Twelve

Przeszłość

Po obudzeniu się, miałam wrażenie, jakbym była na haju. Nic co wydarzyło się poprzedniego wieczora nie wydawało się prawdziwe i miałam wrażenie, iż mógł być to tylko sen - wymysł mojej chorej wyobraźni. Rozejrzałam sie dookoła i stwierdziłam, że mimo wszystko byłam w mieszkaniu nauczyciela, w co wcześniej wątpiłam. Max. Nie miałam pewności, czy rzeczywiście kazał mi się tak do siebie zwracać, czy może to faktycznie była tylko projekcja moich pragnień. I do tego ten pocałunek.
            Jęknęłam cicho i zsunęłam się z kanapy, przesuwając palcami po materiale koszulki. Zdecydowanie stała się moim numerem jeden w ulubionych ciuchach, choć wiedziałam, że nie pokazałabym jej nikomu. To było coś mojego, symbolicznego i wiedziałam, że od tamtego momentu miała być czymś nader sentymentalnym.
 - Max? - zawołałam, przeczesując palcami włosy i stawiałam ostrożnie każdy krok.
Może śpi, przemknęło mi przez myśl, dlatego też na palcach ruszyłam w stronę jego sypialni. Jednakże po wejściu tam, zauważyłam, że go nie było. Westchnęłam i weszłam do kuchni, gdzie leżały na talerzu tosty, a w kubku sok pomarańczowy. Uśmiechnęłam się delikatnie na ten widok i poczułam się o kilka lat starsza, zupełnie jakbym żyła w innym świecie. Jakbym nie była w mieszkaniu swojego nauczyciela, gdzie nawiasem mówiąc być mnie nie powinno, lecz w swoim własnym mieszkaniu, gdzie mieszkałabym z mężem. Zaśmiałam się pod nosem na tę myśl i usiadłam przy stole, jedząc pozostawione śniadanie.
Spojrzałam na zegarek, zastanawiając się, gdzie mógł pójść i zaklęłam pod nosem. Była prawie jedenasta. Dlaczego, do diabła, mnie nie obudził? Jeśli zamierzał tłumaczyć się tym, że śpiąc wyglądałam jak aniołek, to chyba naprawdę bym się wkurzyła. Na szczęście miałam psychologię jako ostatnią i nie było sposobu, abym się z nim minęła. Oczywiście wychodząc z założenia, że dotarłabym do szkoły, która odpychała mnie od siebie jak magnez.
Gdy skończyłam, umyłam po sobie naczynia i poszłam do łazienki. Spojrzałam sceptycznie na swoje odbicie i wzruszyłam ramionami. Użyłam jego szczoteczki do zębów, co było cholernie intymne i całkiem seksowne, w moim odczuciu. Następnie wyszłam i ubrałam się w swoje ubrania z dnia poprzedniego, oczywiście poprawiając przy tym makijaż. Dzięki, za kosmetyki, które zawsze miałam pod ręką - w każdej torebce.
Ubierając buty, zadzwoniłam po taksówkę i gdy zbiegałam po schodach, już na mnie czekała. Jazda do szkoły zajęła nam jakieś dwadzieścia minut i miałam nadzieję, że nie spóźnię się na angielski. Uwielbiałam angielski. W sumie prawie z takich samych powodów, co psychologię - można było podyskutować niemalże o wszystkim. Barok, najbardziej żenująca epoka. Totalny przerost formy nad treścią - jak można się rozpisywać w poematach o, za przeproszeniem, pierdołach? Bzdura, bzdura, bzdura.
 Jednakże oczywiscie spóźniłam się na angielski, więc gdy wpadłam do klasy, spojrzenia wszystkich, spoczęły na mnie. Widziałam zaskoczone miny tych, którzy zauważyli, że byłam w tych samych ubraniach co dzień wcześniej. Nigdy nie zdarzyło mi się tego zrobić. Przykleiłam na usta sztuczny uśmiech i zajęłam miejsce obok Cath, mamrocząc pod nosem nędzne przepraszam, skierowane w stronę profesor Breenger, a w sumie chyba bardziej do ławki, którą trąciłam torebką. Żadnych książek - wiedziałam, że to nie problem, liczyło się to, że byłam.
- Gdzieś ty się podziewała, dziewczyno? - syknęła brązowowłosa dziewczyna, patrząc na mnie podejrzanie.
 - Jak to gdzie? - westchnęłam, próbując zachować spokój.
Wyrwałam sobie z jej zeszytu kartkę oraz wyciągnęłam jeden z kilku długopisów, które miała zaczepione o okładkę i posłałam przymilny uśmiech nauczycielce, pokazując, że jestem gotowa do pracy. Oczywiście mi nie uwierzyła, lecz problemów też uniknęłam. Jak zawsze. Gdy ta się odwróciła, spojrzałam na przyjaciółkę z wyrzutem.
