Two.

Teraźniejszość.


            Ból nadszedł jak zawsze znikąd. Wygięłam się w głośnym wrzasku, kręcąc się jak przy ataku padaczki. Łzy spływały po policzkach, a krzyk niemiłosiernie palił gardło. Nie słyszałam własnych myśli, jeśli jakiekolwiek miałam wtedy w swojej głowie. Każdy mięsień był boleśnie napięty, zapewne przez ból oraz niedobór tlenu. Krzyczałam najgłośniej jak potrafiłam, nie potrafiąc przy tym złapać oddechu. Czułam się tak, jakby zaraz miała mi pęknąć głowa, a skóra odejść sparzona od ciała. Nie potrafiłam wytrzymać z tym wszystkim, ledwo budząc się ze snu.
            Lecz po chwili jak ręką odjął, wszystko minęło. Zmęczenie wzięło górę nad bólem i całe ciało się rozluźniło, pulsując jak po przebiegnięciu maratonu. Oparłam głowę o poduszkę, próbując się uspokoić, lecz po policzkach wciąż spływały łzy. Niemalże mogłam usłyszeć chrzęst ponownie pękającego serca. Wstrząsnął mną spazm szlochu i odwróciłam się na brzuch, wtulając twarz w poduszkę i wybuchając głośnym, szczerym, żałosnym płaczem. Nienawidziłam, gdy bolało. Gdy tak cholernie bardzo bolało, a ja nic nie mogłam z tym zrobić. Chyba nawet nie chciałam niczego z tym zrobić, wiedząc jak bardzo sobie na to wszystko zasłużyłam.
            Nie miałam mobilizacji, aby ściągnąć się z łóżka i ogarnąć do funkcjonowania. Nie goniły mnie terminy, nie działa na mnie presja czasu, ani nikt mnie nigdzie nie oczekiwał. Ta świadomość była dołująca, w sumie jak każda, która towarzyszyła mojemu życiu. Samotność. Pustka. Właśnie to było tym, na co się godziłam. Było tym, co zafundowałam wielu osobom, które mnie kochały, dlatego sama też musiałam się z tym zmierzyć. W zdecydowanie większej dawce. W zdecydowanie bardziej bolesnej dawce.
            Czułam swój przyspieszony oddech, widząc szybko unoszącą się i opadającą klatkę piersiową, choć starałam się powstrzymać histerię. Nie dlatego, że chciałam przestać w końcu płakać. Dlatego, aby mieć więcej do wypłakania później. Nie mogłam pozwolić bólowi odejść, to by było zdecydowanie nie w porządku. Ponad rok cudownego życia wyrzuciłam do kosza, zniszczyłam, podarłam, wyrzuciłam. Całkiem jak niepotrzebną, pobrudzoną kartkę papieru. Każdego dnia myślałam o tym, dlaczego tak łatwo się poddałam. Jakim cudem mogłam być tak naiwna i tak łatwo uciec stamtąd bez upewnienia się wszystkiego? Odpowiedź była prosta.
            Ona.
            Ona wszystko zniszczyła. Wszystko, co było dla mnie ważne i co kochałam. A na koniec z pewnością zagarnęła to wszystko dla siebie. Durna blondynka. Nie, nie była durna. Była zbyt inteligentna, przebiegła i za bardzo pewna siebie. Pewniejsza, niż ja sama byłam. Dlatego tamtego popołudnia wzięłam nogi za pas i uciekłam w jedyne miejsce, gdzie mogłam stworzyć przyszłość od zaraz. Gdzie nie musiałam polegać na innych i mogłam przeżywać swój ból w samotności, torturując się cały czas i nie musząc przed nikim tłumaczyć. Bóg jeden wie, jak bardzo destrukcyjne to było.
