Teraźniejszość.
Ból
nadszedł jak zawsze znikąd. Wygięłam się w głośnym wrzasku, kręcąc się jak przy
ataku padaczki. Łzy spływały po policzkach, a krzyk niemiłosiernie palił
gardło. Nie słyszałam własnych myśli, jeśli jakiekolwiek miałam wtedy w swojej
głowie. Każdy mięsień był boleśnie napięty, zapewne przez ból oraz niedobór
tlenu. Krzyczałam najgłośniej jak potrafiłam, nie potrafiąc przy tym złapać
oddechu. Czułam się tak, jakby zaraz miała mi pęknąć głowa, a skóra odejść
sparzona od ciała. Nie potrafiłam wytrzymać z tym wszystkim, ledwo budząc się
ze snu.
Lecz
po chwili jak ręką odjął, wszystko minęło. Zmęczenie wzięło górę nad bólem i
całe ciało się rozluźniło, pulsując jak po przebiegnięciu maratonu. Oparłam
głowę o poduszkę, próbując się uspokoić, lecz po policzkach wciąż spływały łzy.
Niemalże mogłam usłyszeć chrzęst ponownie pękającego serca. Wstrząsnął mną
spazm szlochu i odwróciłam się na brzuch, wtulając twarz w poduszkę i
wybuchając głośnym, szczerym, żałosnym płaczem. Nienawidziłam, gdy bolało. Gdy
tak cholernie bardzo bolało, a ja nic nie mogłam z tym zrobić. Chyba nawet nie
chciałam niczego z tym zrobić, wiedząc jak bardzo sobie na to wszystko
zasłużyłam.
Nie
miałam mobilizacji, aby ściągnąć się z łóżka i ogarnąć do funkcjonowania. Nie
goniły mnie terminy, nie działa na mnie presja czasu, ani nikt mnie nigdzie nie
oczekiwał. Ta świadomość była dołująca, w sumie jak każda, która towarzyszyła
mojemu życiu. Samotność. Pustka. Właśnie to było tym, na co się godziłam. Było
tym, co zafundowałam wielu osobom, które mnie kochały, dlatego sama też
musiałam się z tym zmierzyć. W zdecydowanie większej dawce. W zdecydowanie
bardziej bolesnej dawce.
Czułam
swój przyspieszony oddech, widząc szybko unoszącą się i opadającą klatkę
piersiową, choć starałam się powstrzymać histerię. Nie dlatego, że chciałam
przestać w końcu płakać. Dlatego, aby mieć więcej do wypłakania później. Nie
mogłam pozwolić bólowi odejść, to by było zdecydowanie nie w porządku. Ponad
rok cudownego życia wyrzuciłam do kosza, zniszczyłam, podarłam, wyrzuciłam.
Całkiem jak niepotrzebną, pobrudzoną kartkę papieru. Każdego dnia myślałam o
tym, dlaczego tak łatwo się poddałam. Jakim cudem mogłam być tak naiwna i tak
łatwo uciec stamtąd bez upewnienia się wszystkiego? Odpowiedź była prosta.
Ona.
Ona
wszystko zniszczyła. Wszystko, co było dla mnie ważne i co kochałam. A na
koniec z pewnością zagarnęła to wszystko dla siebie. Durna blondynka. Nie, nie
była durna. Była zbyt inteligentna, przebiegła i za bardzo pewna siebie.
Pewniejsza, niż ja sama byłam. Dlatego tamtego popołudnia wzięłam nogi za pas i
uciekłam w jedyne miejsce, gdzie mogłam stworzyć przyszłość od zaraz. Gdzie nie
musiałam polegać na innych i mogłam przeżywać swój ból w samotności, torturując
się cały czas i nie musząc przed nikim tłumaczyć. Bóg jeden wie, jak bardzo
destrukcyjne to było.
Gdy
zaczęło mi burczeć w brzuchu, w końcu zsunęłam się z łóżka. Upięłam włosy w
niechlujny kok na czubku głowy i przechodząc przez salon weszłam do kuchni,
wstawiając mleko na gaz oraz wodę w czajniku. Miałam na sobie tę samą spraną
koszulkę, w której spałam każdego dnia od lat. Jedyną koszulkę, którą miałam po
nim, z tamtego życia. Mogłam zabrać cokolwiek chciałam, jakąkolwiek jego
osobistą rzecz. A mimo to wzięłam czarną, zdecydowanie na mnie za dużą, bluzkę
z napisem "live fast die young". Zawsze, gdy czytałam ten napis przed
snem, zdawałam sobie sprawę z ironii sytuacji. Żyłam tak intensywnie jak tylko
mogłam. Korzystałam ze wszystkich uroków tego, co mi oferowano, nie odmawiałam
sobie przyjemności, radości ani miłości. I umarłam przez to tak bardzo młodo.