- O co ci chodzi? - syknęłam potrząsając głową w stylu "w czym problem?".
- Byłam po ciebie rano - odpowiedziała równie oschle.
Cholera, zapomniałam ją uprzedzić. Cholera, cholera, cholera. No to byłam w totalnym bagnie i nie wiedziałam jakiej gałęzi mogłabym się złapać, aby nie utonąć z tym całym syfem. Oblizałam nerwowo wargi i spojrzałam na swoje dłonie, po czym odchyliłam głowę do tyłu ze sztucznym uśmiechem, który mają ci wyluzowani ludzie. Lubiłam mieć przewagę. Lubiłam władzę. Lubiłam popularność, choć nie można było powiedzieć iż należałam do najpopularniejszych ludzi w szkole.
- Gdzie się włóczyłaś? - mruknęła, starając się sprowadzić mnie na ziemię.
- Co im powiedziałaś? Albo co oni powiedzieli tobie? - spytałam przygryzając dolną wargę i choć starałam się skupić na tym, o czym mówiła Breenger, naprawdę się starałam, nie wychodziło mi to za grosz. Moje myśli biegały od mojego domu, do mieszkania Maxa i z powrotem.
- A to bardzo zabawna sytuacja. Wpadłam jak co rano z uśmiechem i pytam gdzie nasz skowroneczek, a oni co? Patrzą na mnie jak na idiotkę i mówią, że powinnam być u ciebie. Więc się pytam, gdzie się podziewałaś, skoro nie było cię u mnie? - spytała unosząc swoją wydepilowaną brew i choć próbowała być nader surowa, wiedziałam, że wewnętrznie zżerała ją ciekawość i chęć nowych ploteczek. O tak, to kochała chyba jeszcze bardziej niż facetów.
- I co dalej? - spytałam bębniąc nerwowo palcami o blat ławki. Nie było zbyt ciekawie.
- Och, jestem dobrą aktorką, wiesz o tym. Powiedziałam, że oczywiście, zalegasz na moim łóżku, ale kopciuszek zapomniał książek, więc ktoś musiał ruszyć swój zadek do twojego domu - powiedziała wywracając teatralnie oczami w stylu "przykro mi, że we mnie nie wierzysz".
Odetchnęłam z ulgą.
- Dziękuję.
- Ty mi lepiej nie dziękuj, tylko opowiadaj gdzieś była - powiedziała, w końcu pozwalając leniwemu uśmieszkowi, pojawić się na jej pełnych wargach.
Z opresji wyratował mnie dzwonek. Zerwałam się z miejsca, wciskając do torebki kartkę i długopis należący do Cath.
- Następnym razem - odparłam i zanim zdążyła zareagować, zniknęłam za drzwiami klasy.
Już chwilę później wpadłam do sali 369, przedzierając się przez tłum wychodzącej klasy, uprzejmie się uśmiechając i prosząc o przejście. Chwilę później go zobaczyłam. Stał nad biurkiem w zamyśleniu przewracając kartki, które leżały przed nim, choć mogłabym sobie dać rękę uciąć, że wcale ich nie czytał. Wstrzymałam oddech, podziwiając jego profil z dudniącym sercem, po czym zmusiłam się do opanowania i zamknęłam za sobą drzwi klasy.
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? - spytałam podchodząc w stronę biurka.
Drgnął zaskoczony i gdyby był kobietą, z pewnością podskoczył by do góry. Niemalże się roześmiałam. Oparłam się o jego biurko, stojąc dosyć blisko mężczyzny i uniosłam do góry brew w geście oczekiwania, choć nie potrafiłam pozbyć się z twarzy tego głupkowatego uśmieszku, który pojawił się znikąd. Szlag, jakże trudno było przed nim zgrywać kogokolwiek, albo utrzymywać jakiekolwiek pozory.
- Wydawałaś się zmęczona - odpowiedział obojętnie, powodując iż uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił.
- Cóż. Miałam zajęcia - powiedziałam starając sie być równie chłodna co on, lecz nie potrafiłam zapanować nad drżeniem głosu.
Oblizałam wargi, wciągając je do środka, czując ten nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wiedziałam, że coś się zmieniło. Wiedziałam, że coś było tak cholernie nie tak i bałam się tego. Zacisnęłam palce za plecami, drugą pięścią opierając się o biurko. Miałam wrażenie jakby było za mało powietrza. Tak, zdecydowanie potrzebowałam powietrza. Musiałam wyglądać okropnie, sumiennie podpowiadały mi o tym moje piekące oczy, przez co wzięłam głęboki wdech, aby się uspokoić. Nic się nie dzieje, powtarzałam sobie w kółko, jak jakąś mantrę.
- Eve, ja... - zaczął pocierając kark dłonią. Wiedziałam do czego dąży. Nie chciałam tego słyszeć.
