie pod wydawnictwem. Biorąc pod uwagę, że siedziałam w gabinecie przełożonego ponad godzinę, miałam nadzieję że czekał już na dole.
     Przygryzłam wargę, próbując się nie rozpłakać i uśmiechnęłam się promiennie, robiąc krok w ich stronę. Później wszystko potoczyło się samo. Widziałam przygnębioną minę Marco, więc chciałam się z nim pożegnać na samym końcu. Pierwszy porwał mnie w ramiona Henry, przez co roześmiałam się, dopóki nie zabrakło mi powietrza. Ściskał mnie zbyt mocno.
     - Będzie nam ciebie brakowało, Nikkie. Mimo twojej smutnej dupy snującej się z kąta w kąt, byłaś tutaj...
     - Jak mebel - mruknęłam próbując ukryć rozbawienie.
     - Tak, jak pieprzenie stara szafa, której nikt nie używa, ale fajnie czasem popatrzyć na ten antyk - odparł błyskając promiennym uśmiechem, co tylko wzmogło mój śmiech.
     - Jej, to takie słodkie. Właśnie porównałeś mnie do zbędnego, martwego gruchota - rzuciłam, marszcząc przy tym nos w uśmiechu i wzięłam głęboki oddech. - Nie mówcie do mnie Nikkie. Wiem, że trochę późno, ale wolałabym, abyście mówili Lynn, tak jak przyjaciele - odpowiedziałam i jęknęłam z bólu, gdy jego silne ramiona jeszcze mocniej mnie oplotły.
     - Nasze maleństwo dorasta. Wystarczyły tylko dwa lata! - zawołał jak dumny ojciec, przez co śmiałam się i płakałam jednocześnie.
     Wzięłam głęboki oddech, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nie potrafiłam znaleźć słów, które byłyby odpowiednie. Uśmiechnęłam się jedynie do niego i pozwoliłam Lily przytulić się, przez co obie się roześmiałyśmy w strugach łez. Wtedy po raz kolejny pomyślałam o tym, że naprawdę mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, gdybyśmy poznały się w innych okolicznościach. Nie była taka jak Cath, lecz była... sobą. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale była po prostu osobą, której potrzebowałam i którą naprawdę mogłabym polubić, gdybym dała nam na to szansę.
     - Przez dwa lata próbowałam pozbyć się twoich nudnych ciuchów - powiedziała wybuchając śmiechem, a ja zaraz po niej.
     - Twoje modlitwy zostały wysłuchane! - zawołałam równie radośnie, jeszcze mocniej się w nią wtulając, po czym odsunęła mnie od siebie, aby móc przyjrzeć się twarzy.
     - Lynn... Lynn, tak? - spytała, na co pokiwałam entuzjastycznie głową, uśmiechając się łzawo. - Gdy tutaj przyjechałaś, byłaś bardzo smutną osobą. Boże, byłaś tak depresyjna, że czasem ja chciałam wyskoczyć przez okno!
     - Dzięki, to wiele dla mnie znaczy - mruknęłam udając obrażoną, lecz tylko zachichotałam.
     - Nie przerywaj mi, ruda - powiedziała mrużąc powieki, choć mimo tego nie potrafiła ukryć rozbawienia. - Mam na myśli to, że czekałam na to, aż się otworzysz i pozwolisz sobie na szczęście. A teraz... oto jesteś. Radosna, odmieniona. Kobieto, spójrz na siebie, nie pomyślałabym, że możesz tak wyglądać! - powiedziała wybuchając śmiechem.
     Faktycznie, jeszcze nigdy mnie takiej nie widzieli. Rude loki nie były już upięte w kok, lecz rozpuszczone, kaskadą spływające po plecach, a zamiast niemalże zakonnych ubrań, miałam na sobie dopasowane dżinsy oraz opięty top ze sporym dekoltem, który podkreślał moje krągłości i odkrywał cienki pasek nagiej skóry, płaskiego brzucha. Na twarzy miałam delikatny, aczkolwiek widoczny makijaż i biżuterię, a buty na wysokim obcasie.