            Gdy zaczęło mi burczeć w brzuchu, w końcu zsunęłam się z łóżka. Upięłam włosy w niechlujny kok na czubku głowy i przechodząc przez salon weszłam do kuchni, wstawiając mleko na gaz oraz wodę w czajniku. Miałam na sobie tę samą spraną koszulkę, w której spałam każdego dnia od lat. Jedyną koszulkę, którą miałam po nim, z tamtego życia. Mogłam zabrać cokolwiek chciałam, jakąkolwiek jego osobistą rzecz. A mimo to wzięłam czarną, zdecydowanie na mnie za dużą, bluzkę z napisem "live fast die young". Zawsze, gdy czytałam ten napis przed snem, zdawałam sobie sprawę z ironii sytuacji. Żyłam tak intensywnie jak tylko mogłam. Korzystałam ze wszystkich uroków tego, co mi oferowano, nie odmawiałam sobie przyjemności, radości ani miłości. I umarłam przez to tak bardzo młodo. Lecz nikt nie przechodził przeze mnie żałoby. Byłam pewna, że z początku byli wściekli, później rozgoryczeni, a później z czasem obojętnieli. Moja nieobecność nie trafiła ich jak piorun. Nie myśleli o mojej ucieczce, jako o śmierci idealnej przyjaciółki. Zadbałam o to, aby skrzywdzić ich wszystkich tak, jak tylko byłam w stanie. Wiedziałam, że to podłe. Ale przez to nigdy nie przyszła mi do głowy myśl o powrocie. Za bardzo się bałam odtrącenia po tym, co zrobiłam.
            To znaczy, nie tak, że nigdy o tym nie myślałam. Miałam taki okres, kiedy chciałam wrócić do domu, rzucić się w ramiona rodzicom, wybuchając płaczem i błagać o wybaczenie. Spotkać się z przyjaciółmi, wytłumaczyć im wszystko i modlić się o to, aby zrozumieli. Spojrzeć na niego i nie widzieć nienawiści w jego oczach. Co noc śniły mi się jego czułe ramiona, które otulały mnie z tak dobrze znaną czułością. Karmelowe oczy, które patrzyły tak, jakby mogły przekazać samym spojrzeniem wszystko to, czego nie da się wyrazić słowami, to, co po prostu trzeba przeżyć. Marzyłam o tym, aby to wszystko się nie spieprzyło, albo chociaż o tym, aby dało się to wszystko jeszcze naprawić.
            Lecz tak nie było, a ja nigdy tego nie spróbowałam. Myśl o powrocie paraliżowała mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie tego zrobić. Wiedziałam ile złego wyrządziłam tym, dla których byłam wszystkim i nie miałam prawa znowu pojawiać się w ich życiu. Sama skazałam siebie na wygnanie, paląc za sobą mosty, aby nikt mnie nie szukał, abym ja nie chciała szukać nikogo z przeszłości.
            Usiadłam na kanapie, odstawiając na stolik kubek z kawą i zaczęłam flegmatycznie jeść płatki z mlekiem. Spojrzałam w stronę torebki z ukrytym w środku tabletem i westchnęłam cicho. Wystarczyłoby wejść na starą skrzynkę mailową. Byłam pewna, że przez pierwsze miesiące po moim zniknięciu, chociaż moja przyjaciółka do mnie pisała, mając nadzieję na kontakt. Wystarczyłoby to sprawdzić i wiedziałabym jak się sprawy mają. Wiedziałabym jak bardzo jest źle, albo może wręcz przeciwnie - że powinnam wrócić. Obu opcji panicznie się bałam.
            W pierwszym przypadku musiałabym się zmierzyć z tym, że mnie nienawidzą. Nie dryfowałabym już w strefie domniemań, lecz znałabym twarde fakty, a chyba cały czas miałam nadzieję, że nie było tak źle, jak sądziłam, że było. Lubiłam tę nadzieję. Czasem nawet dawała radę wywołać ledwo widoczny uśmiech, ale to działo się naprawdę rzadko. Już się nie uśmiechałam.
            W drugim zaś wypadku zaczęłabym pragnąć tam wrócić. Znowu odnaleźć swoje miejsce między tymi ramionami, których dotyk wciąż kochałam. Bałabym się, że nic nie byłoby już tak proste jak kiedyś. Bałabym się, że to, co się wydarzyło, rzutowałoby nieodwracalnie na całą naszą przyszłość. Nic nie byłoby już tak naturalne jak kiedyś, nie byłoby tego zaufania, jak dawniej. Nie byłoby niczego, co było kiedyś. Na zawsze pozostałabym tą, która egoistycznie zraniła wszystkich, aby uniknąć odpowiedzialności. W najlepszym razie by mnie zrozumieli. Lecz daleko rozumowi do serca i nie byłam taka pewna, czy wiedza mogłaby cokolwiek wskórać, gdyby w grę weszły uczucia, a takie pojawiłyby się na pewno.