- Zapomnij - syknęłam wciskając mu w dłoń klucze mieszkania i odwróciłam się na pięcie, czując coraz bardziej narastające dreszcze. Musiałam wyjść. Natychmiast.
- To był błąd - powiedział niemalże błagalnie, tak jakby chciał abym go zrozumiała. Zacisnęłam wargi, zatrzymując się w pół kroku.
- Masz rację - szepnęłam i wzięłam kolejny głęboki oddech, aby się uspokoić i odwróciłam się najspokojniej, jak potrafiłam, przybierając maskę całkowitej obojętności. - To nic nie znaczyło. Umówmy się, że to się nie wydarzyło. Ty nadal jesteś świętym nauczycielem, a ja niewinną uczennicą. To był błąd, który nie powinien był się wydarzyć.
- Możesz myśleć, co chcesz, ale to nie wyszłoby nikomu z nas na dobre - powiedział i tym razem to jemu zadrżał głos.
- To? Nie wiem o czym mówisz. Ubiegłą noc spędziłam w hotelu - odpowiedziałam spokojnie, patrząc na niego z zimną obojętnością, po czym wyszłam z klasy, zamykając za sobą drzwi.

* * *

Krok. Krok. Wyskok. Kro... Benc.
Uderzyłam otwartą dłonią o parkiet, wydobywając z siebie sfrustrowany jęk. Wszystko co tłumiłam w sobie podczas tych kilku minut spędzonych w gabinecie, nagle zaczęło mną władać, przejmując kontrolę nad moim ciałem. Zacisnęłam zirytowana wargi i podniosłam się, odrzucając do tyłu swoje włosy i znowu stanęłam na końcu sali. Włączyłam piosenkę od początku i poczekałam do pierwszego silnego uderzenia, po czym zaczęłam kręcić piruety. Gdy zaczęłam unosić nogę do góry, cały czas się kręcąc, zachwiałam się i poleciałam na deski, wyrzucając z siebie stek przekleństw.
- Nie dasz rady w tym stanie - usłyszałam głos Luke'a i od razu zwróciłam głowę w tamtą stronę.
Przełknęłam ślinę, wiedząc jak okropnie musiałam wyglądać. Starłam rozmazany tusz spod oczu i stałam się przybrać najbardziej nonszalancką postawę, jaką potrafiłam. Tupiąc bosą stopą, podparłam dłonie na bokach, posyłając mu zirytowane spojrzenie. Lecz wiedziałam, iż ten chłopak znał mnie zbyt dobrze. Nie przejął się moją postawą, wręcz przeciwnie - przyciągnął mnie do siebie, przekładając rude włosy na plecy. Westchnęłam cicho, gdy przesunął palcami po moim policzku.
- Czyżby wielka Lyn, miejscowa famme fatale, miała złamane serduszko? - spytał zadziornie, na co prychnęłam, odpychając go od siebie.
- Musiałaby mieć jeszcze to serduszko.
- Ma i to ogromne - powiedział ponownie przyciągając mnie do siebie.
Przewróciłam oczami i uniosłam głowę, wspinając się na palce i spróbowałam go pocałować, lecz odwrócił głowę. Fuknęłam i zsunęłam się na pełne stopy, cmokając niezadowolona.
- No co? - warknęłam.
- Nie wiem kto ci to zrobił, ale zależy ci na nim. I nie chodzi o to, że cię nie chcę. Dobrze wiesz, jak cholernie chcę,. tylko...
- Tylko co? - mruknęłam zirytowana jego filozofowaniem. Jakby nie mógł po prostu mnie pocałować i pozwolić zapomnieć o tamtym dupku.
- Tylko to nie jest dla mnie. On jest totalnym idiotom, że ciebie nie docenia i odtrąca, a jednocześnie pieprzonym szczęściarzem, że ma to... to co ja chciałem mieć zawsze, skarbie - powiedział głaszcząc mnie po policzku, przez co westchnęłam, trochę potulniej i pozwoliłam mu mnie przytulić, odpowiadając tym samym.
Zacisnęłam powieki, nie chcąc znowu się rozryczeć, tym bardziej, że chłopak miał na sobie białą koszulkę polo. Zdecydowanie byłoby widać na niej czarne ślady od tuszu. Dlatego też, jedynie zacisnęłam palce na jego bluzce, próbując się jakoś trzymać, a on przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej.
- Dziękuję - szepnęłam cicho i spojrzałam w górę, napotykając ciepły wzrok jego oczu.
Żałowałam tego, że nie potrafiłam pokochać go tak mocno, jak on kochał mnie. Naprawdę zasługiwał na szczere uczucie i pełnię szczęścia. Może gdybym go kochała tak mocno, potrafiłabym mu zaufać i go zadowolić. Oboje bylibyśmy szczęśliwi. Spuściłam wzrok i wzięłam głęboki oddech. Zamiast tego oboje mieliśmy pozostać tak cholernie nieszczęśliwi.
Przepraszam.