     - Dzięki za wiarę, kobieto - roześmiałam się i pocałowałam ją w policzek. - Dzwoń do mnie, dobrze? - spytałam, po czym zaśmiałam się nerwowo. Brzmiało to tak nie na miejscu, a jednocześnie normalnie.
     - Och, nie omieszkam. Myślisz, że uciekniesz przede mną?
     - Broń Boże, nie! - rzuciłam roześmiana i ucałowałam jej policzki, po czym podeszłam do Marco.
     - Chodź - rzucił, biorąc mnie za rękę i prowadząc w stronę drzwi.
     - Będę za wami tęskniła! - zawołałam, czując, że już tam nie wrócę.
     - A my za tobą! Uważaj na siebie! - odkrzyknęli chórem i już mnie nie było.
     Kiedy drzwi się zatrzasnęły za nami, wzięłam głęboki oddech. Nie zapowiadało się na miłą rozmowę i nie miałam pojęcia czego się mogłam po nim spodziewać. Miałam nadzieję na spokojne pożegnanie, lecz z wyrazu jego twarzy, wcale się na to nie zanosiło. Przeczesał włosy palcami, wpatrując się w sufit przez pewien czas, po czym spojrzał na mnie oczami, których nie potrafiłam rozszyfrować.
     - Zostań.
     I tylko tyle. Żadnego argumentu, niczego. Jedno słowo. Rozchyliłam wargi, biorąc głęboki oddech, zastanawiając się, o co do cholery chodzi. Potrząsnęłam głową, świadoma tego, że musiałam go źle zrozumieć. Zrobiłam krok w jego stronę, lecz wtedy i on zrobił krok w moją, przez co byliśmy blisko siebie. Zbyt blisko.
     - Nie wyjeżdżaj z nim. Zostań ze mną.
     - Marco...
     - Nikkie, proszę.
     - Nie znasz mnie. Znasz wersję mnie, której szczerze nienawidzę i nie chcę nią być. Chcę odzyskać swoje życie, chcę znowu być Lynn, cieszyć się życiem, naprawić swoje błędy...
     - Oni ci nie wybaczą.
     Spojrzałam na niego, otwierając szeroko oczy i zaczerpnęłam głęboki oddech, tak naprawdę nie wierząc w to, co przed chwilą powiedział. W to, że to powiedział. Zupełnie tak, jakby czas się zatrzymał, a mózg się wyłączył. Część mnie wiedziała, że mówił prawdę. Nie zasługiwałam na wybaczenie, po tym co zrobiłam najbliższym, lecz druga część miała ochotę mu przyłożyć. Oni cię kochają, powtarzała mi podświadomość i chciałam jej wierzyć. Naprawdę chciałam.
     - Przestań...
     - Zostań - powiedział robiąc kolejny krok w moją stronę, a gdy ja się cofałam, oparłam się o okno, biorąc głęboki oddech.
     - Marco...
     - Tutaj jest twoja przyszłość. Ze mną.
     - Przestań.
     Jeśli mam być szczera, zaczynałam się wtedy bać. Zachowywał się jak ktoś, komu się nie ufa. O takich osobach słyszy się w telewizji, z nadzieją, że nam się to nigdy nie przytrafi. Omija się ich na ulicy, przechodząc na drugą stronę. Psychoza maniakalna? Chyba tak. Cóż, przynajmniej tak się zachowywał. Najbardziej przestraszyła mnie ta jego nagła zmiana. Przez cały czas był miły, niemalże czuły, choć go odtrącałam raz po raz, a odkąd Max pojawił się w mieście, zupełnie tak jakby się coś w nim aktywowało. I to było złe, zdecydowanie.
     - Nikkie...
     - Nie mów tak...