            I dlatego po raz kolejny nie ruszyłam się po tableta, kończąc jeść swoje płatki. Włączyłam radio, przyciszając je jedynie, aby grało cicho w tle. Byle tylko nie było takiej żałobnej ciszy. Zatopiłam wargi w ciepłej kawie i podkuliłam nogi pod brodę, opatulając się kocem. Nie miałam przyjaciółki, do której mogłabym zadzwonić i poprosić, aby wpadła do mnie i pomogła mi się rozerwać, jak robiłam to kiedyś. Mogłabym zadzwonić chociażby do Lily, gdym miała taką ochotę, wiedziałam, że z przyjemnością przyjęłaby ten akt sympatii. Ale był jeden problem. Musiałabym chcieć. A ja przecież nie zasługiwałam na przyjaciół, nie po tym wszystkim, co zrobiłam innym ludziom, którzy ufali mi ponad wszystko.
            Odkąd wyjechałam, zrobiłam wszystko, aby się odciąć od swojego dawnego życia. Zmieniłam numer telefonu, e-mail, wyniosłam się o setki kilometrów dalej, zacierając po sobie ślady tak dobrze, jak tylko byłam w stanie. Nigdzie nie płaciłam kartą, nie zdobywałam mandatów i nie brałam pożyczek. Nie brałam żadnego udziału w życiu społecznym, nie wychylałam się i nie robiłam niczego, co choć w niewielkiej części mogłoby zyskać rozgłos. Ostrożność na najwyższym poziomie. Nawet przestałam używać swojego drugiego imienia. Kiedyś uwielbiałam, gdy mówiono do mnie Evelyn, zawsze się tak przedstawiałam, a przyjaciele skracali to do Lynn. Tylko jedna osoba mówiła Eve. Lecz Evelyn umarła, dając życie Veronice, marnemu cieniowi tamtej radosnej dziewczyny.
            Eve.
            Uwielbiałam tamtą dziewczynę. Wiecznie roześmianą, pełną radości i życia. Jej uśmiech, który potrafił oczarować oraz to uczucie, które wprawiało ją w stan podobny do upojenia. Lecz nie byłam pewna czy można upić się miłością. Była niesamowita i wyjątkowa. Była. Odkąd odeszła, nie pamiętałam jak to było się uśmiechać, a dopiero, co to znaczyło się śmiać. Szczerze, radośnie i do rozpuku. Oczywiście, od czasu do czasu zdarzał mi się histeryczny, nerwowy śmiech, który równie szybko przeradzał się w kolejną falę płaczu. A nawet, jeśli przypominałam sobie dawne czasy, to było to tak bolesne, że kończyłam roztrzęsiona i rozbita do tego stopnia, że do końca dnia nie wiedziałam, co miałam ze sobą zrobić.
            Przygryzłam wargę, czując targające mną dreszcze. Przymknęłam powieki, próbując odgonić wspomnienia, które były tak żywe, jakby wydarzyły się dzień wcześniej, a nie ponad trzy lata. Rozchylone wargi starały się unormować oddech i złapać najwięcej powietrza, świadome tego, że zaczyna płucom go coraz bardziej brakować. Lecz niczego nie mogłam zrobić. Przez dwa lata doszłam do perfekcji w sztuce masochizmu psychicznego i takie były tego efekty. Nie mogłam zatrzymać lawiny, która pędziła na mnie, przygniatając i raniąc. Nie potrafiłam kazać sobie samej nie wywoływać tej lawiny. To było bezwarunkowe. Im więcej bólu było w moim życiu tym bardziej czułam, że żyłam.
            Przed oczami stanęły mi obrazy tamtego dnia. Zmierzwione brązowe włosy, jakby poprzeplatane promieniami słońca. Obraz ten był tak bardzo realny, że aż bolesny. Poruszałam ustami jak ryba bez wody, próbując złapać trochę życiodajnego powietrza, lecz na marne. Wyobrażenie sobie jego było jak ostateczna strzała, przebijająca serce i wyrywająca je ze swojego miejsca. Ból. Ból czułam w każdej komórce swojego ciała. Reakcja na niego była niemalże natychmiastowa. Kiedyś reagowałam dreszczem i uśmiechem, teraz czułam jedynie poczucie winy, ból i frustrację. Zniszczyłam jedynego człowieka, którego kochałam ponad wszystko, kiedykolwiek i jakkolwiek.