Lecz nikt nie przechodził przeze mnie żałoby. Byłam pewna, że z początku byli
wściekli, później rozgoryczeni, a później z czasem obojętnieli. Moja
nieobecność nie trafiła ich jak piorun. Nie myśleli o mojej ucieczce, jako o
śmierci idealnej przyjaciółki. Zadbałam o to, aby skrzywdzić ich wszystkich
tak, jak tylko byłam w stanie. Wiedziałam, że to podłe. Ale przez to nigdy nie
przyszła mi do głowy myśl o powrocie. Za bardzo się bałam odtrącenia po tym, co
zrobiłam.
To
znaczy, nie tak, że nigdy o tym nie myślałam. Miałam taki okres, kiedy chciałam
wrócić do domu, rzucić się w ramiona rodzicom, wybuchając płaczem i błagać o
wybaczenie. Spotkać się z przyjaciółmi, wytłumaczyć im wszystko i modlić się o
to, aby zrozumieli. Spojrzeć na niego i nie widzieć nienawiści w jego
oczach. Co noc śniły mi się jego czułe ramiona, które otulały mnie z tak
dobrze znaną czułością. Karmelowe oczy, które patrzyły tak, jakby mogły
przekazać samym spojrzeniem wszystko to, czego nie da się wyrazić słowami, to,
co po prostu trzeba przeżyć. Marzyłam o tym, aby to wszystko się nie
spieprzyło, albo chociaż o tym, aby dało się to wszystko jeszcze naprawić.
Lecz
tak nie było, a ja nigdy tego nie spróbowałam. Myśl o powrocie paraliżowała
mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie tego zrobić. Wiedziałam ile złego
wyrządziłam tym, dla których byłam wszystkim i nie miałam prawa znowu pojawiać
się w ich życiu. Sama skazałam siebie na wygnanie, paląc za sobą mosty, aby
nikt mnie nie szukał, abym ja nie chciała szukać nikogo z przeszłości.
Usiadłam
na kanapie, odstawiając na stolik kubek z kawą i zaczęłam flegmatycznie jeść
płatki z mlekiem. Spojrzałam w stronę torebki z ukrytym w środku tabletem i
westchnęłam cicho. Wystarczyłoby wejść na starą skrzynkę mailową. Byłam pewna,
że przez pierwsze miesiące po moim zniknięciu, chociaż moja przyjaciółka do
mnie pisała, mając nadzieję na kontakt. Wystarczyłoby to sprawdzić i
wiedziałabym jak się sprawy mają. Wiedziałabym jak bardzo jest źle, albo może wręcz
przeciwnie - że powinnam wrócić. Obu opcji panicznie się bałam.
W
pierwszym przypadku musiałabym się zmierzyć z tym, że mnie nienawidzą. Nie
dryfowałabym już w strefie domniemań, lecz znałabym twarde fakty, a chyba cały
czas miałam nadzieję, że nie było tak źle, jak sądziłam, że było. Lubiłam tę
nadzieję. Czasem nawet dawała radę wywołać ledwo widoczny uśmiech, ale to
działo się naprawdę rzadko. Już się nie uśmiechałam.
W
drugim zaś wypadku zaczęłabym pragnąć tam wrócić. Znowu odnaleźć swoje miejsce między
tymi ramionami, których dotyk wciąż kochałam. Bałabym się, że nic nie byłoby
już tak proste jak kiedyś. Bałabym się, że to, co się wydarzyło, rzutowałoby
nieodwracalnie na całą naszą przyszłość. Nic nie byłoby już tak naturalne jak
kiedyś, nie byłoby tego zaufania, jak dawniej. Nie byłoby niczego, co było
kiedyś. Na zawsze pozostałabym tą, która egoistycznie zraniła wszystkich, aby
uniknąć odpowiedzialności. W najlepszym razie by mnie zrozumieli. Lecz daleko
rozumowi do serca i nie byłam taka pewna, czy wiedza mogłaby cokolwiek wskórać,
gdyby w grę weszły uczucia, a takie pojawiłyby się na pewno.
I
dlatego po raz kolejny nie ruszyłam się po tableta, kończąc jeść swoje płatki.