     - Nie zostawiaj mnie - powiedział zaciskając palce na moich ramionach, przez co pisnęłam cicho, zaskoczona tym gestem.
     Boże, Boże, co robić? Próbowałam się skupić na czymkolwiek, lecz mózg wyłączył myślenie. Tak, czułam się jak idiotka w horrorze, która zamiast uciekać, wchodzi do pomieszczenia z seryjnym mordercą. Boże, dlaczego w tych filmach ładne dziewczyny na ogół giną pierwsze? Naprawdę lubiłam życie.
     Później poczułam, jak jego dłonie zsunęły się z mojego ciała, a gdy otworzyłam oczy, Marco leżał na podłodze, ciskając piorunami z oczu. Idąc za jego spojrzeniem, natknęłam się na burzę brązowych włosów i odetchnęłam z ulgą, wtulając się w mężczyznę.
     - Poczekaj na dole - powiedział stanowczo, pocierając dłonią moje plecy.
     - Max...
     - Po prostu to zrób - rzucił, nie spuszczając wzroku z ciemnowłosego chłopaka.
     Nie chciałam aby zrobił mu krzywdę, lecz prawda była taka, że chciałam też stamtąd wyjść. Móc zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć o całym tym zdarzeniu, choć nie byłam pewna, czy to będzie możliwe. Oblizałam wargi, delikatnie kiwając głową i już chciałam się odwrócić, kiedy coś przykuło mój wzrok. Podczas szamotaniny, Marco zgubił telefon, który teraz rozbłysnął, gdy przyszła do niego wiadomość. Z ciekawości spojrzałam na nadawcę i poczułam, jak serce mi zamiera. Bez zastanowienia, rzuciłam się po niego, zanim właściciel mógł go odebrać i otworzyłam ją. Po przeczytaniu, byłam pewna, że krew odpłynęła mi z twarzy i - cholera - ze wszystkiego. Zrobiło mi się słabo, więc podparłam się parapetu, patrząc zagubiona to na bruneta, to na Maxa, a usta zaczęły mi drżeć tak jak tuż przed płaczem.
     - Jak mogłeś mi to zrobić? - szepnęłam cicho, lecz byłam pewna, że mimo to, słyszał to jak krzyk. Skrzywił się, nie potrafiąc spojrzeć mi w oczy.
     - Posłuchaj...
     - JAK MOGŁEŚ?! - wykrzyczałam, rzucając w niego tym przeklętym telefonem, czując jak cała zaczynałam się trząść. Byłam daleka od płaczu, to było pewne.
     - Eve...
     - Nie, Max! Pieprzenie nie! Wiesz co on zrobił?! Pieprzenie nie wierzę! - powiedziałam i gdyby nie jego ramiona, rzuciłabym się na imitację Somerhaldera (kiepską do tego) i wydrapałabym mu te błękitne oczy.
     Chwilę później otworzyły się drzwi, a stanęła w nich przerażona Lily, Henry i Andree, zastanawiając się, co się do cholery dzieje, lecz nawet to nie mogło mnie powstrzymać, od prób wyszarpnięcia się chłopakowi i rozszarpania tego podłego kolesia, który zrobił... to. Boże, nie wierzyłam, że to możliwe. Nie wierzyłam, że ktoś mógłby zrobić drugiej osobie coś tak podłego. Czułam, że brakuje mi powietrza, a ściany się niemiłosiernie zbliżają, chcąc mnie zmiażdżyć.
     - Nienawidzę cię - powiedziałam, patrząc na niego wściekle, po czym zostałam wyprowadzona z budynku.