            Ból to było jedyne, co mi pozostało po tym wszystkim.
            Towarzyszył mi w każdej chwili mojego nędznego życia.

One.

Teraźniejszość.


            Krzyk. Skulona w pozycji embrionalnej krzyczałam tak mocno jak tylko potrafiłam, próbując to stłumić w poduszce, lecz na marne. Już przywykłam do tego, że właśnie w taki sposób wybudzałam się ze snu. Ból, który był nie do wytrzymania, pulsował w mojej głowie jak tykająca bomba, zwiastująca rychłą śmierć. Każda część mojego ciała paliła żywym ogniem, wyniszczając mnie od wewnątrz. To był jeden z tych momentów, gdy błagałam tylko o to, aby to się w końcu skończyło. Nawet, jeśli oznaczałoby to śmierć. I tak nie miałam już nic lepszego do roboty.
            Lecz niestety i tym razem moje błagania nie spotkały się z aprobatą. Po kilkunastu minutach ciało, zmęczone krzykiem i bólem, osunęło się bezwładnie na łóżko, pozostawiając po sobie uczucie pustki. Zacisnęłam powieki i zaczęłam płakać. Nie to, żeby to było jakimś zaskoczeniem. Podczas porannego ataku też płakałam, lecz to był inny płacz. Po każdym ataku, leżąc na łóżku i czując się jak totalnie nic nieznaczący śmieć, wrak kobiety, którą byłam kiedyś, płakałam jak dziecko. Od dwóch lat każdy mój dzień można było zamknąć w jednym, pieprzonym schemacie.
            Atak.
            Płacz.
            Praca.
            Płacz.
            Sen.
            I tak każdego dnia, zawsze od nowa, zawsze tak samo. I nie to, że nie próbowałam zmienić tego schematu. Po prostu nie potrafiłam. I z tego samego powodu, gdy w miarę przestałam płakać, zsunęłam się z łóżka i powlekłam do łazienki. Stanęłam przed lustrem, patrząc na swoje odbicie. Rude loki były w całkowitym nieładzie i zdecydowanie oklapły. Kolor stracił swoją intensywność w ciągu minionych dwóch lat, zresztą tak samo jak zieleń oczu. Niegdyś oliwkowa cera stała się niemalże ziemista. Już nie byłam tą radosną osiemnastolatką, która kochała życie. Wybrałam życie uciekiniera i takie właśnie były tego konsekwencje.
            Zsunęłam z siebie koszulkę, która była całkowicie sprana oraz figi, po czym wsunęłam się pod prysznic. Woda, która mnie uderzyła pobudziła wspomnienia, jak co rano, przez co znowu poczułam pod powiekami łzy. Nienawidziłam swojego nowego życia. Od dwóch lat powtarzałam to sobie tak często, że mogłoby stać się moją mantrą, gdyby nie to, że to była po prostu prawda. Tęskniłam za chwilami, które pozostały jedynie wyblakłym wspomnieniem, jednocześnie tak żywym, że wywoływało łzy. A może łzy były reakcją na to, jak bardzo zblakło. Tego nigdy nie wiedziałam.
            Ujęłam do ręki żel pod prysznic, ten sam, który używałam od wielu lat, o zapachu cappuccino. To było naiwne, choć chyba uważałam, że dzięki temu dam radę podtrzymać przy życiu dziewczynę, która umarła w momencie ucieczki z domu. Tamtą dziewczynę i tamto życie. Jak zawsze zacisnęłam wargi, wcierając w siebie żel i próbując przy tym nie płakać, gdy przeszłość uderzyła we mnie ze zdwojoną mocą. Ktoś mógłby powiedzieć, że to masochistyczne i z pewnością tak było. Lecz to była jedna z wielu form karania siebie samej za decyzje, których skutki były katastroficzne.