Włączyłam radio, przyciszając je jedynie, aby grało cicho w tle. Byle tylko nie
było takiej żałobnej ciszy. Zatopiłam wargi w ciepłej kawie i podkuliłam nogi
pod brodę, opatulając się kocem. Nie miałam przyjaciółki, do której mogłabym
zadzwonić i poprosić, aby wpadła do mnie i pomogła mi się rozerwać, jak robiłam
to kiedyś. Mogłabym zadzwonić chociażby do Lily, gdym miała taką ochotę,
wiedziałam, że z przyjemnością przyjęłaby ten akt sympatii. Ale był jeden
problem. Musiałabym chcieć. A ja przecież nie zasługiwałam na przyjaciół, nie
po tym wszystkim, co zrobiłam innym ludziom, którzy ufali mi ponad wszystko.
Odkąd
wyjechałam, zrobiłam wszystko, aby się odciąć od swojego dawnego życia.
Zmieniłam numer telefonu, e-mail, wyniosłam się o setki kilometrów dalej, zacierając
po sobie ślady tak dobrze, jak tylko byłam w stanie. Nigdzie nie płaciłam
kartą, nie zdobywałam mandatów i nie brałam pożyczek. Nie brałam żadnego
udziału w życiu społecznym, nie wychylałam się i nie robiłam niczego, co choć w
niewielkiej części mogłoby zyskać rozgłos. Ostrożność na najwyższym poziomie.
Nawet przestałam używać swojego drugiego imienia. Kiedyś uwielbiałam, gdy
mówiono do mnie Evelyn, zawsze się tak przedstawiałam, a przyjaciele skracali
to do Lynn. Tylko jedna osoba mówiła Eve. Lecz Evelyn umarła, dając życie
Veronice, marnemu cieniowi tamtej radosnej dziewczyny.
Eve.
Uwielbiałam
tamtą dziewczynę. Wiecznie roześmianą, pełną radości i życia. Jej uśmiech,
który potrafił oczarować oraz to uczucie, które wprawiało ją w stan podobny do
upojenia. Lecz nie byłam pewna czy można upić się miłością. Była niesamowita i
wyjątkowa. Była. Odkąd odeszła, nie pamiętałam jak to było się uśmiechać, a dopiero,
co to znaczyło się śmiać. Szczerze, radośnie i do rozpuku. Oczywiście, od czasu
do czasu zdarzał mi się histeryczny, nerwowy śmiech, który równie szybko
przeradzał się w kolejną falę płaczu. A nawet, jeśli przypominałam sobie dawne
czasy, to było to tak bolesne, że kończyłam roztrzęsiona i rozbita do tego
stopnia, że do końca dnia nie wiedziałam, co miałam ze sobą zrobić.
Przygryzłam
wargę, czując targające mną dreszcze. Przymknęłam powieki, próbując odgonić
wspomnienia, które były tak żywe, jakby wydarzyły się dzień wcześniej, a nie
ponad trzy lata. Rozchylone wargi starały się unormować oddech i złapać najwięcej
powietrza, świadome tego, że zaczyna płucom go coraz bardziej brakować. Lecz
niczego nie mogłam zrobić. Przez dwa lata doszłam do perfekcji w sztuce
masochizmu psychicznego i takie były tego efekty. Nie mogłam zatrzymać lawiny,
która pędziła na mnie, przygniatając i raniąc. Nie potrafiłam kazać sobie samej
nie wywoływać tej lawiny. To było bezwarunkowe. Im więcej bólu było w moim
życiu tym bardziej czułam, że żyłam.
Przed
oczami stanęły mi obrazy tamtego dnia. Zmierzwione brązowe włosy, jakby
poprzeplatane promieniami słońca. Obraz ten był tak bardzo realny, że aż
bolesny. Poruszałam ustami jak ryba bez wody, próbując złapać trochę
życiodajnego powietrza, lecz na marne. Wyobrażenie sobie jego było jak
ostateczna strzała, przebijająca serce i wyrywająca je ze swojego miejsca. Ból.
Ból czułam w każdej komórce swojego ciała. Reakcja na niego była niemalże
natychmiastowa. Kiedyś reagowałam dreszczem i uśmiechem, teraz czułam jedynie
poczucie winy, ból i frustrację. Zniszczyłam jedynego człowieka, którego
kochałam ponad wszystko, kiedykolwiek i jakkolwiek.
Ból
to było jedyne, co mi pozostało po tym wszystkim.
Towarzyszył mi w każdej chwili mojego nędznego życia.
Towarzyszył mi w każdej chwili mojego nędznego życia.