* * *
     Przez całą drogę powrotną, nie odezwałam się ani słowem, wiedząc, jak blisko byłam wybuchu. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko, w podłość ludzką, do tego stopnia. Wbijałam krwistoczerwone paznokcie w uda, myśląc tylko o tym, jak do tego wszystkiego doszło. Jak mogłam dać się tak zmanipulować oraz jakim cudem, można było zaplanować wszystko tak, aby przy tym nie wpaść. Boże, nienawidziłam ich. Nienawidziłam tego, jak potoczyło się moje życie i na samą myśl o tym, byłam bliska łez. Chciałam tam wrócić i wykrzyczeć mu, jak zniszczył moje życie, aby zobaczył jakiego dna sięgnęłam przez cholerną bezmyślność tego faceta. Sprzedał obcą osobę pod groźbą jakiś zdjęć? Jakim trzeba być człowiekiem, aby zniszczyć kogoś za tak marną rzecz?
     - Eve, co tam było? - Max znowu podjął temat i znowu nie uzyskał odpowiedzi na to pytanie.
     Gdy dojechaliśmy do domu, nie czekając aż zgasi silnik, wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę mieszkania. Zostawiłam otwarte drzwi klatki i zaczęłam wspinać się po schodach, a już w połowie poczułam obok siebie obecność chłopaka. Otworzyłam drzwi i przytrzymałam je otwarte, gdy ten wnosił pudła, pudełka i skrzynki. Gdy je postawił na podłodze, zamknęłam drzwi, ściągając buty i kurtkę, odkładając rzeczy na miejsce i ruszyłam do kuchni, lecz objęły mnie jego ramiona, opierając głowę na barku.
     - Powiedz mi, co cię tak zdenerwowało.
     - Leah jest w mieście? - spytałam, zaciskając palce. To pytanie cały czas błądziło mi po głowie, nie dając spokoju.
     - Wiesz... nie było mnie tam jakiś czas...
     - Jak wyjeżdżałeś to była? - zacisnęłam powieki, podświadomie napinając mięśnie w oczekiwaniu na odpowiedź.
     Przez jakiś czas się wahał. Wyczułam to w jego postawie, usłyszałam jak wypuścił powietrze przy moim uchu i mocniej przytulił mnie do swojego ciała. Już chciałam się odwrócić, gdy zatrzymało mnie brzmienie jego głosu, unieruchamiając w miejscu. Jedno słowo, a poczułam się tak, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek. I jakby ten ktoś nosił szpilki o rozmiarze 6 i pół.
     - Była. 
     Nie wiedziałam dlaczego było to dla mnie tak ważne, ale nie chciałam aby tam była. Była w moim mieście, w czasie, gdy ja musiałam wyjechać i dobrze wiedziała, że to zrobię, gdy mi to zasugerowała. Wiedziała, że wyjadę i gdzie wyjadę, bo sama stworzyła mi tę alternatywę. Nienawidziłam jej. Tak bardzo jej nienawidziłam iż gotowa byłam wsiąść w pierwszy lepszy samolot i rozszarpać ją gołymi rękami. Za te wszystkie miesiące bólu i odseparowania.
     Miałaś wybór.
     Byłam przerażona!
     Mogłaś liczyć na bliskich.
     Nie miałam siły walczyć.
     Nie musiałaś.
     Mogłam pozwolić mu na życie, na jakie zasługiwał!
     Później wewnętrzny głos już nie próbował się ze mną kłócić. Każdy, kto wiedział jak było między mną, a Maxem, wiedział że zawsze wybrałabym jego. Jego szczęście było ponad moim własnym i nie wierzyłam w to, jak łatwo ktoś mógł to wykorzystać. Nie spodziewałam się tego nawet po niej. Jak ja nie doceniłam tej kobiety.
     - Dlaczego o to pytasz?
     I powiedziałam mu. Powiedziałam mu, co było w tej wiadomości, a jego reakcja była jeszcze gorsza niż moja.
     Zatrzymaj ją w mieście za wszelką cenę. Rozdziel ich, cokolwiek będziesz musiał zrobić. Jesteś mi to winny, albo zdjęcia trafią do sieci. Pamiętaj, o tym, albo ten szczeniak się dowie, że to twoja zasługa.
     Podpisano:

     Leah.