            Po spłukaniu się i wytarciu szorstkim ręcznikiem, wsunęłam się w przygotowane wcześniej ubrania. Zdecydowanie różniły się od tego, co nosiłam kiedyś oraz od tego, co nosiły kobiety w moim wieku. Nie było w tym nic seksownego, powabnego ani niczego, co podkreślałoby moje kształty. Zdecydowanie zbyt luźna, wykrochmalona koszula oraz czarna spódnica sięgająca kostek. Żadnych obcasów. Żadnych podwiązek. Rajstopy. Po ubraniu się, zabrałam się za próbę ogarnięcia włosów. Odkąd przeniosłam się do nowego miejsca, nigdy nie chodziłam w rozpuszczonych włosach, chyba że po domu i to wtedy, kiedy byłam sama. Codziennie upinałam swoje rude loki w kok, co już pewnie stało się monotonne. I takie właśnie miało być.
            Spojrzałam na swoją kosmetyczkę pustym wzrokiem i wyszłam z łazienki. Nie malowałam się już. Nie miałam, dla kogo oraz nie miałam takiej chęci. Czas, kiedy potrzebowałam tony kosmetyków przeminął. Weszłam do kuchni oraz wstawiłam wodę do czajnika. Współpracownicy zawsze się śmiali, że robiłam kawę w domu, lecz to było coś, kolejna rzecz, która przypominała mi boleśnie o tym, co utraciłam. Gdy zalałam czarny proszek wodą i dolałam mleka, dosypując cukier, zamknęłam termokubek oraz zarzuciłam sobie torbę przez ramię. Czas zacząć kolejny dzień, który trzeba po prostu przetrwać.
            Po wyjściu ze swojego małego mieszkanka, zbiegłam lekkim krokiem przez klatkę schodową i stanęłam przed wejściem, rozglądając się dookoła. Wzięłam głęboki oddech i delikatnie się uśmiechnęłam, czując w powietrzu zbliżającą się zimę. Oblizałam wagi, czując rozrywający mnie od środka smutek, wspominając zimę sprzed lat. Westchnęłam i podeszłam do swojego samochodu. Czarny Pontiac GTO z 65 roku może nie był nowością na rynku, ale zaspakajał moje potrzeby. I miał uchwyt na kubek, co było jego ogromnym plusem. Nawet kosztem tego, że czasem potrzeba było do niego ogromnej dozy cierpliwości. Za trzecim razem w końcu odpalił, a ja wyjechałam z parkingu.
            Pracowałam w niewielkim wydawnictwie. W sumie właśnie dlatego tutaj przyjechałam. Miałam pewną pracę, a tego potrzebowałam w nowym miejscu - środków do utrzymania się. Zajmowaliśmy się głównie poszukiwaniem nowych talentów oraz promowaniem ich, chociaż też w zakres naszych obowiązków wchodziła ta brudna praca odrzucania zdesperowanych nieudaczników. Czasem naprawdę było mi ich szkoda, choć na ogół to ja musiałam ich o tym informować. Lecz wolałam robić to, niż trafić do działu kreatywnego. Och, jak ja się starałam utrzymać swoją posadę. Nie wychylałam się za bardzo, trzymając w ramach i nie wykraczając poza nie. Pomijając to, że ściągnięto mnie tutaj właśnie do działu kreatywnego, lecz niestety moja kreatywność została w tamtym mieście z tamtą dziewczyną. Pogrzebani, roześmiani i wiecznie szczęśliwi.
            Gdy zajechałam pod budynek, westchnęłam cicho, przez chwilę bębniąc palcami o kierownicę. Następnie jak oparzona zerwałam się z miejsca, niemalże w locie łapiąc kubek z kawą i zatrzasnęłam za sobą drzwi mojego biednego auta. Wchodząc do środka, upiłam łyk kawy, uśmiechając się przyjaźnie do Monici, która była recepcjonistką. Z ustami pełnymi palącego płynu, wzięłam od niej listę zadań dla mnie na dany dzień. Andreas, mój szef, dawał nam listy każdego dnia, dając tyle do roboty, że zdecydowanie podchodziło to pod wyzyskiwanie nas. Nienawidziłam przez to swojej pracy. Albo właśnie za to ją kochałam. Dzięki masie spraw do zrobienia, miałam w ciągu dnia kilka godzin, gdy nie miałam czasu, aby rozpamiętywać przeszłości.
            - Hej Marco. Hej Lils. Hej An. Hej Henry - mówiłam po kolei, mijając swoich współpracowników, dostając w odpowiedzi chóralne "Hej Nikkie".
            Moje stanowisko oczywiście znajdowało się na samym końcu, w rogu. Miejsce idealne dla szarej myszki, którą starałam się stać. Włączyłam komputer, odstawiając kubek na biurko i jeszcze raz przejrzałam listę zadań od Andreasa, z cichym westchnieniem. Numer pierwszy na liście: odrzucić tomik poetycki Santany Mylevitz. Nie uważałam, że był kiepski, co to to nie. Dla mnie nadawał się tylko do tego, aby wziąć go do ręki i... rzucić w ogień. Żadnego wyczucia, ani gustu. Żadnych zasad, ani estetyki, choć dziewczyna była naprawdę miła.
            Z westchnieniem przesunęłam opuszkami palców po klawiaturze od prawej do lewej strony i westchnęłam zmęczona. Zawsze tak zaczynałam pracę, choć nigdy to nie było celowe. Kolejny element rutyny, który składał się na moją marną egzystencję. Oblizałam spierzchnięte wargi i zaczęłam delikatnie stukać palcami w klawisze, próbując ubrać swoje myśli w spójną i logiczną całość, jednocześnie starając się być przy tym uprzejma.

            Droga Santano!
            Przeczytałam tomik Twojej poezji i byłam pod wrażeniem tego, że zdobyłaś się na próbę opublikowania go. Oczywiście ogromnie dziękuję, że wybrałaś nasze wydawnictwo i cieszę się z tego, że nam zaufałaś. Dostrzegłam w Tobie niesamowitą, początkującą pisarkę, dlatego postanowiłam dać Ci szansę na pokazanie się z jak najlepszej strony. Chciałabym abyś jeszcze raz przeczytała swoje dzieła oraz upewniła się, że oddają one to, co chcesz przekazać swoim czytelnikom. Póki co, czekam z niecierpliwością na Twoją odpowiedź,
V.E. Catharsis

            Westchnęłam cicho, wiedząc jak bardzo byłam przy tym nie w porządku względem Santany, lecz wolałam dać jej nadzieję, niż stłumić jej ambicję. I może rzeczywiście jeszcze coś dobrego się z niej rozwinie. Miałam ogromną nadzieję i to właśnie nią próbowałam ułagodzić rodzące się we mnie wyrzuty sumienia. Błąd. Ja nie miałam czasu na wyrzuty sumienia. I na samą myśl o wyrzutach sumienia spojrzałam na swój płaski brzuch, próbując odgonić łzy z oczu. Miałam nadzieję, że żaden ze współpracowników tego nie zauważył, po czym spojrzałam ponownie na listę, choć nie potrafiłam odczytać z niej słów. Moje myśli były oddalone o setki kilometrów oraz o lata wstecz.
            Następne czynności wykonywałam niemalże mechanicznie, nie przywiązując do nich zbyt wielkiej uwagi. Wysłałam projekty okładek do Brucks'a oraz zadzwoniłam do druku, potwierdzając realizację ich ostatniego zlecenia - Nowe Horyzonty, Johna Suvertilla. Zgrałam na tableta nową część powieści Thomarsona, pod tytułem Ostatni Lot i odłożyłam go na bok, upijając spory łyk letniej kawy. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, jak szybko minęło przedpołudnie i nastała pora lunchu.
            Nienawidziłam tej części dnia. Musiałam sztucznie się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w porządku. A ponadto odpowiadać na te bezsensowne pytania jak się czuję, czy też dlaczego nie pójdę z nimi zjeść. Jakby przez dwa lata nie mogli przywyknąć do tego, że lubowałam się w swojej samotności. Nikt wtedy nie mącił mojego spokoju, nie próbował dociekać do tego, o czym akurat myślę i co to wszystko oznacza. Nikt nie wtrącał się w moją strefę intymną, nie wypytywał o przeszłość oraz nie wprawiał mnie w zakłopotanie. Odkąd wyjechałam, nie lubiłam ludzi.
            - Nikkie, pójdziesz ze mną zjeść? Otworzyli nową knajpkę na dole, podobno całkiem nieźle tam jest - powiedziała Lily, próbując mnie przekonać tym swoim uroczym uśmiechem i to był jeden z tych momentów, gdy pomyślałam, że w swoim dawnym życiu mogłybyśmy zostać przyjaciółkami. Ale to było kiedyś, inna panna Catharsis, inny czas.
            - Może innym razem – odparłam, próbując przywołać uśmiech na swoje usta, które jak zwykle odmawiały współpracy w tym dziele. W ciągu ostatnich lat tak często powtarzałam tę kwestię, że nawet przestałam na to zwracać uwagę. Na każdą propozycję, odpowiadałam to samo. Może innym razem. Z czasem zaczęło mnie denerwować to, że mimo to wciąż próbowali, a kilka miesięcy później zobojętniało mi to.
            Niezrażona dziewczyna uśmiechnęła się ponownie i skinęła głową w geście zrozumienia. Już nawet nie okazywała rozczarowania. Choć z drugiej strony, nie było w tym nic dziwnego, ponieważ jak można być rozczarowanym czymś, czego się spodziewamy? Odpowiedź jest prosta: nie można. Dlatego chwilę później dziewczyny opuściły salę, ciągnąc za sobą roześmianego Henry'ego. Jedynie Marco został przy swoim stanowisku, gorączkowo przeglądając coś w stercie papierów, która leżała w nieładzie na jego biurku. Wyczuwałam, że coś było nie tak.
            Odchyliłam się wygodnie na swoim krześle, przesuwając wzrokiem po kolejnych stronach Ostatniego Lotu. Póki co, nie musiałam pochylać się nad tabletem, a jeśli nie musiałam wysilać wzroku, nie zamierzałam tego robić. Thomarson był dobrym pisarzem. Miał koło czterdziestki i nasze wydawnictwo wydało już dwie jego książki oraz pierwszą część trylogii. Ostatni Lot był drugą częścią tej trylogii. Steve miał fajny styl, przez co przyjemnie się to czytało. Fakt, od czasu do czasu musiałam naprowadzać małe korekty, ale dosłownie niewielkie. Sam dawał sobie świetnie radę z tą robotą i pewnie właśnie dlatego Andreas był tak urzeczony jego talentem. W sumie jak każdy w naszym biurze.
            Kiedy podniosłam wzrok, zauważyłam, że Marco ciągle siedział na swoim miejscu, lecz tym razem wpatrywał się ze mnie. Odwróciłam spojrzenie ponownie na tekst, lecz było już za późno. Brunet podszedł do mojego biurka, po czym odchrząknął. Nie mogłam udawać, że go tam nie ma, choć naprawdę wolałam, aby go tam nie było. Uniosłam na niego wzrok pytająco i odchyliłam się do tyłu, starając się chronić swoją przestrzeń osobistą najbardziej jak byłam w stanie.
            - Wiesz, jutro jest ta impreza służbowa i tak pomyślałem... nie chciałabyś pójść ze mną? – spytał, drapiąc się przy tym dłonią o kark. Widziałam zakłopotanie na jego twarzy i aż zrobiło mi się go szkoda. Co jakiś czas próbował zaprosić mnie na kolację, drinka, albo właśnie na jakąś imprezę. A ja oczywiście za każdym razem mu odmawiałam. Co było z tymi ludźmi tak bardzo nie tak i nie rozumieli odmowy? Tym bardziej ciągu odmów trwających kilka lat? Westchnęłam cicho i spojrzałam na mężczyznę, próbując przywołać na twarz wyraz smutku, choć nie było to łatwe zadanie.
            - Może innym razem - powtórzyłam swój oklepany tekst, uśmiechając się do niego współczująco, po czym odwróciłam się w kierunku monitora.
            Nie musiałam na niego patrzeć, aby wiedzieć jak wyglądał. Jego ramiona były lekko przygarbione, choć wiedziałam, że nie chciał tego pokazać. Posępny wyraz twarzy próbował ukryć, pochylając głowę w dół, po czym wyszedł z pomieszczenia. Przez pierwszy rok było mi go szkoda. Później doszłam do wniosku, że za każdym razem, gdy do mnie podchodził ze swoją propozycją, musiał się liczyć z odmową. Po kilku miesiącach przestałam się przejmować tym, czy był tak bardzo naiwny, czy po prostu był takim masochistą.
            Do tego momentu nie myślałam o tym, że był już piątek. Następne dwa dni miałam spędzić samotnie zamknięta w swoich czterech ścianach. Sama z telewizorem oraz natłokiem myśli i wspomnień. Mierzyłam się z tym zdecydowanie zbyt często w ciągu mojego pobytu tutaj, ale to był jedyny sposób, aby nie zapomnieć o tym wszystkim, co kiedyś sprawiało, że byłam szczęśliwa. Jedyny sposób abym ja pamiętała, kiedy on zapomniał. A zapewne ona zadbała o to, aby nigdy sobie nie przypomniał niczego, co było tego warte. A nawet, jeśli sobie przypomniał, to znienawidził mnie w tym samym momencie.
            Reszta dnia mijała zbyt wolno, dlatego wyszłam szybciej z pracy, tłumacząc, że zostało mi jedynie przeczytanie do końca powieści Thomarsona, a to równie dobrze mogę uczynić w domu. Nikt nie oponował. W sumie, czemu się dziwić, skoro każdy tak robił? Miałam cały weekend na przeczytanie tej książki, a wiedziałam, że zbliżał się ten czas, gdy już nie byłam w stanie się skupić na pracy. Dlatego ze schowanym tabletem w torebce oraz pustym kubkiem po kawie, wsiadłam do swojego Pontiaca i wróciłam do niewielkiego mieszkania.
            Gdy tylko zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami, czując nagły ciężar. Przymknęłam powieki, szykując się na uderzenie bólu, które nadeszło niemalże z prędkością światła, powalając mnie na kolana. Pustka. Nikt nie witał mnie swoimi ciepłymi ramionami, nikt nie pytał jak minął dzień. Nikt nie uśmiechał się w tak seksowny, znajomy sposób, który był jednocześnie ciepły i zawierał w sobie niewypowiedzianą tajemnicę. Nikt nie robił mi herbaty, ani nikt nie rozmasowywał ramion po ciężkim dniu. Nie było nikogo, do kogo mogłabym otworzyć usta i to była moja wina. Moja wina. Moja naiwność. Strach głupiej nastolatki, która nie znała życia.
            Poruszałam wargami, czując, że nie mogłam złapać oddechu. Oparłam czoło o podłogę, obejmując się mocno za obolały brzuch. Poczułam wbijające się w skórę paznokcie, próbujące zatrzymać krzyk wewnątrz mnie, przez co całym ciałem wstrząsnęły spazmy płaczu. Nienawidziłam swojego życia. Nie, nienawidziłam tego, co pozostało z mojego życia. W jednej chwili było idealne, pełne szczęścia i miłości, a w drugiej legło w gruzach. Zniszczyła wszystko, co kochałam, wszystko, w co wierzyłam i wszystko, co kochałam, a ja jej na to pozwoliłam.
            Głupia, głupia, głupia.
            Zraniłam wszystkich, na których mi zależało, aby móc uciec. Co najzabawniejsze, uciekłam, aby nie zranić osoby, którą kochałam najbardziej. A ostatecznie skończyłam, jako wrak kobiety, wyrzutek społeczny, zamknięta w czterech ścianach swojej zniszczonej psychiki, wypominając sobie każdy dzień, każdą decyzję, każde spojrzenie, które doprowadziło mnie w to miejsce. Miejsce, które było cmentarzem moich uczuć, wspomnień i pragnień. Cmentarzem, na którym pogrzebano kogoś, kto kiedyś był mną. Albo raczej kogoś, kim kiedyś byłam ja. I co wieczór zapalałam świeczki na jej grobie. Co weekend siadałam na nim, wspominając. Nie pozwalając odejść najpiękniejszym momentom mojego podłego życia.
            Z jednej strony uciekłam od swojej przeszłości, z drugiej zaś nie potrafiłam pozwolić jej odejść. Dlatego też codziennie przeżywałam ją na nowo, nie pozwalając sobie iść dalej. Ale to, dlatego że nie zasługiwałam na to, aby iść dalej. Nie zasługiwałam na to, aby zaznać spokoju oraz na to, aby móc normalnie żyć. Nie zasługiwałam, nie chciałam oraz nie potrafiłam. Całe swoje życie zostawiłam za sobą dwa lata temu. Przy mężczyźnie, który był dla mnie wszystkim, któremu ufałam jak nikomu innemu i który szanował mnie taką, jaka byłam.
            Dopóki tego wszystkiego nie spieprzyłam.
            Dopóki tego wszystkiego nie pozwoliłam jej spieprzyć.
            Nazywam się Veronica Evelyn Catharsis i desperacko próbowałam uciec od przeszłości.